Mo Dao Zu Shi

Rozdział 46 – Podstęp I14 min. lektury

Uśmiech Wei WuXiana natychmiast zamarł, tak jakby ktoś wylał na niego wiadro zimnej wody.

Stojąc pod uschniętym drzewem, wysoka postać była skierowana w jego stronę. Gdyby miała głowę, to na pewno milcząco by się na niego patrzy.

Siedzący przy ognisku juniorzy sekty Lan także ją zauważyli. Każdy z nich poczuł, jak włosy stają im dęba. Z rozszerzonymi oczami natychmiast sięgnęli po miecze. Wei WuXian przyłożył palec do ust, delikatnie ich uciszając.

Potrząsnął głową i spojrzał na nich wzrokiem mówiącym „nie”. Widząc to, Lan SiZhui bezdźwięcznie schował na wpół wyjęty miecz.

Bezgłowy mężczyzna sięgnął w stronę pnia drzewa i chwilę go pomacał, jakby próbował odgadnąć, co to takiego.

Zrobił krok do przodu. Wei WuXian w końcu mógł zobaczyć resztę jego ciała.

Był ubrany w starą szatę pogrzebową, która była poszarpana. To zdecydowanie było to samo, co miał na sobie tors zakopany na cmentarzu klanu Chang.

U jego stóp leżały strzępy. Wei WuXian był w stanie powiedzieć, że to kilka rozerwanych sakiewek Qiankun.

Mój błąd. Wygląda na to, że nasz drogi przyjaciel złożył się do kupy!

Teraz kiedy o tym pomyślał, to odkąd weszli z Lanem WangJi do miasta Yi, wydarzyło się tyle rzeczy, że od ponad dwóch dni nie grali Odpoczynku. Podczas podróży ledwo co udawało im się uspokoić poszczególne części, a teraz większość została zebrana, więc przyciąganie między nimi się wzmocniło. Może czuły nawzajem swoją energię urazy i ich pragnienie połączenia się na nowo wezbrało. Wyczuwając, że Lana WangJi nie ma w pobliżu, przeturlały się na bok, wyrwały z sakiewek i złożyły w całość.

Niestety wciąż brakowało jednej części. Tej najważniejszej.

Bezgłowy mężczyzna położył ręce na szyi, czując proste, szkarłatne rozcięcie. Macał i macał, ale nie był w stanie znaleźć tego, co powinno tam być. Najwyraźniej bardzo go to wkurzyło, bo nagle uderzył dłonią w drzewo.

Pień się roztrzaskał.

Co za temperament! – skomentował w duchu Wei WuXian.

C-co to za potwór? – wyjąkał Lan JingYi, trzymając przed sobą poziomo miecz.

Nie powtarzałeś podstaw, prawda? Czym jest potwór? Przecież to wyraźnie trup skategoryzowany jako typ ghula. Niby jak mógłby być potworem? Seniorze… Mówisz tak głośno. Co, jeśli cię usłyszy? – wyszeptał Lan SiZhui.

To w porządku. Nagle sobie uświadomiłem, że głośność naszej rozmowy jest bez znaczenia. Nie ma głowy, więc nie ma też oczu i uszu, co oznacza, że nic nie widzi i nie słyszy. Jeśli mi nie wierzycie, to go zawołajcie.

Serio? Spróbuję. – Lan JingYi był ciekaw.

Jak to powiedział, to naprawdę krzyknął kilka razy. Trup natychmiast się odwrócił, idąc w stronę juniorów z sekty Lan.

Chłopcy prawie poczuli, jak dusze uciekają im z ciał.

Powiedziałeś, że to będzie w porządku! – zawył Lan JingYi.

Wei WuXian złożył ręce w trąbkę wokół ust i podniósł głos.

To naprawdę w porządku, spójrzcie! Mówię tak głośno, ale nie podchodzi, prawda? Ale z waszej strony nie chodzi o dźwięk, tylko o ogień! Jest gorący! A do tego wokół niego zebrało się dużo żywych mężczyzn! Energia yang jest zbyt gęsta! Nie widzi i nie słyszy, ale może iść w stronę, która wydaje mu się najbardziej zatłoczona. Dlaczego jeszcze nie zgasiliście ognia? I rozejdźcie się w różne strony!

Lan SiZhui machnął dłonią, a powiew wiatru zgasił płomienie. Chłopcy natychmiast rozeszli się na wszystkie strony w opuszczonym ogrodzie.

Tak jak powiedział Wei WuXian, kiedy ogień zgasł, a ludzie się rozeszli, bezgłowy mężczyzna stracił swój cel.

Przez chwilę stał w bezruchu. Wszyscy już mieli westchnąć z ulgą, kiedy nagle znowu zaczął się ruszać. Bez wahania poszedł w stronę jednego z chłopców.

Powiedziałeś, że będzie w porządku, jeśli zgasimy ogień i się rozejdziemy! – zawył znowu Lan JingYi.

Wei WuXian nie miał czasu, by mu odpowiedzieć.

Nie ruszaj się! – krzyknął do drugiego chłopaka.

Podniósł kamień, który leżał u jego stóp. Zamachnął się, rzucając nim w stronę bezgłowego człowieka. Trafił idealnie w sam środek jego pleców. Mężczyzna zatrzymał się i odwrócił. Pomyślał chwilę, jakby decydował, która strona ogrodu jest bardziej podejrzana, po czym zaczął iść w stronę Wei WuXiana.

Powoli Wei WuXian przesunął się dwa kroki w bok, ledwo co wymijając drepczącego trupa.

Powiedziałem, żebyście się rozeszli, nie rozbiegli. Nie chodźcie zbyt szybko. Ten ghul ma dość wysoki poziom kultywacji. Jeśli będziecie się szybko poruszać, to powietrze też się przemieści, więc was zauważy.

Wygląda, jakby czegoś szukał… Może… swojej głowy? – zapytał Lan SiZhui.

Tak, szuka swojej głowy. Jest ich tu kilka, a skoro nie widzi, która jest jego, zerwie głowę każdego z obecnych i przymierzy. Jeśli będzie pasowała, to przez jakiś czas z nią pochodzi, a jeśli nie, to ją odrzuci. Dlatego powinniście poruszać się powoli. Nie możecie dać się złapać.

Chłopcy zadrżeli z przerażenia, wyobrażając sobie, jak ich głowy są zrywane przez bezgłowego trupa i krwiście przyczepiane do jego własnej szyi. Powoli zaczęli „uciekać” po ogrodzie, jednocześnie unosząc ręce nad głowę. Wyglądało, jakby bawili się w zdradziecką grę w chowanego z ghulem. Z tą różnicą, że złapany przez ghula musiałby oddać mu swoją głowę. Jak tylko trup wyczuwał obecność jednego z chłopców, Wei WuXian rzucał kamień i zwracał jego uwagę na siebie.

Z rękami złożonymi na plecach, Wei WuXian poruszał się powoli, obserwując zachowanie trupa.

Postawa naszego drogiego przyjaciela jest trochę dziwna, prawda? Macha ramieniem, a jego pięść jest lekko zaciśnięta. Ten rodzaj ruchu…

Lan JingYi nie mógł tego już dłużej wytrzymać.

Będziemy tylko tak chodzić? Jak długo musimy to robić?!

Pewnie, że nie – odpowiedział Wei WuXian po chwili zastanowienia. Od razu zaczął krzyczeć: – HanGuang-Jun! Och, HanGuang-Jun! HanGuang-Jun, wróciłeś już? Pomóż nam!

Widząc to, inni uczniowie mu zawtórowali. Trup nie miał głowy i nic nie słyszał, więc każdy kolejny krzyk miał w sobie więcej pasji i nędzy od poprzedniego. Kilka chwil później miękki, melodyjny dźwięk xiao1 rozbrzmiał wśród nocy. Zaraz za nim podążył klarowny pogłos struny.

Słysząc te dwa instrumenty, juniorzy byli tak podekscytowani, że prawie się popłakali.

HanGuang-Jun! ZeWu-Jun!

Dwie szczupłe postacie błysnęły przed zniszczonym wejściem do ogrodu. Miały tą samą nefrytową posturę, ten sam śnieżnobiały odcień. Jedna trzymała xiao, a druga niosła guqin, idąc ramię w ramię. Na widok bezgłowego cienia obie na chwilę się zatrzymały.

Mina Lan XiChena była wyjątkowo zaskoczona, prawie nawet zszokowana. Liebing2 zamilkł, jednak Bichen już zdążył wysunąć się z pochwy. Wyczuwając, że zimny i potężny rozbłysk miecza mknie w jego stronę, bezgłowy mężczyzna znowu zamachnął się ramieniem.

To znowu ten ruch! – oznajmił w myślach Wei WuXian.

Trup był także dość zwinny. Unikając rozbłysku Bichena wyskokiem, szybko po niego sięgnął, łapiąc za rękojeść.

Trzymając miecz w jednej ręce, uniósł go, jakby próbował sprawdzić, co takiego trzyma. Wszyscy juniorzy zbledli, kiedy zobaczyli, że jakimś cudem zatrzymał Bichen w locie, jednak Lan WangJi był jak zawsze spokojny. Wyciągając znowu guqin, spojrzał w dół i zakrzywił palec, szarpiąc za strunę. Dźwięk zaszumiał i poleciał w stronę trupa, jakby był niewidzialną strzałą. Ghul chlasnął mieczem i rozerwał nutę na strzępy. Lan WangJi zagrał w dół. Wszystkie struny zadrżały, brzmiąc jeszcze potężniej. Jednocześnie Wei WuXian wyjął bambusowy flet i zaczął mu akompaniować z niezwykle piskliwym dźwiękiem, jakby ostrza mieczy i szabli spadały z nieba.

Bezgłowy truposz znowu zaatakował. Lan XiChen w końcu się opamiętał i na nowo zaczął grać, unosząc Liebinga do ust. Wei WuXian nie wiedział, czy to tylko jego wyobraźnia, ale kiedy rozbrzmiały miękkie i spokojne tony xiao, ruchy nieznajomego się zatrzymały. Przez chwilę stał nieruchomo i słuchał, po czym się odwrócił, jakby chciał zobaczyć, kto gra. Jednak bez oczu i głowy nie był w stanie nic zobaczyć. W końcu wydawało się, jakby stracił całą energię od silnych ataków fletów i guqinu. Zachwiał się i upadł na ziemię.

Żeby być dokładnym, to nie tylko upadł, ale się rozpadł. Ramiona, nogi i tors leżały porozrzucane na dywanie z suchych liści.

Lan WangJi odłożył guqin i przyzwał miecz. Razem z Wei WuXianem poszedł w stronę zwłok, spojrzał w dół i wyjął pięć sakiewek qiankun. Wciąż spanikowani juniorzy ich otoczyli. Najpierw zasalutowali ZeWu-Junowi, ale zanim mieli okazję zacząć nadawać, Lan WangJi powiedział:

Idźcie odpocząć.

Hę? Ale jeszcze nie ma dziewiątej, HanGuang-Jun. – Lan JingYi był zdziwiony.

Z drugiej strony Lan SiZhui pociągnął kolegę za rękaw i odpowiedział z szacunkiem:

Tak.

O nic nie pytał. Zabrał ze sobą pozostałych juniorów do innej części ogrodu, przygotowując się do rozpalenia znowu ogniska i pójścia spać.

Przy stercie trupich części zostały tylko trzy osoby. Wei WuXian kiwnął Lan XiChenowi głową w oznace szacunku. Kucnął i zaczął na nowo zamykać kończyny w sakiewkach. Jak był w trakcie wpychania lewej ręki do środka, Lan XiChen się odezwał:

Proszę, zaczekaj chwilę.

Jak Wei WuXian wcześniej zobaczył minę Lan XiChena, to od razu wiedział, że coś jest nie tak. Rzeczywiście nawet teraz jego cera była popielata.

Proszę… Zaczekaj chwilę. Pozwól mi zobaczyć zwłoki – powtórzył mężczyzna.

ZeWu-Jun, czy wiesz, kto to jest? – zapytał Wei WuXian, zatrzymując się.

Zanim Lan XiChen mógł odpowiedzieć, Lan WangJi już powoli przytakiwał.

No to ja też wiem – powiedział Wei WuXian i zniżył głos. – To ChiFeng-Zun, prawda?

Kiedy bawili się z nim w chowanego, bezgłowy trup powtarzał jeden ruch – machał ramieniem z lekko zaciśniętą pięścią, przecinając powietrze. Wyglądało, jakby trzymał jakiś rodzaj broni.

Pierwszą myślą był miecz. Ale jako ktoś, kto sam używał miecza i wielokrotnie zderzał ostrze z innymi szermierzami, to nigdy nie widział żadnego eksperta, który wymachiwałby w ten sposób. Miecz był „dżentelmenem wszystkich broni”. Każdy, kto go używał, przykładał uwagę do gracji i godności. Nawet skrytobójca musiał posiadać odrobinę zwinności pośród okrucieństwa. Sztuka miecza polegała bardziej na pchnięciach i dźgnięciach, niż chlastaniu i cięciu. Jednak ruchy bezgłowego trupa były zbyt ciężkie. Krył się w nich nadmiar złośliwości, a cięciom brakowało elegancji.

Ale jeśli nie trzymał miecza, a szablę – a do tego taką ogromną z silną intencją zabijania – to wszystko miało sens.

Miecz i szabla różniły się w użytkowaniu i temperamencie. Bronią, której używał przed śmiercią, prawdopodobnie było to drugie. W szabli ceniono siłę ponad styl. Szukając głowy, szukał także swojej broni. To dlatego powtarzał ruchy dzierżenia szabli i nawet złapał Bichen, używając go jako własnej broni.

A do tego zwłoki nie miały żadnych specjalnych znaków. Teraz kiedy został pocięty na części, niemożliwe było rozpoznanie jego tożsamości. To naturalne, że nawet Nie HuaiSang nie mógł go rozpoznać w hali szabel. Właściwie, to nawet Wei WuXian nie mógł zagwarantować, że rozpoznałby swoją nogę, gdyby ją odciął i rzucił między trupy. Dopiero kiedy tors tymczasowo połączył się z resztą i poruszył dzięki energii urazy, Lan XiChen i Lan WangJi go rozpoznali.

ZeWu-Jun, HanGuang-Jun opowiedział ci, co widzieliśmy podczas naszej podróży, prawda? O wiosce Mo, grabieżcy, mieście Yi i całej reszcie? – zapytał Wei WuXian. Lan XiChen przytaknął. – No to pewnie już o tym słyszałeś. Mężczyzna, który próbował ukraść zwłoki na cmentarzu klanu Chang, dobrze znał sztukę miecza sekty Lan. Są tylko dwie możliwości. Albo jest z GusuLan i od dziecka ćwiczył szermierkę, albo nie jest od was, ale dobrze zna wasze techniki. Możliwe, że często walczył z waszymi ludźmi lub jest tak inteligentny, że zapamiętanie kilku ruchów, jeśli je choć raz zobaczy, nie jest dla niego problemem.

Lan XiChen milczał.

Walczył o zwłoki, bo nie chciał, by ktokolwiek się zorientował, że ChiFeng-Zun został pocięty – dodał Wei WuXian. – Jeśli ciało zostanie złożone do kupy, sytuacja będzie dla niego naprawdę ciężka. To ktoś, kto zna sekret hali szabli sekty Nie. Ktoś, kto jest bliski sekcie Lan. Ktoś, kto miał dość skomplikowaną historię… z ChiFeng-Zunem.

Nie musiał mówić, kim prawdopodobnie jest ta osoba. Wszyscy zrozumieli.

On by tego nie zrobił – odpowiedział szybko Lan XiChen, a jego mina była poważna.

ZeWu-Jun?

Wszystkie te incydenty zdarzyły się w tym miesiącu, a on co noc omawiał ze mną różne kwestie. Kilka dni temu planowaliśmy konferencję dyskusyjną, która w przyszłym miesiącu odbędzie się w Lanling. Nie mógł być jednocześnie gdzie indziej.

Co, jeśli użył talizmanu transportującego? – zapytał Wei WuXian.

Lan XiChen potrząsnął głową. Jego ton był delikatny, lecz pewny.

By użyć talizmanu, najpierw trzeba kultywować technikę transportującą, a ona nie jest taka prosta. Nigdy nie okazywał żadnych oznak uczenia się jej. A do tego, by jej użyć, trzeba wykorzystać znaczne pokłady energii, ale kilka dni temu byliśmy razem na nocnych łowach. Spisał się doskonale. Jestem pewny, że nigdy nie użył talizmanu transportującego.

Nie musiał iść samemu – powiedział Lan WangJi.

Lan XiChen i tak potrząsnął głową.

Liderze sekty Lan – kontynuował Wei WuXian – dobrze wiesz, kto jest najbardziej podejrzany. Po prostu nie chcesz tego przyznać.

Światło z ogniska rzucało ciągle zmieniające się cienie na ich twarze. W porzuconym ogrodzie wszystko zamarło.

Rozumiem, że z pewnych powodów świat ma dość sporo błędnych opinii na jego temat – odpowiedział Lan XiChen po chwili ciszy. – Ale… Ufam temu, co widziałem przez te wszystkie lata. Wierzę, że nie jest taką osobą.

Nie było trudno zrozumieć, dlaczego Lan XiChen go bronił. Szczerze mówiąc, nawet Wei WuXian nie miał złej opinii na temat osoby, którą podejrzewali. Zawsze traktował wszystkich z dobrocią i pokorą ze względu na własne pochodzenie. Był kimś, kto nigdy nikogo nie uraził. Kimś, z kim bardzo komfortowo się rozmawiało. Szczególnie ZeWu-Junowi, który przyjaźnił się z nim od lat.

Tuż przed śmiercią Nie MingJue sekta QingheNie obrała sobie na cel LanlingJin. Kto zyskałby najwięcej na jego zgonie?

Śmierć z powodu dewiacji qi na oczach wielu ludzi… Wyglądało jak sensowna i nieunikniona kolej rzeczy, ale czy prawda była taka prosta?


1. Przyp. tłum. xiao – chiński flet pionowy najczęściej robiony z bambusa.

2. Liebing – dosł. pęknięty lód; imię fletu XiChena.

Tłumaczenie: Ashi

4 Comments

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

:błeee:  :płaku:  :WeiMądruś:  :zonk:  :NieNie: 
:AAAA:  :ależeco:  :blabla:  :ugh:  :cooo: 
:ekscytacja:  :facepalm:  :patriarcha:  :muahaha:  :złamaneserce: 
:szok:  :przestań:  :zachwyt:  :zachwyt2: