Mo Dao Zu Shi

Rozdział 52 – Odwaga II21 min. lektury

Nic. – Lan WangJi patrzył się prosto przed siebie.

Jesteśmy już sobie bliscy, prawda? Ale jesteś chłodny. Nawet nie zaszczyciłeś mnie spojrzeniem! Z twoją nogą naprawdę wszystko jest w porządku?

Nie jesteśmy sobie bliscy.

Wei WuXian odwrócił się, idąc tyłem, zdeterminowany, by zmusić Lana WangJi do spojrzenia mu w oczy.

Nie zmuszaj się, jeśli nie jest w porządku. Noga cię boli? Czy jest złamana? Kiedy to się stało?

Już miał powiedzieć „chcesz, żebym cię poniósł?”, kiedy piękny zapach dotarł do jego nosa. Wei WuXian odwrócił się i spojrzał na bok. Jego oczy natychmiast się rozjarzyły.

Widząc, że nagle się zatrzymał, Lan WangJi podążył za jego wzrokiem. Zobaczył jakieś pół tuzina idących razem dziewczyn. Ta w środku miała warstwę szyfonu na bladoszkarłatnym płaszczu. Materiał unosił się z powiewem wiatru. Jej figura wyglądała wyjątkowo dobrze od tyłu.

To na nią patrzył się Wei WuXian.

Jedna z dziewczyn się zaśmiała.

MianMian, twoja perfumowana saszetka to naprawdę coś specjalnego. Odkąd zaczęłam ją nosić, owady naprawdę zaczęły mnie omijać i ma miły zapach. Jestem od niego bardziej rozbudzona.

Głos dziewczyny nazwanej MianMian był miękki i słodki.

W środku są zmieszane rośliny lecznicze. Mogą zostać użyte na wiele sposobów. Mam jeszcze kilka. Chcecie?

Wei WuXian podszedł jak niosący złe wieści powiew wiatru.

MianMian, zostaw jedną dla mnie!

Dziewczyna była zaskoczona. Nie spodziewała się, że nagle w ich rozmowę wtrąci się obcy głos. Odwróciła się, pokazując ładną twarz i lekko marszcząc brwi, po czym zapytała:

Kim jesteś? Dlaczego też nazywasz mnie MianMian?

Słyszałem, jak wszystkie tak cię nazywały, więc uznałem, że to twoje imię. To nie ono?

Lan WangJi obserwował ich chłodno. Widząc, że Wei WuXian znowu robi swoje, Jiang Cheng przewrócił oczami.

Nie możesz mnie tak nazywać! – Dziewczyna się zarumieniła.

Dlaczego nie? A co powiesz na to – jeśli powiesz mi swoje imię, to nie będę już nazywał cię MianMian. Co o tym myślisz?

Dlaczego miałabym ci powiedzieć tylko dlatego, że zapytałeś? Sam powinieneś się pierwszy przedstawić, nie sądzisz?

Jasne, jeśli chcesz wiedzieć. Pamiętaj, nazywam się „YuanDao”.

MianMian bezdźwięcznie wymówiła kilka razy to imię. Nie pamiętała panicza z żadnej sekty, który miałby tak na imię, ale sądząc po jego wyglądzie, nie był zwykłym uczniem. Patrząc na zadziorny uśmiech chłopaka, nie wiedziała, co się dzieje.

Nagle obok rozległ się niski głos Lana WangJi:

To gra słów.

Natychmiast zdała sobie sprawę, że to fragment z wiersza – niekończąca się miedza wzdycha za oddalą1 i że chłopak się z niej nabija. Ze złością tupnęła nogą.

Kto za tobą tęskni? Wstydu nie masz?!

Pozostałe dziewczyny wybuchnęły śmiechem, przekrzykując się nawzajem.

Wei WuXian, naprawdę nie masz wstydu!

Nie spotkałam nigdy kogoś tak wkurzającego!

Zdradzę ci, że ma na imię…

MianMian ich odciągnęła.

Chodźmy, chodźmy! Nie możesz mu powiedzieć.

Możesz iść, ale daj saszetkę, dobrze? – krzyknął za nią Wei WuXian. – Ignorujesz mnie? Nie chcesz? Jeśli nie, to znajdę kogoś innego, kto powie mi, jak masz na imię. Na pewno jest ktoś, kto z chęcią mi to zdradzi…

Zanim skończył, perfumowana saszetka została rzucona prosto w niego, uderzając go w pierś. Wydał z siebie głośne „ałć”, udając, że boli go serce i zakręcił saszetką wokół palców, trzymając za wstążkę. Nie przestał, nawet jak wrócił uśmiechnięty do Lana WangJi.

Co? Znowu się tak na mnie patrzysz. O czym mówiliśmy? Kontynuujmy. Może poniosę cię na plecach? – zapytał Wei WuXian, widząc, jak mina drugiego chłopaka robi się coraz chłodniejsza.

Lan WangJi spojrzał się na niego w ciszy.

Zachowujesz się tak frywolnie względem każdego?

Wei WuXian zastanowił się przez chwilę.

Chyba tak?

Starszy chłopak spojrzał na ziemię. Dopiero po chwili odpowiedział:

Jak zuchwale!

Wymówił te słowa przez zaciśnięte zęby, nie ukrywając dziwnej nienawiści. Nie zaszczycił Wei WuXiana nawet drugim łypnięciem, zamiast tego starając się przyspieszyć kroku. Widząc, że się nadwyręża, Wei WuXian powiedział:

Dobrze, nie musisz iść tak szybko. Po prostu cię zostawię w spokoju.

W dwóch krokach dogonił Jiang Chenga, ale ten także nie spojrzał na niego przychylnie.

Jesteś żałosny! – powiedział tylko groźnie.

Nie jesteś Lan Zhanem, więc dlaczego mówisz to w ten sam sposób, co on? Dzisiaj wygląda gorzej niż zwykle. Co mu się stało w nogę?

Wciąż masz czas, by zwracać na niego uwagę? – powiedział gorzko Jiang Cheng. – Dlaczego nie skupisz się na sobie? Nie wiem, co takiego planuje tym razem ten głupi Wen Chao, każąc nam tu szukać jakiegoś wejścia do jaskini. Mam nadzieję, że to nie powtórka z ostatniego razu, kiedy kazał nam stanąć wokół niego i służyć za żywe tarcze.

Nic dziwnego, że nie wygląda najlepiej – wyszeptał jeden z idących za nimi uczniów. – W zeszłym miesiącu spłonęło Zacisze Obłoków. Nie wiedzieliście o tym?

Spłonęło?! – Słysząc to, Wei WuXian podskoczył.

W ciągu ostatnich kilku dni Jiang Chengowi obiło się o uszy zbyt wiele podobnych historii, więc nie był zbyt zaskoczony.

Przez Wenów?

Można tak powiedzieć. Można też powiedzieć… Że sekta Lan sama wszystko spaliła. Najstarszy syn klanu Wen, Wen Xu, osobiście poszedł do Gusu. O coś oskarżył ich lidera i zmusił do spalenia własnej rezydencji! Nazwał to bardzo ładnie, coś jak „oczyszczanie miejsca, by się odrodziło z płomieni”. Większość Zacisza i otaczającego je lasu spłonęła. Tak po prostu zniszczono istniejący od setek lat raj. Lider sekty Lan został poważnie ranny. Nie wiadomo nawet, czy wciąż żyje. Cóż…

Czy noga Lan Zhana ma z tym coś wspólnego?

Oczywiście. Pierwszym miejscem, które kazał im spalić Wen Xu, był pawilon biblioteczny. Zadeklarował, że da nauczkę każdemu, kto zaprotestuje. Lan WangJi odmówił. Został zaatakowany przez jednego z sługusów Wen Xu, który złamał mu nogę. Kość jeszcze się nie zrosła, a został tu przygnany. Kto wie, co próbują osiągnąć?!

Wei WuXian dokładnie się zastanowił. Przez ostatnie kilka dni Lan WangJi nie ruszał się zbyt wiele, nawet kiedy był besztany przez Wena Chao. Zawsze stał lub siedział, nic nie mówiąc. Był kimś, kto nade wszystko cenił odpowiednie zachowanie, więc naturalnie nie dał po sobie poznać, że jest ranny.

Widząc, że wygląda, jakby znowu chciał podejść do Lana WangJi, Jiang Cheng go odciągnął.

Co z tobą nie tak?! Wciąż śmiesz go prowokować? Kopiesz swój własny grób!

Nie będę go prowokował. Spójrz na jego nogę. Wędrujemy od wielu dni i jej stan musiał się pogorszyć. Pewnie zauważyłem to tylko dlatego, że naprawdę nie jest w stanie tego dłużej ukrywać. Jeśli będzie dalej chodził, to możliwe, że do końca życia zostanie kaleką. Pójdę go ponieść.

Jiang Cheng jeszcze bardziej go przyciągnął.

To nie tak, że jesteście sobie bliscy! Nie widzisz, jak bardzo cię nienawidzi? Chcesz go nieść? Pewnie nawet nie chce, byś zbliżył się choćby o krok.

To w porządku, jeśli mnie nienawidzi. Ja go nie nienawidzę. Zarzucę go na plecy, jak tylko go dorwę. Czy uda mu się wtedy mnie udusić?

Nie jesteśmy w stanie zaopiekować się sobą – ostrzegł go Jiang Cheng. – Skąd mamy mieć czas, by przejmować się błahostkami innych?

Po pierwsze, to nie jest błahostka. A po drugie, prędzej czy później ktoś będzie się musiał tym przejąć!

Kłócili się niskimi głosami, dopóki nie podszedł jeden ze służących klanu Wen i nie zwrócił im uwagi:

Nie rozmawiajcie! Uważajcie, co robicie!

Jak odszedł, to zbliżyła się do nich drobna dziewczyna. Nazywała się Wang LingJiao. Była jedną ze służących, których Wen Chao trzymał u swojego boku. Chyba nie trzeba było tłumaczyć, w jaki sposób mu służyła. Wcześniej była pokojówką głównej żony Wena Chao. Wyglądała całkiem nieźle, więc wymieniła kilka spojrzeń ze swoją panią i wskoczyła mu do łóżka. Wraz ze zmianą pozycji, sytuacja otaczających ją ludzi także się polepszyła. W świecie kultywacyjnym pojawiła się także pewna sekta YingchuanWang.

Jej energia duchowa była słaba, więc nie mogła używać wysokiego poziomu mieczy i dlatego w dłoni trzymała żelazo do piętnowania. Wszyscy służący klanu Wen mieli po jednym. Nie trzeba było ich rozgrzewać, by zostawiły bolesne piętno.

Trzymając je w dłoni, Wang LingJiao nadęcie oznajmiła:

Panicz Wen kazał wam szukać wejścia do jaskini, więc co robicie, szepcząc między sobą?

Nastały takie czasy, że nawet zwykła pokojówka, która zyskała swoją pozycję poprzez wskakiwanie do cudzego łóżka, mogła popisywać się przed nimi swoją arogancją. Nie byli pewni, czy mają się śmiać, czy złościć.

Znalazłem! – krzyknął nagle ktoś z boku.

Wang LingJiao nie miała czasu, by poświęcić im więcej uwagi. Podbiegła szybko, by zerknąć i uśmiechnęła się szeroko.

Paniczu Wen! Znaleźli je! Znaleźli wejście!

Wejściem była dziura w ziemi, dobrze skryta pomiędzy starymi drzewami banyan o pniach tak grubych, że trzech mężczyzn ledwo dałoby radę je objąć. Nie było łatwo go znaleźć, bo zajmowało niewielką przestrzeń, nie mając nawet półtora metra szerokości, a gęste i splątane korzenie, na których zebrały się liście, gałęzie, kamienie i błoto, zasłoniły je swoją siecią, przez co praktycznie nie dało się go zauważyć.

Po odsunięciu zgniłych liści i odcięciu korzeni odsłonięta została ciemna, dziwaczna dziura.

Wejście prowadziło głęboko pod ziemię. Zimne powietrze buchnęło im w twarze, posyłając ciarki wzdłuż ich pleców. Nie usłyszeli dźwięków wytworzonych przez zrzucony kamień, jakby zapadł się pod wodę.

To musi być to! Szybko! Chodźcie wszyscy na dół!

Jin ZiXuan nie mógł tego dłużej wytrzymać.

Przyprowadziłeś nas tutaj, mówiąc, że będziemy polować na bestię – powiedział zimno. – No to, jeśli mogę zapytać, jaka to bestia? Poinformowanie nas zawczasu sprawi, że będziemy lepiej współpracować i nie powtórzymy błędów z ostatniego razu.

Poinformować was? – zapytał Wen Chao. Wstał, najpierw wskazując palcem na Jin ZiXuna, a potem na siebie. – Ile razy mam to tłumaczyć, byś pamiętał? Nie zrozum źle. Jesteście tylko kultywatorami, którzy mi służą. To ja wydaję rozkazy i nie potrzebuję żadnych sugestii. Tylko ja dowodzę armią. I tylko ja mogę pokonać tę bestię!

Duży nacisk postawił na słowa „tylko ja”. Jego wzniosły głos i arogancki ton wywoływały w słuchaczach jednocześnie śmiech i nienawiść.

Nie słyszeliście, co powiedział panicz Wen? Złazić, szybko! – zbeształa ich Wang LingJiao.

Jin ZiXuan stał na samym przodzie. Tłumiąc złość, uniósł rąbek szaty i chwycił jedno z najgrubszych pnączy, bez wahania skacząc do dziury.

Tym razem Wei WuXian głęboko utożsamiał się z jego uczuciami. Bez względu na to, jakie istoty nawiedzały tę jaskinię, stawienie im czoła będzie bardziej komfortowe niż słuchanie Wenów. Jeśli pozwoli tej piekielnej parze jeszcze chwilę ranić jego oczy, to naprawdę może zdecydować się umrzeć razem z nimi!

Ludzie jeden za drugim wskoczyli za Jinem ZiXuanem do środka.

Grupie siłą zebranych uczniów zabrano miecze, więc mogli tylko powoli się zsuwać. Na szczęście pnącza obrastały jedną ze ścian szybu. Były dość mocne i grube jak ramię dziecka. Wei WuXian mocno się trzymał jednego i powoli opuszczał, w milczeniu obliczając, jak głęboko schodzą.

Jego stopy w końcu dotknęły ziemi po zjechaniu jakichś dziewięciu metrów.

Wen Chao krzyknął coś z góry. Upewniając się, że na dole jest bezpiecznie, lekko zleciał na mieczu z Wang LingJiao w ramionach. Po chwili pozostali uczniowie i służący także zlecieli jeden za drugim.

Mam nadzieję, że dzisiejsza bestia nie będzie zbyt trudna do pokonania. Nie wiem, czy są tu jakieś inne wyjścia. Jeśli coś się zacznie tutaj rzucać, to pnącza mogą się zerwać i ciężko będzie nam uciec – wyszeptał Jiang Cheng.

Reszta grupy myślała o tym samym. Nie mogli się powstrzymać przed spojrzeniem na małą, białą kropkę, którą było wejście. Wszyscy byli zmartwieni.

Wen Chao zeskoczył z miecza.

Na co czekacie? Mam was nauczyć, co robić? Ruszcie się!

Grupa została zagoniona w głąb jaskini. Musieli sprawdzić drogę, więc Wen Chao rozkazał służącym, by dali im kilka pochodni. Sklepienie jaskini było jednocześnie wysokie i szerokie, daleko poza zasięgiem płomieni. Wei WuXian nasłuchiwał echa. Czuł, że im dalej szli, tym mocniej się rozlegało. To bardzo prawdopodobne, że byli już ponad trzydzieści metrów pod ziemią.

Idący przodem ludzie byli niezwykle ostrożni. Nie wiadomo, ile minęło czasu, zanim w końcu dotarli do głębokiego zbiornika wody.

Choć znajdował się pod ziemią, to i tak można było go uznać za rozległe jezioro. Wypełniająca je woda była niesamowicie ciemna, a z tafli wystawały różnej wielkości kamienne wysepki.

Nie było innej drogi, ale wciąż nie znaleźli obiektu nocnych łowów. Nie wiedzieli nawet, co to miało być. Serca wszystkich wypełniła niepewność.

Kiedy nie zobaczył bestii, Wen Chao także się zirytował. Przeklął kilka razy, po czym wpadł na „pomysł”.

Wybierzcie kogoś, powieście i upuśćcie mu trochę krwi, by wywabić to coś.

Bestie przeważnie najbardziej na świecie pragnęły krwi. Jej zapach był najlepszym wabikiem, a widok wiszącego, unieruchomionego człowieka największą zachętą.

Wang LingJie natychmiast wskazała na dziewczynę.

Może ona?

Tą dziewczyną była „MianMian”, która po drodze rozdawała perfumowane saszetki. Totalnie ogłupiała, kiedy ją wybrano. Choć wybór Wang LingJiao wydawał się losowy, to w rzeczywistości od dawna to planowała. Większość zebranych uczniów była chłopcami, więc Wen Chao nie mógł się powstrzymać przed skupieniem na dziewczynach, a w szczególności MianMian. Była ładna, więc kilka razy ją zaczepił, a ona musiała cierpieć w milczeniu. Jednak Wang LingJiao wszystko widziała, nienawidząc tego.

MianMian wkrótce uświadomiła sobie, że to naprawdę ona została wybrana. Z przerażeniem wymalowanym na twarzy cofnęła się o kilka kroków. Widząc, że to ją wybrała Wang LingJiao, Wen Chao przypomniał sobie, że jeszcze jej nie przeleciał i pomyślał, że byłaby to wielka szkoda.

Ona? A może weźmiemy kogoś innego?

Wang LingJiao wyglądała, jakby ją oszukano.

Dlaczego mamy brać kogoś innego? Wybrałam ją. Nie mów, że będziesz za nią tęsknił.

Spojrzała na niego zalotnie, a Wen Chao był zachwycony. Odwrócił się do MianMian, by obejrzeć jej strój i wywnioskował, że prawdopodobnie nie była częścią głównej rodziny w swojej sekcie. Co najwyżej mogła być uczennicą, więc z pewnością będzie wspaniałym wabikiem. Nawet jeśli umrze, to jej sekta nie będzie się czepiała.

Bzdura. Dlaczego uważasz, że będę za nią tęsknił? To ty decydujesz, JiaoJiao!

MianMian wiedziała, że jak ją powieszą, to koniec. Próbowała uciec, ale bez względu na stronę, w którą biegła, ludzie się rozstępowali. Wei WuXian drgnął, ale Jiang Cheng natychmiast go przytrzymał. Dziewczyna nagle zobaczyła dwójkę ludzi, którzy pozostawali w bezruchu i ukryła się za ich plecami, trzęsąc ze strachu.

Tą dwójką byli Lan WangJi i Jin ZiXuan.

Kiedy służący z sekty Wen chcieli ją związać, zauważyli, że ci nie zamierzają się ruszyć.

Zejść na bok!

Lan WangJi obojętnie milczał.

Widząc, że sytuacja nie wygląda najlepiej, Wen Chao ostrzegł:

Co tak stoicie? Nie rozumiecie ludzkiej mowy? A może chcecie uratować damę w opałach?

Jin ZiXuan uniósł brwi.

Czy to nie zbyt wiele? Nie wystarczyło, że robimy dla ciebie za tarczę, skoro teraz jeszcze chcesz utoczyć nam krwi jako przynętę?!

Wei WuXian był zaskoczony. Więc Jin ZiXuan miał jaja!

Wen Chao wskazał na nich palcem.

Buntujecie się przeciwko mnie? Ostrzegam, że toleruję was od dawna. Natychmiast własnymi rękoma powieście tego bachora! Inaczej nikt z waszej sekty nie ma nadziei na powrót!

Jin ZiXuan zaszydził z niego i odmówił ruszenia się z miejsca. Lan WangJi wyglądał, jakby nic nie słyszał, stojąc bez ruchu i medytując.

Jednak jeden ze stojących z boku uczniów GusuLan drżał, słuchając gróźb Wena Chao. Nie mógł już dłużej wytrzymać, więc podbiegł i złapał MianMian, gotowy ją związać. Mina Lana WanJi zesztywniała. Natychmiast odepchnął go na bok.

Choć nic nie powiedział, to spoglądał na ucznia ze wzgardą. Znaczenie tego spojrzenia było dla wszystkich jasne – cóż za wstyd, że sekta GusuLan wychowała kogoś takiego!

Ramiona chłopaka drżały, kiedy powoli się cofał, nie będąc w stanie nikomu spojrzeć w oczy.

Oho. Sądząc po osobowości Lan Zhana, to nie skończy się dobrze – wyszeptał Wei WuXian do Jiang Chenga, który zacisnął pięści.

W takiej sytuacji niemożliwe było dbanie tylko o własny ogon i mienie nadziei, że nie dojdzie do rozlewu krwi!

Jak śmiesz! Zabić ich! – krzyknął rozjuszony Wen Chao.

Kilku uczniów z klanu Wen dobyło mieczy, ruszając w stronę Lana WangJi i Jina ZiXuana. Ręka topiąca rdzeń, Wen ZhuLiu, stał za Wenem Chao z ramionami złożonymi na plecach. Nigdy nie atakował, jakby czuł, że nie ma takiej potrzeby. Miał rację, bo w końcu obaj chłopcy nie mieli ani broni, ani przewagi liczebnej. Jakby to nie wystarczyło, to przez ostatnie kilka dni ciągle byli w ruchu, więc ich stan nie był najlepszy, nie wspominając o nodze Lana WangJi. Na pewno długo nie wytrzymają. Wen Chao wyglądał, jakby jego humor się poprawił od obserwowania, jak jego podwładni walczą z tą dwójką.

Wydaje wam się, że kim jesteście? Jak śmiecie mi się odszczekiwać? Ludzie tacy jak wy zasługują tylko na śmierć.

Racja. – Z boku rozległ się wesoły głos. – Wszyscy, którzy gnębią innych i czynią zło, wykorzystując pozycję swojego klanu, powinni zostać zabici. Nie tylko zabici, ale powinno się im ściąć głowę przy wtórze obelg dziesiątek tysięcy widzów, by pozostali zachowali ostrożność.

Słysząc to, Wen Chao się odwrócił.

Coś powiedział?

Wei WuXian udawał zaskoczonego.

Chcesz, żebym powtórzył? Pewnie. Wszyscy, którzy gnębią innych i czynią zło wykorzystując pozycję swojego klanu, powinni zostać zabici. Nie tylko zabici, ale powinno się im ściąć głowę przy wtórze obelg dziesiątek tysięcy widzów, by pozostali zachowali ostrożność. Tym razem usłyszałeś?

Słysząc to, Wen ZhuLiu się zamyślił, zerkając na Wei WuXiana.

Jak śmiesz mówić tak absurdalne, skandaliczne i pretensjonalne rzeczy! – wybuchnął Wen Chao.

Wei WuXian najpierw uniósł końcówki ust, wydając z siebie tylko „pfft”, po czym wybuchnął niepowstrzymanym śmiechem. Na oczach wszystkich śmiał się tak mocno, że aż stracił dech, łapiąc się za ramię Jiang Chenga dla wsparcia.

Absurdalne? Skandaliczne? To ty taki jesteś! Wenie Chao, czy wiesz, kto powiedział te słowa? Jestem pewny, że nie masz pojęcia, więc ci powiem. To słowa najbardziej znanego kultywatora z twojego klanu, a właściwie jego założyciela, Wena Mao. Miałeś czelność powiedzieć, że uwagi twojego przodka są absurdalne i skandaliczne? Dobrze powiedziane, bardzo dobrze! Ahahahaha…!

W danej im Kwintesencji klanu Wen nawet najdrobniejsze komentarze mogły być bez końca analizowane, ekstrawagancko przechwalając się w ten sposób ich głębokim znaczeniem. Wei WuXian był zniesmaczony od samego przekartkowania broszury, nie wspominając o uczeniu się wszystkiego na pamięć. Jednak uznał ten cytat Wena Mao za ironiczny i dlatego z łatwością potrafił go przytoczyć.

Karnacja Wena Chao raz bladła, raz czerwieniała.

Racja, jak oskarżano tych, którzy obrażali sławnych kultywatorów z klanu Wen? Jak ich karano? Pamiętam, że to była egzekucja. Tak, możesz teraz pójść zdechnąć – dodał Wei WuXian.

Wen Chao nie mógł dłużej wytrzymać, dobywając miecza i rzucając się na Wei WuXiana. W ten sposób opuścił zasięg ochrony Wena ZhuLiu.

Mężczyzna od zawsze był przyzwyczajony do odpierania ataków, więc nie spodziewał się, że Wen Chao sam z siebie się od niego odsunie. Z tego powodu nie był w stanie zareagować na czas. Z drugiej strony Wei WuXian celowo sprowokował Wena Chao, czekając, aż straci nad sobą kontrolę. Uśmiech na jego ustach nie zbladł, kiedy zaatakował z prędkością światła. W ułamku sekundy wyrwał mu miecz z ręki i odwrócił sytuację, jednym ruchem go obezwładniając.

Trzymając jedną ręką Wena Chao za fraki, skoczył kilka razy, lądując na jednej z wysepek i trzymając Wena ZhuLiu na dystans. Przyłożył ostrze do szyi chłopaka, ostrzegając:

Nie ruszać się. Jeśli nie będziecie ostrożni, to utoczę trochę krwi waszemu paniczowi!

Przestańcie się ruszać! Przestańcie! – wrzasnął Wen Chao.

Uczniowie otaczający Lana WangJi i Jina ZiXuana w końcu powstrzymali ataki.

Ręko topiąca rdzeń, ty też masz się nie ruszać! – krzyknął Wei WuXian. – Znasz temperament lidera klanu Wen. Twój pan jest w moich rękach. Jeśli straci choć kroplę krwi, to nikt z obecnych tego nie przeżyje, łącznie z tobą!

Wen ZhuLiu opuścił ramiona zgodnie z oczekiwaniami Wei WuXiana, Widząc, że sytuacja jest pod kontrolą, chłopak miał już zacząć mówić, kiedy nagle poczuł, że ziemia trzęsie mu się pod nogami.

Jiang Cheng! Czy to trzęsienie ziemi?

Znajdowali się w podziemnej jaskini. Gdyby doszło do trzęsienia ziemi lub osuwiska, to znaleźliby się w okropnej sytuacji – albo przygniotłyby ich kamienie, albo wyjście zostałoby zablokowane.

Jednak Jiang Cheng odpowiedział:

Nie!

Wei WuXian czuł, że trzęsienie się nasiliło. Ostrze kilka razy prawie dotknęło gardła Wena Chao, który piszczał przeraźliwie.

To nie trzęsienie ziemi! Rusza się to coś, na czym stoisz! – krzyknął Jiang Cheng.

Wei WuXian także to zauważył. Nie trzęsła się ziemia, ale wysepka, na której stali. A raczej nie tylko trzęsła, bo unosiła się coraz wyżej, wysuwając coraz większą połać lądu spod wody.

W końcu uświadomił sobie, co to jest. To nie wysepka, a ogromna istota, która skrywała się w głębi jeziora. A teraz stał na grzbiecie tej bestii!


1. Mian mian si yuan dao. Wei WuXian sugeruje, że MianMian za nim wzdycha. Mian – nieskończony, a yuan dao – dal.

Tłumaczenie: Ashi

4 Comments

  1. Avatar Badacz Sweevil

    Dziękuję ślicznie za kolejny rozdział (późno, bo na fochy internetu nic nie poradzę). :zonk: :zachwyt:
    Bije pokłony w podziękowaniu, nie mogoc się doczekać kolejnego rozdziału. :zachwyt2:

    Odpowiedz

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

:błeee:  :płaku:  :WeiMądruś:  :zonk:  :NieNie: 
:AAAA:  :ależeco:  :blabla:  :ugh:  :cooo: 
:ekscytacja:  :facepalm:  :patriarcha:  :muahaha:  :złamaneserce: 
:szok:  :przestań:  :zachwyt:  :zachwyt2: