Mo Dao Zu Shi

Rozdział 76 – Zmierzch I27 min. lektury

Wewnątrz największego pawilonu ze skarbami w mieście Lanling.

Na pieczołowicie ustawionych półkach pełnych skarbów można było znaleźć wysokiej jakości nefryty i broń. Wielu kultywatorów przeglądało przedmioty, porównując ceny i wykonanie. Ci, którym się nie spieszyło, co chwilę schodzili się na pogaduszki.

Naczelny Kultywator? Główne sekty kłócą się o to już od jakiegoś czasu. Doszli już do jakiegoś porozumienia?

Ale po co się w ogóle kłócić? Nie możemy na zawsze pozostać stertą luźnych ziaren piasku bez wspólnego lidera. Nie widzę nic złego w wyborze kogoś, kto będzie tym wszystkim zarządzał.

Nic złego? A co jeśli będzie to ktoś z kolejnej sekty na wzór QishanWen…

Przecież to nie to samo. Naczelny kultywator zostanie wybrany przez nas wszystkich. To inna sprawa!

Ha, nazywają to wyborami, ale przecież wiadomo, jak to jest. Biorąc pod uwagę głównego kandydata, pozostałych nawet nie można nazwać jego rywalami. Nie ma dla nich miejsca!

Chifeng-zun jest temu bardzo przeciwny, prawda? Tyle razy próbował powstrzymać Jin Guangshana! Moim zdaniem, nie dojdą zbyt szybko do porozumienia.

Cóż, tylko jedna osoba może zająć tę pozycję. Nawet jak się zgodzą na ustanowienie Naczelnego Kultywatora, to kolejne kilka lat zajmie im wykłócenie się o odpowiedniego kandydata.

Tak czy siak, to zmartwienie tych na górze. Nie nasza sprawa. Takie płotki jak my nie mają żadnej kontroli, nawet gdybyśmy chcieli.

Ktoś nagle zmienił temat.

Czy ktoś z was wziął udział w ceremonii zakończenia odbudowy pawilonu bibliotecznego Zacisza Obłoków? Bo ja poszedłem. Stałem tam i patrzyłem, jest identyczny jak ten poprzedni. To musiało być prawdziwe wyzwanie.

Tak, naprawdę trudne przedsięwzięcie. To taka ogromna rezydencja, eteryczny wymiar istniejący od setek lat. Jak to możliwe, że tak szybko go odbudowali?

Skoro o tym mowa, ostatnio mamy wiele radosnych wydarzeń, prawda?

Chodzi ci o siódmy dzień od narodzin syna Jin Zixuana? Dzieciak dostał stertę kolorowych rzeczy i żadna mu się nie spodobała. Tak się rozbeczał, że prawie zatrzęsły się mury Sali Blasku. Zabawne, że chichocze, jak tylko zobaczy miecz ojca, Suihuę. Jego rodzice byli tacy szczęśliwi! Powiedzieli, że wyrośnie na wspaniałego szermierza.

Stojący nieopodal ubrany na biało mężczyzna w jednej dłoni trzymał jadeitową zawieszkę z chwostem i uważnie ją oglądał. Słysząc to, uśmiechnął się.

Nagle rozległ się głos kobiety:

Pani Jin jest taką szczęściarą… W poprzednim życiu pewnie zrezygnowała z nieśmiertelności, by teraz zyskać dobrą passę!

Po prostu nie ma znaczenia, w czym jesteś dobry – odparł jej towarzysz. – Pochodzenie i tak jest ważniejsze. Ona jest przecież taka nijaka…

Mężczyzna w bieli zmarszczył brwi, jednak ten zgorzkniały komentarz szybko został zagłuszony przez donośniejszy głos:

Sekta LanlingJin zdecydowanie zasługuje na swoją reputację. Nawet kilkudniowemu noworodkowi zorganizowali taką wielką galę.

Zapomniałeś, czyje to dziecko? Przecież go nie zaniedbają. Nie tylko mąż młodej pani Jin się tak stara. Czy jej teściowa lub brat pozwoliliby na mniejszy przepych? Jego miesięcznica, która odbędzie się za kilka dni, będzie jeszcze bardziej wystawna.

Skoro o tym mowa, to czy słyszeliście, że na jego miesięcznicę… zaproszono pewną osobę?

Kogo?

Wei Wuxiana!

Chwila ciszy zapadła w pawilonie skarbów.

Serio?! Myślałem, że to tylko plotka. Naprawdę go zaproszono?

Tak. Kilka dni temu to potwierdzono. Wei Wuxian będzie obecny.

Co LanlingJin sobie wyobraża? Zapomnieli, ilu niewinnych Wei Wuxian zabił na przełęczy Qiongqi?

Kto teraz odważy się wziąć udział, skoro zaproszono kogoś takiego? Ja na pewno nie przyjdę.

Wielu obecnych zakpiło w myślach: I tak nie zostałeś zaproszony, więc czym w ogóle się przejmujesz?

Ubrany na biało mężczyzna uniósł brwi. Wybrał przedmiot i wyszedł. Chwilę później dotarł do małej alejki, gdzie nagle przed nim pojawiła się postać w czerni.

Skończyłeś zakupy, paniczu?

Wei Wuxian rzucił mu delikatne pudełko z drzewa sandałowego. Wen Ning złapał je i otworzył, przyglądając się jadeitowej zawieszce z chwostem. Kamień był przezroczysty, a w środku widać było jasny blask, tak jakby przedmiot był żywy. Mężczyzna się uśmiechnął.

Jaki piękny!

Ta piękna drobnostka wcale nie była tania. Prawie nie wystarczyło mi na nią pieniędzy od twojej siostry przez to, że kupiłem też nowe ubranie. Nie została mi ani jedna moneta. Po powrocie na pewno się nasłucham.

Nie, nie! – przerwał mu Wen Ning. – Kupiłeś prezent dla dziecka panienki Jiang. Siostra na pewno nic nie powie.

Zapamiętaj swoje słowa. Jak mnie dorwie, to trochę mi pomóż.

Wen Ning przytaknął.

Panicz Jin Ling z pewnością pokocha ten prezent.

To nie jest prezent dla niego, tylko małe akcesorium. Te wszystkie graty z pawilonu skarbów tylko dobrze wyglądają, ale tak naprawdę do niczego się nie nadają.

Wen Ning zamarł z zaskoczenia.

W takim razie, jaki prezent przygotowałeś, paniczu?

Śmiertelnicy nie są w stanie pojąć woli niebios.

Och.

Już więcej nie pytał, jednak po chwili to Wei Wuxian nie wytrzymał.

Wen Ning, czy nie powinieneś dalej mnie wypytywać z nieposkromioną ciekawością? Jak możesz powiedzieć „och” i przestań? Nie chcesz wiedzieć, jaki prezent przygotowałem?

Wen Ning patrzył się na niego pustym wzrokiem, aż w końcu zrozumiał.

…Tak, paniczu! Jaki prezent przygotowałeś?

Wei Wuxian w końcu wyjął z rękawa małą, drewnianą szkatułkę. Pomachał nią przed Wen Ningiem i się uśmiechnął. Trup wziął ją do ręki i otworzył, oznajmiając:

Jaki wspaniały dzwonek!

Słowo „wspaniały” nie dotyczyło misterności rękodzieła, choć czystość srebra i wyjątkowo realistyczny lotos o dziewięciu liściach wyryty w metalu mogły być uważane za szczyt perfekcji w tym rzemiośle. Jednak zachwyt Wen Ninga wywołała ilość mocy zawarta w tak małym dzwonku.

Paniczu, czy to nad tym pracowałeś przez ostatni miesiąc, zamykając się w jaskini bez końca?

Tak. Dopóki mój siostrzeniec będzie nosił ze sobą ten dzwonek, to żadna kreatura niskiego poziomu się do niego nie zbliży. Ty także nie możesz go dotknąć. Prawdopodobnie po czymś takim przez jakiś czas nie doszedłbyś do siebie.

Wen Ning przytaknął.

Wiem, czuję to.

Wei Wuxian wziął nowo kupioną zawieszkę i zaczepił ją do dzwonka. Razem wyglądały bardzo dobrze. Był niezwykle zadowolony ze swojego dzieła.

Lecz pamiętaj, że podczas celebracji panicza Jin Linga będziesz musiał się powstrzymywać, gdy zobaczysz męża panienki Jiang. Paniczu, nie kłóć się z nim…

Wei Wuxian machnął ręką.

Spokojnie. Wiem, co mi wolno, a czego nie. Skoro Jin Zixuan mnie zaprosił, to przez cały rok nie powiem o nim złego słowa.

Wen Ning zażenowany podrapał się po głowie.

Kiedy panicz Jin kazał swoim ludziom przekazać ci zaproszenie u stóp Kopców Pogrzebowych, to pomyślałem, że to musi być pułapka, a potem się okazało, że to wszystko to jedno wielkie nieporozumienie. Szkoda mi się go zrobiło. Nie wiedziałem, że panicz Jin też jest taką miłą osobą…

W południe dotarli do przełęczy Qiongqi.

Po przejęciu przez LanlingJin nazwa tego miejsca została zmieniona, lecz Wei Wuxian nie miał pojęcia, jak się teraz nazywa. Najwyraźniej inni też nie pamiętali, więc przeważnie wciąż mówiono o tym miejscu przełęcz Qiongqi. Na początku nie zauważyli nic podejrzanego, lecz w połowie drogi Wei Wuxian zorientował się, że coś jest nie tak.

Nie powinno być tak pusto.

Czy coś jest nie tak? – zapytał Wei Wuxian.

Wen Ning przewrócił oczami, pokazując tylko białka. Po chwili jego tęczówki znów były widoczne.

Nie. Jest zbyt cicho.

Naprawdę jest zbyt cicho.

Nie było słychać nawet odgłosów dzikich zwierząt, które zawsze się tu rozlegały.

Zawracamy! – wyszeptał zaalarmowany Wei Wuxian.

Ledwo zdążył się odwrócić, gdy Wen Ning uniósł rękę, by coś złapać.

Była to opierzona strzała, którą wycelowano w sam środek piersi Wei Wuxiana!

Patriarcha nagle spojrzał w górę. Mnóstwo ludzi wyszło z ukrycia po obu stronach przełęczy. Było ich ponad trzystu, większość ubrana w szaty z Iskrami Pośród Śniegu, choć zdarzały się także inne. Wszyscy byli uzbrojeni w miecze i łuki, a także odziani w zbroje i pełni czujności. Opierzona strzała najwyraźniej została wystrzelona przez lidera tej małej armii. Mężczyzna był postawny i miał ciemną karnację. Jego przystojne rysy twarzy wydawały się dość znajome.

Kim jesteś? – zapytał Wei Wuxian.

Nieznajomy po wystrzeleniu strzały planował krótką przemowę, jednak całkiem o niej zapomniał po usłyszeniu tego pytania i fuknął:

Śmiesz pytać?! Jestem Jin Zixun!

Wei Wuxian natychmiast sobie przypomniał. To kuzyn Jin Zixuana, którego widział kilka razy.

Jego serce od dawna pogrążone było w depresji, jednak przez jakiś czas wypełniała je radość z powodu możliwości uczestniczenia w miesięcznicy syna Jiang Yanli. Teraz cała radość znowu się rozpłynęła, a czarne chmury na nowo zadomowiły się w jego piersi. Pomimo tego nie chciał zbyt długo się zastanawiać i zgadywać, dlaczego ci ludzie postanowili go tutaj napaść.

Jin Zixun podniósł głos.

Wei Wuxian, ostrzegam cię. Zdejmij ze mnie rzuconą przez siebie klątwę, a będę udawał, że nic się nie stało i ci odpuszczę!

Patriarcha zamarł z zaskoczenia. Choć wiedział, że wezmą to za blef, to i tak musiał zapytać:

Jaką klątwę?

Tak jak się spodziewał, Jin Zixun uznał, że pyta, choć dobrze wie.

Wciąż udajesz, że nie masz o niczym pojęcia?! – Mężczyzna rozsunął poły szaty. – Dobra, pokażę ci, co to za okropna klątwa!

Pierś Jin Zixuna pokryta była różnej wielkości dziurami. Mniejsze przypominały ziarna sezamu, zaś większe – soi. Rozłożone były równomiernie i sam widok wywoływał ciarki.

Wei Wuxian zerknął na niego pobieżnie.

Klątwa setki dziur?

Dokładnie! Klątwa setki dziur!

Była to jedna z najbardziej brutalnych klątw.

Wei Wuxian przegrzebał cały pawilon biblioteczny GusuLan, gdy za karę musiał przepisywać zasady sekty. Odkrył wtedy księgę, w której ta klątwa została szczegółowo opisana, a nawet uwzględniono ilustrację. Ukazana na niej osoba była dość spokojna, tak jakby nie czuła bólu, ale jej ciało pokrywało wiele dziur wielkości monety.

Początkowo ofiara nic nie czuła, uważając, że pory jej się powiększyły. Jednak wkrótce dziury stawały się coraz większe i liczebniejsze. Etap ten trwał, dopóki całe ciało nie zostało nimi pokryte, zamieniając człowieka w groteskowe sito. Później klątwa przechodziła na narządy wewnętrzne, doprowadzając do ich gnicia.

Wei Wuxian przez chwilę współczuł Jin Zixunowi, na którego rzucono tę obrzydliwą i trudną do zdjęcia klątwę. Jednak pomimo tego i tak uważał, że mężczyzna nie miał mózgu.

Okej, rzucono na ciebie klątwę setki dziur, ale dlaczego blokujesz mi przejście? Co to ma ze mną wspólnego?

Jin Zixun spojrzał na swoją pierś, tak jakby sam był nią obrzydzony, po czym zawiązał z powrotem szatę.

Kto inny mógłby to na mnie rzucić, jeśli nie przestępca przyzwyczajony do tak pokrętnych metod?

Wei Wuxian pomyślał, że było wielu, którzy z chęcią by tak postąpili. A może Jin Zixun uważał, że jest powszechnie lubiany? Jednak nie chciał tego powiedzieć na głos, by go nie sprowokować i nie pogorszyć sytuacji.

Nie używam tak podstępnych metod. Jeśli chcę kogoś zabić, to wszyscy będą wiedzieli, że dana osoba zginęła z mojej ręki. Gdybym naprawdę pragnął twojej śmierci, to cierpiałbyś tysiąc razy bardziej niż teraz.

Zawsze byłeś arogancki, co? A teraz nie masz odwagi się przyznać?

To nie ja to zrobiłem. Dlaczego miałbym się przyznawać?

Śmiertelna groźba mignęła w oczach Zixuna.

Na razie grzecznie proszę. Jeśli nie wykorzystasz tej szansy, to tak łatwo ci nie odpuszczę!

Och, naprawdę?

Znaczenie tych słów było dość jasne. Były dwa sposoby na zdjęcie klątwy setki dziur. Osoba, która ją rzuciła, mogła zniszczyć połowę swojej kultywacji i ją zdjąć, lecz druga metoda była niezawodna – zabicie winowajcy.

Nie odpuścisz mi? Ty? Z tą marną grupą ludzi?

Jin Zixun machnął ręką. Wszyscy kultywatorzy założyli strzały na cięciwy, celując w Wei Wuxiana i Wen Ninga, którzy stali na środku drogi. Patriarcha przyłożył Chenqinga do ust, a piskliwy dźwięk fletu rozdarł ciszę przełęczy.

Jednak żadna odpowiedź nie nadeszła.

Już dawno oczyściliśmy całą okolicę w oczekiwaniu na twoje przybycie. Możesz sobie grać, ale nie przybędzie żaden pomocnik. To miejsce stanie się twoim kurhanem!

Wei Wuxian zaśmiał się chłodno.

Pragniesz śmierci!

Gdy tylko skończył, Wen Ning uniósł rękę i zerwał czerwony sznurek z talizmanem, który miał przywiązany na szyi.

Gdy tylko to się stało, jego ciało zamarło na chwilę, a mięśnie twarzy zaczęły się wykrzywiać. Ślady przypominające czarne pęknięcia wspięły się po jego szyi, dosięgając policzków. Nagle uniósł głowę, wydając z siebie długi, nieludzki ryk.

Pośród zgromadzonych znajdowało się wielu kultywatorów doświadczonych w nocnych łowach. Nigdy nie spotkali żywego trupa, który potrafiłby zaryczeć w tak przerażający sposób. Wszyscy poczuli, jak nogi się pod nimi uginają. Jin Zixun także poczuł dreszcze, więc uniósł rękę i rozkazał:

Strzelać!

Z nieba spadł deszcz strzał.

Wen Ning gołymi rękoma oderwał głaz i uniósł go wysoko, blokując większość pocisków. Gdy pierwsza fala ataku dobiegła końca, około stu kultywatorów zeskoczyło na dół, szarżując na stojącą tam dwójkę. Wei Wuxian cofnął się o kilka kroków, zgrabnie unikając ciosu mieczem.

Podczas gdy Wen Ning zajmował się kultywatorami, Jin Zixun postanowił zaatakować. Zaśmiał się, widząc, że Wei Wuxian nie miał ze sobą miecza, tylko bezużyteczny flet.

To zapłata za twoją arogancję. Zobaczymy, jak się obronisz.

Wei Wuxian machnął dłonią, wysyłając szereg talizmanów płonących zielonym ogniem na spotkanie z rozbłyskiem miecza mężczyzny, który natychmiast przygasł, gdy się zderzyły. Jin Zixun postanowił skupić się na walce, będąc postawionym przed takim atakiem tuż po tym, jak wyśmiał swojego przeciwnika. Ich potyczka trwała dobrą chwilę, gdy nagle coś wypadło z rękawa Wei Wuxiana. Patriarcha zamarł, gdy tylko zdał sobie sprawę, co się stało.

To prezent, który przygotował dla Jin Linga. Bał się, że go zniszczy, ale jednocześnie ciągle miał ochotę zajrzeć do pudełka i go popodziwiać, więc dość płytko włożył go do rękawa. Podczas walki przypadkiem się wypsnął, lecąc w stronę Jin Zixuna, który prawdopodobnie uznał, że to jakaś sekretna broń lub dziwna trucizna. Miał zamiar zrobić unik, lecz zauważył nagłą zmianę w mimice Wei Wuxiana, więc zmienił zdanie i natychmiast pochwycił obiekt. Było to delikatne, drewniane pudełko z wyrytą kolumną drobnych znaków – imię i data urodzin Jin Linga. Jin Zixun zamarł na chwilę z zaskoczenia, po czym zrozumiał, co trzyma w ręce i zaśmiał się głośno.

Oddawaj – wycedził Wei Wuxian, a jego twarz pociemniała.

Prezent dla A-Linga? – zakpił Jin Zixun, unosząc pudełko.

Wen Ning stał nieopodal, walcząc w chaosie z ponad setką żołnierzy.

Chyba nie sądziłeś, że będziesz mógł wziąć udział w miesięcznicy Jin Linga?

Ręce Wei Wuxiana zaczęły drżeć, gdy usłyszał to zdanie.

Przestańcie! – rozległ się znajomy głos.

Ubrana na biało postać pomknęła przez przełęcz, stając między mężczyznami. Widząc nowoprzybyłego, Jin Zixun oznajmił:

Zixuan? Co ty tutaj robisz?!

Jin Zixuan oparł jedną dłoń na mieczu i wściekły krzyknął:

A jak myślisz, co tutaj robię?!

Gdzie A-Yao?

Jeszcze zaledwie rok temu darzył Jin Guangyao ogromną pogardą, jednak teraz, gdy ich relacje się polepszyły, Zixun zaczął zwracać się do niego w bardziej intymny sposób. To właśnie on był jego pomocnikiem w tej ustawce.

Zatrzymałem go w Wieży Karpia. Gdybym go nie przepytał, bo dziwnie się zachowywał, to dociągnęlibyście to do końca? Dlaczego mi nie powiedziałeś, że rzucono na ciebie klątwę i bez słowa poszedłeś zrobić coś takiego?!

Klątwa setki dziur nie była czymś, o czym mógłby powiedzieć każdemu. Po pierwsze, był przystojny i w dobrej formie. Zawsze uważał się za ładnego i nie chciał, by inni wiedzieli, że ma na ciebie coś tak obrzydliwego. Po drugie, fakt, że rzucono na niego klątwę, świadczył o niskim poziomie kultywacji, gdyż jego siła duchowa nie była w stanie się jej przeciwstawić. Z tego powodu tym bardziej wolał nikomu nic nie mówić. Dlatego Jin Guangshan i Jin Guangyao byli jedynymi, którzy wiedzieli wszystko o klątwie, ponieważ błagał ich o pomoc w znalezieniu lekarzy i specjalistów. Jednak żaden nie był w stanie nic zrobić.

Tak się złożyło, że zbliżała się miesięcznica Jin Linga, na którą Jin Zixuan zaprosił Wei Wuxiana. Jin Guangshanowi się to nie spodobało, dlatego zasugerował Zixunowi, by wykorzystał tę okazję i zamordował patriarchę w drodze na bankiet. Dzięki temu jego noga nie stanęłaby w Wieży Karpia.

Wei Wuxian był młodszym kultywacyjnym bratem Jiang Yanli i byli sobie bardzo bliscy. Jin Zixuan mówił żonie o wszystkim, nawet o najbardziej trywialnych sprawach, więc martwili się, że wszystko jej wygada, przez co Wei Wuxian się nie pojawi. Z tego powodu Zixuan nie mógł zostać poinformowany, co rzeczywiście było odrobinę niesprawiedliwe.

Widząc, że wszystko wyszło na jaw, Jin Zixun poczuł się trochę winny. Jednak jego życie i tak było najważniejsze.

Zixuan, nie mów o tym na razie swojej żonie. Jak pozbędę się tych rzeczy ze swojego ciała, to wystosuję wam formalne przeprosiny.

Ostatnim razem, gdy Wei Wuxian widział Jin Zixuana, ten wciąż był pełen młodzieńczej dumy i arogancji. Wyglądało na to, że po ślubie bardzo spoważniał. Jego głos także był spokojny, choć jego twarz wyraźnie pociemniała.

Jeszcze da się wszystko odkręcić. Przestańcie na razie.

Jin Zixun był wściekły i niecierpliwy.

Niby co chcesz odkręcać, skoro do tego doszło?! Widziałeś, co mam na ciele?!

Wyglądał, jakby chciał znowu rozwiązać szatę, by pokazać swoją dziurawą pierś, lecz Zixuan szybko go powstrzymał.

Nie trzeba! O wszystkim słyszałem od Jin Guangyao!

Skoro o tym słyszałeś, to powinieneś wiedzieć, że nie mogę czekać! Nie mów, że zignorujesz życie swojego krewnego dla wychowanka rodziny twojej żony?!

Dobrze wiesz, że nie jestem taką osobą. Nie zapominaj, że to niekoniecznie on jest winny. Dlaczego zachowujesz się tak pochopnie? To ja zaprosiłem Wei Wuxiana na celebrację Jin Linga. W jakiej sytuacji mnie postawisz, czyniąc w ten sposób? W jakiej sytuacji postawisz moją żonę?

Jin Zixun podniósł głos.

No i dobrze, że nie weźmie udziału! Za kogo on się ma? Czy zasługuje na uczestnictwo w bankiecie naszej sekty? Kto go nie dotknie, zostaje skażony mrokiem! Czy zapraszając ich, nie martwiłeś się, że twoja żona i A-Ling zostaną splamieni do końca swoich żyć?!

Natychmiast się zamknij! – krzyknął Jin Zixuan.

Jin Zixun chyba jeszcze nigdy nie był tak wściekły. Zacisnął pięść, a drewniane pudełko z dzwonkiem rozpadło się w drobny mak.

Wei Wuxian na własne oczy zobaczył, jak jego dzieło rozlatuje się na kawałki. Źrenice mężczyzny natychmiast się skurczyły, gdy rzucił się na Jin Zixuna. Zixuan nie wiedział, co było w środku, więc uniósł ręce i powstrzymał atak, krzycząc:

Wei Wuxian! Jeszcze ci mało?!

Pierś patriarchy falowała od wzmożonych oddechów, a jego oczy były czerwone. Jin Zixun i Jin Zixuan to kuzyni, którzy znali się od dziecka. Mając prawie dwudziestoletnią więź, rzeczywiście ciężko było bronić kogoś z zewnątrz. No i szczerze mówiąc, Zixuan nie lubił Wei Wuxiana. Uspokajając się, powiedział:

Powstrzymaj Wen Ninga. Nie pozwól mu kontynuować rzezi, bo sytuacja i tak jest zła.

To dlaczego nie powstrzymasz najpierw swoich ludzi? – Głos Wei Wuxiana był zachrypnięty.

Wokół rozlegały się nieustające krzyki i ryczenie.

Dlaczego jesteś taki uparty?! – wściekał się Zixuan. – Gdy wszyscy się uspokoją, będziesz mógł pójść do Wieży Karpia złożyć wyjaśnienia i odpowiedzieć na parę pytań. Nic ci się nie stanie, jeśli naprawdę jesteś niewinny!

Kazać mu przestać? Gdy tylko Wen Ning przestanie, wasze strzały polecą w moim kierunku, a moje ciało zostanie pocięte na kawałki. No i uważasz, że pozwolą mi cokolwiek wytłumaczyć w Wieży Karpia?

Na pewno się tak nie stanie!

Nie? A jak o to zadbasz? Mam do ciebie pytanie. Czy naprawdę nic nie wiedziałeś o ich planie, gdy mnie zaprosiłeś?!

Jin Zixuan zamarł na chwilę, po czym krzyknął:

Ty! Wei Wuxian, ty… czy ty całkiem oszalałeś?!

Wei Wuxian powstrzymywał gorący płomień nienawiści. Jego ton był zimny.

Odsuń się, Zixuan. Ciebie nie tknę, ale lepiej mnie nie prowokuj.

Widząc, że wciąż nie chciał się poddać, Jin Zixuan nagle rzucił się do przodu, jakby chciał go przytrzymać.

Dlaczego choć raz nie odpuścisz?! A-Li wciąż…

Prawie dosięgnął Wei Wuxiana, gdy usłyszeli dziwny, ciężki dźwięk.

Rozległ się prawie zbyt blisko. Jin Zixuan zamarł z zaskoczenia, po czym spojrzał w dół i w końcu ujrzał dłoń, która przeszyła jego pierś.

Nawet nie zauważyli, gdy Wen Ning do nich dołączył. Połowa jego pozbawionej wyrazu twarzy została ochlapana wielkimi i wyrazistymi kroplami krwi.

Usta Jin Zixuana się poruszyły, a twarz była pozbawiona ekspresji. Jakimś cudem udało mu się dokończyć ostatnie zdanie:

…Na ciebie czeka w Wieży Karpia, byś wziął udział w celebracji A-Linga…

Ta sama pustka widoczna była na twarzy Wei Wuxiana. Mężczyzna nie był w stanie pojąć, co takiego się stało.

Co się stało?

Dlaczego sytuacja w ciągu kilku sekund przybrała taki obrót?

Nie.

To niemożliwe.

Coś musiało pójść nie tak.

Wen Ning wyszarpnął ramię, zostawiając w piersi Jin Zixuana wielką dziurę.

Twarz Jin Zixuana drgnęła z bólu. Wyglądał, jakby chciał pokazać, że ta rana to nic wielkiego i wciąż może stać, jednak po chwili nogi się pod nim ugięły i padł na kolana.

Wokół rozległy się krzyki pełne strachu.

Upiorny Generał zwariował!

Zabił go, zabił! Wei Wuxian kazał Upiornemu Generałowi zabić Jin Zixuana!

Strzelać! – krzyknął Jin Zixun. – Na co czekacie?! Strzelajcie!

Gdy się odwrócił, czarna postać zbliżyła się do niego z nieludzką prędkością. Poczuł, jak wielka, blada dłoń poznaczona przez niebieskie żyły zaciska się na jego szyi.

Aaaaaaach!

Wei Wuxian stał bezradnie.

Nie.

Niemożliwe.

Przecież miał pełną kontrolę nad Wen Ningiem.

Choć po zerwaniu talizmanu trup wpadł w szał, to wciąż powinien móc go kontrolować.

Przecież zawsze był w stanie.

Nie chciał zabić Jin Zixuana.

Nie miał zamiaru zabić Jin Zixuana! To była tylko chwila. Nie wiedział dlaczego, ale nie był w stanie nad nim zapanować… Nagle stracił kontrolę!

Ciało Jin Zixuana nie mogło dłużej się utrzymać i przechyliło się do przodu. Z głośnym łoskotem upadło na ziemię.

Przez całe życie był arogancki i pełen samozadowolenia, dbając o wygląd i maniery. Lubił czystość tak bardzo, że aż prawie można było go uznać za mizofoba. Jednak teraz, upadł na ziemię w niezwykle gorszący sposób. Jego twarz skierowana była w bok, a widniejące na niej plamy krwi przybrały ten sam kolor, co cynobrowy znak na czole mężczyzny.

Spoglądając na światło, które powoli gasło w jego oczach, Wei Wuxian był w rozsypce. Wszystko wokół zamieniło się w ocean krwi i wrzasków, lecz nic już nie słyszał, poza wewnętrznym głosem, który dręczył go nieustannie.

Czy nie mówiłeś, że wiesz, co powinieneś i nie powinieneś robić?

Czy nie mówiłeś, że potrafisz to kontrolować?

Czy nie mówiłeś, że na pewno nie będzie problemu i nic złego nie może się stać?!

Umysł Wei Wuxiana był pusty. Nie wiedział, ile czasu minęło, gdy w końcu na nowo otworzył oczy.

Zobaczył sufit w Mordowni Demonów.

W środku razem z nim byli Wen Qing i Wen Ning.

Oczy trupa znowu wyglądały normalnie. Panował nad sobą, rozmawiając cicho z Wen Qing. Widząc, że Wei Wuxian się ocknął, natychmiast bez słowa uklęknął na ziemi. Jego siostra nic nie powiedziała, lecz jej oczy były całe czerwone.

Wei Wuxian usiadł.

Po chwili milczenia w jego sercu nagle zawirowały fale nienawiści. Kopnął Wen Ninga w pierś, a Wen Qing podskoczyła, zaciskając pięści. Nic nie powiedziała, dalej spoglądając na ziemię.

Kogo zabiłeś?! – ryknął Wei Wuxian. – Czy wiesz, kogo zabiłeś?!

W tej chwili do środka wbiegł uśmiechnięty Wen Yuan ze słomkowym motylkiem na głowie.

Bracie Xian…

Planował pokazać mu zabawkę, którą pomalował na inny kolor, jednak w środku ujrzał tylko demona i zwiniętego na ziemi Wen Ninga. Natychmiast zaniemówił. Wei Wuxian odwrócił się w jego stronę. Nie był w stanie się uspokoić, więc jego oczy wyglądały naprawdę przerażająco. Chłopiec był tak przestraszony, że aż cały się zaczął trząść. Motyl spadł na ziemię, a Wen Yuan zaczął głośno płakać. Czwarty Wujek wbiegł do środka i szybko go stamtąd zabrał.

Wen Ning się podniósł, znowu klękając bez słowa. Wei Wuxian złapał go za poły szaty i podniósł na nogi, krzycząc:

Mogłeś zabić każdego… Więc dlaczego musiał to być akurat Jin Zixuan?!

Wen Qing przyglądała się wszystkiemu z boku. Wyglądała, jakby chciała podbiec i ochronić brata, lecz się powstrzymywała. Łzy smutku toczyły się po jej policzkach.

Co teraz zrobi moja siostra? Co zrobi jej syn?! Co ja mam zrobić?! Co ze mną?!

Jego krzyki rozniosły się echem po całej jaskini i były słyszalne z zewnątrz. Wen Yuan zaczął płakać jeszcze mocniej.

Serce Wei Wuxiana jeszcze mocniej zatopiło się w ciemności, słysząc z daleka krzyki dziecka i widząc przerażone rodzeństwo, które nie wiedziało, co zrobić. Zapytał się w duchu: Dlaczego przez tyle lat tkwiłem w Kopcach Pogrzebowych? Dlaczego muszę przez to wszystko przechodzić? Dlaczego zdecydowałem się iść tą ścieżką? Dlaczego taki się stałem? Za kogo uważają mnie inni? Co takiego zyskałem? Czy zwariowałem? Czy zwariowałem? Czy zwariowałem?!

Gdyby tylko nie podjął na początku takich decyzji.

Prze… przepraszam… – wyszeptał nagle Wen Ning.

Był trupem, więc jego twarz zawsze pozbawiona była emocji, jego oczy nie mogły okazać ciepła, a łzy pocieknąć po policzkach. Lecz w tej chwili na twarzy Wen Ninga widać było szczere cierpienie.

Przepraszam… – powtórzył. – T-to moja wina… Przepraszam…

Wei Wuxian nagle poczuł się bardzo głupio, słuchając jego jąkania, gdy przepraszał raz za razem.

To wcale nie była wina Wen Ninga.

To była jego wina.

Wpadając w szał, Wen Ning był tylko bronią. To on stworzył tę broń, która słuchała wyłącznie jego rozkazów.

Biorąc pod uwagę napięcie i mordercze intencje, które czuł w tamtej chwili, a także fakt, że Wei Wuxian nigdy nie ukrywał przed Wen Ningiem nienawiści wobec Jin Zixuana, to nic dziwnego, że pozbawiony świadomości trup uznał go za wroga i bez zastanowienia go wyeliminował, gdy tylko ten wykonał pierwszy ruch przeciwko jego panu.

To on nie był w stanie kontrolować takiej broni. To on był zbyt pewny swoich umiejętności. To on ignorował wszystkie znaki i mimo wszystko wierzył, że nie straci kontroli.

Wen Ning był bronią, ale czy stałby się nią z własnej woli?

Czy tak nieśmiała, jąkająca się osoba była szczęśliwa, zabijając tych wszystkich ludzi na rozkaz Wei Wuxiana?

Kiedyś dostał miskę zupy z korzenia lotosu od Jiang Yanli. Zaniósł ją do Kopców Pogrzebowych, nie pozwalając spaść ani kropli. Choć sam nie mógł jej zjeść, to z zadowoleniem patrzył, jak pije ją ktoś inny, pytając nawet, jak smakuje i próbując sobie to wyobrazić. Czy na pewno czułby się w porządku, zabijając własnymi rękoma męża Jiang Yanli?

Nie tylko wziął całą winę na siebie, ale jeszcze postanowił go przeprosić.

Ściskając kołnierz Wen Ninga, Wei Wuxian spojrzał na jego bladą, pozbawioną życia twarz. Przed jego oczami nagle pojawiła się twarz Jin Zixuana, pokryta krwią i brudem. Były tak samo sine i puste.

Przypomniał sobie także Jiang Yanli, która w końcu po wielu przeciwnościach losu poślubiła ukochanego. Przypomniał sobie syna Jin Zixuana i Jiang Yanli, A-Linga, dziecko, któremu nadał imię grzecznościowe. Wciąż był bardzo młody. Już siedem dni po urodzeniu śmiał się na widok miecza ojca. Jego rodzice byli uradowani. Za kilka dni miała się odbyć miesięcznica jego narodzin.

Myśląc o tym i myśląc, Wei Wuxian nagle się rozpłakał. Jego ton wypełniony był głęboką bezradnością.

Czy ktoś może mi powiedzieć… co mam teraz zrobić?

Tłumaczenie: Ashi

14 Comments

  1. Anonim

    Przeczytany. :złamaneserce:
    Historia z rozdziału na rozdział coraz bardziej mnie zachwyca.
    Kocham ten tytuł.
    Jak zawsze Wam pięknie dziękuję z całego serca, a teraz mogę usiąść i płakać.
    Smutny rozdział :płaku:

    Odpowiedz

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

:błeee:  :płaku:  :WeiMądruś:  :zonk:  :NieNie: 
:AAAA:  :ależeco:  :blabla:  :ugh:  :cooo: 
:ekscytacja:  :facepalm:  :patriarcha:  :muahaha:  :złamaneserce: 
:szok:  :przestań:  :zachwyt:  :zachwyt2: