Mo Dao Zu Shi

Rozdział 61 – Zło I20 min. lektury

Aaaaach!

Wang Lingjiao zerwała się z krzykiem z łóżka. Wen Chao, który czytał przy biurku list, uderzył pięścią o blat i krzyknął:

Dlaczego znowu wrzeszczysz w środku nocy?!

Kobieta dyszała, jakby wciąż nie otrząsnęła się z szoku.

Zno… Znowu śniłam o Weiu, znowu o nim śniłam!

Minęły trzy miesiące, odkąd porzuciłem go na Kopcach Pogrzebowych. Dlaczego wciąż o nim śnisz? Który to już raz?!

Sa-sama nie wiem. Ostatnio często mi się śni.

Wen Chao już i tak był zirytowany, kiedy czytał list. Nie miał czasu na poświęcanie jej uwagi. Zresztą nie obchodziło go już przytulanie jej i pocieszanie tak jak kiedyś.

No to nie śpij! – odrzekł niecierpliwie.

Wstała z łóżka i rzuciła się na jego biurko.

Paniczu Wen… Im dłużej o tym myślę, tym bardziej się boję. Mam wrażenie… Czy nie popełniliśmy wtedy ogromnego błędu? Zostawiliśmy go na Kopcach, ale czy to możliwe, że nie umarł? Czy to możliwe…

Żyła na skroni Wena Chao pulsowała.

Jak to możliwe? Ilu kultywatorów wysyłaliśmy, by doprowadzili to miejsce do porządku? Czy któryś z nich wrócił żywy? Jego trup na pewno już zgnił.

To przerażające, nawet jeśli nie żyje! Jeśli naprawdę zrobił tak, jak powiedział i stał się okrutnym duchem, a teraz przyjdzie nas prześladować…

Kiedy to mówiła, oboje przypomnieli sobie tamten dzień, twarz Wei Yinga, jego minę, kiedy spadał. Zadrżeli.

To niemożliwe, nawet jeśli jest martwy! – zaprzeczył natychmiast Wen Chao. – Dusze zmarłych w Kopcach na zawsze zostają tam uwięzione. Nie bój się. Nie widzisz, że mnie to denerwuje?!

Zmiął list w kulkę i go wyrzucił. Nienawiść przenikała jego ton.

Jaka Kampania Zestrzelenia Słońca? A to mi Zestrzelenie. Chcecie zestrzelić słońce? Śnijcie dalej!

Wang Lingjiao wstała i ostrożnie nalała mu herbaty. W duszy wyrecytowała kilka pochwał, po czym powiedziała słodkim głosem:

Paniczu Wen, te sekty tylko przez kilka dni będą mogły sobie tak pozwalać. Lider sekty Wen na pewno…

Zamknij się! – przeklął Wen Chao. – Co ty tam wiesz?! Idź stąd, przestań mnie denerwować!

Kobieta poczuła się skrzywdzona, ale jednocześnie wezbrała w niej nienawiść. Postawiła filiżankę, poprawiła włosy i szaty, po czym wyszła z uśmiechem.

Tuż za drzwiami jej uśmiech zniknął. Rozwinęła zmiętą kartkę, którą trzymała w dłoni. Jak wychodziła, to ukradkiem podniosła list, który wyrzucił Wen Chao. Chciała zobaczyć, jakie wieści aż tak go zirytowały. Nie umiała zbyt dobrze czytać, więc dopiero po chwili coś zrozumiała. Najwyraźniej głowa najstarszego syna lidera sekty Wen, a zarazem brata Wena Chao, została ścięta przywódcę jednej z grup rebelianckich i nabita na pal jako symbol siły tuż przed szykiem bitewnym!

Wang Lingjiao zamarła.

GusuLan zostało spalone, YunmengJiang zniszczone, a wiele innych sekt zastraszonych. To nie tak, że nie mieli żadnych przeciwników, ale QishanWen zawsze szybko ich uciszało. Z tego powodu trzy miesiące temu sekty Jin, Nie, Lan i Jiang zawarły sojusz, by poprowadzić rebelię. Nikt nie wziął ich na poważnie, kiedy zaatakowali pod hasłem „Kampania Zestrzelenia Słońca”.

Lider sekty Wen wtedy się nawet wypowiedział. Spośród tych czterech sekt LanlingJin była wyraźne niezdecydowana – widzieli, jak inni napędzani złością wyruszali na ekspedycje, ale gdyby częściej przegrywali, niż odnosili zwycięstwa, to Jinowie z pewnością zauważą, że to nie ma sensu i może nawet wrócą z podwiniętym ogonem do QishanWen. Lider QingheNie był tak sztywny, że łatwo się złamie – prędzej czy później jego właśni ludzie będą mieli go dość. GusuLan zostało spalone na wiór – choć Lan Xichen został liderem po tym, jak uratował Pawilon Biblioteczny, to wciąż był młodzikiem, który nie mógł wiele zrobić. Największym pośmiewiskiem było YunmengJiang, które w większości zostało wybite, zostawiając tylko Jiang Chenga, młodszego nawet od Lan Xichena, ale śmiącego nazywać się liderem sekty, choć miał tylko garstkę ludzi – a do tego zdobył się na odwagę, by prowadzić tę rebelię, rekrutując nowych uczniów.

To wszystko można było podsumować kilkoma słowami: nieobiecujący i zbyt pewni siebie!

Każdy, kto stał po stronie Wenów, uważał tę Kampanię za żart. Jednak trzy miesiące później sprawy wcale nie poszły zgodnie z ich oczekiwaniami.

Wiele części Hejian i Yunmeng zostało przejętych przez rebeliantów, ale nie to było najważniejsze. Dzisiaj nawet ścięto głowę najstarszemu synowi lidera sekty Wen.

Wang Lingjiao stała przez chwilę w korytarzu, martwiąc się. Niepewnie wróciła do pokoju, a jej powieki drżały. Jedną ręką je potarła, a drugą dłoń przyłożyła do piersi, próbując wymyślić drogę ucieczki.

Podążała za Wenem Chao prawie pół roku. Pół roku to najdłuższy okres, jaki mógł spędzić na jedną kobietę, przechodząc od miłości do zmęczenia się nią. Myślała, że jest inna, że będzie tą, która zostanie z nim na zawsze. Jednak jego narastająca przez ostatnie dni irytacja była jasna. Nie różniła się niczym od innych kobiet.

Przygryzając wargę, zastanowiła się przez chwilę, po czym przykucnęła i wyjęła małą skrzynkę spod łóżka. W środku znajdowały się wszystkie cenne przedmioty i broń, które udało jej się zebrać podczas związku z Wenem Chao. Jedno mogła sprzedać, a drugim się ochronić. Nie chciała tego robić, ale ten dzień w końcu nadszedł.

Chciała przeliczyć, ile uzbierała, więc wyjęła malutki kluczyk zza pasa i otwierając skrzynkę, mamrotała:

Co za śmieć. Umrzesz prędzej czy później, obślizgły draniu. Teraz to ja powinnam się cieszyć, że nie muszę cię już obsługiwać… Ach!

Kobieta upadła na ziemię.

Jak tylko otworzyła skrzynkę, to zobaczyła, co jest w środku.

Nie znalazła w niej swoich skarbów, tylko blade, skulone dziecko!

Wang Lingjiao była tak zszokowana, że aż krzyknęła. Cofnęła się, wymachując nogami. Zawsze trzymała skrzynkę zamkniętą, a jedyny klucz nosiła ze sobą. Skąd w środku wzięło się dziecko? Nie otwierała jej nawet raz na miesiąc. Jak mogła nie wiedzieć, że w środku ukrywa się niemowlak? Jak to możliwe, że wciąż żyło?!

Skrzynka upadła na ziemię, tyłem w jej stronę. Przez kilka chwil nic się nie działo. Wang Lingjiao podniosła się z ziemi na drżących nogach. Chciała się zbliżyć, spojrzeć jeszcze raz, ale nie śmiała, myśląc: „To duch, tam jest duch!”.

Jej kultywacja była niezwykle słaba. Nie byłaby w stanie sobie poradzić, jeśli to naprawdę duch. Nagle sobie przypomniała, że jest w biurze nadzorczym. Do drzwi każdego budynku przyczepiono talizmany ochronne. Jeśli tu naprawdę był duch, to z pewnością ją ochronią. Szybko wybiegła, zerwała talizman przyczepiony na zewnątrz jej pokoju i przykleiła sobie do piersi.

Wydawała się uspokoić dzięki temu kawałkowi papieru. Zakradła się z powrotem do środka, znalazła kij do wieszania prania i z daleka przekręciła skrzynkę. W środku poukładane były jej skarby. Nie było żadnego dziecka.

Kobieta westchnęła z ulgą, przykucając. Już miała zacząć liczyć, kiedy zauważyła, że pod łóżkiem świeciły się dwa białe punkty.

To była para oczu.

Blade dziecko leżało pod jej łóżkiem, patrząc się w jej oczy.

To był trzeci raz tego wieczora, kiedy Wen Chao usłyszał krzyki Wang Lingjiao. Złość rozpaliła się w nim na dobre.

Ty suko! Jesteś zbyt nerwowa, możesz mnie tak już nie wkurwiać?!

Gdyby przez ostatnie dni nie dostawał ciągle irytujących wieści, przez co nie miał czasu na znalezienie nowej piękności, obawiając się, że byłyby to wysłane przez inne sekty skrytobójczynie, ale jednocześnie potrzebując kogoś, kto ogrzeje mu łóżko, to już dawno kazałby jej się gonić.

Niech ktoś ją dla mnie zamknie! – krzyknął.

Nikt nie odpowiedział. Wen Chao kopnął stołek, będąc jeszcze wścieklejszym.

Gdzieżeście poleźli, chuje?!

Nagle drzwi się otworzyły.

Kazałem ci zamknąć tę sukę, a nie tu włazić…

Druga część zdania utknęła mu w gardle, kiedy się odwrócił. Przed sobą zobaczył kobietę.

Jej rysy twarzy były powykrzywiane, jakby ktoś je zniszczył, a potem poskładał na nowo. Każde oko patrzyło w inną stronę, lewe w górę, a prawe w dół. Cała twarz była okropnie poskręcana.

Wen Chao starał się ze wszystkich sił, aż w końcu rozpoznał ją po dość nieskromnej szacie. To była Wang Lingjiao!

Krtań kobiety gulgotała. Podeszła kilka kroków bliżej, wyciągając ręce.

…Pomocy… Pomocy… Pomóż mi…

Wen Chao krzyknął, dobywając nowego miecza i zamachując się na nią.

Odejdź! Przepadnij!

Ramię Wang Lingjiao zostało przecięte przez ostrze. Jej rysy wykrzywiły się jeszcze bardziej, kiedy wrzeszczała:

Aaaach… To boli, aaaach… Boli, aaaaach!

Mężczyzna nawet nie śmiał schować miecza. Złapał stołek i nim w nią rzucił. Po uderzeniu mebel rozpadł się na kawałki. Kobieta zachwiała się, po czym uklękła i upadła na ziemię, tak jakby robiła głęboki pokłon.

Przepraszam… Przepraszam… Odpuść mi, odpuść…

Jak uderzyła głową o ziemię, krew polała się ze wszystkich jej otworów.

Wen Chao nie mógł wyjść, bo blokowała wyjście. Mógł tylko otworzyć okno i z całych sił się drzeć:

Wen Zhuliu! Wen Zhuliu!

Leżąca na ziemi Wang Lingjiao podniosła nogę stołka, szybko wpychając ją sobie do ust i się śmiejąc.

Dobrze, dobrze. Zjem to, zjem! Haha, zjem to!

Wepchnęła sobie do gardła cały kawałek drewna!

Wen Chao prawie zszedł z szoku. Już miał wyskoczyć przez okno i uciec, kiedy zauważył, że na dziedzińcu w świetle księżyca stała czarna sylwetka.

W tym samym czasie.

Jiang Cheng stał przed lasem. Odwrócił lekko głowę, zauważając, że ktoś się zbliżył. Ta osoba była cała ubrana na biało, a jej czoło przepasała również biała wstążka, której końce powiewały na wietrze. Miała twarz przystojniejszą od wszystkiego, co kiedykolwiek widział i jasną jak nefryt. W świetle księżyca jej cała sylwetka zdawała się otoczona lekką poświatą.

Drugi panicz Lan – powiedział chłodno Jiang Cheng.

Mina Lana Wangji była poważna. Kiwnął głową.

Przywódco sekty Jiang.

Oprócz tego zdawkowego powitania nie powiedzieli nic więcej. Lecieli na mieczach w milczeniu, a każdy z nich prowadził swoich kultywatorów.

Dwa miesiące temu Lanowie wzięli z Jiang Chengiem udział w ataku z zaskoczenia. Odzyskali miecze, które zostały zabrane uczniom podczas „indoktrynacji” Wena Chao, oddając je prawowitym właścicielom. Dopiero wtedy Sandu i Bichen znowu znalazły się w ich rękach.

Jasne oczy Lana Wangji zerknęły na drugi miecz przypasany przez Jiang Chenga. Odwrócił wzrok.

Wei Ying nadal się nie pojawił? – zapytał kilka chwil później, wpatrując się przed siebie.

Jiang Cheng spojrzał na niego, jakby był zaskoczony, że nagle zapytał o jego zaprzysiężonego brata.

Nie. – Zerknął na przypiętego do pasa Suibiana. – Moi ludzie nadal nic o nim nie słyszeli. Kiedy wróci, to na pewno mnie znajdzie. Oddam mu wtedy miecz.

Wkrótce dotarli do biura nadzorczego, w którym ukrywał się Wen Chao, szykując się do nocnego ataku. Jednak tuż przed wejściem mina Lana Wangji zesztywniała, a Jiang Cheng zmarszczył brwi.

Mroczna energia urazy prawie wylewała się na zewnątrz.

Umieszczone po obu stronach drzwi talizmany wciąż były nienaruszone. Jiang Cheng dał sygnał swoim ludziom, by się rozproszyli i ukryli pod murami. On sam zamachnął się mieczem, a drzwi się złamały pod naporem energii. Przed wejściem Lan Wangji przyjrzał się talizmanom.

Scena, którą w środku zastali, była przerażająca.

Na dziedzińcu wszędzie walały się trupy. Ale nie tylko tam – krzaki, korytarze, ogrodzenia, nawet dachy nie były wolne od ciał. Do tego wszystkie nosiły słoneczne szaty, będąc uczniami sekty Wen.

Jiang Cheng przekręcił mieczem jedno z ciał i zobaczył krwawe linie przecinające bladą twarz.

Wykrwawił się z qiqiao.

Ten nie. – Lan Wangji stał po drugiej stronie.

Młodszy chłopak podszedł. Zauważył, że oczy trupa przekręciły się do tyłu, a jego twarz była wykrzywiona. Z ust kapały mu żółte wymiociny. Najwyraźniej został przestraszony na śmierć.

Liderze sekty – zaraportował jeden z uczniów – skończyliśmy inspekcję. Wszyscy są martwi i każdy zmarł w inny sposób.

Uduszenia, spopielenia, utopienia, otrucia, zamrożenia, podcięte gardła, dźgnięcia w głowę…

Wygląda na to, że coś pomogło nam wykonać dzisiejsze zadanie – powiedział chłodno Jiang Cheng, kiedy skończył słuchać.

Lan Wangji nic nie powiedział. Jako pierwszy wszedł do budynku.

Drzwi do pokoju Wena Chao były szeroko otwarte. W środku zostały tylko zwłoki ordynarnie ubranej kobiety. Pół nogi stołka zostało wepchnięte w jej gardło. Zabiła się, próbując połknąć kawałek mebla.

Jiang Cheng obrócił twarz trupa. Przyjrzał się uważnie, po czym zaśmiał chłodno. Złapał za stołek, wpychając go głębiej w jej gardło – jakimś cudem udało mu się zmieścić także drugą połowę.

Wstał z zaczerwienionymi oczami. Już miał się odezwać, kiedy zauważył, jak stojący przy drzwiach Lan Wangji czemuś się uważnie przygląda. Podszedł i podążając za wzrokiem mężczyzny,

zobaczył żółty talizman z namalowanymi czerwonymi znakami przyczepiony do drzwi.

Choć na pierwszy rzut oka wyglądał normalnie, to po bliższemu przyjrzeniu się można było zauważyć kilka miejsc, które wywoływały dreszcze.

Zbyt wiele – powiedział Lan Wangji.

Można się było tego spodziewać. – Jiang Cheng spoważniał.

Technikę kreślenia tego typu talizmanów znali na pamięć już w wieku piętnastu czy szesnastu lat. Jednak pośród cynobrowych maźnięć widać było kilka dodatkowych pociągnięć pędzla. To one całkowicie zmieniły wzór na talizmanie. Jak się na niego patrzyło, to wyglądał jak twarz mrocznie uśmiechającej się osoby.

Nie udało im się znaleźć ciał Wena Chao i Wena Zhuliu. Zakładając, że uciekli w stronę Qishan, Jiang Cheng natychmiast wyprowadził ludzi z porzuconego biura nadzorczego, by wyruszyć w pościg. Lan Wangji najpierw wrócił do Gusu.

Drugiego dnia w końcu dogonił Jiang Chenga, wyjmując talizman z biura.

Ten talizman został odwrócony.

Odwrócony? Co masz na myśli?

Normalnie talizmany odpychają zło. Ten je przyciąga.

Jiang Cheng był zszokowany.

Talizmany… Mogą przyciągać zło? Nigdy o czymś takim nie słyszałem.

Ja również. Ale testy udowodniły, że potrafi przyciągnąć zło.

Jiang Cheng wziął od niego talizman i dokładnie go obejrzał.

Dodano tylko kilka pociągnięć pędzla, ale cała funkcjonalność została odwrócona? Zrobił to człowiek?

Dodano cztery kreski ludzką krwią. Wszystkie talizmany w biurze nadzorczym zostały zmienione. Pociągnięcia pędzla wyraźnie zostały zrobione przez jedną osobę.

Kto to może być? Nie słyszałem o nikim spośród renomowanych kultywatorów, kto byłby w stanie zrobić coś takiego. Ale nie ma znaczenia, kim jest ta osoba. To w porządku, o ile mają taki sam cel, jak my. Zabić wszystkich skundlonych Wenów!

Podążyli na północ, kierując się uzyskanymi informacjami. Wszędzie słyszeli plotki na temat pojawiających się dziwnych trupów. Każdy najwyraźniej był z sekty Wen i ubrany w słoneczne szaty. Nie byli byle kim, mając wysoki status i poziom kultywacji, ale mimo tego umarli na tak okropne i odmienne sposoby. No i zostali zostawieni w miejscach publicznych, gdzie każdy mógł zobaczyć ich hańbę.

Myślisz, że także zostali zabici przez tamtą osobę? – zapytał Jiang Cheng.

Mroczna energia jest dość ciężka. Prawdopodobnie zrobiła to ta sama osoba.

Mroczna? – prychnął młodszy chłopak. – Czy na tym świecie jest coś bardziej mrocznego od skundlonych Wenów?!

Gonili ślad do późna już czwartą noc. W końcu na stacji kurierskiej w odległym górskim mieście znaleźli Wena Zhuliu.

Budynek miał dwa piętra, a zaraz obok znajdowała się stajnia. Jak tylko dotarli na miejsce, to zobaczyli wysoki cień, który wbiegł do środka, zamykając za sobą drzwi. Obawiając się topiącej rdzeń techniki Wena Zhuliu, zdecydowali się zakraść, więc wskoczyli na dach, zamiast wchodzić przez drzwi. Jiang Cheng stłumił w sobie rosnącą nienawiść. Zacisnął zęby i bez mrugania spojrzał przez szparę między dachówkami.

Wen Zhuliu wydawał się podróżować, a w jego ramionach była druga postać. Powłócząc nogami, wszedł na drugie piętro i posadził ją przy stole, po czym podbiegł do wszystkich okien i pozasuwał kotary, by nawet powiew wiatru się nie przemknął. W końcu wrócił do stołu i zapalił lampę olejną.

Delikatne światło oświetliło jego twarz. Wciąż była blada, wciąż chłodna, ale dwa ciemne półkola otaczały jego oczy. Osoba siedząca przy stole była cała zakryta, nawet twarz schowała w płaszczu. Tak jakby znajdowała się w delikatnym kokonie, zadrżała, dysząc i nagle oznajmiając:

Nie zapalaj lampy! Co jeśli nas znajdzie?!

Lan Wangji podniósł wzrok, wymieniając się spojrzeniami z Jiang Chengiem. Obaj mieli ten sam zagubiony wyraz twarzy.

To musiał być Wen Chao. Jednak jakim cudem jego głos tak się zmienił? Stał się cienki i piskliwy, w ogóle niepodobny do Wena Chao.

Z opuszczoną głową Wen Zhuliu dokładnie przegrzebał wszystkie swoje rzeczy.

Uważasz, że nas nie znajdzie, jeśli nie zapalimy lampy?

T-tak długo już uciekamy, jesteśmy tak daleko. N-nie do-dogoni nas, prawda? – wysapał Wen Chao.

Wen Zhuliu wyglądał na obojętnego.

Może.

Jak to „może”?! Dlaczego się zatrzymaliśmy, skoro mu nie uciekłeś?!

Potrzebujesz maści. W innym przypadku na pewno wkrótce umrzesz. – Mówiąc to, mężczyzna zdjął płaszcz Wena Chao. Siedzący na dachu nieproszeni goście byli zszokowani.

Nie zobaczyli aroganckiej i obleśnie przystojnej twarzy Wena Chao, ale zabandażowany łysy łeb!

Wen Zhuliu warstwa po warstwie zdejmował bandaże, odsłaniając skórę. Blizny i oparzenia pokrywały twarz chłopaka, sprawiając, że wyglądał, jakby ktoś próbował go przypiec. Paskudny, ohydny, nie było widać nawet cienia jego byłego ja!

Starszy mężczyzna wyjął buteleczkę z lekami. Najpierw podał mu kilka okrągłych tabletek, a potem wziął maść i posmarował nią oparzenia. Wen Chao zajęczał z bólu, choć Wen Zhuliu go powstrzymał.

Nie płacz. Łzy rozjątrzą rany i spotęgują ból.

Wen Chao mógł tylko przestać, nie mogąc nawet uronić łzy. W świetle migającego ognia łysy człowiek pokryty oparzeniami krzywił się, a z jego ust wydobywały się dziwne, stłumione dźwięki. Ten widok był przerażający.

Nagle Wen Chao wrzasnął:

Flet! Flet! Czy to flet?! Znowu słyszałem, jak gra na flecie!

Nie! To tylko wiatr.

Jednak chłopak był tak przestraszony, że upadł na ziemię, wrzeszcząc. Wen Zhuliu znowu go podniósł. Wyglądało na to, że coś stało się z jego nogami i nie mógł chodzić o własnych siłach.

Mężczyzna skończył aplikować maść i wyjąć zza poły kilka bułeczek.

Jedz. Dokończymy, jak się najesz.

Drżącymi dłońmi Wen Chao wziął bułeczkę i ją ugryzł. Widząc to, Jiang Chengowi przypomniał się ich własny los w dniu ucieczki. Nawet nic wtedy z Weiem Wuxianem nie zjedli. To zdecydowanie była karma!

Jego serce wypełniło się radością, a kąciki ust uniosły, kiedy zaczął się szalenie, acz milcząco śmiać.

Nagle Wen Chao zrobił przerażoną minę, jakby ugryzł coś strasznego. Odrzucił bułeczkę, krzycząc:

Nie będę jadł mięsa! Nie! Nie! Nie będę!

Wen Zhuliu podał mu inną.

Ta jest bez mięsa.

Nie będę tego jadł! Zabierz to! Spadaj! Chcę znaleźć tatę. Kiedy dotrzemy do taty?!

W tym tempie zajmie nam to jeszcze dwa dni.

Jego słowa były szczere ani nie przesadził, ani go nie oszukał. Jednak ta uczciwość wywołała jeszcze więcej cierpienia.

Dwa dni? Dwa dni?! Widzisz, w jakim jestem stanie? Myślisz, że co ze mnie będzie za dwa kolejne dni?! Jesteś bezużyteczny!

Wen Zhuliu nagle wstał, a jego podopieczny wzdrygnął się ze strachu. Wen Chao pomyślał, że teraz pewnie postanowił uciekać sam i natychmiast się przeraził. Wszyscy strażnicy umarli na jego oczach jeden za drugim. Wen Zhuliu był nie tylko najsilniejszy, ale także stanowił jego ostatnią deskę ratunku.

Nie, nie, nie, Wen Zhuliu, bracie Wen! Nie idź, nie zostawiaj mnie. Jeśli zabierzesz mnie do taty, to sprawię, że awansujesz do najwyższej rangi gościnnego kultywatora! Nie, nie, nie, uratowałeś mnie, więc jesteś moim bratem. Pozwolę mu wcielić cię do głównej rodziny! Od teraz będziesz moim starszym bratem!

Wen Zhuliu patrzył się w stronę schodów.

Nie ma takiej potrzeby.

Nie tylko on coś usłyszał, ale Lan Wangji i Jiang Cheng również. Od strony schodów dało się słyszeć kroki.

Ktoś wchodził na górę, schodek po schodku.

Cała krew odpłynęła z twarzy Wena Chao. Drżąc, wyjął ręce spod płaszcza i zakrył nimi twarz, tak jakby bał się tak bardzo, że aż chciał zasłonić oczy, by się ochronić i udawać, że nic się nie dzieje. Jednak na żadnej dłoni nie miał ani jednego palca!

Tup, tup, tup.

Nieznajomy powoli wchodził po schodach. Ubrany był cały na czarno i miał szczupłą sylwetkę. U jego pasa wisiał flet, a ręce złożył na plecach.

Na dachu Lan Wangji i Jiang Cheng złapali za rękojeści mieczy.

Jednak kiedy nieznajomy wszedł po schodach i się z uśmiechem odwrócił, to Lan Wangji szeroko otworzył oczy, ponieważ już kiedyś widział te rysy twarzy.

Tłumaczenie: Ashi

9 Comments

  1. Avatar Badacz Sweevil

    Późno, ale nic się nie poradzi. :płaku:
    Dziękuję ślicznie za nowy rozdział. :zachwyt: że też musiał się skończyć w takim momencie. :NieNie: :cooo:
    Czekam z niecierpliwością na kolejny rozdział. :patriarcha:
    I jeszcze raz dziękuję za rozdział i za całą pracę w niego włożona. :zachwyt2:

    Odpowiedz
  2. Avatar Amea

    Dziękuję za nowy odcinek :NieNie: Jak ja czekałam na ten moment w nowelce :ekscytacja: W anime bardzo mi się podobało pojawienie się WWX jako takiego mrocznego koksa, a tu jeszcze lepiej się to zapowiada! :muahaha: Jeszcze raz dzięki, Ashi jesteś moją bohaterką dnia :ekscytacja:

    Odpowiedz
  3. Avatar Anonim

    już jest. tak, tak, tak… nie mogłam się doczekać :D za mną już drama i anime. dziękuję za ciężką pracę i :zachwyt: :zachwyt2: czekam na dalsze rozdziały :zachwyt2:

    Odpowiedz
    1. Avatar Marta

      Też stwierdzam, że scena zabicia Ręki mogącej stopić rdzeń i tego „chłoptasia Wenów” jest o wiele straszniejsza i mroczniejsza niż w animce, dlatego ubolewam, że tak to zmienili.

      Odpowiedz

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

:błeee:  :płaku:  :WeiMądruś:  :zonk:  :NieNie: 
:AAAA:  :ależeco:  :blabla:  :ugh:  :cooo: 
:ekscytacja:  :facepalm:  :patriarcha:  :muahaha:  :złamaneserce: 
:szok:  :przestań:  :zachwyt:  :zachwyt2: