Mo Dao Zu Shi

Rozdział 48 – Podstęp III37 min. lektury

Tak jak spodziewał się Wei WuXian, ostatnia część ciała Nie MingJue, czyli jego głowa, była w posiadaniu Jina GuangYao.

Nie MingJue, który podczas Kampanii Zestrzelenia Słońca wpadał w niezwyciężone szały, został zapieczętowany warstwami inkantacji w tak ciasnym i marnym pokoju, nigdy nie mogąc ujrzeć światła.

Gdyby Wei WuXian po prostu zdjął talizmany, trup ChiFeng-Zuna byłby w stanie wyczuć swoją głowę i samem po nią przyjść. Kiedy przyglądał się restrykcjom na hełmie, decydując, jak się z nimi rozprawić, nagle poczuł silne przyciąganie. Jego nic nieważące papierowe ciało zostało pchnięte do przodu, przez co przykleił się do czoła mężczyzny.

Po drugiej stronie Wieży Złotego Karpia Lan WangJi nieprzerwanie patrzył się na twarz Wei WuXiana, siedząc obok niego. Po chwili jego palce drgnęły. Ze spuszczonym wzrokiem delikatnie dotknął swoich ust.

Naprawdę delikatnie. Tak delikatnie, jak papierowy ludzik.

Nagle dłonie Wei WuXiana zadrżały i zacisnęły się w pięści. Mina Lana WangJi stwardniała, jak brał go w ramiona. Obejmując jego głowę, zauważył, że choć oczy Wei WuXiana wciąż były zamknięte, to jego brwi mocno się zmarszczyły.

W sekretnym pokoju Wei WuXian nie miał czasu, by zareagować. Zmarli, którzy miele wiele urazy, wydzielali bardzo nienawistną energię, przekazując ją żywym, uśmierzając swoją złość i rozsiewając emocje. Tak było w przypadku większości nawiedzeń. Właściwie to także w ten sposób działała Empatia. Gdyby Wei WuXian był w swoim ciele, które stanowiło linię obrony duszy, to energia nie mogłaby go dotknąć, jeśliby na to nie pozwolił. Obecnie opętał marny kawałek papieru, co znacznie osłabiło jego umiejętności obrony. Stał zbyt blisko głowy, a siła urazy Nie MingJue była niezwykle silna. Wystarczyła tylko chwila nieuwagi. Sekundę temu pomyślał „och nie”, a teraz już był w stanie poczuć zapach krwi.

Od lat nie poczuł tak silnego odoru. Coś głęboko ukrytego w jego kościach natychmiast się przebudziło, zaczynając wrzeć i się ruszać. Jak tylko otworzył oczy, to zobaczył przed sobą rozbłysk ostrza, cień rozlanej posoki i szybującą przez niebo głowę mężczyzny.

Ciało ofiary ubrane było w szaty z motywem czerwonych płomieni i słońca. Wei WuXian patrzył, jak chowa „swoją” szablę, a z jego ust wydobył się niski głos:

Weźcie głowę i nabijcie ją na pal, by wszyscy skundleni Wenowie zobaczyli.

Tak jest! – odpowiedział ktoś zza niego.

Wei WuXian uświadomił sobie, kto właśnie stracił głowę.

Był to najstarszy syn lidera klanu QishanWen – Wen Xu. Został zabity w Hejian przez Nie MingJue. Jednym ciosem odciął mu głowę i zawiesił ją przed wojskiem, by pokazać Wenom. Wściekli kultywatorzy sekty Nie pocięli jego zwłoki na kawałki, a potem je zmiażdżyli i wgnietli w ziemię.

Nie MingJue zerknął na leżącego przed nim trupa i kopnął go na bok. Rozejrzał się spokojnie, trzymając dłoń na rękojeści szabli.

ChiFeng-Zun był dość wysoki. Kiedy ostatnio empatyzował z A-Qing, to miał dość niskie pole widzenia, ale tym razem widział więcej, niż normalnie. Spoglądając w dół, zobaczył niezliczone ciała ofiar wojny. Niektóre nosiły szaty z płomieniami i słońcem, na plecach innych można było zobaczyć herb z bestią QingheNie, a pozostali nie przywdziali barw swoich sekt. Każdej z grup było mniej więcej po równo. Tej tragicznej scenie towarzyszył unoszący się w powietrzu zapach krwi. Idąc do przodu, rozglądał się naokoło, jakby chciał sprawdzić, czy któryś z Wenów wciąż miał w sobie oddech. Nagle ze stojącego nieopodal domu rozległ się głośny brzęk.

Zamachnął się szablą, posyłając wietrzne ostrze, które rozwaliło stare drzwi, odsłaniając spanikowaną matkę i córkę. W tak marnym domu nie było wiele przedmiotów, więc mogły ukryć się tylko pod stołem i wstrzymać oddechy. Kiedy okrągłe oczy młodej kobiety ujrzały zalanego krwią i otoczonego morderczą aurą Nie MingJue, to natychmiast polały się z nich łzy. Otoczona jej ramionami dziewczynka otworzyła usta, zbyt przestraszona, by coś powiedzieć.

Jak Nie MingJue zobaczył, że to matka z córką – prawdopodobnie zwykli ludzie, którym nie udało się uciec, zanim rozgorzała bitwa – to jego zmarszczone brwi lekko się rozluźniły. Jeden z podwładnych podszedł do niego, nie wiedząc, co się stało.

Liderze sekty?

Matka z córką wiedziały tylko, że kilka gangów kultywatorów wdarło się w ich codzienne życie i mordowało na ich podwórku. Żadna nie wiedziała, która strona jest dobra, a która zła. Bały się wszystkich, którzy dzierżyli ostrza i były pewne, że umrą. Ich twarze wykrzywione były w strachu.

Nie MingJue spojrzał na nie, tłumiąc swoją zabójczą intencję.

To w porządku.

Opuścił rękę, w której trzymał szablę i przeszedł na drugą stronę pokoju. Kobieta natychmiast osunęła się na podłogę, wciąż przytulając mocno córkę. Po chwili zaczęła łkać.

Mężczyzna zatrzymał się nagle po kilku krokach, wypytując stojącego za nim podwładnego.

Kim był kultywator, który strzegł podczas sprzątania po ostatniej bitwie?

Strzegł? Chyba… Nie pamiętam. – Chłopak zawahał się na chwilę.

Powiedz, jeśli sobie przypomnisz. – Nie MingJue zmarszczył brwi.

Szedł dalej. Jego podwładny szybko wypytał innych i wkrótce wrócił z odpowiedzią.

Liderze sekty! Zapytałem innych. Kultywator, który po ostatniej bitwie strzegł, nazywał się Meng Yao.

Słysząc to imię, Nie MingJue uniósł brwi, jakby go to zdziwiło.

Wei WuXian wiedział dlaczego. Zanim Jin GuangYao został przyjęty do swojego klanu, nazywał się Meng Yao, nosząc nazwisko matki. To wcale nie było tajemnicą. Właściwie to imię było dość dobrze znane.

Choć niewielu na własne oczy widziało, co się stało, kiedy Jin GuangYao, ten, który potem stanie się LianFang-Zunem i stanie na szczycie Wieży Złotego Karpia z nieporównywalną do nikogo potęgą, po raz pierwszy trafił do Wieży, to plotki wystarczająco wiele wyjaśniły. Jego matka była znana w burdelach Yunmeng. Kiedyś przechwalała się reputacją jednej z najbardziej utalentowanych prostytutek. Mówiono, że grała dobrze na guqinie i była świetna z kaligrafii. Miała tak dobrą edukację, że mogła ujść za panienkę z bogatej rodziny. Oczywiście nie miało to żadnego znaczenia, bo według ludzi prostytutka bez względu na wszystko była prostytutką.

Jak Jin GuangShan odwiedził Yunmeng, to nie śmiał nie skorzystać z usług tak popularnej dziwki. Kręcił się wokół niej kilka dni i odszedł, zostawiając jej prezent. Kiedy wrócił do domu, zachowywał się tak jak zawsze, szybko zapominając o zakochanej kobiecie.

W porównaniu do niej Mo XuanYu i jego matka byli faworyzowani. Jin GuangShan przynajmniej pamiętał, że ma takiego syna i zabrał go do Wieży Karpia. Z drugiej strony Meng Yao nie miał takiego szczęścia. Syn prostytutki nawet się nie umywał do dziecka z dobrej rodziny. Jego matka tak jak pani Mo po urodzeniu syna czekała z oddaniem, by kultywator zabrał ich z burdelu. Dobrze uczyła Meng Yao, przygotowując go na przyszłość w świecie kultywacji. Ale kiedy skończył dziesięć lat, nie było nawet wieści o przybyciu jego ojca, a kobieta poważnie się rozchorowała.

Przed śmiercią dała mu pamiątkę, którą zostawił jej Jin GuangShan i powiedziała, by udał się do Wieży Karpia. I tak Meng Yao spakował swoje rzeczy i odszedł z Yunmeng. Po ciężkiej podróży w końcu dotarł do Lanling. Nie został wpuszczony do Wieży Karpia, więc wyjął pamiątkę i poprosił, by powiadomiono lidera sekty.

Prezentem od Jin GuangShana był perłowy guzik. Nie był w żaden sposób wyjątkowy dla sekty LanlingJin – można było takie znaleźć wszędzie. Jin GuangShan najczęściej obdarowywał nimi piękne kobiety, kiedy wybierał się na flirty. Udawał, że ten piękny drobiazg był rzadkim skarbem, często wśród akompaniamentu przysiąg i obietnic. Rozdawał je i zapominał.

Meng Yao naprawdę trafił w złym momencie. Tak się składało, że Jin ZiXuan obchodził tego dnia urodziny. Jin GuangShan i pani Jin razem z wieloma krewnymi celebrowali specjalny dzień swojego ukochanego chłopca. Sześć godzin później był już wieczór i kiedy wybierali się, by zapalić szczęśliwe latarnie, służący w końcu znalazł chwilę, by ich powiadomić. Twarz pani Jin natychmiast pociemniała, kiedy zobaczyła perłowy guzik i przypomniała sobie podboje miłosne męża. Jin GuangShan szybko rozdeptał guzik w pył i głośno zbeształ służącego, każąc mu wygonić czekającego chłopaka, by przypadkiem na niego nie wpadli.

I tak Meng Yao został zepchnięty z Wieży Karpia. Przeturlał się po schodach ze szczytu na sam dół.

Podobno nic nie powiedział, kiedy wstawał. Wytarł krew z czoła, otarł kurz z ubrań, podniósł swoje rzeczy i odszedł.

Po rozpoczęciu Kampanii Zestrzelenia Słońca Meng Yao dołączył do wojsk QingheNie.

Kultywatorzy pod dowództwem Nie MingJue, ci z jego sekty i niezaprzysiężeni, zostali ustawieni w różnych lokalizacjach. Jedną z nich był nienazwany grzbiet górski w Hejian. Mężczyzna wspiął się pieszo, ale zanim zbliżył się do bazy, zobaczył ubranego w szmaty chłopca, który wychodził ze szmaragdowego lasu z bambusową tubą w dłoni.

Wyglądało na to, że właśnie skończył zbierać wodę, a nogi uginały się pod nim ze zmęczenia. Już miał wejść do jaskini, ale się zatrzymał. Stanął u jej wejścia i chwilę nasłuchiwał, jakby decydował, czy ma wejść, czy nie. Ostatecznie odszedł w inną stronę, wciąż trzymając w dłoni bambusową tubę.

Po chwili kucnął na poboczu. Wyjął jakiś biały pokarm z przydzielonego prowiantu i obmył go wodą.

Nie MingJue podszedł do niego. Chłopiec jadł z opuszczoną głową, kiedy nagle zakrył go wysoki cień. Spojrzał w górę, schował jedzenie i wstał.

Lider sekty Nie.

Chłopak miał drobną posturę, jasną karnację i ciemne brwi – to właśnie te cechy Jina GuangYao zaskarbiły mu najwięcej przychylności. W tej chwili jeszcze nie został zaakceptowany przez swój klan w Wieży Karpia i dlatego nie miał na czole cynobrowego znaku. Nie MingJue dobrze pamiętał tę twarz.

Meng Yao?

Tak – odpowiedział chłopak z szacunkiem.

Dlaczego nie odpoczywasz z pozostałymi w jaskini?

Meng Yao otworzył usta, ale tylko uśmiechnął się niezręcznie, jakby nie wiedział, co powiedzieć. Widząc to, Nie MingJue wyminął go i poszedł w stronę jaskini. Chłopak wyglądał, jakby chciał go cofnąć, ale nie śmiał tego zrobić. Lider sekty uspokoił oddech, by nikt go nie zauważył, nawet kiedy dotarł do wejścia. Znajdujący się w środku ludzie wciąż głośno rozmawiali.

Tak, to on.

Niemożliwe! Syn Jina GuangShana? Jak jego syn mógłby żyć w ten sam sposób, co my? Dlaczego nie wróci i nie odnajdzie ojca? Na skinienie jego palca zostałby uwolniony od tego nieszczęścia.

Myślisz, że nie chce wrócić? Jak sądzisz, co robił, kiedy zabrał tę pamiątkę z Yunmeng aż do Lanling?

No to podjął złą decyzję. Żona Jina GuangShana jest straszna.

Jin GuangShan ma tyle dzieci poza sektą, przynajmniej całą stertę synów i córek. Czy widzieliście, by kogoś zaakceptował? Sam się prosił o upokorzenie.

Cóż, ludzie nie powinni mieć nadziei na niemożliwe. Został stłuczony na kwaśne jabłko i czyja to wina? Nikogo nie może obwiniać. Wykopał sobie grób własnymi rękoma.

To taki idiota! Czy mając Jina ZiXuana, Jin GuanShan pomyślałby cokolwiek o innym synu? A szczególnie takim od prostytutki, którą brało tysiące? Kto wie, z czyjego jest nasienia. Uważam, że Jin GuangShan nie śmiał go zaakceptować, bo sam ma wątpliwości! Hahaha…

Naprawdę? Mogę się założyć, że nawet nie pamiętał romansu z tą kobietą.

Jestem wniebowzięty, że nasienie Jina GuangShana musi nam przynosić wodę, hahaha!

Musi, jasne. Wkłada w to tyle energii! Widzieliście, jak ciężko pracuje? Codziennie biega dookoła, starając się wszystkim przypodobać. Jest głupi, jeśli ma nadzieję, że osiągnie coś, za co ojciec go zaakceptuje.

Płomień gniewu rozgorzał w sercu Nie MingJue, wypalając drogę aż do Wei WuXiana.

Jego dłoń natychmiast oparła się o rękojeść. Meng Yao pospieszył, by go powstrzymać, ale zawiódł. Szabla została już wyjęta z pochwy, a stojący u wrót jaskini głaz roztrzaskany na kawałki. Pierwotnie w środku siedziało kilka tuzinów kultywatorów. Wszyscy zerwali się na nogi, dobywając mieczy. Trzymane przez nich bambusowe tuby upadły na ziemię.

Pijecie przyniesioną przez niego wodę i jednocześnie mówicie tak złośliwe słowa! – zbeształ ich Nie MingJue bez wahania. – Dołączyliście do moich wojsk, by zabijać Wenów czy plotkować?!

W jaskini zapanował chaos. Każdy znał osobowość ChiFeng-Zuna – im bardziej ktoś starał się coś wytłumaczyć, tym bardziej się wściekał. Wszyscy bali się odezwać, widząc, że nie będą w stanie uniknąć kary i powiedzenia prawdy. Nie MingJue zaśmiał się chłodno. Też nie chciał wchodzić do środka. Zamiast tego odwrócił się do Meng Yao i powiedział:

Chodź za mną.

Odwrócił się i poszedł do podnóża góry. Meng Yao poszedł za nim. Im dalej szli, tym niżej głowa chłopaka opadała, a krok zwalniał.

Dziękuję, liderze sekty Nie – powiedział po chwili wahania.

Prawdziwy mężczyzna powinien nosić się z dumną cnotą. Nie ma potrzeby przejmowania się gadaniną tych leni.

Tak. – Chłopak przytaknął.

Choć tak odpowiedział, to na jego twarzy wciąż malowało się zmartwienie. Dając mu dzisiaj pomocną dłoń, Nie MingJue był w stanie zbesztać dla niego innych. Jednak w przyszłości na pewno mu się za to odpłacą po tysiąckroć. Jak mógłby się nie martwić?

Im więcej bzdur będą wygadywali za twoimi plecami, tym ciężej będziesz musiał pracować, by ich zszokować – kontynuował Nie MingJue. – Widziałem cię na polu walki. Zawsze jesteś na froncie, a potem zostajesz dłużej, by pomóc ludziom. Dobra robota.

Słysząc to, Meng Yao zamarł na chwilę. Jego mina nic nie wyrażała, ale uniósł lekko głowę.

Twoje umiejętności szermiercze są dość dobre, ale nie wystarczająco zwinne. Wymagają więcej pracy – dodał Nie MingJue.

To była już dość jawna zachęta.

Dziękuję za radę, liderze sekty Nie – powiedział szybko chłopak.

Jednak Wei WuXian wiedział, że więcej pracy nic tu nie da. Jin GuangYao nie był jak inni uczniowie. Jego podstawa była tak słaba, że nigdy nie osiągnie nic wielkiego. Mógł tylko iść na ilość, nie jakość. To dlatego zebrał wszystkich liderów sekt i nauczył się ich technik, będąc za to krytykowanym jako „złodziej technik”.

Hejian było nie tylko kluczowym miejscem podczas Kampanii Zestrzelenia Słońca, ale także głównym polem walki Nie MingJue. Znajdowało się z boku klanu QishanWen jak żelazna ściana, blokując ich inwazję. Obie sekty od początku były względem siebie wrogo nastawione, ale zawsze się powstrzymywały. Po rozpoczęciu wojny wszystko wybuchło. Każda, nawet najmniejsza bitwa była walką na śmierć i życie, często prowadząc do ogromnego rozlewu krwi. Zwykli mieszkańcy Hejian odnieśli ogromne straty. QishanWen miało ich gdzieś, ale QingheNie musiało się o nich martwić.

W takim przypadku Nie MingJue poświęcał coraz więcej uwagi Meng Yao, który nieustannie sprzątał pole walki i pomagał zwykłym ludziom. Po kilku takich razach po prostu awansował go na swojego zastępcę. Chłopak idealnie wykorzystał tę okazję, idealnie wykonując wszystkie powierzone mu zadania. Obecny Jin GuangYao nie był jak swoje przyszłe ja, które ciągle było besztane przez Nie MingJue. Właściwie był nawet dobrze poważany. Wei WuXian słyszał wiele żartów typu „LianFang-Zun uciekał, jak tylko słyszał nadejście ChiFeng-Zuna”. Był pod wrażeniem za każdym razem, kiedy widział Meng Yao spokojnie rozmawiającego z Nie MingJue.

Dzisiaj pole walki w Hejian odwiedził pewien gość.

Podczas Kampanii Zestrzelenia Słońca opowiadano wychwalające historie o całej trójce z Czczonej Triady. O ChiFeng-Zunie mówiono, że pokonywał wszystkie przeszkody, nie zostawiając nawet śladu po skundlonych Wenach, kiedy kończył. ZeWu-Jun był inny. Kiedy sytuacja w Gusu się uspokoiła, Lan QiRen był w stanie uparcie je bronić. Dlatego Lan XiChen często podróżował, by pomagać innym i ratować ich z niebezpieczeństwa. Podczas całej Kampanii Zestrzelenia Słońca wielokrotnie odzyskał utracone ziemie i pomagał w ucieczkach. Ludzie byli ekstatyczni, kiedy słyszeli jego imię, jakby zyskali promień nadziei lub potężną kartę atutową.

Za każdym razem, kiedy Lan XiChen mijał Hejian, eskortując innych kultywatorów, odpoczywał trochę, traktując to miejsce jako swego rodzaju przystanek.

Nie MingJue zaprowadził go do przestronnej, jasno oświetlonej sali. Kilka innych osób też siedziało w środku.

Choć Lan XiChen wyglądał prawie identycznie jak Lan WangJi, Wei WuXian bez problemu mógł ich rozróżnić. Jednak kiedy zobaczył tę twarz, nie mógł powstrzymać się przed zwróceniem uwagi na ich podobieństwo.

Ciekawe, co teraz dzieje się z moim ciałem. Czy kiedy papierowa lalka zostanie zaatakowana energią urazy, to coś stanie się z prawdziwym ciałem? Czy Lan Zhan zauważy, że coś jest nie tak? – pomyślał.

Po drobnej wymianie zdań Meng Yao, który stał u boku Nie MingJue, podszedł do stołu i zaoferował wszystkim herbatę. Na linii frontu każdy był traktowany jak sześć osób – nie było to miejsce dla pokojówek i służących. Dlatego te trywialności życia codziennego zostały przejęte przez Jina GuangYao.

Kilku kultywatorów zawahało się na widok jego twarzy, a ich miny były różne. „Intymne opowieści” Jina GuangShana zawsze stanowiły świetny temat na przełamanie lodów. Meng Yao przez jakiś czas był popularnym żartem, dlatego został rozpoznany. Myśląc pewnie, że będąc synem prostytutki także miał kilka wiadomych chorób, nie pili z filiżanek, które im podał. Zamiast tego odstawiali je na bok, a niektórzy nawet wyjęli białe chustki. Tak jakby czuli się niezręcznie, wielokrotnie wytarli palce, którymi dotknęli porcelany. Nie MingJue nie zwrócił na to uwagi, jednak Wei WuXianowi udało się to zauważyć kątem oka. Meng Yao zachowywał się, jakby nic nie zauważył, z szerokim uśmiechem dalej rozdając herbatę.

Dziękuję – powiedział Lan XiChen, przyjmując filiżankę i uśmiechając się do chłopaka. Natychmiast napił się trochę herbaty i dopiero wtedy kontynuował rozmowę z Nie MingJue. Kilku kultywatorów zaczęło czuć się niezręcznie na widok tej sceny.

Nie MingJue nie był znany z dobrego humoru. Jednak jego mina się rozluźniła w towarzystwie Lan XiChena.

Jak długo zostaniesz?

Bracie MingJue, będę musiał spędzić u ciebie noc. Rano wyruszam dalej, a potem spotkam się z WangJim.

Gdzie wyruszysz?

Do Jiangling.

Nie MingJue zmarszczył brwi.

Czy Jiangling nie jest wciąż w rękach tych skundlonych Wenów?

Już nie. Obecnie znajduje się w rękach sekty YunmengJiang.

Liderze sekty Nie, chyba jeszcze o tym nie słyszałeś – powiedział jeden z obecnych kultywatorów. – Lider sekty Jiang z Yunmeng jest dość potężny w tej okolicy.

Jak mógłby nie być? – dodała inna osoba. – Sam Wei WuXian może stawić czoła milionom, więc kogo miałby się bać? Może siedzieć i kontrolować swoje terytorium. Nie tak jak my, którzy musimy ciągle uciekać, by ocalić swoje życia. Z takim szczęściem…

Ktoś zauważył, że jego słowa nie zostały wypowiedziane w dobrej wierze.

Cóż, dobrze, że ZeWu-Jun i HanGuang-Jun wszystkim pomagają. Inaczej nie wiem, ile sekt i niewinnych ludzi wpadłoby w ręce Wenów.

Twój brat tam jest? – zapytał Nie MingJue.

Lan XiChen przytaknął.

Zabrał tam ludzi na początku miesiąca.

Poziom kultywacji twojego brata jest dość wysoki. Powinien sam dać radę, więc dlaczego też idziesz?

Słysząc, jak Nie MingJue chwali kultywację Lana WangJi, Wei WuXian poczuł przypływ szczęścia.

Masz dobre oko, ChiFeng-Zunie!

Lan XiChen westchnął.

To trochę krępujące, ale WangJi najwyraźniej miał kilka drobnych sporów z paniczem Wei z YunmengJiang.

Co się stało?

Myślę, że pokłócili się, bo metody Wei WuXiana były zbyt nienaturalne. Podobno HanGuang-Jun go potępił za to, jak hańbił zwłoki, za jego okrucieństwo i miłość do morderstwa, za zapomnienie o swoich pierwotnych intencjach i tak dalej. Ale wszyscy tam mówią na temat bitwy o Jiangling. Wei WuXian jest opisywany w tak wspaniały sposób! Sam chciałbym to zobaczyć, jeśli mi się poszczęści – powiedział ktoś z pozostałych.

Opowieść tej osoby nie była zła. Te najbardziej przesadzone mówiły o tym, jak na polu bitwy walczyli ze sobą, zabijając jednocześnie Wenów. W rzeczywistości ich znajomość nie była aż tak tragiczna, jak mówią plotki, choć dochodziło do drobnych spięć. Wtedy Wei WuXian zwykł rozkopywać groby, a Lan WangJi zawsze wybierał najbardziej denerwujące słownictwo, by powiedzieć, że to nie jest odpowiednia ścieżka i tylko raniła umysł i ciało. Czasami nawet mu przeszkadzał. A do tego obaj co kilka dni walczyli z Wenami, łatwo się wtedy denerwując, przez co rozchodzili się, będąc w złych stosunkach. Jak teraz o tym słuchał, to czuł, że to wszystko działo się w innym życiu. Nagle sobie przypomniał, że to naprawdę działo się w innym życiu.

Moim zdaniem HanGuang-Jun naprawdę nie musi tego robić. Nawet żywi są bliscy śmierci, więc dlaczego powinniśmy przejmować się paroma trupami?

Tak, to ciężkie czasy, prawda? Lider sekty Jiang ma rację. Co jest gorsze od Wenów? Wei WuXian i tak jest po naszej stronie, więc to w porządku, dopóki ich zabija.

Cóż, mówiliście co innego podczas oblężenia – pomyślał Wei WuXian.

Wkrótce Lan XiChen wstał i Meng Yao zaprowadził ich do miejsc odpoczynku. Nie MingJue wrócił do swojego pokoju. Wziął wąską szablę i zabrał ją ze sobą, kiedy poszedł poszukać Lan XiChena.

Jednak zanim się zbliżył, usłyszał, jak dwoje ludzi rozmawia w pokoju.

Cóż za zbieg okoliczności. Dołączyłeś do wojsk brata MingJue i stałeś się jego zastępcą – powiedział Lan XiChen.

Mam szczęście, że zyskałem aprobatę ChiFeng-Zuna – odparł Meng Yao.

Brat MingJue ma ognistą osobowość. Zdobycie jego aprobaty na pewno nie było łatwe. – Po chwili kontynuował: – Przywódca sekty LanlingJin ledwo daje sobie radę na terytorium Langyi. Obecnie stara się zrekrutować więcej personelu.

ZeWu-Jun, masz na myśli… – Meng Yao się zawahał.

Nie ma potrzeby na taką wstrzemięźliwość. Pamiętał, że kiedyś mi powiedziałeś o swoim marzeniu zdobycia odpowiedniej pozycji w LanlingJin i aprobaty ojca. Czy wciąż tego pragniesz, skoro zdobyłeś pozycję i przyszłość pod wodzą brata MingJue?

Meng Yao wyglądał, jakby naprawdę zastanawiał się nad tym pytaniem, wstrzymując nawet oddech.

Tak – odparł po chwili ciszy.

Tak właśnie myślałem.

Ale jestem już zastępcą lidera sekty Nie. Jestem mu winny dług wdzięczności. Bez względu na moje życzenie, nie mogę opuścić Hejian.

Lan XiChen milczał przez chwilę.

To prawda. Nawet jeśli chcesz odejść, to pewnie ciężko ci będzie w ogóle zacząć temat. Jednak wierzę, że brat MingJue uszanuje twoją decyzję, jeśli się odważysz. Jeśli będzie niechętny, to mogę spróbować go przekonać.

Dlaczego miałbym nie pozwolić ci odejść? – zapytał nagle Nie MingJue.

Pchnął drzwi i wszedł do pokoju. Lan XiChen i Meng Yao siedzieli naprzeciwko siebie z poważnymi minami. Widząc go, byli zaskoczeni. Meng Yao natychmiast wstał, ale zanim miał szansę coś powiedzieć, Nie MingJue mu przerwał:

Siedź.

Meng Yao się nie ruszył.

Jutro napiszę ci list z rekomendacją – powiedział Nie MingJue.

Liderze sekty Nie?

Możesz zabrać go do Langyi i znaleźć ojca.

Liderze sekty Nie – powiedział szybko Meng Yao – jeśli wszystko słyszałeś, to pewnie też jak mówiłem, że…

Nie awansowałem cię, byś był mi dłużny – przerwał mu mężczyzna. – Po prostu myślałem, że to pozycja dla ciebie, bo jesteś zdolny i potrafisz się zachować. Jeśli naprawdę chcesz się odwdzięczyć, to po prostu zabij więcej skundlonych Wenów!

Słysząc to, Meng Yao zaniemówił, choć normalnie był nieźle wygadany.

Widzisz, mówiłem ci, że brat MingJue zaakceptuje twoją decyzję. – Lan XiChen się uśmiechnął.

Oczy chłopaka były zaczerwienione.

Liderze sekty Nie, ZeWu-Jun… Ja… – Opuścił głowę. – Naprawę nie wiem, co powiedzieć.

Nie MingJue usiadł.

Jeśli nie wiesz, co powiedzieć, to nie mów nic.

Położył trzymaną w dłoni szablę na stole. Lan XiChen uśmiechnął się na jej widok.

Szabla HuaiSanga?

Choć jest z tobą bezpieczny, to nie powinien opuszczać się w nauce. Powiedz innym, bo go w wolnych chwilach nadzorowali. Następnym razem przetestuję jego umiejętności.

Lan XiChen schował szablę Nie HuaiSanga do swojego rękawa qiankun.

HuaiSang wymigiwał się, mówiąc, że zostawił szablę w domu. Teraz nie będzie miał wymówki na lenienie się.

Skoro o tym mowa, czy znaliście się już wcześniej?

Spotkałem już kiedyś ZeWu-Juna – przyznał Meng Yao.

Gdzie? Kiedy?

Lan XiChen uśmiechnął się, potrząsając głową.

Nie mówmy o tym. To wstyd na całe życie. Bracie MingJue, proszę, nie pytaj więcej.

Dlaczego się boisz, że stracisz przede mną twarz? Meng Yao, mów.

Skoro ZeWu-Jun nie chce tego powiedzieć, to też będę musiał zachować to w tajemnicy.

Przekomarzali się przez chwilę, momentami poważniejąc. Rozmowa była o wiele luźniejsza, niż jak byli w pokoju wspólnym. Słuchając ich paplaniny, Wei WuXian sam często chciał coś dodać, ale nie był w stanie.

Obecnie ich więź nie była zła. ZeWu-Jun jest całkiem niezły w prowadzeniu rozmowy, więc dlaczego Lan Zhan jest w tym taki beznadziejny? Cóż, choć w tym przypadku bycie cicho też jest dobre. Ja ciągle gadam, więc może po prostu słuchać i czasami wtrącać jakieś „mnn”. Jak to się nazywało…

Kilka dni później z listem polecającym od Nie MingJue Meng Yao wyruszył do Langyi.

Po jego odejściu Nie MingJue wybrał innego zastępcę. Wei WuXian jednak czuł, że ten zawsze był trochę powolny. Meng Yao to naprawdę niespotykany talent. Rozumiał to, co nie zostało powiedziane i dawał z siebie wszystko nawet po najprostszych rozkazach. Był wydajny i nigdy się nie obijał. Każdy, kto się do niego przyzwyczaił, nie byłby w stanie powstrzymać się przed porównywaniem go do innych.

Wkrótce sekta LanlingJin była na skraju upadku w Langyi. Lan XiChen pomagał w innej strefie, więc Jin GuangShan musiał poprosić o pomoc z Hejian.

Po zakończonej bitwie będący w okropnym stanie Jin GuangShan przyszedł do Nie MingJue, by wyrazić swoje podziękowania. Lider Nie szczędził słowa i szybko zapytał o najważniejsze:

Liderze sekty Jin, jak się ma Meng Yao?

Meng Yao? Uch… Liderze sekty Nie, nie chcę być niemiły, ale kto to jest? – odpowiedział Jun GuangShan, słysząc wspomniane imię.

Nie MingJue zmarszczył brwi. Historia o tym, jak Meng Yao został zepchnięty ze schodów Wieży Karpia, dość długo była tematem plotek. Nawet nieznajomi wiedzieli o tej farsie, więc to niemożliwe, by osoba będąca w centrum akcji nie pamiętała tego imienia. Tylko ktoś naprawdę gruboskórny mógł w takiej sytuacji udawać głupiego. Tak się składało, że Jin GuangShan był właśnie taką osobą.

Meng Yao to mój były zastępca – powiedział chłodno Nie MingJue. – Napisałem mu list z rekomendacją.

Jin GuangShan dalej udawał, że nic nie wie.

Naprawdę? Ale nigdy nie widziałem takiego listu ani takiej osoby. No cóż. Gdybym wiedział, że lider sekty Nie wyśle swojego zastępcę, to z pewnością bym go dobrze przyjął. Może po drodze zdarzył się jakiś wypadek?

Wyraził się niejednoznacznie, jakby naprawdę nie pamiętał, czy słyszał to imię. Mina Nie MingJue robiła się coraz chłodniejsza. Czuł, że coś jest nie tak, więc odszedł bez wahania. Nic się nie dowiedział nawet po wypytaniu innych kultywatorów. Wybrał parę miejsc i zaczął je obchodzić.

Po drodze trafił na mały lasek. Był dość cichy, raczej ustronny. Dopiero co odparli atak z zaskoczenia, więc pole bitwy nie zostało jeszcze sprzątnięte. Nie MingJue szedł ścieżką, mijając zwłoki kultywatorów. Niektórzy ubrani byli w szaty Wenów, inni w strój sekty Jin, a pozostali mieli na sobie kolory innych klanów.

Nagle z oddali usłyszał szelest.

Nie MingJue położył dłoń na rękojeści szabli i podszedł bliżej. Poprzez gałęzie i liście zobaczył Meng Yao stojącego pośród ciał. Wykręcając nadgarstek, wyjął długi miecz z piersi mężczyzny.

Jego mina była spokojna. Atakował szybko i pewnie, ale jednocześnie ostrożnie, nie pozwalając ani kropli krwi spaść na jego ubrania.

Ten miecz nie należał do niego. Na rękojeści były żelazne zdobienia w kształcie płomieni – było to ostrze należące do kultywatora z klanu Wen.

Techniki miecza także były ich.

A tym, który umarł od jego ciosu, był ktoś noszący szaty z Iskrami pośród Śniegu. To kultywator z sekty LanlingJin.

Nie MingJue wszystko zobaczył. Nic nie mówiąc, wyciągnął centymetr po centymetrze szablę. Ostry brzęk przeszył powietrze.

Słysząc znajomy dźwięk, Meng Yao natychmiast zadrżał. Odwrócił się, a jego dusza prawie wyparowała.

…Lider sekty Nie?

Nie MingJue całkiem wyciągnął szablę. Rękojeść błyszczała jasno, ale ostrze przybrało barwę krwi. Wei WuXian czuł rosnącą w nim złość, a także rozczarowanie i nienawiść.

Meng Yao znał lepiej charakter Nie MingJue od kogokolwiek. Z brzękiem upuścił miecz.

Liderze sekty Nie, liderze sekty Nie! Proszę, czekaj! Proszę! Mogę to wyjaśnić!

Co chcesz wyjaśniać?! – krzyknął Nie MingJue.

Meng Yao rzucił się na ziemię, trochę się turlając, trochę czołgając.

Nie miałem wyboru! Nie miałem wyboru!

Jakiego wyboru nie miałeś?! – warknął mężczyzna. – Co mówiłem, kiedy cię tu wysłałem?!

Chłopak klęknął u jego stóp.

Liderze sekty Nie, liderze sekty Nie, posłuchaj! Dołączyłem do wojsk LanlingJin. To był mój przełożony. Podczas mojego pobytu zawsze mnie nienawidził. Często mnie poniżał i bił…

Więc go zabiłeś?

Nie! To nie dlatego! Jakiego poniżenia nie byłbym w stanie znieść? Czego nie byłbym w stanie wytrzymać, skoro to było tylko pobicie i zbesztanie? Po prostu za każdym razem, kiedy zdobywaliśmy siedzibę Wenów, z całych sił tworzyłem jak najlepszą strategię, walczyłem najlepiej, jak mogłem, a on kilkoma marnymi słowami i lekkimi pociągnięciami pędzla przypisywał to sobie, mówiąc, że nie miałem z tym nic wspólnego. To nie był tylko raz. Było tak za każdym razem, za każdym! Próbowałem przemówić mu do rozsądku, ale go to nie obchodziło. Zwróciłem się do innych, ale nikt nie chciał mnie wysłuchać. Przed chwilą powiedział, że moja matka… Że moja matka… Nie mogłem wytrzymać. To wypadek, który przydarzył się, bo zaślepiła mnie złość!

Przerażony i zszokowany mówił szybko, bojąc się, że Nie MingJue może zacząć ciachać, zanim skończy tłumaczyć. Pomimo tego jego wyjaśnienie wciąż było logiczne. Każde zdanie podkreślało, jak okropni byli inni i jak biedny był on sam. Nie MingJue podniósł go za kołnierz.

Kłamiesz!

Meng Yao zadrżał. Nie MingJue patrzył się w jego oczy, cedząc każde słowo:

Nie mogłeś wytrzymać i zaślepiła cię złość? Czy ktoś zaślepiony złością mógłby zabić drugą osobę z taką obojętną miną? Czy specjalnie wybrałby ten dyskretny las, w którym przed chwilą odbyła się bitwa? Czy zabiłby mieczem Wenów, używając ich technik, by zostało to uznane za ich skryty atak? Wyraźnie widać, że specjalnie to zaplanowałeś!

Meng Yao uniósł dłoń w zapewnieniu.

Mówię prawdę! Każde zdanie było prawdą!

Nawet jeśli to prawda, to nie powinieneś go zabijać! To były tylko trywialne osiągnięcia! Naprawdę aż tak bardzo pragniesz chwili chwały?

Trywialne osiągnięcia? – wymamrotał chłopak roztrzęsionym głosem. – Jak to trywialne osiągnięcia? ChiFeng-Zun, czy wiesz, ile pracy w nie włożyłem? Ile wycierpiałem? Chwała? Bez tej odrobiny chwały nie mam nic!

Nie MingJue spojrzał na Meng Yao, który drżał z łzami w oczach. Kontrast pomiędzy tą sceną a jego spokojem podczas morderstwa był zbyt mocny. Doznał tak mocnego wstrząsu, że nadal nie zniknął z jego głowy.

O coś cię zapytam, Meng Yao. Czy jak się po raz pierwszy spotkaliśmy, to specjalnie zachowywałeś się przy mnie tak żałośnie, bym cię uratował? Gdybym tego nie zrobił, to czy doszłoby do tego samego, co dzisiaj i zamordowałbyś tych wszystkich ludzi? – Jabłko adama chłopaka zadrżało, kiedy stoczyła się po nim kropla potu. Już miał się odezwać, kiedy Nie MingJue rozkazał: – Nie okłamuj mnie!

Meng Yao z dreszczem przełknął słowa. Klęcząc na ziemi, całe jego ciało drżało. Palce prawej dłoni wbijał głęboko w ziemię.

Po chwili Nie MingJue powoli wsunął szablę do pochwy.

Nic ci nie zrobię. – Meng Yao natychmiast spojrzał w górę, ale Nie MingJue kontynuował: – Wróć do sekty LanlingJin, by wszystko im wyznać i przyjmij swoją karę. Niech się tobą zajmą tak, jak uznają za stosowne.

ChiFeng-Zun, nie mogę się poddać, teraz kiedy już tu jestem – odpowiedział po chwili wahania Meng Yao.

Wybrałeś złą ścieżkę, by tu dotrzeć.

Wysyłasz mnie na śmierć.

Jeśli mówiłeś prawdę, to do tego nie dojdzie. Idź, zastanów się nad swoimi czynami i zacznij od nowa.

Ojciec jeszcze mnie nie widział – wyszeptał chłopak.

To nie tak, że go nie widział.

Po prostu udawał, że nie wie o jego istnieniu.

W końcu pod naciskiem Nie MingJue Meng Yao z trudnością przytaknął.

Wstań – powiedział mężczyzna po chwili ciszy.

Tak jakby był pozbawiony energii, Meng Yao wstał jak w transie. Zrobił kilka chwiejnych kroków do przodu. Widząc, że chłopak zaraz się przewróci, Nie MingJue pomógł mu pewnie stanąć na nogach.

Dziękuję, liderze sekty Nie – wymamrotał Meng Yao.

Obserwując jego pozbawioną życia postać, Nie MingJue się odwrócił. Nagle usłyszał:

…wciąż nie mogę.

Nie MingJue przekręcił się szybko. Nie wiedział, od kiedy Meng Yao trzymał miecz w ręce.

Chłopak ze zrozpaczoną miną wycelował w swój brzuch.

Liderze sekty Nie, nie jestem godny twojej dobroci.

Mówiąc to, dźgnął mocno mieczem. Źrenice Nie MingJue nagle się skurczyły. Sięgnął, by złapać za ostrze, ale było za późno. W ułamku sekundy miecz przebił Meng Yao na wylot. Przewrócił się w kałużę cudzej krwi.

Nie MingJue był zszokowany przez ułamek sekundy, po czym do niego podbiegł. Klękając na ziemi, przekręcił ciało chłopaka.

Jesteś…!

Twarz Meng Yao była pozbawiona koloru. Spojrzał się słabo na Nie MingJue, po czym wymusił uśmiech.

Liderze sekty Nie, ja…

Zanim skończył mówić, jego głowa powoli się osunęła. Obejmując jego ciało, mężczyzna położył dłoń na piersi chłopaka, przesyłając mu energię duchową. Jednak nagle po jego ciele przeszedł dreszcz. W brzuchu poczuł zimny i nieprzerwany strumień energii.

Wei WuXian wiedział, że to podpucha, więc nie był zaskoczony. Jednak Nie MingJue nigdy się nie spodziewał, że Meng Yao naprawdę go zrani. Dlatego był bardziej zszokowany niż wściekły, kiedy patrzył, jak jego towarzysz spokojnie wstaje.

Meng Yao prawdopodobnie ostrożnie dowiedział się, jak unikać ważnych narządów. Ostrożnie wyciągnął ostrze z brzucha, chlapiąc lekko krwią i ucisnął ranę – to jedyna rzecz, którą zrobił, by ją opatrzyć. Nie MingJue wciąż klęczał z uniesioną głową w pozycji, którą przyjął, gdy próbował mu pomóc. Ich oczy się spotkały.

Nie MingJue nic nie mówił. Meng Yao także się nie odzywał. Schował miecz, skłonił się i uciekł, ani razu nie oglądając się za siebie.

Dopiero co przyznał się do popełnionego błędu i zgodził przyjąć karę, po czym upozorował samobójstwo i zastawił pułapkę. Teraz już był daleko stąd. Nie MingJue chyba po raz pierwszy widział tak bezwstydną osobę – szczególnie że chłopak był zaufanym pomocnikiem, którego sam awansował. Z tego powodu wpadł w okropny szał, będąc szczególnie okrutnym podczas walk z Wenami. Nie uspokoił się ani trochę, nawet kiedy Lan XiChen przybył, aby pomóc w Langyi. ZeWu-Jun nie był w stanie powstrzymać śmiechu na ten widok.

Bracie MingJue, ale jesteś w złym nastroju! Gdzie Meng Yao? Dlaczego nie przyszedł, by ugasić twoje płomienie?

Nie wspominaj przy mnie takiej osoby!

Nic nie wyolbrzymiając, opowiedział Lan XiChenowi jak Meng Yao kogoś zabił i planował obwinić za to Wenów, a potem upozorował samobójstwo i zwiał. Po usłyszeniu tej historii mężczyzna także był zaskoczony.

Jak to możliwe? Może to jakieś nieporozumienie?

Przyłapałem go na gorącym uczynku. Jakie mogło to być nieporozumienie?

Lan XiChen zastanowił się przez chwilę.

Sądząc po jego słowach, osoba, którą zabił, zdecydowanie źle zrobiła. Jednak nie powinien pozbawiać go życia. To ciężkie czasy, więc trudno jednoznacznie stwierdzić czyjąś winę. Ciekawe, gdzie teraz jest.

Niech ma nadzieję, że go nie złapię! – powiedział ostro Nie MingJue. – Bo jeśli go dorwę, to złożę go w ofierze mojej szabli.

Jego słowa najwyraźniej zamieniły się w przepowiednię, bo przez następne kilka lat było tak, jakby Meng Yao całkiem wyparował lub jak kamień zatopił się w oceanie. Nie został po nim ani jeden ślad.

Teraz Nie MingJue nienawidził go w ten sam sposób, w jaki go kiedyś doceniał. Kiedy wspominano jego imię, robił wściekłą minę, wyrażając to, co ciężko jest wytłumaczyć słowami. Kiedy był pewny, że nie dało się znaleźć żadnych informacji na temat chłopaka, to zdecydował, że nigdy więcej nie będzie rozmawiał z nikim na jego temat.

Nie MingJue nie był z nikim bliski. Rzadko się przed kimkolwiek otwierał. Kiedy w końcu udało mu się zdobyć kompetentnego, zaufanego podwładnego, którego charakter i umiejętności były na odpowiednim poziomie, to odkrył, że nie jest on taki, za jakiego go uważał. To naturalne, że jego reakcja była dość ekstremalna.

Nagle Wei WuXiana rozbolała głowa, jakby zaraz miała pęknąć na pół. Czuł się, jakby powóz skruszył jego kości. W ogóle nie mógł się ruszyć – nawet najmniejsze drgnięcie wywoływało cierpienie. Otworzył oczy, ale jego wzrok był tak rozmazany, że ledwo co widział postacie leżące na zimnej, kamiennej posadzce. Wyglądało na to, że Nie MingJue został raniony w głowę. Rana już zdążyła zdrętwieć. Zaschnięta krew przysłaniała mu wzrok i twarz. Drgnął, a ciepły strumień ciemnoczerwonego płynu znowu spłynął mu po czole.

Wei WuXian był zaskoczony.

Podczas Kampanii Zestrzelenia Słońca Nie MingJue wygrał prawie wszystkie bitwy. Wrogowie nie mogli się do niego zbliżyć, nie wspominając o zadaniu mu takich ran.

Co to za sytuacja?!

Obok wyczuł delikatny ruch. Wei WuXian zerknął kątem oka i zobaczył kilka niewyraźnych postaci. Z ogromnym trudem skupił wzrok i zobaczył kilku kultywatorów w szatach z motywem słońca i płomieni. Podeszli bliżej, umiejętnie klękając na ziemi.

Nagle otoczyło go mrożące szpik w kościach napięcie, sięgając do Wei WuXiana poprzez ciało mężczyzny. Nie MingJue uniósł głowę. Na końcu sali stało ogromne siedzisko wykonane z nefrytu. Ktoś na nim siedział.

To nie było zbyt blisko, a wzrok Nie MingJue przesłaniała krew, więc nie był w stanie zobaczyć, kto to taki. Jednak był w stanie zgadnąć.

Drzwi pałacu nagle się otworzyły i ktoś wszedł do środka.

Wszyscy pozostali uczniowie byli na klęczkach, ale ta osoba tylko zasalutowała, kiedy weszła do środka. W przeciwieństwie do pozostałych podszedł nonszalancko na przód sali, gdzie się ukłonił i zamienił kilka słów z siedzącą osobą, po czym odwrócił się w tę stronę.

Powolnym krokiem podszedł, cicho przyglądając się Nie MingJue, który wciąż leżał na ziemi i był cały skąpany we krwi. Zaśmiał się.

Dawno się nie widzieliśmy, liderze sekty Nie.

Kto miałby to być jak nie Meng Yao we własnej osobie?

Tłumaczenie: Ashi

3 Comments

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

:błeee:  :płaku:  :WeiMądruś:  :zonk:  :NieNie: 
:AAAA:  :ależeco:  :blabla:  :ugh:  :cooo: 
:ekscytacja:  :facepalm:  :patriarcha:  :muahaha:  :złamaneserce: 
:szok:  :przestań:  :zachwyt:  :zachwyt2: