Mo Dao Zu Shi

Rozdział 82 – Lojalność IV15 min. lektury

Wei Wuxian się odwrócił i pobiegł w stronę sadzawki krwi, a Lan Wangji nie odstępował go ani na krok. Czerwona flaga namalowana na białej szacie naprawdę była świetnym celem. Żaden ze zmarłych nawet nie zwrócił uwagi na mijających ich ludzi, skupiając swoje czerwone spojrzenia na Wei Wuxianie.

Zbliżali się jeden za drugim, a droga oczyszczona przez Wen Ninga ekspresowo była blokowana przez kolejne trupy, więc co chwila musiał wracać, by znowu ją udrożnić. Ponad połowa uwięzionych w jaskini jeszcze nie zdołała uciec. Niektórzy wciąż nie mogli chodzić, więc obserwowali tylko, jak rozbłysk Bichenu raz za razem rozczłonkowywał szereg ciał. Rozlegały się piski i wrzaski, które zapewne dało się słyszeć nawet na zewnątrz.

Wkrótce otoczyli Wei Wuxiana i Lan Wangjiego, utrudniając im zbliżenie się do sadzawki. Sterty zmaltretowanych ciał robiły się coraz większe, a otaczający ich krąg coraz ciaśniejszy. Juniorzy wręcz szaleli z niepokoju i szybko wrócili z ostrzami gotowymi do ataku.

Lan Jingyi zauważył uciekającego kultywatora, który wciąż był w stanie machać mieczem, więc krzyknął:

Czy mógłbyś pomóc? Skoro wciąż jesteś w stanie trzymać miecz, to może pomożesz?! Choć trochę!

W odpowiedzi usłyszał tylko „spadaj”.

Daj spokój, Jingyi, sami damy sobie radę! – powiedział Lan Sizhui.

Wen Ning, natychmiast ich stąd wyrzuć! – rozkazał Wei Wuxian, słysząc ich głosy.

Tak jest!

Jedną ręką złapał Lan Jingyiego i już miał w drugą chwycić Lan Sizhuiego, gdy ten się odezwał:

Upiorny Generale, nie mogę iść! Pozwól mi zostać! W przeciwnym wypadku będę tego żałował do końca życia!

Wen Ning zamarł, gdy tylko ich spojrzenia się spotkały. Widząc, że ten nie zamierza spełnić rozkazu, młodzieniec natychmiast się odwrócił. Lan Jingyi i pozostali także wykorzystali szansę, by mu uciec.

Jin Ling był wleczony przez wuja, ocierając się ramionami o wiele trupów. Wszystkie przyciągała flaga nakreślona na Wei Wuxianie, więc patrzyły w jej stronę czerwonymi oczami i ich ignorowały.

Wuju! – krzyknął Jin Ling. – Ja…

Tylko spróbuj tam wrócić, a nie będziesz miał prawa dalej nazywać mnie wujem. – Głos Jiang Chenga był lodowaty.

Chłopak wpatrywał się w niego uważnie, lecz mężczyzna wypchnął go na zewnątrz, krzycząc:

Zostań tutaj!

Następnie chwycił Sandu i wbiegł z powrotem do jaskini. Jin Ling zawahał się przez chwilę.

Wuju, czekaj na mnie! – Pomimo ostrzeżenia i tak wrócił do środka.

Wewnątrz jaskini pusta przestrzeń otaczająca Wei Wuxiana i Lan Wangjiego zmniejszyła się do zaledwie trzech metrów. Rozbłysk Bichenu wciąż był jasny i silny, a płomienie talizmanów nie gasły, lecz trupów było po prostu zbyt wiele.

Gdy Wei Wuxian rzucił kolejną porcję talizmanów, nagle wyczuł zagrożenie. Spojrzał w bok, i tak jak się spodziewał, trup wdrapał się na pobliską stertę ciał, rzucając się na niego z szeroko otwartą paszczą. Ręce patriarchy były puste. Przeklął i zaczął przegrzebywać rękawy, lecz nic już w nich nie było. Jego serce natychmiast zaczęło szybciej bić.

Wykorzystał wszystkie talizmany!

Lan Wangji także zauważył niebezpieczeństwo. Już miał zaatakować je swoim mieczem, gdy usłyszał krzyk. Trup rozerwał się na pół w trakcie skoku.

Nie. Został rozerwany. A istota, która tego dokonała, znajdowała się na oczach wszystkich!

Krwawy trup stał na szczycie półtorametrowej sterty zwłok. W dłoniach ściskał drżące kawałki swojej ofiary, spoglądając z góry na Wei Wuxiana i Lan Wangjiego.

Usta Lan Jingyiego otworzyły się szeroko, nie będąc w stanie się zamknąć.

Przodkowie… Co to, do cholery, jest? – wymamrotał Ouyang Zizhen.

Wszyscy, którzy to widzieli, myśleli to samo – co to, do cholery, było?!

Istota, która pojawiła się znikąd, w ogóle nie przypominała żadnego napotkanego przez nich trupa. Była szkarłatna, tak jakby wyczołgała się z sadzawki krwi. Miała niezwykle wychudzone ciało, co wyglądało groteskowo.

Trupy kontrolowane amuletem tygrysa stygijskiego także zainteresowały się tym dziwnym pobratymcem. Przyglądały mu się z wahaniem, rezygnując z dalszego atakowania Wei Wuxiana.

Krwawy trup podszedł do przodu.

Jego kroki były chwiejne, a ze stawów dochodziły trzaski, tak jakby rozciągały mu się kości. Ciemna krew kapała z kończyn i torsu prosto na ziemię.

Gorzkie połączenie energii yin i silnej urazy emanowało z jego ciała. Gdy podszedł, pozostałe trupy powoli zaczęły się cofać. Wielu kultywatorów pobladło, bojąc się wydać choćby najcichszy dźwięk.

Lan Wangji stanął przed Wei Wuxianem, lecz patriarcha dotknął jego dłoni, w której trzymał Bichen i szepnął:

Czekaj. – Gapił się na krwawe zwłoki, a w jego głowie pojawiły się pewne podejrzenia. Serce mężczyzny biło jak szalone, gdy powtarzał: – Czekaj.

Trup zatrzymał się jakieś trzy metry od nich. Nagle uniósł głowę, wydając z siebie dwa głośne ryki. Jeden był głośniejszy i bardziej piskliwy od drugiego, zmuszając zebranych do zasłonięcia uszu.

Woda w krwistej sadzawce zafalowała.

Na początku pojawiły się kręgi, tak jakby został do niej wrzucony mały kamień, lecz stawały się coraz większe. Można było odnieść wrażenie, że coś porusza się niespokojnie pod gęstą mazią.

Nagle spod tafli wyłoniła się ręka.

Dłoń mocno zacisnęła się na brzegu, a palce zagłębiły w ziemi. Następnie pojawiła się szkarłatna twarz, na wpół przegniła i z niewyraźną fizjonomią.

Drugi trup wyszedł z sadzawki.

Chwilę później woda znowu zaczęła się kotłować, tak jakby osiągnęła temperaturę wrzenia. Coraz więcej głów zaczęło wyłaniać się na powierzchnię. Trzecia, czwarta, piąta…

Każdy odziany był w krew. Piskliwe ryki towarzyszyły im ohydnym twarzom. Gdy tylko wyszły z sadzawki, natychmiast zaczęły atakować normalne trupy.

Zmarli będący pod wpływem amuletu tygrysa nie mieli szans, kawałki ich ciał latały na wszystkie strony, a krew bryzgała gęsto.

Jin Ling przyglądał się wszystkiemu zszokowany.

Co to takiego jest?! Skąd w tym bajorze trupy? Czy nie mówiono, że spalono wszystkie zwłoki na tej przeklętej górze?!

Nie wszystkie! – odparł lider sekty Ouyang, starając się ochronić syna.

A które nie?! – zapytał Lan Jingyi.

Te… te…

Nie był w stanie powiedzieć tego na głos. Gdy uczestnicy ostatniego oblężenia Kopców zabili pozostałych Wenów, to około pięćdziesięciu ciał wrzucono do sadzawki krwi.

Uważajcie! – krzyknął nagle Jin Ling.

Zakrwawiona postać stanęła przed nimi. Lan Sizhui cofnął się o kilka kroków, trzymając mocno miecz.

Zwłoki były niezwykle małe i pochylone. Wyglądało, jakby ktoś zrobił dziurę w czaszce tej osoby. Jej białe włosy były rzadkie, po zmoczeniu w sadzawce klejąc się do obitego czoła. Była niewiarygodnie ohydna i na wpół przegniła. Wszyscy, którzy ją zobaczyli, poczuli się niekomfortowo.

Trup powoli kulejąc podszedł do Lan Sizhuiego. Juniorzy drżeli ze strachu, natychmiast zbierając się wokół towarzysza.

Widząc coraz więcej ludzi, zmarły stał się ostrożniejszy, warcząc gardłowo. Chłopcy zebrali się w sobie, tak jakby stawiali czoła silnemu wrogowi, lecz Lan Sizhui szybko ich powstrzymał:

Nie ruszajcie się!

Sam czuł się trochę nerwowo, ale z jakiegoś powodu ani trochę się nie bał.

Gdyby trup miał gałki oczne, to z pewnością by się w niego wpatrywał. Przechylił głowę i wyciągnął ramię, a jego dłoń powoli zbliżała się do chłopaka, tak jakby chciał go dotknąć.

Ręka była cała zakrwawiona, przypominając na wpół zjedzoną kurzą łapkę. Ciarki przeszły po plecach wszystkich chłopców, a Jin Ling uniósł w gotowości miecz.

Paniczu Jin, przestań! – krzyknął Lan Sizhui.

No to co mamy zrobić?! – odparł Jin Ling.

Wszyscy… Nie ruszajcie się na razie.

Zwłoki zajęczały słabo, wyraźnie go nawołując. Chłopak zebrał się w sobie i także wyciągnął rękę.

Już mieli się dotknąć, gdy nadeszła kolejna zgraja trupów. Ich krwawy pobratymca odwrócił się i z głośnym rykiem rzucił w ich stronę, gryząc i drapiąc jak oszalały. Krew i mięso były wszędzie. Jego przerażające wrzaski i brutalne gesty drastycznie różniły się od tego, jak zachowywał się przy Lan Sizhuim.

Wen Ning odepchnął kilku atakujących.

Czy to ty?! – krzyknął, drżąc na całym ciele.

Nie zwrócił na niego żadnej uwagi, zabijając kolejne trupy.

Czy to wy?!

Drapieżne ryki o wszystkich tonacjach rozlegały się echem w jaskini. Ani jeden nie odpowiedział, ani jeden nie był w stanie odpowiedzieć.

Nie minęła nawet godzina, gdy wszystko powoli ucichło.

Po tym wszystkim wnętrze groty wyglądało jak jedna z piekielnych scenerii namalowana na płótnie.

Jeden za drugim krwawe trupy zaczęły zbierać się wokół Wei Wuxiana i Lan Wangjiego.

Niskie i wysokie, mężczyźni i kobiety, młodzi i starzy – wszyscy byli jak skąpani krwią demony. Jednak patriarcha zauważył w nich coś znajomego.

Wuju Czwarty… Babuniu…

Wymienił ich wszystkich po kolei, a jego głos drżał.

Czekaliście tutaj przez te wszystkie lata?

Gdyby wciąż żył, jego oczy byłyby czerwone i załzawione.

Usta Wei Wuxiana zadrżały. Wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć, ale nie był w stanie tego z siebie wycisnąć. Opuścił głowę i skłonił się nisko.

Dziękuję. – Jego głos był zachrypnięty.

Lan Wangji powtórzył jego gest.

Podczas walki krwawe trupy były niezwykle agresywne, lecz teraz, choć wciąż wyglądały ohydnie, to ich ruchy można było określić tylko jednym słowem – niezdarne. Każdy z nich powoli się pochylił, odwzajemniając ukłon.

W następnej chwili wszystkie upadły, tak jakby coś wyssało z nich energię i życie. Ich szkarłatne ciała były delikatne jak porcelana, pękając centymetr po centymetrze na coraz mniejsze kawałki. Gdyby zawiał teraz wiatr, to nic by z nich nie zostało.

Wen Ning rzucił się na ziemię, rękami zbierając czerwone prochy i garść po garści wciskając je do kieszeni. Wkrótce były zapełnione. Widząc to, Lan Jingyi podrapał się po głowie i wyjął jedną z perfumowanych sakw. Wysypał schowane w niej zioła na ziemię i przykucnął, podając ją Wen Ningowi.

Proszę!

Pozostali chłopcy poszli w jego ślady. Jedynie Jin Ling obserwował ich z dala ze skomplikowanym wyrazem twarzy. Nic nie zrobił, a po chwili odszedł dalej, marszcząc brwi. Przed Wen Ningiem pojawiło się siedem lub osiem par rąk podających mu sakwy i torby, lecz on nie wiedział, co zrobić.

Potrzebujesz pomocy, Upiorny Generale? – zapytał Lan Sizhui.

Nie, wy… – odparł szybko Wen Ning.

Jest tu tyle prochów i kości! Czy dasz radę samemu je zebrać? – zastanawiał się Lan Jingyi.

Lan Wangji i Wei Wuxian podeszli bliżej.

Nie dotykajcie ich ot tak. Znowu się zatrujecie, jeśli nie nałożycie rękawic.

Słysząc to, chłopcy w końcu odpuścili.

Seniorze Wei, Hanguang-jun, Upiorny Generale, dziękuję wam za… – powiedział Lan Sizhui.

Za co? – przerwał mu zimny głos, dobywający się spośród tłumu. Chłopcy odwrócili się, by odkryć, że te słowa wymówił Fang Mengchen. Mężczyzna wstał, a na jego twarzy malowała się złość. – Co to wszystko ma być?

Jak to, co to wszystko ma być? – Lan Sizhui był zdumiony.

Wei Wuxian i Lan Wangji także na niego spojrzeli.

Pytam się, co to wszystko ma być? – Głos Fang Mengchena był ostry. – Pokuta?! Czy już wszyscy czujecie w sercach wobec niego wdzięczność?!

W jaskini zapadła martwa cisza. Nie było słychać nawet najmniejszego szeptu. Nikt nie czuł się najlepiej.

Przybyli tu, by z fanfarą zaatakować patriarchę, lecz sami zostali zaatakowani. Skandowali, że planują zniszczyć zło, lecz ostatecznie to “zło” ocaliło im życia.

Nie potrafili określić, czy to było komiczne, dziwne, niezręczne czy całkowicie niezrozumiałe. Jednak byli pewni, że zrobili z siebie pośmiewisko, tak się unosząc na początku tej farsy.

Podziękować Wei Wuxianowi? Nie wydawało się to odpowiednie, lecz mimo wszystko ich ocalił, więc brak wdzięczności także był nie na miejscu. W takiej sytuacji najlepiej było zachować milczenie.

Widząc, że nikt nie zamierza mu odpowiedzieć, Fang Mengchen jeszcze bardziej się zezłościł. Rzucił się na patriarchę z mieczem w dłoni.

Myślisz, że spełniając kilka pretensjonalnych dobrych uczynków i pokazując, że żałujesz swoich błędów, spłacisz wszystkie krwawe długi?!

Wei Wuxian odskoczył na bok, a z tłumu wyszła kolejna osoba, by uspokoić sytuację.

Bracie Fang! Nie denerwuj się tak. Odpuść…

Jak tylko skończył mówić, od razu zrozumiał, że popełnił błąd. Oczy Fang Mengchena poczerwieniały.

Odpuścić?! Co masz przez to na myśli?! Mam odpuścić mordercy moich rodziców, bo ty tak powiedziałeś?! Wei Wuxian zabił moich rodziców. Taka jest prawda, więc dlaczego teraz wygląda na to, że stał się bohaterem? Wystarczy kilka dobrych uczynków, byście zapomnieli całe zło, którego dokonał?! To co z moimi rodzicami?!

Jin Ling zacisnął pięści. Nagle poczuł ostry ból promieniujący z ramienia. Jiang Cheng mocno go chwycił. Chłopak nie widział jego miny.

Wujku… – wyszeptał.

Krótki, niejednoznaczny śmiech wydobył się z ust Jiang Chenga.

No to czego ode mnie oczekujesz? – odezwał się w końcu Wei Wuxian.

Fang Mengchen zamarł z zaskoczenia.

No czego oczekujesz? Mojej żałosnej śmierci, by ukoić swoją własną nienawiść? – Wei Wuxian wskazał palcem na Yi Weichuna, który leżał omdlały na ziemi. – On nie ma nogi, a mnie rozerwało na kawałki. Ty straciłeś rodziców, a ja nigdy nie miałem rodziny. Jestem kundlem, którego wygnano z własnego domu. Nawet nie widziałem prochów własnych rodziców. A może nienawidzisz Wenów? Ci, o których mówisz, zmarli już trzynaście lat temu. A teraz dla naszego wspólnego dobra ponownie odeszli na drugą stronę. Tym razem zostały z nich tylko prochy. No to powiedz, co jeszcze ode mnie chcesz?

Fang Mengchen na niego łypnął. Chwilę później przez zaciśnięte zęby wycedził:

To nie ma sensu. Ale wiedz, Wei Wuxianie, że twoje czyny nie mają sensu, bo i tak nigdy ci nie wybaczę, ani nie zapomnę. – Podniósł głos. – To nigdy się nie stanie!

Nikt nie kazał ci mi wybaczać. Nie tylko ty pamiętasz, co zrobiłem, ale ja też to pamiętam. Nie zapomnisz, lecz ja jeszcze dłużej nie zapomnę!

Patriarcha spoglądał na niego przez dłuższą chwilę. Fang Mengchen poczuł w duszy wir emocji i poczucie przegranej.

Jego życie rzeczywiście zostało uratowane przez Wei Wuxiana i pozostałych, lecz rezygnacja z długo skrywanej urazy nawet nie wchodziła w grę. Jednak gdyby chciał zemścić się na Wei Wuxianie, to by mu to nie wyszło, biorąc pod uwagę, jaki był słaby. Mógł tylko wrzasnąć głośno i wybiec z jaskini.

Więcej trupów nie przyjdzie, prawda? Jesteśmy już bezpieczni?

Słysząc ten głos, wszystkim zebranym włosy stanęły dęba. To znowu on!

Nie Huaisang rozejrzał się wokół. Widząc, że nikt mu nie odpowiada, zapytał:

No to… możemy iść?

To było dobre pytanie. Obecnie każdy pragnął tylko wrócić do swojej sekty. Jedna z kultywatorek powiedziała:

Chyba minęły już cztery godziny. Jak bardzo zregenerowały się wasze moce?

Tłumaczenie: Ashi

8 Comments

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

:błeee:  :płaku:  :WeiMądruś:  :zonk:  :NieNie: 
:AAAA:  :ależeco:  :blabla:  :ugh:  :cooo: 
:ekscytacja:  :facepalm:  :patriarcha:  :muahaha:  :złamaneserce: 
:szok:  :przestań:  :zachwyt:  :zachwyt2: