Mo Dao Zu Shi

Rozdział 53 – Odwaga III19 min. lektury

Wysepka” szybko przemieściła się w kierunku brzegu.

Nadejście nieznanej bestii wywołało dziwne napięcie. Z wyjątkiem paru osób – Lana WangJi, Jina ZiXuana, Jiang Chenga i Wena ZhuLiu – wszyscy się chwiejnie cofali. Spodziewali się, że istota lada moment wyskoczy z wody, kiedy ta się nagle zatrzymała.

Śpiąca bestia obudziła się, bo Wei WuXian wskoczył na jej grzbiet. Teraz chłopak nie śmiał działać pochopnie. Stał nieruchomo i czekał.

Na ciemnej tafli jeziora otaczającej „wysepkę” unosiło się kilka liści klonu w wyjątkowo jasnym odcieniu czerwieni.

Pod nimi w głębi było coś, co wyglądało jak para błyszczących luster z brązu. Robiły się coraz większe, zbliżając się do nich. Wei WuXian przeklął pod nosem. Odsunął się, ciągnąc za sobą Wena Chao, kiedy powierzchnia, na której stał, znowu się zatrzęsła i zaczęła nagle unosić. „Wysepka” wzniosła się do góry, a z wody wydobyła się czarna jak węgiel głowa bestii z kilkoma liśćmi klonu na pysku.

Pośród krzyków istota powoli odwróciła łeb, spoglądając masywnymi oczami na stojących na jej grzbiecie ludzi. Okrągła głowa bestii wydawała się dość dziwna, jednocześnie będąc podobną do łba żółwia i węża. Spoglądając tylko na nią, miało się wrażenie, że to gigantyczny wąż, ale po przyjrzeniu się reszcie ciała, które znacznie wyłoniło się z wody, widać było, że to…

Ale wielki… Żółw… – wymamrotał Wei WuXian.

To nie był zwyczajny żółw.

Gdyby wpadł na tereny treningowe Przystani Lotosów, to jego sama jego skorupa wypełniłaby całe pole do sztuk walki. Nawet trzech tęgich mężczyzn nie byłoby w stanie objąć czubka tego ciemnego łba. Nie wspominając, że zwykły żółw nie mógłby wysunąć ze skorupy długiej, wijącej się jak wąż szyi, a także nie miał paszczy pełnej skrzyżowanych kłów czy ostrych szponów.

Wei WuXian spojrzał w parę wielkich, złotych oczu. Miały podłużne źrenice, których grubość się zmieniała, jakby zmieniały ostrość widzenia, nie będąc w stanie stwierdzić, co siedzi na ich grzbiecie.

Wyglądało na to, że bestia miała także wzrok węża – nie był zbyt dobry. O ile się nie ruszą, to może nie zostaną zauważeni.

Nagle dwa strumienie pary wodnej dmuchnęły z otworów węchowych.

Liście klonu, które wcześniej unosiły się na powierzchni, teraz były niedaleko nosa bestii. Chuchnęła, bo pewnie ją łaskotały. Wei WuXian dalej stał nieruchomo, jakby był posągiem. Jednak ten drobny ruch przeraził Wena Chao na śmierć.

Syn lidera sekty Wen wiedział, że kreatura najbardziej na świecie pragnęła rzezi. Widząc, jak nagle dmuchnęła parą, założył, że zaraz wpadnie w szał.

Dlaczego jeszcze mi nie pomagasz?! Pomóż mi! Na co czekasz?! – Ignorując miecz przyłożony do szyi, krzyknął do Wena ZhuLiu, który stał na brzegu.

Idiota! – zaklął Jiang Cheng przez zaciśnięte zęby.

Jedna z tych dwóch dziwnych rzeczy, które miał przed oczami, nagle zaczęła wić się jak robak i piszczeć. Żółw natychmiast został sprowokowany. Cofnął swój wężowy łeb, po czym natychmiast zaatakował. Jego paszcza wypełniona żółto-czarnymi kłami otworzyła się szeroko, kiedy się na nich rzucił.

Wei WuXian machnął ramieniem. Miecz Wena Chao poleciał z prędkością strzały w kierunku miejsca, w którym powinno być serce bestii.

Jednak jej ciało pokrywały czarne łuski, więc jej łeb był twardszy od zbroi. Ostrze z brzękiem stworzyło chmarę iskier, jakby uderzyło w żelazo, po czym wpadło do wody. Bestia się zawahała, a jej wielkie oczy skierowały się w stronę miecza, który błyszczał jasno nawet pod taflą jeziora. Wykorzystując tę okazję, Wei WuXian odepchnął się stopami i wyskoczył razem z Wenem Chao na inną wysepkę, myśląc: „Błagam, nie mówcie, że to kolejny wielki żółw!”.

Nagle usłyszał krzyk Jiang Chenga.

Uważaj! Ręka topiąca rdzeń nadchodzi!

Wei WuXian odwrócił się i zobaczył parę ogromnych dłoni bezdźwięcznie się do niego zbliżających. Podświadomie odparł atak mężczyzny. Czuł dziwną moc, wydobywającą się od Wena ZhuLiu, wyjątkowo silną i mroczną, jakby coś miało zaraz zostać z niego wydarte. Chłopak instynktownie zabrał rękę, a przeciwnik wykorzystał tę szansę, by chwycić Wena Chao i zabrać go na brzeg. Wei WuXian przeklął pod nosem i podążył za nimi. Wszyscy uczniowie klanu Wen zdjęli z pleców łuki i cofnęli się, celując w bestię. Strzały poleciały jak deszcz, stukając, kiedy uderzyły w łuski i skorupę. Wszędzie poleciały iskry. Choć atak wydawał się dość intensywny, to w rzeczywistości nie miał sensu. Żadna ze strzał nic nie dała, nie robiąc nic poza podrapaniem bestii tam, gdzie ją swędziało. Wielki łeb machał z prawej na lewą. Skóra poza jego skorupą wyglądała jak czarne kamienie. Nawet jeśli strzały trafiły, to nie mogły jej przebić.

Wei WuXian obserwował, jak jeden z uczniów klanu Wen dyszał ciężko, nakładając strzałę na cięciwę. Męczył się, by ją naciągnąć, ale nie dawał rady. Nie będąc w stanie tego dłużej tolerować, Wei WuXian wyrwał mu łuk i kopnął go na bok. W kołczanie zostały trzy strzały. Wziął wszystkie na raz, naciągnął maksymalnie cięciwę i wycelował. Sznur zaskrzypiał mu przy uchu. Już miał puścić, kiedy z tyłu usłyszał nagły krzyk.

Był to wrzask pełen strachu. Odwracając się, Wei WuXian zobaczył Wang LingJiao rozkazującą trzem służącym. Dwóch trzymało mocno MianMian w miejscu, ściskając jej twarz, a trzeci uniósł żelazo piętnujące i wycelował nim prosto w jej policzek.

Koniec był tak gorący, że aż skwierczał, płonąc na czerwono. Wei WuXian był kawałek od nich. Widząc, co się dzieje, natychmiast zmienił cel i wystrzelił.

Każda ze strzał trafiła w jedną osobę. Wszyscy troje bezdźwięcznie upadli na ziemię. Jednak zanim cięciwa przestała wibrować, Wang LingJiao nagle chwyciła żelazo i łapiąc MianMian za włosy, skierował je na jej twarz.

Choć poziom kultywacji Wang LingJiao był niezwykle niski, jej ruchy był szybki i okrutny. Gdyby naprawdę to zrobiła, to nawet gdyby udało się ocalić oko MianMian, jej twarz zostałaby całkiem zrujnowana. Cóż za kobieta w tak niebezpiecznej sytuacji, kiedy wszyscy myśleli tylko o ucieczce, wciąż chciała kogoś zranić?!

Pozostali uczniowie naciągali cięciwy i całą uwagę poświęcali bestii. Nikogo nie było w pobliżu. Wei WuXian nie miał więcej strzał i czasu, by komuś kilka zabrać. Podbiegł więc szybko, jedną dłonią odtrącając rękę, którą Wang LingJiao złapała za włosy MianMian, a drugą z impetem uderzając w jej pierś.

Kobieta poleciała w tył, a z jej ust chlusnęła krew. Jednak końcówka żelaza zdążyła dotknąć piersi Wei WuXiana.

Chłopak poczuł zapach palonych ubrań i skóry, razem z przerażającym zapachem pieczonego mięsa. Pod obojczykiem niedaleko serca poczuł rozdzierający ból, który stłumił wszystko inne.

Zacisnął zęby, ale nie był w stanie powstrzymać wypełnionego cierpieniem ryku, który siłą wydarł się z jego gardła.

Jego własne uderzenie też nie było lekkie. Wang LingJiao poleciała daleko, rozlewając wszędzie krew i wyjąc, jak tylko uderzyła o ziemię. Dłoń Jiang Chenga wycelowała w jej głowę.

JiaoJiao! JiaoJiao! Szybko, zabierz stamtąd JiaoJiao! – pisnął Wen Chao.

Wen ZhuLiu zmarszczył brwi. Nic nie powiedział, ale szybko podbiegł, odpychając Jiang Chenga i podnosząc dziewczynę. Przyniósł ją do Wena Chao i rzucił mu pod nogi. Wang LingJiao natychmiast rzuciła mu się w ramiona, dalej wymiotując krwią i becząc. Jiang Cheng rzucił na Wena ZhuLiu. Wen Chao zauważył, że oczy chłopaka były przekrwione i miał przerażającą minę. Pozostali uczniowie także się podekscytowali, a w wodzie siedziała gigantyczna bestia, której przednia łapa stanęła na brzegu. Wen Chao w końcu poczuł strach.

Wycofać się, natychmiast się wycofać!

Ci, którzy mu służyli, z wysiłkiem starali się wytrzymać i od dłuższej chwili czekali na rozkaz odwrotu. Słysząc te słowa, wskoczyli na miecze i od razu odlecieli. Ostrze Wena Chao zostało wrzucone przez Wei WuXiana do wody, więc zabrał miecz kogoś innego i wskoczył na niego z Wang LingJiao w ramionach. W mgnieniu oka zniknęli z szumem. Wszyscy uczniowie i służący natychmiast za nimi podążyli.

Przestańcie walczyć! Idziemy! – krzyknął Jin ZiXuan.

Nikt i tak nie miał zamiaru dłużej walczyć, szczególnie z bestią, która była jak góra głazów. Ale kiedy dotarli do wyjścia, to zobaczyli pnącza, którymi zsunęli się na dół, zwinięte na ziemi jak martwy wąż.

Ci złodzieje kundli! Odcięli pnącza!

Bez nich nie mieli jak wspiąć się stromą, ziemistą ścianą. Dziura była trochę ponad dziewięć metrów nad nimi, a wdzierające się przez nią światło raniło oczy. Chwilę później jasny okrąg się zmniejszył, jakby tiangou1 odgryzł kawałek księżyca.

Blokują wejście! – krzyknął ktoś z tłumu i aby skończył mówić, kiedy światło całkiem zostało zasłonięte.

Głęboko pod ziemią zostało tylko kilka płonących pochodni oświetlających młode, niepewne twarze. Nikt nie był w stanie nic powiedzieć.

Chwilę później ciszę przerwały przekleństwa Jina ZiXuana.

Ta piekielna para naprawdę na wszystko sobie pozwala, prawda?

To w porządku, nawet jeśli nie możemy wyjść… – wymamrotał jeden z chłopców. – Moi rodzice przyjdą mnie znaleźć. Jak o tym usłyszą, to na pewno zaczną szukać.

Kilka osób przytaknęło, ale ktoś od razu powiedział:

Na pewno myślą, że wciąż przechodzimy indoktrynację w Qishan. Dlaczego mieliby nas szukać? Wenowie na pewno nie powiedzą prawdy i wymyślą jakąś wymówkę. A my możemy tylko tutaj zostać…

Możemy tylko tutaj czekać… Bez jedzenia… Razem z bestią…

Jiang Cheng podszedł powoli, podpierając Wei WuXiana, akurat by usłyszeć to „bez jedzenia”.

Jiang Cheng, mam tutaj kawałek pieczonego mięska. Chcesz? – zażartował Wei WuXian.

Spadaj! Naprawdę nie uczysz się na swoich błędach, prawda? Myślisz, że w jakiej jesteśmy sytuacji? Nawet sobie nie wyobrażasz, jak bardzo chcę zaszyć teraz twoje usta.

Jasne oczy Lana WangJi skierowały się w ich stronę i od razu przeskoczyły na MianMian, która szła za nimi, nie wiedząc, co zrobić. Łzy moczyły jej twarz, kiedy łkała, zaciskając dłonie na szacie i mamrocząc w kółko „przepraszam”. Wei WuXian zasłonił uszy.

Ej, przestań płakać, dobra? To mnie przypalono, nie ciebie. Nie mów, że chcesz, bym cię pocieszył? Może ty mnie pocieszysz? Okej, wystarczy, Jiang Cheng. Przestań mnie nieść. To nie tak, że mam złamaną nogę.

Pozostałe dziewczyny otoczyły MianMian i zaczęły razem popłakiwać. Lan WangJi się odwrócił, by odejść.

Paniczu Lan, gdzie idziesz? Bestia wciąż czeka na nas w wodzie.

Wracam. Tam jest droga wyjścia.

Jak usłyszeli, że jest wyjście, to nawet płacz ucichł.

Jaka? – zapytał Wei WuXian.

W wodzie są liście.

Choć to zdanie zabrzmiało dość dziwnie, to Wei WuXian natychmiast zrozumiał. Na tafli ciemnego jeziora rzeczywiście dryfowało kilka liści, ale wewnątrz jaskini nie było ani klonów, ani żadnych oznak ludzkiej aktywności, a przy wejściu rosło drzewo banyan. Jednak liście klonu były czerwone jak ogień, popisując się swoją świeżością. Jak weszli na zbocze góry, to też zauważyli parę spływających strumieniem.

Jiang Cheng także zrozumiał.

Na dnie jeziora pewnie jest dziura połączona z zewnętrznym zbiornikiem wody. Pewnie tamtędy wpłynęły liście z leśnego strumienia.

Ale… Skąd mamy wiedzieć, czy ta dziura jest wystarczająco duża, byśmy się przez nią przecisnęli? Co, jeśli jest małą, wąską szparą? – powiedział ktoś nieśmiało.

Jin ZiXuan zmarszczył brwi.

No i bestia uparcie pilnuje jeziora.

Wei WuXian uniósł brzeg szaty, jedną dłonią wachlując ranę.

Ruszajmy, jeśli jest nadzieja. Tak czy siak, to lepsze niż siedzenie na tyłkach i czekanie na naszych rodziców. Co z tego, że pilnuje jeziora? Możemy ją wywabić na zewnątrz.

Po chwili negocjacji grupa wróciła tą samą drogą tam, skąd przyszła. Ukrywając się w dziurze, milcząco podglądali bestię.

Większość jej cielska wciąż znajdowała się w wodzie. Długie wężowe ciało wychynęło ze skorupy żółwia. Bestia zbliżyła się do brzegu, otworzyła paszczę i delikatnie chwyciła zębami zwłoki, po czym wciągnęła je do swojej ciemnej, podobnej do zamku skorupy. Tak jakby chciała się nimi tam delektować.

Wei WuXian rzucił pochodnię. Uderzyła w ścianę jaskini.

Dźwięk był wyjątkowo wyolbrzymiony w martwej ciszy podziemia. Głowa bestii natychmiast wysunęła się ze skorupy. W cienkich źrenicach odbijała się żwawo płonąca pochodnia. Istota powoli wyciągnęła szyję, będąc instynktownie przywabiona przez światło i ciepło.

Z tyłu Jiang Cheng bezdźwięcznie wskoczył do wody.

Sekta YunmengJiang osiedliła się w pobliżu wody. Umiejętności pływackie wszystkich jej uczniów były wyjątkowe. W chwili, kiedy Jiang Cheng zanurkował, wszystkie fale natychmiast zniknęły. Powierzchnia wody nawet się nie pomarszczyła. Wszyscy z zapartym tchem obserwowali taflę, co chwila spoglądając na bestię. Ich serca zamarły, jak zobaczyli, że ogromny, czarny łeb niepewnie krążył wokół pochodni, zastanawiając się, czy się zbliżyć, czy nie.

Nagle bestia chyba zdecydowała spróbować, co to takiego, bo zbliżyła swój nos, który szybko poparzyły płomienie. Szybko cofnęła łeb, a dwa strumienie pary ze złości dmuchnęły z jej nozdrzy, gasząc ogień.

W tej samej chwili Jiang Cheng wypłynął na powierzchnię i wziął głęboki wdech. Wyczuwając, że jej terytorium zostało naruszone, bestia potrząsnęła łbem i rzuciła się w stronę chłopaka.

Zauważając sytuację, Wei WuXian ugryzł się w palec i krwią nakreślił na dłoni coś nieczytelnego. Wybiegając z ukrycia, uderzył ręką o ziemię. Chwilę później ogień wysoki jak człowiek rozpalił się w tym miejscu.

Zaskoczony żółw odwrócił się i spojrzał w tamtą stronę. Jiang Cheng wykorzystał okazję, by wyjść na brzeg.

Na dnie jest dziura i nie jest zbyt mała! – krzyknął.

Jak mała to niezbyt mała?

Na raz przepłynie jakieś pół tuzina!

Słuchajcie wszyscy! Idźcie za Jiang Chengiem i wpłyńcie w podziemną dziurę. Ci, którzy nie są ranni, niech pilnują tych, którzy są, a ci, którzy umieją pływać, niech zwracają uwagę na tych, co nie umieją. Na raz przepłynie pół tuzina, więc nie przepychajcie się. Idźcie!

Jak tylko skończył mówić, płomień powoli zaczął gasnąć. Przesunął się o jakieś dziesięć kroków w inną stronę, znowu uderzając ręką o ziemię i tworząc kolejny słup ognia. Złote oczy bestii wyglądały na czerwone przez płomienie. Wściekła zamachała łapami i wspięła się w stronę ognia, wlokąc swoje ogromne cielsko.

Co ty wyprawiasz?! – wściekał się Jiang Cheng.

Co ty wyprawiasz! Weź ich na dół!

Udało mu się wywabić bestię na brzeg. Na co czekali? Jiang Cheng zacisnął zęby.

Chodźcie tutaj. Ci, którzy nie dadzą sobie sami rady, niech staną po lewej, pozostali po prawej!

Wei WuXian obserwował teren jaskini, wycofując się ze swoimi ogniami. Nagle poczuł przeszywający ból w ramieniu. Spoglądając w dół, zauważył, że został trafiony strzałą. Wyglądało na to, że uczeń sekty Lan, na którego łypnął wcześniej Lan WangJi, podniósł pozostawiony przez Wenów łuk i chciał postrzelić bestię. Jednak jego ręka najwyraźniej zadrżała, kiedy zdał sobie sprawę, jak jest zwinna i zamiast w nią trafił w Wei WuXiana. Ten nie miał czasu wyjmować strzały, znowu uderzając ziemię ręką. Przeklął, dopiero kiedy pojawił się płomień.

Cofnij się! Nie rób mi żadnych problemów!

Uczeń planował trafić punkt witalny bestii jednym strzałem, by odzyskać trochę utraconej godności, jednak nie spodziewał się, że sprawy potoczą się w ten sposób. Blednąc jeszcze bardziej, rzucił się do wody i jak najszybciej uciekł.

Chodź tutaj! – Pospieszył Wei WuXiana Jiang Cheng.

Już!

Jiang Chengowi wciąż została trójka uczniów, którzy nie umieli pływać. Można było ich uznać za ostatnią partię. Wiedział, że nie mogą dłużej czekać i zanurkował bez przyjaciela.

Wei WuXian wyrwał strzałę z ramienia i dopiero po chwili zdał sobie sprawę ze swojej głupoty. Och, nie!

Zapach krwi sprowokował bestię. Jej szyja nagle wydłużyła się szybciej niż wcześniej, a paszcza rozchyliła szeroko. Zanim Wei WuXian wymyślił, co teraz zrobić, jego ciało się przechyliło, kiedy ktoś pchnął go na bok.

Lan WangJi go odepchnął, a bestia wykorzystała to, wgryzając się w nogę jasnookiego chłopaka.

Prawa noga Wei WuXiana bolała na sam widok, jednak mina Lan Zhana pozostała niewzruszona. Zmarszczył tylko lekko brwi, po czym został odciągnięty.

Oceniając po rozmiarze i sile bestii, pewnie mogła z łatwością przegryźć kogoś na pół. Na szczęście chyba nie lubiła jeść porwanego mięsa. Po wgryzieniu się w ofiarę chowała się w skorupie, by powoli się nią nacieszyć. W innym wypadku Lan WangJi na pewno nie miałby już nogi. Skorupa żółwia była niezwykle twarda, nie do przebicia żadnym ostrzem. Jeśli zawlecze go do środka, to chłopak pewnie zostanie tam na zawsze!

Wei WuXian zerwał się do biegu. Łeb już miał się schować w środku, kiedy rzucił się na niego, łapiąc się za jeden z kłów.

Jego siła nie mogła być porównywana z siłą takiego potwora. Jednak w tej sytuacji życia i śmierci rozbudziła się w nim nadludzka moc. Oparł stopy o skorupę, a dłońmi z całych sił trzymał się kła. Jak wykałaczka zablokował jej drogę ucieczki, nie pozwalając bestii schować się w środku i cieszyć przysmakiem.

Lan WangJi nie spodziewał się, że będzie w stanie cokolwiek zrobić. Był kompletnie zszokowany.

Wei WuXian bał się, że bestia się wyrwie i albo ich pożre, albo odgryzie nogę Lana WangJi. Prawą dłonią nie puszczał górnego kła, a lewą chwycił za jeden z dolnych. Z całych sił naparł w przeciwne strony jednocześnie, aż na czole wyskoczyła mu żyłka tak mocno, że wyglądała jakby była na granicy pęknięcia. Cała jego twarz była czerwona od wysiłku.

Oba rzędy kłów głęboko wbiły się w krew i kości Lana WangJi, ale szczęka bestii naprawdę się powoli otwierała!

W końcu bestia nie była w stanie dłużej utrzymać ofiary i Lan WangJi wpadł do wody. Widząc, że już jest bezpieczny, prawie boska siła Wei WuXiana natychmiast wyparowała. Puścił nagle, nie będąc w stanie dłużej utrzymać rozwartej paszczy bestii. Dwa rzędy kłów zatrzasnęły się z głośnym hukiem.

Wei WuXian również wpadł do wody, lądując tuż obok Lana WangJi. Przekręcił się i jedną dłonią złapał chłopaka, odpływając. W sekundę przepłynął kilka metrów, tworząc w wodzie szeroką falę. Wyturlał się na brzeg i zarzucił sobie Lana WangJi na plecy, natychmiast zaczynając biec.

To ty?! – wypalił Lan WangJi.

To ja! Czy jesteś miło zaskoczony?

Głos Lana WangJi zadrżał pod wpływem rzadkiego uczucia, kiedy był niesiony na barana.

Jak to może być miłe? Puść mnie!

Wei WuXian nie szczędził słów, choć uciekał przed śmiercią.

Czy nie stracę honoru, jeśli cię puszczę teraz, bo ty tak mówisz?

Ryk bestii, który rozległ się za nimi, zawibrował głęboko w ich uszach i piersiach. Obaj poczuli, jak krew podchodzi im do gardeł. Wei WuXian szybko zamknął usta, by móc biec dalej. Starając się uniknąć złapania przez wściekłą bestię, specjalnie wbiegał przez wąskie dziury, przez które skorupa żółwia by się nie przecisnęła. Nie wiedział, ile biegł bez chwili odpoczynku. W końcu zwolnił, nie słysząc żadnych dźwięków.

Zwalniając, obniżył swoją czujność i poczuł zapach krwi. Pomacał chwilę trzymaną nogę. Jego dłoń była pokryta mokrym szkarłatem.

Och nie, rana Lan Zhana znowu się pogorszy.


1. Tiangou – pies, który według chińskiego folkloru zjada księżyc, a potem go zwraca, będąc winnym faz księżyca.

Tłumaczenie: Ashi

10 Comments

  1. Avatar Gladiolus

    Cuuuuuuudoooooo!
    Bardzo dziękuję i kłaniam się do stópek Droga Ashi. Uwielbiam tą historię najbardziej chyba ze wszystkich. Przy ostatnich rozdziałach aż ledwo mogłam wytrzymać bez wiercenia się w fotelu z niecierpliwości co dalej. Ten stan prawdopodobnie stanie się chroniczny :facepalm: ale na tak fantastyczną historię warto czekać. W dodatku Twoje tłumaczenie jest płynne i dobrze się je czyta :ekscytacja:
    Mam nadzieję, że nie przestaniesz tłumaczyć Mo Dao Zu Shi :szok: :AAAA: :płaku: – krótka obrazkowa historia mojego emocjonalnego zgona jeśli by do tego doszło.

    Życzę Ci tony pozytywnej energii :ekscytacja: :zachwyt: :patriarcha:

    Odpowiedz

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

:błeee:  :płaku:  :WeiMądruś:  :zonk:  :NieNie: 
:AAAA:  :ależeco:  :blabla:  :ugh:  :cooo: 
:ekscytacja:  :facepalm:  :patriarcha:  :muahaha:  :złamaneserce: 
:szok:  :przestań:  :zachwyt:  :zachwyt2: