Mo Dao Zu Shi

Rozdział 78 – Zmierzch III20 min. lektury

Zgromadzeni z pewnością myśleli, że patriarcha Yiling zabije ich w okrutny sposób, a potem staną się trupami pod jego kontrolą. Wszyscy byli śmiertelnie przerażeni. Jednak Wei Wuxian nie miał zamiaru dłużej się z nimi użerać. Skończył czytać ogłoszenie i odszedł z rękoma złożonymi na plecach, zostawiając ich leżących na ziemi.

Nie zabrał swoich mrocznych duchów. Spacyfikowani ludzie, którzy do tej pory jęczeli, nie przestawali jęczeć, a ci, którzy się wiercili, nie przestawali się wiercić. Żaden z nich nie był w stanie się podnieść.

Jakiś czas później nagle ujrzeli błękitny rozbłysk miecza, a ich plecom ulżyło.

Mogę się ruszać! – oznajmił jeden z nich.

Kilku z nich zdążyło wstać, gdy rozbłysk powrócił do właściciela. Był to młody, przystojny mężczyzna. Miał na sobie białe szaty i wstążkę na czoło, a jego mina była niezwykle poważna, choć zdawał się przez nią przebijać cień zmartwienia. Zjawił się bardzo szybko, choć wcale nie wyglądał, jakby się spieszył. Rogi jego szaty nawet nie zafalowały.

Han… Hanguang-jun! – powiedział kultywator z połamanymi nogami, starając się znieść ból.

Lan Wangji podszedł do niego i przykucnął, dotykając jego nóg, by sprawdzić ich stan. Rany mężczyzny nie były zbyt poważne. Wstał, lecz zanim mógł coś powiedzieć, leżący kultywator kontynuował:

Hanguang-jun, spóźniłeś się. Wei Wuxian właśnie odszedł!

Dość wiele osób wiedziało, że Hanguang-jun przez kilka ostatnich dni szukał Wei Wuxiana, prawdopodobnie chcąc, by zapłacił za utracone życia kultywatorów z GusuLan.

Tak, ale odszedł zaledwie godzinę temu! – krzyknął ktoś inny.

Co zrobił? Gdzie poszedł?

Obecni natychmiast zaczęli narzekać.

Zaczął z nami walczyć i prawie wszystkich nas powybijał!

Palce Lan Wangjiego, ukryte przez śnieżnobiałe rękawy, drgnęły lekko, tak jakby chciał zgiąć je w pięść. Szybko się opanował.

Powiedział, że idzie do Miasta bez Nocy, by wyrównać rachunki z Czterema Wielkimi Klanami!

Po upadku sekty QishanWen główne pałace Miasta bez Nocy stały się wspaniałymi, lecz pustymi ruinami.

Przed najwyższym budynkiem, Pałacem Słońca i Płomieni, znajdował się rozległy plac. Trzy wysokie flagi stały przed nim na baczność, lecz teraz dwie z nich były złamane. Na ostatniej, stojącej po lewej, znajdował się motyw słońca i płomieni, choć teraz była poszarpana i ochlapana krwią.

Tej nocy ludzie z dużych i małych sekt wypełnili cały plac, ustawiając swoje szyki. Chorągwie z wyhaftowanymi herbami powiewały na wietrze. Tuż przed połamanymi drzewcami starych flag stał tymczasowy ołtarz. Stojąc przed swoim szykiem, liderzy wszystkich sekt dostali po czarce wina od Jin Guangyao. Następnie unieśli je wysoko i wylali na ziemię.

Gdy trunek wsiąkł w piasek, Jin Guangshan zaczął mówić:

Bez względu na sektę, bez względu na nazwisko, ta czara wina należy się żołnierzom, którzy zmarli.

Niech ich dusze żyją dalej – dodał Nie Mingjue.

Spoczywajcie w pokoju – powiedział Lan Xichen.

Jiang Cheng miał ponurą minę. Nic nie powiedział, nawet kiedy wylał swoją porcję wina.

Następnie Jin Guangyao wyszedł z szyku sekty LanlingJin i obiema rękami podał im kwadratowe, wykonane z czarnego żelaza pudełko. Jin Guangshan pochwycił je w jedną dłoń i podniósł wysoko, krzycząc:

Tutaj spoczywają prochy ostatnich Wenów!

Wysłał impuls siły duchowej i gołą ręką roztrzaskał pudełko. Żelazo rozpadło się na kawałki, a biały pył rozniósł w powietrzu.

Prochy zostały rozsypane.

Tłum zaczął skandować i klaskać z radości. Jin Guangshan uniósł obie dłonie, prosząc o ciszę. Gdy wiwaty powoli ustały, kontynuował, podnosząc głos:

Dzisiaj rozsypaliśmy szczątki dwóch liderów Wenów. A jutro! Jutro przyjdzie kolej na resztę, a także na patriarchę Yiling, Wei Wuxiana!

Nagle jego wielką przemowę przerwał cichy śmiech. Był zupełnie nie na miejscu, brzmiąc jednocześnie sztywno i fałszywie. Równocześnie cały tłum spojrzał w stronę, z której dochodził.

Pałac Słońca i Płomieni był naprawdę fantastycznym miejscem. Dach składał się z dwunastu kalenic, a na każdej z nich siedziało osiem niebiańskich bestii. Jednak ludzie zdali sobie sprawę, że na jednej z nich widniało dziewięć figur, a śmiech dochodził właśnie stamtąd!

Dodatkowa bestia lekko się poruszyła. W następnej chwili z dachu zsunęła się noga i kawałek szaty, lekko falując.

Wszyscy oparli dłonie na rękojeściach mieczy. Źrenice Jiang Chenga się skurczyły, a niebieskie żyły zarysowały wyraźnie na jego dłoni.

Jin Guangshana wypełniły szok i nienawiść.

Wei Ying! Jak śmiesz się tutaj pokazywać!

Siedząca na dachu osoba otworzyła usta. Dobiegł z nich rzeczywiście głos Wei Wuxiana, ale jego ton był dziwny.

A dlaczego śmiałbym się tu nie pokazywać? Czy jest was tutaj przynajmniej trzy tysiące? Nie zapominaj, że podczas Kampanii Zestrzelenia Słońca, samemu walczyłem przeciwko pięciu tysiącom. I czy nie spełniłem waszego życzenia, pojawiając się tutaj? Nie musicie jutro iść taki kawał drogi, by rozsypać moje prochy.

Cóż za arogancja – powiedział chłodno Nie Mingjue. Kilku uczniów QingheNie także umarło z rąk Wen Ninga.

Czy zawsze taki nie byłem? Liderze sekty Jin, jakie to uczucie przywalić sobie w twarz? Kto powiedział, że odpuści, jeśli rodzeństwo Wen podda się w Wieży Karpia? I kto powiedział, że jutro rozsypie prochy moje i pozostałych Wenów?

No ale zobacz, do czego doszło! Na przełęczy Qiongqi zamordowałeś ponad stu uczniów LanlingJin. To jedna sprawa. Potem rozkazałeś Wen Ningowi zaatakować w Wieży Karpia. To kolejna…

W takim razie pozwól, że zapytam, kto taki został zaatakowany na przełęczy Qiongqi? Kto kogo próbował zabić? Kto to wszystko uknuł? Przeciwko komu? Ostatecznie, kto kogo sprowokował pierwszy?

Pośród tak wielkiego tłumu uczniowie stojący w szykach czuli się dość bezpiecznie. Zbierając się na odwagę, krzyknęli:

Nawet jeśli to Jin Zixun coś przeciwko tobie knuł, to nie powinieneś być tak bezduszny i pozbawić życia tylu ludzi!

Och. – Wei Wuxian pomógł im to przeanalizować. – Gdyby chciał mnie zabić, to nie musiał się zastanawiać, czy dany cios jest śmiertelny, a gdybym zmarł, to byłby mój pech. Jednak jak chciałem się ochronić, to musiałem uważać, by nie zranić tego czy tamtego, nie mogąc go nawet pozbawić jednego pasma włosów z głowy? Podsumowując, możecie mnie atakować do woli, lecz ja nie mogę się bronić, prawda?

Lider sekty Yao podniósł głos.

Bronić? Ta setka ludzi na przełęczy i około trzydziestu w Wieży Karpia była niewinna. Skoro się broniłeś, to dlaczego ich w to wplątałeś?

Pięćdziesięciu kultywatorów mieszkających na Kopcach Pogrzebowych także jest niewinnych, więc dlaczego musicie ich w to wplątywać?

Niby co takiego dobrego dostałeś od tych skundlonych Wenów, by być po stronie takiego ścierwa?

Moim zdaniem nic od nich nie dostał. Po prostu uważa się za bohatera walczącego z całym światem. Sądzi, że działa sprawiedliwie jako wspaniała osoba ryzykująca bycie potępionym przez wszystkich!

Słysząc to, Wei Wuxian zamilkł, a tłum uznał, że w ten sposób się wycofuje.

Skoro o tym mowa, to przecież ty jako pierwszy rzuciłeś klątwę na Jin Zixuna!

A czy mogę się dowiedzieć, jakie masz na to dowody?

Mężczyzna, który zadał pytanie, zaniemówił na chwilę, po czym powiedział:

W takim razie czy potrafisz udowodnić, że to nie ty to zrobiłeś?

Wei Wuxian się uśmiechnął.

No to zapytam inaczej. Czy to nie mogłeś być ty? Również nie potrafisz udowodnić, że to nie ty rzuciłeś tę klątwę, prawda?

Kultywator był jednocześnie zszokowany i wściekły.

Ja? Jak możesz mnie w ogóle do siebie porównywać? Nie mieszaj czerni z bielą! Ty jesteś najbardziej podejrzany. Myślisz, że nie wiemy? Od roku pałacie do siebie z Jin Zixunem nienawiścią!

Niby kto tutaj miesza czerń z bielą? – Głos Wei Wuxiana wręcz ociekał lodem. – Dokładnie. Gdybym chciał go zabić, to zrobiłbym to rok temu. Nie musiałem tak długo utrzymywać go przy życiu. W przeciwnym razie zapomniałbym o kimś takim w przeciągu trzech dni, o roku nie wspominając!

Lider sekty Yao był zszokowany.

Wei Wuxian, Wei Wuxian, w końcu to dostrzegłem. Naprawdę nigdy jeszcze nie widziałem złoczyńcy tak nierozsądnego jak ty! Nie dość, że zabijasz ludzi, to jeszcze potem wypowiadasz się o nich w taki sposób. Nie ma w tobie ani grama sympatii czy poczucia winy?

Tłum ciskał w niego przekleństwami, lecz Wei Wuxian wszystkie zignorował. Jedynie złość była w stanie stłumić pozostałe uczucia kłębiące się w jego sercu.

Jeden z kultywatorów stojących w pierwszym rzędzie gorzko skomentował:

Wei Ying, naprawdę mnie rozczarowałeś. Kiedyś cię podziwiałem i wychwalałem, że przynajmniej udało ci się założyć własną sektę. A kiedy teraz o tym pomyślę, to naprawdę obleśne. Od teraz zawsze będę stał po przeciwnej stronie!

Słysząc to, Wei Wuxian najpierw zamarł, lecz wkrótce wybuchnął śmiechem.

Hahahaha…!

Śmiał się tak mocno, że prawie nie mógł złapać oddechu.

Podziwiałeś mnie? Niby tak powiedziałeś, ale dlaczego nigdy tego nie widziałem? I jak tylko wszyscy mnie nienawidzą, ty wyskakujesz zamachać razem z nimi swoją małą flagą! – Z oczu Patriarchy pociekły łzy śmiechu. – Twój podziw jest trochę tani, nie sądzisz? Powiedziałeś, że zawsze będziesz stał po przeciwnej stronie. Dobrze. Ale czy to w jakiś sposób na mnie wpłynie? Twój podziw i nienawiść nic nie znaczą. Jak możesz być tak bezwstydny, by chwalić się nimi przed innymi?

Zanim skończył, nagle poczuł coś w gardle. Tępy ból rozszedł się po jego piersi. Spojrzał w dół, zauważając upierzoną strzałę wystającą z jego ciała. Jej grot utknął między żebrami.

Odwrócił się w stronę, z której nadeszła strzała. Jej właścicielem był młody kultywator o delikatnych rysach twarzy. Stał przed szykiem małej sekty, wciąż zachowując pozycję strzelecką, a cięciwa nie skończyła jeszcze wibrować.

Wei Wuxian był w stanie stwierdzić, że chłopak celował w jego serce. Lecz nie był zbyt uzdolniony, a siła wystrzału zmalała ze względu na opór powietrza, więc strzał chybił, trafiając między żebra.

Wszyscy stojący wokół łucznika mieli wytrzeszczone oczy, wpatrując się z szokiem i nawet przerażeniem na ucznia, który dopuścił się czegoś takiego. Wei Wuxian podniósł wzrok, a ciemność otuliła jego twarz. Wyrwał strzałę i mocno odrzucił ją z powrotem. Młody kultywator dostał prosto w sam środek piersi własną bronią.

Stojący obok chłopak rzucił się na niego.

Bracie! Bracie!

W szeregach sekty natychmiast zapanował chaos. Jej lider wskazał trzęsącym się palcem na Wei Wuxiana, krzycząc:

Ty… Ty… Jesteś okrutny!

Prawą ręką Wei Wuxian nieśpiesznie docisnął ranę na piersi, tymczasowo powstrzymując krwotok. Jego ton był obojętny.

Co to słowo oznacza? Skoro śmiał strzelić we mnie, gdy się tego nie spodziewałem, to powinien być gotowy na odwet, jeśliby mu się nie powiodło. W końcu mówią, że kultywuję pokrętną ścieżkę, więc chyba nie sądziliście, że będę wspaniałomyślny i go oszczędzę, prawda?

Ustawcie szyki bitewne! Ustawcie szyki bitewne! – rozkazał Jin Guangshan. – Nie wypuścimy go stąd żywego!

Dzięki temu rozkazowi skończyła się trwająca patowa sytuacja. Dobywając mieczy i strzał, wielu uczniów ruszyło w kierunku dachu pałacu.

W końcu zaatakowali pierwsi!

Z gorzkim uśmiechem Wei Wuxian uniósł Chenqing do ust. Już przy pierwszych piskliwych dźwiękach fletu blade ręce przebiły się jedna za drugą przez posadzkę placu Miasta bez Nocy.

Trup za trupem rozwalał ułożone na ziemi białe kostki, wyczołgując się z głębi ziemi. Kilku kultywatorów, którzy wskoczyli na miecze, od razu zostało z powrotem ściągniętych przez nich na dół. Wei Wuxian stał na kalenicy Pałacu Słońca i Płomieni, a jego oczy płonęły jasnym blaskiem pośród dźwięków fletu i nocnego nieba. Spojrzał w dół, gdzie szaty przedstawicieli różnych sekty zdawały się składać na wrzący wywar różnokolorowych płynów, wzburzając i wirując, czasami się rozdzielając, a czasami zlewając. Z wyjątkiem sekty YunmenJiang, wszystkie były w rozsypce. Liderzy starali się bronić własnych uczniów, nie mając czasu, by zaatakować Wei Wuxiana.

Nagle melodię Chenqinga przerwały ciepłe nuty guqinu.

Wei Wuxian odłożył flet i odwrócił się, zauważając osobę siedzącą z guqinem na kolanach na pobliskiej kalenicy. Jej śnieżnobiałe szaty zdawały się palić oczy pośród ciemności nocy.

Lan Zhan – powiedział Wei Wuxian zimnym tonem, po czym ponownie przyłożył flet do ust. – Od dawna powinieneś wiedzieć, że Pieśń klarowności wcale na mnie nie działa!

Lan Wangji zarzucił guqin na plecy, zamiast niego dobywając Bichen. Rzucił się na Chenqinga, tak jakby chciał przeciąć flet grający mroczną melodię.

Wei Wuxian obrócił się, by uniknąć ataku i się zaśmiał.

Dobra, dobra. Od początku wiedziałem, że pewnego dnia będziemy musieli zmierzyć się naprawdę. Zawsze uważałeś mnie za nieprzyjemnego, bez względu na to, co zrobiłem. No dawaj!

Słysząc to, Lan Wangji zamarł.

Wei Ying!

Choć wykrzyczał te dwa słowa, to każdy rozsądny człowiek zauważyłby, że jego głos drżał. Jednak Wei Wuxian już nie zachowywał się rozsądnie. Był na wpół szalony i na wpół przytomny. Czuł, że wszyscy go nienawidzili, więc odwzajemniał to uczucie. Nie odczuje lęku bez względu na to, kto go zaatakuje. I tak na jedno wychodziło.

Nagle pośród dźwięku bitwy, Wei Wuxian usłyszał słaby głos.

A-Xian! – wykrzykiwał.

Jak wiadro lodowatej wody natychmiast zgasił okropne płomienie gorejące w jego sercu.

Jiang YanLi?

Kiedy przyszła na tę konferencję?!

Wei Wuxian prawie zszedł ze strachu. Odłożył Chenqing, nie przejmując się już walką z Lan Wangjim.

Siostra?!

Jiang Cheng także usłyszał ten głos. Jego twarz natychmiast pobladła jak ściana.

Siostra? Siostro! Gdzie jesteś? Gdzie?!

Patriarcha zeskoczył z kalenicy, krzycząc tak samo głośno jak Jiang Cheng:

Siostro? Siostro?! Gdzie jesteś?! Nie widzę cię!

Nie obchodziły go wycelowane w niego miecze i strzały. Gołymi dłońmi przedarł drogę przez oszalały tłum, idąc jak najszybciej. Nagle zobaczył jasną postać Jiang Yanli pomiędzy ludźmi. Próbował się do niej dostać, lecz ciężko było odepchnąć stojących mu na drodze ludzi. Wciąż dzielił ich ogromny dystans uformowany przez niezliczone osoby. Niemożliwe było, by szybko do niej dotarł, a Jiang Cheng znajdował się w takiej samej sytuacji. Obaj jednocześnie zauważyli, że za plecami kobiety na nogi chwiejnie podniósł się trup.

Jego ciało było już częściowo zgniłe. Ciągnął za sobą rdzewiejący miecz, powoli zbliżając się Jiang Yanli.

Spadaj! Natychmiast stąd odejdź! Nie ruszaj jej! – krzyczał ostrym tonem Wei Wuxian, obserwując rozgrywającą się scenę.

Pogoń go! – ryknął Jiang Cheng, rzucając Sandu. Fioletowe światło pomknęło w kierunku trupa, lecz w połowie drogi zostało odbite przez miecze innych kultywatorów, zmieniając kierunek. Im bardziej Wei Wuxian panikował, tym bardziej tracił kontrolę. Trup zignorował jego rozkaz, zamiast tego unosząc miecz i atakując Jiang Yanli.

Wei Wuxian odchodził od zmysłów.

Przestań, przestań, natychmiast przestań! – krzyknął, biegnąc z całych sił.

Wszyscy byli zajęci wybijaniem otaczających ich trupów. Nikt nie miał czasu, by się rozejrzeć, czy życie kogoś innego nie jest zagrożone. Miecz w dłoni umarlaka opadł, rozcinając plecy kobiety.

Jiang Yanli upadła na ziemię.

Stojąc za nią, trup znowu uniósł miecz, lecz nagle rozbłysk miecza przeciął go na pół.

Lan Wangji wylądował na placu, łapiąc przyzwany z powrotem miecz. Wei Wuxianowi i Jiang Chengowi w końcu udało się dotrzeć do Yanli. Nie byli nawet w stanie podziękować Lanowi za jego pomoc. Jiang Cheng podniósł siostrę, podczas gdy Lan Wangji zatrzymał Wei Wuxiana.

Złapał go za kołnierz i zaciągnął przed siebie, twardo mówiąc:

Wei Ying! Powstrzymaj trupy!

W tej chwili patriarchę nic innego nie obchodziło poza stanem Jiang Yanli. W jego spojrzeniu nie odbijała się twarz Lan Wangjiego, a tym bardziej jego zaczerwienione i przekrwione oczy. Chciał tylko sprawdzić, czy Yanli się nic nie stało. Odepchnął mężczyznę i uklęknął na ziemi. Lan Wangji lekko się zachwiał i na niego spojrzał, jednak zanim mógł cokolwiek zrobić, usłyszał z oddali kolejną prośbę o pomoc. Stłumił uczucia widoczne w oczach i pomknął w kierunku głosu.

Plecy Jiang Yanli skąpane były we krwi. Miała zamknięte oczy, ale na szczęście wciąż oddychała. Drżącą ręką Jiang Cheng złapał ją za przegub i sprawdził tętno, wzdychając z ulgą. Nagle uderzył Wei Wuxiana w twarz, krzycząc:

Co się stało?! Czy nie mówiłeś, że potrafisz nad tym zapanować?! Że wszystko będzie w porządku?!

Wei Wuxian siedział na ziemi z pustą miną.

…Sam nie wiem. – Z rozpaczą kontynuował: – Nie mogę nad tym zapanować, po prostu nie mogę…

Nagle Jiang Yanli się poruszyła. Trzymając ją mocno, Jiang Cheng szybko zaczął paplać bez ładu i składu.

Siostro! Wszystko w porządku! Jest w porządku, jak się czujesz? Nie ma tragedii, to tylko jedno cięcie, wcale nie jest złe. Zabiorę cię stąd…

Mówiąc to, już miał podnieść dziewczynę, gdy ta się odezwała:

…A-Xian.

Wei Wuxian poczuł, jak ciarki przeszły mu po plecach.

Je… Jestem tutaj.

Jiang Yanli powoli otworzyła usta, a patriarcha poczuł strach w duszy.

…A-Xian. Wcześniej… dlaczego tak szybko uciekłeś… Nie miałam nawet szansy na ciebie spojrzeć czy coś powiedzieć…

Słysząc to, serce Wei Wuxiana zabiło mocniej. Wciąż nie śmiał spojrzeć na jej twarz. Obecnie przypominała Jin Zixuana – była cała w pyle i krwi. Bał się usłyszeć, co chciała mu powiedzieć.

Przyszłam… Przyszłam ci powiedzieć…

Powiedzieć co?

Że to w porządku?

Że go nie nienawidzi?

Że nie wini go za zabicie Jin Zixuana?

To niemożliwe.

Jednak nie mogła też wyrazić czegoś przeciwnego, więc nie wiedziała, co tak naprawdę powinna mu w tej sytuacji powiedzieć. Po prostu poczuła, że jeszcze raz musi zobaczyć swojego brata. Westchnęła.

A-Xian… Powinieneś przestać. Nie, nie…

Tak, przestanę! – zapewnił ją Wei Wuxian.

Przyłożył Chenqing do ust i zaczął grać. Uspokojenie się wymagało od niego wiele wysiłku, lecz w końcu trupy przestały ignorować jego rozkazy. Reagowały jeden za drugim, a z ich gardeł rozległ się dziwny bulgot, tak jakby się na coś skarżyły. Powoli się pochyliły.

Lan Wangji zatrzymał się, spoglądając na nich z dali. Chwilę później kontynuował ataki, pomagając walczącym bez względu na sektę, do której przynależeli.

Nagle oczy Jiang Yanli otworzyły się szeroko. Wydobyła skądś ogromne pokłady siły i mocno odepchnęła Wei Wuxiana.

Mężczyzna został pchnięty na ziemię. Gdy tylko zdołał podnieść wzrok, zobaczył błyszczące ostrze miecza przeszywające gardło Jiang Yanli.

Broń była trzymana przez młodego kultywatora, który opłakiwał ucznia zabitego przez strzałę. Wciąż płakał, a jego wzrok był zamglony od łez.

Ty złodzieju! To za mojego brata!

Siedząc na brudnej ziemi, Wei Wuxian patrzył z niedowierzaniem na Jiang Yanli. Głowa kobiety opadła, a krew ciekła nieprzerwanie z rany na szyi.

Wciąż czekał, aż przemówi i wyda swój osąd.

Jiang Cheng także nie wiedział, co się stało, wciąż trzymając siostrę w ramionach.

Chwilę później Wei Wuxian w końcu wydał z siebie gorzki krzyk.

Lan Wangji wykonał ostatni atak, po czym się odwrócił. Winowajca wreszcie zauważył, że zabił złą osobę. Wyjął miecz z jej ciała, a za ostrzem polała się gęsta struga krwi. Przerażony cofnął się o kilka kroków, mamrocząc:

To nie ja, t-to… Chciałem zabić Wei Wuxiana, zemścić się za brata… Sama rzuciła mi się na miecz!

Wei Wuxian skoczył na niego, ściskając go za szyję. Lider sekty Yao zamachał mieczem.

Puść go, demonie!

Lan Wangji nie przejmował się już prezencją i manierami. Odpychał na bok wszystkich stojących mu na drodze, pędząc w stronę Wei Wuxiana. Zanim dobiegł, patriarcha na oczach wszystkich gołymi rękoma złamał chłopakowi kark.

Ty! – krzyczał białowłosy lider jakiejś sekty. – Wtedy… doprowadziłeś do śmierci Jiang Fengmiana i jego żony, a teraz zabiłeś swoją siostrę. Cierpisz z powodu własnych czynów, lecz ośmieliłeś się wyładować swoją złość na kimś innym! Zamiast zejść ze złej drogi, uśmierciłeś kolejną osobę. Wei Wuxian, twoje grzechy nigdy nie zostaną przebaczone!

Lecz krytyka i obwinianie nie miały już sensu, gdyż Wei Wuxian ich nie słyszał. Tak jakby w jego ciało wstąpiła inna dusza, sięgnął do rękawów, wyjmując z nich dwa przedmioty. Na oczach wszystkich je złożył. Jedna połówka na górze, druga na dole, połączyły się w całość, wydając odbijający się echem brzęk.

Wei Wuxian położył przedmiot na dłoni, unosząc go wysoko w górę.

Był to Amulet Tygrysa Stygijskiego!

Tłumaczenie: Ashi

12 Comments

  1. lograk

    dziękuję za kolejny odcinek, to jeden z tych najbardziej dramatycznych, naprawdę czyta się go z niesamowitym odczuciem, Ashi – ciepłe pozdrowienia!

    Odpowiedz

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

:błeee:  :płaku:  :WeiMądruś:  :zonk:  :NieNie: 
:AAAA:  :ależeco:  :blabla:  :ugh:  :cooo: 
:ekscytacja:  :facepalm:  :patriarcha:  :muahaha:  :złamaneserce: 
:szok:  :przestań:  :zachwyt:  :zachwyt2: