Mo Dao Zu Shi

Rozdział 24 – Złośliwość II16 min. lektury

Pożycz mi psa – powiedział Jiang Cheng.

Jin Ling otrząsnął się z oszołomienia. Zawahał się przez chwilę i zagwizdał, dopiero kiedy Jiang Cheng wycelował w niego jadowite spojrzenie. Pies podbiegł w kilku susach. Wei WuXian, który był sztywny jak deska, został przywleczony do przodu krok po kroku.

Jiang Cheng znalazł pusty pokój i wepchnął go do środka, zamykając za nimi drzwi. Pies zdążył jeszcze wejść, siadając przy drzwiach. Wei WuXian nie odwracał od niego wzroku, bojąc się, że rzuci się na niego, kiedy tylko nadarzy się ku temu okazja. Zdając sobie sprawę, że w ciągu krótkiej chwili został całkowicie pokonany, westchnął w sercu. Jiang Cheng naprawdę wiedział, jak się najlepiej nim zająć.

W międzyczasie Jiang Cheng usiadł przy stole i nalał sobie filiżankę herbaty.

Przez chwilę nikt nic nie mówił. Herbata była gorąca. Nie upijając ani łyczka, Jiang Cheng rzucił naczyniem o podłogę.

…Nie masz mi nic do powiedzenia? – zapytał Jiang Cheng, uśmiechając się oschle.

Dorastając, Jiang Cheng wielokrotnie widział, w jakim stanie był Wei WuXian, kiedy uciekał przed psami. Inni może i by mu uwierzyli, gdyby zaprzeczył, ale ciężko było się kłócić z kimś, kto tak dobrze go znał. To problem cięższy do obejścia od Zidianu.

Nie wiem, co ci powiedzieć – odpowiedział szczerze Wei WuXian.

Nigdy się nie nauczysz, prawda? – wyszeptał Jiang Cheng.

Od dawna ich rozmowy wypełnione były docinkami i sprzeczkami. Wei WuXian bez zastanowienia wypalił:

Ty także nie poczyniłeś żadnych postępów.

Jiang Cheng zaśmiał się ze złości.

Jasne, no to przekonajmy się, kto nie poczynił żadnych postępów.

Krzyknął we władczy sposób, nie wstając z krzesła. Za to pies wstał natychmiast!

Już samo przebywanie z nim w jednym pomieszczeniu sprawiało, że Wei WuXian pocił się ze zdenerwowania. Widząc, że ten wielki, warczący pies podbiegł do niego w ułamku sekundy, jego uszy wypełniły się gardłowymi skowytami, a ciało odrętwiało. Wiele zapomniał z lat spędzonych na błąkaniu się po ulicach. Jedyną rzeczą, którą wyraźnie pamiętał, był strach, który czuł, kiedy goniły go psy, a także ból wywołany zębami i pazurami wbijającymi się w ciało. To głęboko zakorzenione w jego sercu przerażenie za nic w świecie nie mogło zostać tak łatwo wymazane.

Czyje imię zawołałeś? – zapytał nagle Jiang Cheng.

Wei WuXian był tak spanikowany, że nie pamiętał, czy w ogóle kogokolwiek wołał. Pozbierał się trochę, dopiero kiedy Jiang Cheng kazał zwierzęciu się wycofać. Po chwili wahania nagle odwrócił głowę, a jego zaprzysiężony brat wstał z krzesła. Schylił się, by spojrzeć Wei WuXianowi w twarz, opierając dłoń na przywiązanym do pasa biczu. Po chwili wyprostował się i zapytał:

Skoro o tym mowa, to kiedy tak się zbliżyłeś do Lana WangJi?

Wei WuXian natychmiast zrozumiał, czyje imię podświadomie zawołał.

Jiang Cheng uśmiechnął się groźnie.

To naprawdę ciekawe, ile zrobił, by cię ochronić na górze Dafan. – Po chwili się poprawił: – Nie. Lan WangJi niekoniecznie chronił ciebie. W końcu sekta GusuLan nie mogła zapomnieć, co zrobiłeś razem ze swoim lojalnym kundlem. Jak ktoś znany ze swojej prawości może tolerować kogoś takiego jak ty? Może jest zaznajomiony ze skradzionym przez ciebie ciałem.

Jego słowa były okrutne i złowieszcze. Każde zdanie wydawało się powierzchownie dobroduszne, ale w rzeczywistości było poniżające. Wei WuXian nie był w stanie dłużej tego znieść.

Uważaj na słowa.

Nigdy się tym nie przejmowałem, pamiętasz? – odpowiedział Jiang Cheng.

Och, racja – zakpił Wei WuXian.

Uważasz, że masz prawo zwracać mi uwagę? Zapomniałeś? Czy uważałeś na słowa, kiedy na górze Dafan rozmawiałeś z Jin Lingiem?

Wei WuXian zesztywniał. Zyskując przewagę w rozmowie, Jiang Cheng znowu wyglądał na zadowolonego.

– „Nie miałeś matki, która nauczyłaby cię manier?”. Dobrze wiesz jak uderzyć, żeby zabolało najmocniej, co? To przez ciebie Jin Ling jest w ten sposób krytykowany. Zapominalski z ciebie staruszek. Zapomniałeś już, co powiedziałeś i obiecałeś? No to może pamiętasz, jak zmarli jego rodzice?!

Wei WuXian uniósł głowę.

Nie zapomniałem! Po prostu… – Nie mógł znaleźć odpowiednich słów.

Po prostu co? Nie możesz tego powiedzieć? Nie martw się, możesz wrócić do Przystani Lotosów i bąkać swoje wymówki klęcząc przed grobami moich rodziców – przerwał mu Jiang Cheng.

Wei WuXian się uspokoił i próbował wykombinować jak wydostać się z tej sytuacji. Choć zawsze marzył, by pewnego dnia wrócić do Przystani Lotosów, to nie chciał pójść tam teraz! Nagle dało się usłyszeć dźwięk zbliżających się kroków. Po chwili ktoś głośno zastukał w drzwi.

Wuju! – krzyknął z zewnątrz Jin Ling.

Czy nie kazałem ci tam zostać? Po co tu przyszedłeś? – Jiang Cheng podniósł głos.

Wuju, muszę powiedzieć ci coś ważnego.

Nawet jeśli, to czego nic nie powiedziałeś, kiedy cię beształem?

Właśnie dlatego nic nie powiedziałem! Wysłuchasz mnie czy nie? Jeśli nie, to nic nie powiem! – odparł zaciekle Jing Ling.

Jiang Cheng otworzył drzwi z wściekłym wyrazem twarzy.

Mów i się wynoś!

Jin Ling stanął w progu, kiedy tylko drzwi się otworzyły. Zdążył już przebrać się w czyste ubrania.

Naprawdę wpadłem na coś problematycznego. Chyba spotkałem Wen Ninga!

Brew Jiang Chenga zadrżała. Robiąc wrogą minę, natychmiast położył dłoń na mieczu.

Gdzie? Kiedy?!

Dzisiaj po południu. Tuzin mil na południe stąd jest podniszczony dom. Poszedłem tam, bo ktoś opowiedział mi dziwną historię o tym miejscu. Kto by pomyślał, że w środku będzie się ukrywał okrutny trup?

Słowa Jin Linga brzmiały prawdopodobnie, jednak dla Wei WuXiana były to totalne brednie. Wiedział, gdzie chłopak spędził popołudnie. A do tego, gdyby Wen Ning się schował, to taki junior na pewno by go nie znalazł, chyba że Wei WuXian specjalnie by go przywołał.

Dlaczego nie powiedziałeś wcześniej?!

Nie byłem pewny. Ruszył się bardzo szybko i zwiał, jak wszedłem do środka. Widziałem tylko rozmazaną postać. Ale słyszałem dźwięki, jakie wydawał z siebie na górze Dafan, dlatego podejrzewałem, że to on. Gdybyś mnie nie zbeształ, to powiedziałbym ci od razu po powrocie. Jeśli uciekł i go nie złapiesz, to nie mnie obwiniaj, a swój temperament.

Chłopak chciał zajrzeć do środka, ale Jiang Cheng był taki wściekły, że trzasnął mu drzwiami przed nosem.

Zajmę się tobą później. Zmykaj! – krzyknął Jiang Cheng przez drzwi.

Jin Ling odpowiedział „och” i jego kroki ucichły w oddali. Widząc, że Jiang Cheng odwraca się w jego stronę, Wei WuXian natychmiast zrobił minę mówiącą „jestem taki zszokowany”, „mój sekret został ujawniony” i „co zrobię teraz, kiedy odkryto Wen Ninga”. Jin Ling był niezłym cwaniakiem. Wiedząc, że jego wuj nienawidził Wen Ninga najbardziej na świecie, wymyślił takie sprytne kłamstwo! Jiang Cheng wiedział, że patriarcha YiLing i upiorny generał często pojawiali się razem, więc podejrzewał, że Wen Ning był w okolicy. Słowa Jin Linga tylko jeszcze bardziej utwierdziły go w tym przekonaniu. A do tego wybuchał złością, kiedy tylko wspomniano przy nim Wen Ninga. Jak mógł zwątpić, kiedy oślepiała go wściekłość? Wrogość, która narastała w jego piersi, prawie go rozsadzała od środka. Machnął biczem, uderzając w podłogę obok stóp Wei WuXiana i przez zaciśnięte zęby wycedził:

Naprawdę wszędzie zabierasz swojego posłusznego kundla!

Od dawna jest martwy i ja też raz umarłem. Czego więcej chcesz?! – odrzekł Wei WuXian.

Jiang Cheng wycelował w niego biczem.

I co z tego? Moja nienawiść nie wygaśnie, nawet jeśli umrze tysiące razy! Wtedy jakoś nie zdechł. No dobrze, dzisiaj zniszczę go własnymi rękoma. Spalę go i rzucę jego prochy pod twoje stopy!

Zatrzasnął za sobą drzwi i poszedł w stronę wyjścia, rozkazując Jin Lingowi:

Miej na niego oko. Nie wierz w nic, co mówi! Nie pozwól mu wydać żadnego dźwięku. Jeśli spróbuje zagwizdać lub zagrać na flecie, zatkaj mu usta. Jeśli to nic nie da, odetnij mu rękę lub język!

Wei WuXian wiedział, że Jiang Cheng powiedział te słowa do niego, starając mu się zagrozić. Mężczyzna nie wziął go ze sobą, by nie dać mu możliwości zapanowania nad Wen Ningiem.

Przecież wiem. Dam radę go przypilnować. Wuju, dlaczego zamknąłeś się w pokoju z tym cholernym obcinaczem rękawów? Co zrobił tym razem?

Nie powinieneś o to pytać. Dobrze go przypilnuj. Jeśli go nie będzie jak wrócę, to złamię ci nogę! – odpowiedział Jiang Cheng. Wypytał jeszcze o dokładną lokalizację i odszedł z połową uczniów, by gonić nieistniejącego Wen Ninga.

Po chwili czekania dobiegł go arogancki głos Jin Linga:

Ty stań tam, a ty czekaj z boku. Reszta niech stoi przed głównym wejściem. Wejdę z nim porozmawiać.

Nikt nie śmiał się sprzeciwić. Wkrótce drzwi znowu się otworzyły i Jin Ling wsunął głowę, rozglądając się po pomieszczeniu. Wei WuXian usiadł prosto. Chłopak wszedł do środka, przykładając palec do ust na znak zachowania ciszy, położył dłoń na Zidianie i coś wyszeptał.

Zidian reagował, tylko kiedy rozpoznał właściciela – najwyraźniej Jiang Cheng musiał pozwolić mu także odpowiadać na rozkazy Jin Linga. Rozbłyski energii natychmiast ustały i bicz przemienił się w srebrny pierścień z fioletowym kryształem, spoczywając na bladej dłoni chłopaka.

Chodźmy – powiedział cicho Jin Ling.

Po jego bezsensownym rozkazie uczniowie sekty YunmengJiang rozeszli się po całym domu. Uciekinierzy ukradkiem wyskoczyli przez okno i po opuszczeniu sklepu pobiegli bezdźwięcznie. Kiedy weszli do lasu, Wei WuXian usłyszał zza swoich pleców coś dziwnego. Odwracając się, prawie przeraził się na śmierć.

Dlaczego też idzie?! Każ mu odejść!

Jin Ling zagwizdał dwukrotnie, a pies wystawił swój długi jęzor. Skomląc cicho, jego szpiczaste uszy zadrżały i uciekł niepocieszony.

Co za frajer. Wróżka nigdy nie gryzie, tylko wygląda przerażająco. To duchowy pies wytresowany do atakowania tylko niecnych istot. Naprawdę wziąłeś go za zwykłego kundla? – zadrwił Jin Ling.

Chwila, jak go nazwałeś?

Wróżka. Tak ma na imię.

Nazwałeś tak psa?!

A co jest nie tak z tym imieniem? Kiedy był młodszy, to nazywałem go Małą Wróżką. Teraz podrósł, więc nie mogę mu już tak mówić – odpowiedział pewnie Jin Ling.

Nie, nie, nie. Rozmiar nie ma tu znaczenia! Kto nauczył cię takiego nadawania imion?! – Bez wątpienia był to jego wuj. Za młodu Jiang Cheng miał kilka szczeniaczków i nazwał je Jaśmin, Księżniczka, Miłość i takie tam, co brzmiało jak ksywki ekskluzywnych dziewczyn z burdelu.

Prawdziwi mężczyźni nie przejmują się takimi rzeczami. Dlaczego tak się tego uczepiłeś? Okej, skończ. Uraziłeś mojego wuja i jesteś jedną nogą w grobie. Wypuszczam cię i teraz jesteśmy kwita.

Wiesz, dlaczego twój wuj mnie chce? – zapytał Wei WuXian.

Tak. Wierzy, że jesteś Wei WuXianem.

Czyli już nie tylko podejrzewa. Wie, że złapał dobrą osobę – pomyślał Wei WuXian i zapytał na głos:

A ty? Nie podejrzewasz mnie?

Wuj nie pierwszy raz robi coś takiego. Jeszcze żadnego nie puścił, nawet jeśli było możliwe, że złapał złą osobę. Ale skoro Zidian nie wyrwał twojej duszy, to wierzę, że nim nie jesteś. Zresztą nie był obcinaczem rękawów, a ty nawet śmiałeś… – Z obrzydzonym wyrazem twarzy powstrzymał się przed powiedzeniem, co takiego śmiał Wei WuXian i machnął ręką, jakby odganiał muchę. – Od teraz nie masz nic wspólnego z sektą LanlingJin! Jeśli znowu będziesz chciał spróbować, to nie tykaj nikogo z nas! Inaczej ci nie odpuszczę!

Kończąc wypowiedź, Jin Ling odwrócił się na pięcie, by odejść. Po kilku krokach znowu zwrócił się w jego stronę.

Dlaczego tu jeszcze stoisz? Idź. Czekasz, aż wuj po ciebie przyjdzie? Powiem ci jedno, nie myśl sobie, że będę ci wdzięczny, bo mnie uratowałeś! I nie spodziewaj się, że powiem coś, co wywoła we mnie niesmak.

Młody człowieku, są dwa wywołujące niesmak zwroty, których każdy musi w życiu używać. – Wei WuXian złożył dłonie na plecach i podszedł bliżej.

Jakie?

Dziękuję i przepraszam.

A co może mi ktoś zrobić, jeśli ich nie powiem? – zadrwił chłopak.

Pewnego dnia powiesz je ze łzami w oczach.

Jin Ling mlasnął, kiedy Wei WuXian nagle powiedział:

Przepraszam.

Co?

Przepraszam za to, co powiedziałem ci na górze Dafan.

To nie był pierwszy raz, kiedy JIn Lingowi powiedziano, że „nie miał matki, która nauczyłaby go manier”, ale nigdy nikt na poważnie go nie przepraszał. Nagle nie wiadomo dlaczego poczuł się niepewnie. Zamachał dziko ramionami.

To nic takiego. Nie ty pierwszy tak powiedziałeś. Prawdą jest, że nie miałem matki, która czegokolwiek by mnie nauczyła. Ale nie będę z tego powodu gorszy od innych! Właściwie, to sprawię, że otworzysz oczy i zobaczysz, że jestem silniejszy od was wszystkich!

Wei WuXian się uśmiechnął. Już miał coś powiedzieć, kiedy wyraz jego twarzy nagle się zmienił.

Jiang Cheng?!

Jin Ling już czuł się winny, bo ukradł Zidian i puścił Wei WuXiana. Słysząc imię wuja, odwrócił się, by zobaczyć. Wykorzystując tę szansę, Wei WuXian uderzył Jin Linga mocno w kark, po czym położył nieprzytomnego chłopaka na ziemi, podwinął mu nogawki spodni i przyjrzał się Znakowi Klątwy. Spróbował kilku metod, ale żadna nie poskutkowała zblednięciem znamienia. Po chwili westchnął, wiedząc, że łatwo nie będzie.

Choć istniały Znaki Klątwy, których nie był w stanie usunąć, to zawsze mógł przenieść je na swoje ciało.

Jin Ling powoli się ocknął. Przyłożył rękę do szyi, nadal czująć lekki ból. Był taki wściekły, że momentalnie zerwał się na nogi i wyciągnął miecz.

Jak śmiesz mnie bić! Nawet wuj nigdy nie podniósł na mnie ręki!

Serio? Ciągle powtarza, że połamie ci nogi! – oznajmił zdziwiony Wei WuXian.

Tylko tak mówi! Czego chcesz, cholerny obcinaczu rękawów?! To…

Wei WuXian zasłonił mu dłonią usta i krzyknął w dal:

Ach! HanGuang-Jun!

Jin Ling bał się Lana WangJi bardziej niż swojego wuja. W końcu Jiang Cheng był z jego klanu, a HanGuang-Jun z innego. Przerażony natychmiast uciekł, krzycząc po drodze:

Cholerny obcinacz rękawów! Ohydny wariat! Zapamiętam cię! To nie koniec!

Wei WuXian śmiał się tak mocno, że nie mógł złapać oddechu. Kiedy chłopak zniknął w oddali, jego pierś swędziała w duszny sposób i po napadzie kaszlu udało mu się powstrzymać napad śmiechu. Dopiero wtedy miał chwilę na zastanowienie.

Jiang FengMian przygarnął go do swojego domu, kiedy miał dziewięć lat. Większość wspomnień z tamtego okresu była niewyraźna. Jednak matka Jin Linga, Jiang YanLi, pamiętała ich całkiem wiele i sporo mu opowiadała.

Mówiła, że kiedy jej ojciec dowiedział się, że rodzice Wei WuXiana zmarli w bitwie, to poświęcił wiele czasu na odnalezienie dziecka swoich bliskich przyjaciół. Po długich poszukiwaniach w końcu odnalazł go w YiLing. Podczas pierwszego spotkania Wei WuXian klęczał na ziemi i jadł wyrzucone przez kogoś obierki owoców. Kiedy spojrzał w dół, szukając więcej obierek, Jiang FengMian go zawołał. Zapamiętał, że w jego imieniu występowało „Ying”, więc uniósł głowę. Choć jego policzki były czerwone od zimna, to i tak się uśmiechnął.

Jiang YanLi mówiła, że urodził się uśmiechnięty. Był szczęśliwy, nieważne, co się wydarzyło i w jakiej sytuacji się znalazł. To brzmiało bezdusznie, ale nie było złe.

Jiang FengMian nakarmił go kawałkiem arbuza i zabrał ze sobą. Jiang Cheng miał wtedy osiem albo dziewięć lat. Trzymał w Przystani Lotosów kilka szczeniaczków. Kiedy jego ojciec dowiedział się, że Wei WuXian panicznie boi się psów, to zasugerował Jiang Chengowi, by ten je oddał. Chłopak naprawdę był niechętny, ale po kilku awanturach i stłuczonych naczyniach w końcu się na to zgodził.

Z tego powodu pierwotnie był wrogo nastawiony do Wei WuXiana, ale po jakimś czasie się do siebie zbliżyli i zaczęli wspólnie płatać figle. Kiedy spotykali psy, Jiang Cheng je odstraszał i śmiał się z Wei WuXiana, który przeważnie wspinał się na drzewo.

Myślał, że Jiang Cheng zawsze będzie po jego stronie, a Lan WangJi po przeciwnej. Nigdy sobie nawet nie wyobrażał, że będzie inaczej.

Wei WuXian poszedł na umówione miejsce spotkania. Nikogo innego nie było widać pośród migających świateł nocy. Nie musiał się rozglądać, by na końcu ulicy zauważyć ubraną w biel postać stojącą ze spuszczoną głową.

Zanim wydał z siebie jakiś dźwięk, Lan WangJi już go zauważył. Po chwili wahania podszedł do niego z groźną miną.

Wei WuXian nie wiedział dlaczego, ale zrobił odruchowo krok w tył.

Prawie był w stanie zobaczyć szkarłatne smugi krwi w kącikach oczu Lana WangJi. Musiał przyznać, że… Twarz Lana WangJi naprawdę wyglądała przerażająco.

Tłumaczenie: Ashi

0 Comments

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

:błeee:  :płaku:  :WeiMądruś:  :zonk:  :NieNie: 
:AAAA:  :ależeco:  :blabla:  :ugh:  :cooo: 
:ekscytacja:  :facepalm:  :patriarcha:  :muahaha:  :złamaneserce: 
:szok:  :przestań:  :zachwyt:  :zachwyt2: