Mo Dao Zu Shi

Rozdział 60 – Trucizny V25 min. lektury

Wen Ning wezwał kilka tuzinów uczniów i osobiście ich ochraniał, dopóki nie dotarli do wielkiej, pięknej rezydencji. Zakradł się tylnymi drzwiami i zaprowadził Weia Wuxiana do mniejszego budynku.

Jednak Wen Ning ledwo co się odwrócił i zamknął za nimi drzwi, kiedy Wei Wuxian znowu złapał go za szyję i stłumionym głosem zapytał:

Co to za miejsce?!

Choć chłopak ich uratował, to nie mógł ot tak opuścić gardy przed Wenami. Musiał dalej być ostrożny. Kiedy szli przez tę wielką rezydencję, to minęli mnóstwo pokoi. Większość znajdujących się w środku osób mówiła z akcentem Qishan. Usłyszał wiele fragmentów rozmów poprzez uchylone okna, a spośród nich szczególnie zwrócił uwagę na słowa „biuro nadzorcze.

Wen Ning szybko zamachał rękoma.

Nie… To…

Co masz na myśli, mówiąc „nie? To nie jest biuro nadzorcze w Yiling? Siedzibę której nieszczęsnej sekty tym razem zajęliście? Co próbujesz osiągnąć, przyprowadzając nas tutaj?

Paniczu Wei, pro-proszę posłuchać. – Wen Ning starał się zaprotestować. – To jest biuro nadzorcze. Ale… Naprawdę nie mam zamiaru was skrzywdzić. Gdybym chciał, to zeszłej nocy mogłem w każdej chwili cofnąć obietnicę. N-nie zabrałbym was tutaj.

Wei Wuxian zawsze był ostrożny. W ogóle się nie rozluźnił i w każdej chwili był gotowy do ataku. Kręciło mu się w głowie. Słysząc to, wciąż nie był w stanie w pełni uwierzyć w słowa chłopaka.

To naprawdę biuro nadzorcze. Jeśli jest jakieś miejsce, którego Wenowie nie przeszukają, to właśnie w nim jesteśmy. Możecie tutaj zostać. Ale nie nie pozwólcie, by ktoś was zobaczył…

Po chwili ciszy Wei Wuxian w końcu odpuścił. Cicho podziękował i przeprosił, po czym położył Jiang Chenga na stojącym w pokoju drewnianym łóżku.

Jednak nagle drzwi z rozmachem się otworzyły.

Właśnie cię szukałam! Wytłumacz mi… – rozległ się głos kobiety.

Ktoś ich odkrył, jak tylko chłopak powiedział, że nikt nie może ich zobaczyć!

Weia Wuxiana oblał zimny pot. Szybko zasłonił łóżko własnym ciałem. Wen Ning był tak przerażony, że nie mógł nawet nic z siebie wydusić.

W bezruchu gapili się na stojącą w drzwiach kobietę. Właściwie można było ją nazwać panną. Jej skóra wchodziła w ciemniejszy ton, a rysy twarzy były słodkie, choć wypełnione arogancją. Słoneczna szata, którą miała na sobie, świeciła czerwienią, a płomienie prawie tańczyły wokół kołnierza i mankietów.

Zajmowałam bardzo wysoką pozycję, taką samą jak Wen Chao!

Stali tak przez kilka sekund, dopóki z zewnątrz nie dobiegł ich dźwięk pospiesznych kroków. Wei Wuxian zebrał się na odwagę. Już miał zaatakować, ale panna go wyprzedziła i z trzaskiem zamknęła drzwi.

Naczelniczko Wen, co się stało? – usłyszeli zza drzwi.

Nic – odpowiedziała obojętnie kobieta. – Mój brat wrócił i znowu się źle czuje. Nie budźcie go. Chodźmy, porozmawiamy po drodze.

Stojący na zewnątrz ludzie przytaknęli i za nią odeszli. Wen Ning westchnął z ulgą, tłumacząc:

Moja… Moja starsza siostra.

Wen Qing to twoja starsza siostra?

Chłopak przytaknął zawstydzony.

To moja siostra. Jest naprawdę potężna.

Rzeczywiście była potężna. Można było ją uznać za znaną kultywatorkę sekty QishanWen. Nie była córką lidera klanu, Wena Ruohana, ale jednego z jego kuzynów. Choć ich pokrewieństwo nie było zbyt bliskie, to Wen Ruohan zawsze miał z nią dobre relacje. A do tego mogła się pochwalić wyjątkową znajomością sztuk wyzwolonych i uczyła się medycyny. Była utalentowana i dlatego Wen Ruohan ją faworyzował. Często zabierał dziewczynę na bankiety, więc jej twarz była Wei Wuxianowi znajoma. W końcu to piękna kobieta. Gdzieś też słyszał, że miała młodszego albo starszego brata, ale niewielu o nim mówiło. Może dlatego, że nie był aż tak utalentowany.

Naprawdę jesteś młodszym bratem Wen Qing? – dopytał Wei Wuxian.

Wen Ning założył, że dziwiło go, jak tak utalentowana i znana kobieta może mieć tak przeciętnego brata.

Tak. Moja siostra jest naprawdę dobra. Ja… Nie jestem – przyznał.

Nie, nie. Też jesteś bardzo dobry. Bardziej dziwi mnie fakt, że twoja siostra jest naczelniczką biura nadzorczego, a ty śmiałeś nas…

Nagle Jiang Cheng poruszył się na łóżku. Delikatnie zmarszczył brwi. Wei Wuxian natychmiast się obrócił, by sprawdzić co z nim.

Jiang Cheng?!

Obudził się. Potrzebuje leków. Pójdę po trochę – powiedział szybko Wen Ning.

Wychodząc, zamknął za sobą drzwi. Jiang Cheng w końcu się obudził – Wei Wuxian początkowo był uradowany, ale szybko wyczuł, że coś jest nie tak.

Mina chłopaka była dość dziwna. Spokojna, prawie zbyt spokojna. Gapił się w sufit, jakby nie obchodziło go nawet to, gdzie jest.

Wei Wuxian nie spodziewał się takiej reakcji. Smutek, szczęście, złość, szok – nie było po nim widać żadnej z tych emocji. Jego serce zabiło szybciej.

Jiang Cheng, widzisz mnie? Słyszysz? Wiesz, kim jestem?

Chłopak na niego zerknął. Nic nie powiedział. Wei Wuxian zadał mu jeszcze kilka pytań. W końcu podniósł się, opierając na ramieniu. Spojrzał w dół na ślad po biczu dyscyplinującym, po czym zaśmiał się gorzko.

Nie dało się zetrzeć śladu wstydu pozostawionego po biczu dyscyplinującym.

Przestań na to patrzeć. Musi być sposób, by to zeszło – pocieszał go Wei Wuxian. Jiang Cheng go uderzył. Cios był tak lekki, tak pozbawiony siły, że chłopak nawet się nie wzdrygnął. – Uderzaj mnie, jeśli to sprawi, że poczujesz się lepiej.

Czułeś to?

Co takiego?

Moją moc duchową.

Jaką moc duchową? Wcale jej nie użyłeś.

Użyłem.

Co… O czym ty mówisz?

Mówię, że jej użyłem – powtórzył Jiang Cheng, wyciskając każde słowo. – Jak cię uderzyłem, to włożyłem w to całą siłę duchową. Dlatego pytam. Czułeś to?

Wei Wuxian na niego spojrzał. Po chwili milczenia powiedział:

Uderz mnie jeszcze raz.

Nie ma takiej potrzeby. Nieważne, ile razy cię uderzę, efekt będzie taki sam. Wei Wuxian, wiesz, dlaczego Ręka topiąca rdzeń jest tak nazywany?

Serce Weia Wuxiana kompletnie zamarło.

Jego dłonie potrafią stopić złoty rdzeń, a potem nie będzie się dało uformować nowego, więc moc duchowa zniknie, czyniąc cię zwykłą osobą – kontynuował Jiang Cheng. – Przeciętny człowiek, który pochodzi z sekty kultywacyjnej, niczym się nie różni od nieudacznika. Całe życie będzie musiał poświęcić się sprawom przyziemnym. Marzenia o zdobyciu sławy nie będą już dozwolone. Wen Zhuliu najpierw stopił rdzenie mamy i ojca, a potem ich zabił, kiedy nie mogli mu się oprzeć.

Myśli Weia Wuxiana były pogmatwane.

Ręka topiąca rdzeń… Ręka topiąca rdzeń… – mamrotał, nie wiedząc, co zrobić.

Jiang Cheng się zaśmiał.

Wen Zhuliu, Wen Zhuliu. Chcę zemsty, ale co mogę zrobić? Już nawet nie mam rdzenia. Nigdy nie będę w stanie go uformować. Jak mogę się zemścić? Hahahahahaha…

Starszy chłopak osunął się na ziemię. Obserwując maniakalne zachowanie Jiang Chenga, nie był w stanie wydusić z siebie ani słowa.

Nikt lepiej od niego nie wiedział, jak ambitny był Jiang Cheng, jaką wagę przykładał do swojej kultywacji i mocy duchowej. Ale teraz po ciosie zadanym przez Rękę topiącą rdzeń jego samoocena i nadzieja na zemstę zostały rozgniecione w pył.

Jiang Cheng śmiał się jak wariat przez chwilę. Położył się znowu na łóżku i rozłożył ramiona, jakby się poddał.

Wei Wuxian, dlaczego mnie uratowałeś? Po co to było? Żebym żył, patrząc, jak Wenowie się panoszą i nie mogąc nic z tym zrobić?

W tej chwili wrócił Wen Ning. Na jego twarzy był prawie bałwochwalczy uśmiech. Z miską leków w dłoniach szedł w stronę łóżka, ale zanim mógł coś powiedzieć, jego słoneczne szaty odbiły się w oczach Jiang Chenga. Źrenice chłopaka się skurczyły, po czym kopnął Wen Ninga.

Czarny płyn rozlał się z miski na jego szaty. Wei Wuxian złapał naczynie i pomógł wstać Wen Ningowi, który oniemiał z szoku.

Co jest z tobą nie tak?! – ryknął Jiang Cheng.

Wen Ning był tak wystraszony, że aż cofnął się o kilka kroków. Jiang Cheng złapał Weia Wuxiana za kołnierz i krzyknął:

Widzisz skundlonego Wena i go nie zabijasz?! Pomogłeś mu wstać?! Chcesz zdechnąć?!

Choć użył do tego całej swojej siły, to i tak wciąż był osłabiony. Wei Wuxian szybko mu się wyrwał. Jiang Cheng w końcu zauważył, że jest w nieznanym mu miejscu.

Gdzie jesteśmy? – zapytał spanikowany, rozglądając się.

Biuro nadzorcze w Yiling. Ale jest tu bardzo bezpiecznie… – odpowiedział z oddali Wen Ning.

Jiang Cheng odwrócił się do Weia Wuxiana.

Biuro nadzorcze?! Wpakowałeś się w pułapkę?!

Nie!

Nie? – odparł ostrym tonem Jiang Cheng. – No to co robisz w biurze nadzorczym? Skąd się tu wziąłeś? Nie mów, że poprosiłeś Wenów o pomoc?!

Wei Wuxian złapał go za ramiona.

Jiang Cheng, uspokój się. Tu jest bezpiecznie! Ocknij się! To nie jest pewne, że Ręka topiąca rdzeń może…

Jiang Cheng nie mógł go dłużej słuchać. Był już na wpół oszalały. Śmiał się, ściskając Weia Wuxiana za szyję.

Wei Wuxian, hahahahaha, Wei Wuxian! Ty! Ty…

Nagle czerwony cień kopniakiem otworzył drzwi i wbiegł go środka. Machnął dłonią i przez pokój przemknęło srebrne światło. Igła wbiła się w głowę Jiang Chenga, a chłopak natychmiast padł. Wen Qing zamknęła drzwi i zaczęła cicho besztać brata.

Wen Ning, jesteś aż taki głupi? Dlaczego pozwoliłeś mu tak krzyczeć i się śmiać? Chcesz, by go odkryto?!

Siostra! – krzyknął chłopak, jakby zobaczył wybawiciela.

Teraz mi siostrujesz? Jeszcze o jedno cię nie zapytałam. Od kiedy jesteś tak śmiały? Jak śmiesz ukrywać ludzi! Więc to dlatego nagle chciałeś iść do Yunmeng! Aż taki jesteś zuchwały? Skąd masz tę odwagę? Czy Wen Chao nie rozszarpie cię na strzępy, jak się o tym dowie? Naprawdę myślisz, że możesz go powstrzymać, jeśli się uprze, że chce kogoś zabić? – Mówiła szybko i wyraźnie, a jej pełen siły ton nie pozwolił na słowo sprzeciwu. Wei Wuxian nie był w stanie jej przerwać. Wen Ning pobladł.

Siostro, ale panicz Wei…

Nie powiem nic więcej, bo zrobiłeś to z wdzięczności, więc rozumiem – kontynuowała marsowym głosem. – Jednak nie mogą tutaj długo zostać! Przyszedłeś nagle i równie nagle zniknąłeś, a Wen Chao ich stracił. Myślisz, że jest aż taki głupi? Prędzej czy później przeszukają to miejsce. To biuro nadzorcze jest pod moją kontrolą i tu mieszkasz. Myślisz, że jakie usłyszymy oskarżenia, kiedy odkryją, że ich tu ukrywasz? Pomyśl!

Tak jasno wytłumaczyła, co się może stać, jakby wskazała palcem na nos Weia Wuxiana i powiedziała mu, by szybko się stąd zmywał i nie robił im problemów. Gdyby to on był ranny albo ktoś innych ich uratował, to od razu by się pożegnał i zdeterminowany odszedł. Jednak to Jiang Cheng był ranny, a do tego stracił złoty rdzeń i nie był przy zdrowych zmysłach. No i znaleźli się w tej sytuacji przez Wenów. To naturalne, że nie chciał się poddać. Mógł tylko zacisnąć zęby i milczeć.

A-ale ludzie z sekty Wen…

Czyny sekty Wen nas nie reprezentują – przerwała mu Wen Qing. – Nie musimy być za nie odpowiedzialni. Nie patrz tak na mnie, Wei Ying. Każdy dług ma swój początek. Jestem nadzorczynią biura w Yiling, ale rozkazano mi zająć tę pozycję. Jestem medykiem, aptekarzem. Nigdy nikogo nie zabiłam, nie wspominając o dotknięciu krwi sekty Jiang.

To prawda. Nikt nie słyszał, by ktoś zginął z rąk Wen Qing, a z drugiej strony ludzie często chcieli, żeby się czymś zajęła. Była jedną z niewielu Wenów, która wykorzystywała normalne metody. Czasami potrafiła nawet powiedzieć dobre słowo Wenowi Ruohanowi na temat tej czy tamtej osoby. Zawsze cieszyła się dobrą reputacją.

Wszyscy zamilkli. Kilka chwil później Wen Qing znowu się odezwała:

Nie wyciągajcie igły. Po przebudzeniu zaraz zacznie się rzucać. Jego krzyki dało się nawet słyszeć z zewnątrz. Wyciągnijcie ją, kiedy jego rany się zagoją. Naprawdę nie chcę się użerać z Wenem Chao, a szczególnie z tą jego babą! To mnie obrzydza!

Wyszła, jak tylko skończyła mówić.

Ona… – powiedział Wei Wuxian. – Powiedziała, że nie możemy zostać długo, ale na kilka dni tak… Prawda?

Wen Ning przytaknął.

Dziękuję, siostro!

Z zewnątrz rzucono opakowanie ziół, a Wen Qing dodała z oddali:

Skoro jesteś wdzięczny, to trochę bardziej się postaraj! Niby co to miało być za lekarstwo? Zrób je od nowa!

Choć opakowanie uderzyło prosto w Wen Ninga, to on i tak szczęśliwie odpowiedział:

Leki przygotowane przez moją siostrę na pewno wyjdą dobre. Sto razy lepsze od moich. Na pewno będzie w porządku.

Dziękuję – Wei Wuxian w końcu poczuł ulgę.

Rozumiał, że przymknięcie oka i bezpośrednia pomoc stawiał ich w ogromnym zagrożeniu. Tak jak powiedziała Wen Qing, jeśli Wen Chao naprawdę chciał kogoś zabić, to raczej nie byłaby w stanie go powstrzymać. Możliwe, że i na nią w jakiś sposób to wpłynie.

Dzięki igle Jiang Cheng przespał trzy dni. Jego kości się zrosły, a rany zewnętrzne zagoiły. Została tylko blizna po biczu dyscyplinującym, która nigdy nie zniknie i złoty rdzeń, którego nigdy nie odzyska.

Przez ostatnie trzy dni Wei Wuxian wiele myślał.

Po tych trzech dniach pożegnał się z Wen Ningiem. Niosąc Jiang Chenga na plecach, przeszedł kawałek i pożyczył dom strażnika leśnego. Zamknął drzwi i wyjął igłę. Chłopak otworzył oczy dopiero po dłuższej chwili.

Ocknął się, ale w ogóle się nie ruszył. Był tak niezainteresowany, że nawet się nie rozejrzał i nie zapytał, gdzie jest. Nie wypił wody i nic nie zjadł. Wyglądało na to, że czekał na śmierć.

Naprawdę chcesz umrzeć?

Za życia nie jestem w stanie się zemścić. Dlaczego miałbym nie umierać? Może zamienię się w okrutnego ducha.

Od małego przechodziłeś ceremonie uspokajające duszę. Nawet po śmierci nie zamienisz się w ducha.

Skoro nie mogę się zemścić ani za życia, ani po śmierci, to jaka jest między nimi różnica?

Po wymówieniu tych słów nic więcej nie powiedział. Wei Wuxian siedział przy jego łóżku i patrzył na niego przez chwilę. Po chwili klepnął się w kolana, wstał i czymś zajął.

Wieczorem w końcu skończył gotować i ustawił wszystko na stole.

Wstawaj. Pora na obiad.

Oczywiście Jiang Cheng go zignorował. Wei Wuxian usiadł przy stole i podniósł swoje pałeczki.

Jeśli nie zregenerujesz sił, to jak odzyskamy twój złoty rdzeń? – Słysząc te dwa słowa, Jiang Cheng w końcu zamrugał. Wei Wuxian kontynuował: – Dokładnie. Nie wątp w to. Nie przesłyszało ci się. Powiedziałem „odzyskamy twój złoty rdzeń.

Chłopak poruszył ustami. Miał sucho w gardle.

…Wiesz jak?

Tak – odpowiedział spokojnym tonem Wei Wuxian. – Od dawna wiedziałeś, że moja matka, Cangse Sanren, jest uczennicą Baoshan Sanren, prawda?

To zdanie miało tylko kilka słów, jednak natychmiast przywróciło blask w martwych oczach Jiang Chenga.

Baoshan Sanren, legendarna nieśmiertelna, która żyła kilkaset lat. Żyjąca w odosobnieniu mistrzyni, która podobno potrafiła przywrócić do życia martwych i naciągnąć skórę na kości.

Masz na myśli… Masz na myśli… – Głos Jiang Chenga drżał.

Mam na myśli to, że wiem, jaka góra jest obejmowana w imieniu „Baoshan1. To oznacza, że mogę cię tam zabrać.

…Ale czy nie mówiłeś, że nie pamiętasz nic z dzieciństwa?!

To nie tak, że totalnie nic nie pamiętam. Jest kilka fragmentów, które wspominałem tyle razy, że jeszcze ich nie zapomniałem. Zawsze pamiętałem głos kobiety, która mi coś powtarzała, zdradzała lokalizację i parę innych rzeczy. Ten głos powiedział, że jeśli znajdę się w sytuacji bez wyjścia, to mogę wspiąć się na tę górę i poprosić nieśmiertelnych o pomoc.

Jiang Cheng sturlał się z łóżka, a Wei Wuxian podsunął mu miskę i pałeczki.

Jedz.

Ja… – Trzymając się mocno stołu, chłopak był zachwycony.

Jedz. Możemy rozmawiać w trakcie jedzenia. Inaczej nic nie powiem.

Jiang Cheng mógł tylko usiąść. Pałeczkami szybko wsuwał jedzenie do ust. Całkowicie stracił nadzieję, jednak nagle odkrył, że świat za jego plecami wciąż był piękny. Podekscytował się tak bardzo, jakby wokół niego zapłonął ogień. Nie wiedział nawet, że trzyma pałeczki w złą stronę. Widząc, że w końcu zaczął jeść, Wei Wuxian dodał:

Zabiorę cię tam za kilka dni.

Dzisiaj!

Czego się boisz? Kilkusetletni nieśmiertelni nie zniknął przez te kilka dni. Musimy poczekać, bo otacza ich wiele tabu, a ty jeszcze ich nie przyswoiłeś. To będzie koniec, jeśli ich zezłościsz, bo zrobisz coś zakazanego. Koniec dla nas obu. – Jiang Cheng gapił się na niego z szeroko otwartymi oczami, mając nadzieję, że zdradzi coś więcej. Wei Wuxian kontynuował: – Nie będziesz mógł otworzyć oczu i się rozejrzeć, nie będziesz mógł pamiętać otoczenia i zobaczyć obecnych tam ludzi. Pamiętaj, nie możesz patrzeć, bez względu na to, co ci powiedzą.

Dobra!

I najważniejsze! Jak cię zapytają, kim jesteś, to masz powiedzieć, że synem Cangse Sanren. Nie możesz wyjawić swojej prawdziwej tożsamości!

Jasne!

Bardzo prawdopodobne, że z załzawionymi oczami zgodziłby się na wszystko, co kazałby mu zrobić Wei Wuxian.

Dobra, jedzmy. Zregenerujmy siły. Przygotowania zajmą kilka dni.

Jiang Cheng w końcu zauważył, że trzymał odwrotnie pałeczki. Przekręcił je i wziął kolejne kilka kęsów. Potrawa była tak ostra, że jego oczy aż się całe zaczerwieniły.

Smakuje okropnie! – przeklął.

Po kilku dniach ciągłych pytań o Baoshan Sanren w końcu wyruszyli. Po długiej podróży dotarli do podnóża jednej z odległych gór w Yiling.

Jej zbocze całe było pokryte zielenią, a szczyt otoczony chmurami i mgłą. Rzeczywiście dało się wyczuć pewną niebiańskość. Jednak wciąż było jej dość daleko do tej wspaniałej góry, za jaką ją uważano. Przez kilka ostatnich dni Jiang Cheng był dość nieufny. Podejrzewał czasami, że Wei Wuxian go albo okłamuje, albo coś źle zapamiętał czy usłyszał, jak był mały. Z tego powodu martwił się, czy uda im się znaleźć odpowiednie miejsce. Jak zobaczył górę, to znowu zaczął wypytywać:

Baoshan Sanren naprawdę tu żyje?

To zdecydowanie tutaj. – Wei Wuxian brzmiał na pewnego siebie. – Jaki sens miałoby okłamywanie cię? Żebyś był przez kilka dni szczęśliwy, a potem otrzymał jeszcze większe rozczarowanie?

Podobne rozmowy miały miejsce już wiele razy.

Wei Wuxian towarzyszył mu do połowy zbocza.

No dobrze. Nie mogę dalej z tobą pójść. – Wyjął kawałek materiału i zasłonił nim oczy Jiang Chenga, po czym powtórzył: – Nigdy nie odsłaniaj oczu, nigdy ich nie otwieraj. Nie ma tu żadnych bestii. Idź powoli. Nawet jeśli się przewrócisz, to nie odsłaniaj oczu. Nie możesz być ciekawy. Pamiętaj, powiedz, że jesteś Weiem Wuxianem. Wiesz, jak odpowiedzieć na pytania?

To było ważne, by mógł uformować rdzeń i się zemścić. Oczywiście Jiang Cheng nie śmiał być niedbały, więc przytaknął nerwowo. Odwrócił się i zaczął powoli iść w górę.

Będę tu na ciebie czekał!

Przez chwilę obserwował powoli oddalającą się sylwetkę chłopaka, po czym także się odwrócił i poszedł inną górską ścieżką.

Jiang Cheng spędził w górach siedem dni.

Miasto, w którym się umówili, znajdowało się pośród gór. Było dość odosobnione i nie mieszkało w nim wiele ludzi. Drogi były wąskie i nierówne, a na poboczach nie szło znaleźć żadnego kupca.

Wei Wuxian przykucnął na poboczu, co chwila zerkając w stronę góry. Wciąż nie było nawet śladu Jiang Chenga. Wstał, opierając ręce o kolana, od czego zakręciło mu się w głowie. Chwiejnym krokiem poszedł do jedynej herbaciarni w mieście.

To prawdopodobnie był jedyny ładny budynek w mieście. Jak tylko wszedł do środka, kelnerka podeszła do niego z szerokim uśmiechem.

Co panu podać?

Wei Wuxian był zaniepokojony.

Przez ostatnie kilka dni się ukrywał i nie miał czasu się umyć. Można było powiedzieć, że był wręcz oblepiony brudem. Większość kelnerów nie reagowała pozytywnie na taki wygląd i miałby szczęście, gdyby go od razu nie wyrzucili. Dlatego taki entuzjazm wydawał się odrobinę zbyt sztuczny.

Szybko rozejrzał się wokół. Księgowy stał za ladą, wyglądając, jakby chciał się schować w księdze rachunkowej. Pół tuzina ludzi siedziało przy stolikach. Wielu z nich ubranych było w peleryny i piło herbatę z opuszczoną głową, jakby coś ukrywali.

Wei Wuxian natychmiast skierował się do wyjścia. Jednak zrobił tylko jeden krok za próg, kiedy ciemny, wysoki cień uderzył go mocno w pierś.

Chłopak uderzył w dwa stoły. Kelnerka i księgowy uciekli w panice. Wszyscy obecni zdjęli płaszcze, odsłaniając ukryte pod nimi słoneczne szaty. Wen Zhuliu przekroczył próg i stanął tuż przed Weiem Wuxianem. Zaczął się nad czymś zastanawiać, widząc, jak chłopak z całych sił starał się podnieść. Ktoś kopnął Weia Wuxiana w zgięcia kolan, przez co ten runął z powrotem na ziemię.

W zasięgu jego wzroku pojawiła się wypełniona okrutną radością twarz Wena Chao.

Już padłeś?! Bachorze, czy w jaskini żółwia nie skakałeś na prawo i lewo? A teraz poddajesz się po jednym ciosie? Hahaha, skacz dalej, przypomnij sobie swoją arogancję!

Szybko! Paniczu Wen, obetnij mu rękę! Wciąż jest nam ją winny! – Rozległ się niecierpliwy głos Wang Lingjiao.

Nie, nie, nie spieszmy się. W końcu go dorwaliśmy. Za szybko się wykrwawi, gdy odetniemy mu rękę. Co będzie w tym zabawnego, jeśli szybko umrze? Najpierw stopmy jego rdzeń. Chcę, żeby wrzeszczał jak tamten drań Jiang Cheng!

No to najpierw stopmy rdzeń, a potem obetnijmy łapę!

Omawiali to między sobą, kiedy Wei Wuxian wypluł krew z ust.

Pewnie! Dawajcie każdą metodę tortur, jaką macie!

Zapamiętaj swoje słowa. – Wang Lingjiao się uśmiechnęła.

Jesteś tak bliski śmierci, ale wciąż zgrywasz bohatera? – wykpił go Wen Chao.

Wei Wuxian zaśmiał się chłodno.

Właśnie dlatego się cieszę! Bardziej się boję, że nie umrę. Jeśli macie jaja, to dalej, torturujcie mnie jak najbardziej okrutnie! Po śmierci na pewno stanę się okrutnym duchem i będę nawiedzał QishanWen dniami i nocami, przeklinając was wszystkich!

Słysząc to, Wen Chao się zawahał. W końcu uczniowie tak znanych sekt od małego byli pod wpływem swoich klanów i ich skarbów. Jak dorośli, to przeprowadzano na nich niezliczone rytuały uspokajające duszę, by szansa zostania duchem była naprawdę mała. Jednak Wei Wuxian był inny – to syn służącego. Nie dorastał w sekcie Jiang od urodzenia. Nie miał szansy uczestniczenia w tylu ceremoniach. Problemem byłoby, gdyby naprawdę umarł z taką ilością urazy i stał się duchem, który by ich nękał. A im więcej tortur doznałby przed śmiercią, im bardziej byliby okrutni, tym ciężej byłoby pozbyć się jego ducha.

Paniczu Wen, nie słuchaj tych bzdur – wtrąciła szybko Wang Lingjiao. – Nie każdy po śmierci może zostać duchem. Czas, miejsce, sytuacja, wszystko musi być odpowiednie. Zresztą, nawet jeśli by się nim stał, to czy sekta QishanWen by sobie z nim nie poradziła? Od tak dawna staramy się go złapać. Czy ten wysiłek nie był po to, by go ukarać? Nie mów, że go uwolnisz po tych przechwałkach?

Pewnie, że nie!

Wei Wuxian się uspokoił, wiedząc, że z pewnością umrze. Gorąca nienawiść zamieniła się w zimną jak żelazo determinację. Choć jego mina denerwowała Wena Chao, to wciąż się bał. Kopnął chłopaka w brzuch.

Wciąż udajesz! Kogo chcesz przestraszyć?! Czyjego bohatera zgrywasz?!

Grupa uczniów pomogła mu pobić Weia Wuxiana.

Wystarczy! – rozkazał w końcu Wen Chao.

Wei Wuxian wypluł kolejną porcję krwi. Był pewny. Pora mnie zabić? Nawet po śmierci nie będzie inaczej. Śmierć nie jest gorsza od życia i istnieje szansa, że stanę się okrutnym duchem, by się zemścić!

Myśląc o tym, poczuł niezrównany dreszcz.

Jednak Wen Chao zapytał:

Wei Ying, zawsze myślisz, że niczego się nie boisz, że jesteś odważny i wielki, prawda?

Hę, więc nawet skundleni Wenowie mówią ludzkim językiem? – odpowiedział zaskoczony chłopak.

Wen Chao uderzył pięścią o stół. Jego uśmiech był obrzydliwy.

Popisuj się dalej, pokazuj swoje cięte riposty. Chcę zobaczyć, jak długo jeszcze dasz radę zgrywać bohatera!

Rozkazał swoim podwładnym go przytrzymać. Wen Zhuliu podszedł do nich i podniósł go z ziemi. Wei Wuxian podniósł głowę i spojrzał na mordercę Jianga Fengmiana i pani Yu, na człowieka, który zniszczył rdzeń Jiang Chenga. Wypalił sobie jego twarz i zimną minę w sercu.

Wenowie wzlecieli na swoich mieczach. Miasto i góry oddalały się coraz bardziej.

Nawet jeśli Jiang Cheng zejdzie z góry, to już mnie nie znajdzie… Dlaczego prują tak do góry? Zamierzają mnie zrzucić, kiedy będą wystarczająco wysoko?

Po chwili czarna góra nagle przebiła się przez warstwy śnieżnobiałych chmur. Otaczała ją złowieszcza aura śmierci. Tak jakby to był ogromny, tysiącletni trup, od samego patrzenia na nią człowiekowi mroziło krew w żyłach. Wen Chao zatrzymał się nad nią.

Wei Ying, wiesz, gdzie jesteśmy? – zakpił. – Nazywają to miejsce Kopcami Pogrzebowymi.

Słysząc tę nazwę, dreszcz wspiął się po plecach Weia Wuxiana.

Kopce Pogrzebowe są w samym sercu Yiling. Wy, ludzie z Yunmeng, na pewno o nich słyszeliście. To góra trupów, stare pole bitwy. Nieważne, gdzie wbijesz łopatę, to będziesz w stanie wykopać zwłoki. Każdy nieznany trup też jest tu porzucany, owinięty tylko szmatami. – Formacja powoli obniżyła lot, zbliżając się do czarnego szczytu. Wen Chao kontynuował: – Spójrz na to ciemne powietrze. Tsk, tsk, tsk, wroga energia jest silna, prawda? Uraza gęsto ściele zbocze? Nawet my, sekta Wen, nie jesteśmy w stanie nic z tym zrobić. Mogliśmy je tylko otoczyć i ogrodzić, by ludzie nie wchodzili na ich teren. Wciąż jest dzień. W nocy naprawdę wiele można tutaj znaleźć. Kiedy wejdzie tu żywa osoba, to nie wróci ani ciało, ani dusza. Nie wydostaną się stąd na wieczność.

Złapał Weia Wuxiana za włosy i z groteskowym uśmiechem na twarzy wycedził każde słowo:

I ty także nigdy stąd nie wyjdziesz!

Puścił Weia Wuxiana, jak tylko skończył mówić.

Aaaaaaaa…!


1. Baoshan (抱山, Bàoshān) – dosł. objąć górę.

Tłumaczenie: Ashi

7 Comments

  1. Avatar Badacz Sweevil

    Dziękuję za kolejny rozdział. :zachwyt:
    A także za ciężka pracę włożoną w tłumaczenie go. :zachwyt2:
    Już nie mogę się doczekać kolejnego.

    Odpowiedz
  2. Avatar Katt

    Yaaaay! Kolejny rozdział już nie mogłam się doczekać, dziękuję za czas i wysiłek włożone w tłumaczenie (inaczej nie miałabym czego czytać). Rozdział był świetny :zachwyt:
    Teraz nie będę robić nic tylko wyczekiwać kolejnych >-<
    :zachwyt2:

    Odpowiedz
  3. Avatar lograk

    … i mamy kolejny rozdział, ale super! Dziękuję za wysiłek i poświęcony czas, trzymam kciuki za wytrwałość, oby jak najmniej przeszkód stało Ci na drodze w tym przedsięwzięciu.

    Odpowiedz
  4. Avatar Marta

    Wchodzę tu codziennie a nawet kilka razy dziennie i dzisiaj taka niespodzianka ? od razu dzień jest o niebo lepszy ? dziękuję za tłumaczenie ?

    Odpowiedz

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

:błeee:  :płaku:  :WeiMądruś:  :zonk:  :NieNie: 
:AAAA:  :ależeco:  :blabla:  :ugh:  :cooo: 
:ekscytacja:  :facepalm:  :patriarcha:  :muahaha:  :złamaneserce: 
:szok:  :przestań:  :zachwyt:  :zachwyt2: