Mo Dao Zu Shi

Rozdział 59 – Trucizny IV29 min. lektury

Serce Wei WuXiana zamarło.

Widział nas? Uciekamy? A może nas nie widział?

Nagle zza muru dobiegł ich płacz.

Nie płacz. Twoja twarz jest cała umazana – powiedział łagodnym głosem mężczyzna pośród dźwięku kroków. Ten ton był dobrze znany Jiang Chengowi i Wei WuXianowi; należał do Wena Chao.

Wang LingJiao pociągnęła nosem.

Nie będziesz mnie już lubił, jeśli moja twarz będzie umazana?

Jak to możliwe? Bez względu na to, jak JiaoJiao wygląda, to będę ją lubił.

Tak bardzo się boję… Dzisiaj naprawdę… – powiedziała głosem pełnym emocji. – Byłam tak bliska uwierzenia, że naprawdę zostanę zabita przez tę sukę i nigdy więcej cię już nie zobaczę… Paniczu Wen…

Podsłuchujący chłopcy mieli wrażenie, że Wen Chao ją objął i zaczął pocieszać.

Nic już nie mów, JiaoJiao. Już jest dobrze. Na szczęście obronił cię Wen ZhuLiu.

A ty wciąż o nim wspominasz?! Nienawidzę go. Gdyby dzisiaj tak późno nie przyszedł, to bym tyle nie wycierpiała. Nawet teraz moja twarz tak bardzo, bardzo boli…

To ona rozkazała Wenowi ZhuLiu nie pokazywać się jej na oczy i przez to została pobita, a teraz znowu wywraca tę sprawę do góry nogami. Wen Chao uwielbiał, kiedy tak żałośnie narzekała.

To nie będzie bolało. Proszę, pozwól mi dotknąć… Nie podobało ci się, jaki był powolny, ale nie powinnaś stawiać wyzwania jego limitom. Ma naprawdę wysoki poziom kultywacji. Ojciec wiele razy powtarzał, że to niespotykany talent. Wciąż mam nadzieję, że będę mógł go wykorzystać jeszcze przez kilka lat.

Wang LingJiao nie była przekonana.

No i co? Co z tego, że ma niespotykany talent? Lider sekty Wen ma na swój użytek tylu renomowanych kultywatorów, tyle talentów! Na pewno jest ich przynajmniej tysiąc. Co by się stało, gdyby jego zabrakło?

W jawny sposób sugerowała, by ukarał Wena ZhuLiu, aby mogła poczuć się lepiej. Wen Chao zaśmiał się. Choć troszczył się o Wang LingJiao, to nie tak bardzo, by ukarać osobistego ochroniarza dla dobra jakiejś kobiety. W końcu Wen ZhuLiu powstrzymał dla niego wielu zamachowców i nie odzywał się zbyt wiele. Ta małomówność oznaczała, że z pewnością nie zdradzi jego ojca, a tym bardziej jego samego. Tak silny i lojalny ochroniarz to prawdziwa rzadkość.

Spójrz na niego – dodała Wang LingJiao, widząc, że nie przejmuje się zbyt bardzo. – To twój podwładny, ale jest taki arogancki. Chciałam przywalić tej suce Yu, a on mi nie pozwolił. Już jest martwa! To tylko zwłoki! Skoro patrzy na mnie z góry, to na ciebie też, prawda?

Jiang Cheng nie mógł dłużej utrzymać się na murze, więc zsunął się na dół. Wei WuXian szybko złapał go za fraki.

Obaj mieli oczy wypełnione łzami. Krople spływały po ich policzkach, skapując na dłonie, a w końcu lądując na ziemi.

Wei WuXian pamiętał, że tego ranka przed wypłynięciem Jiang FengMian pokłócił się z panią Yu. Ich ostatnie słowa nie były ani miłe, ani delikatne. Zastanawiał się, czy wujek Jiang powiedziałby swojej żonie coś jeszcze, gdyby miał tę ostatnią szansę.

Wen Chao miał to gdzieś.

Taki już jest. Dziwny. To pewnie coś w deseń „śmierć zamiast poniżenia”. On ją zabił, więc jaki jest sens to wspominać?

Masz rację. Cóż za hipokryzja! – zgodziła się z nim Wang LingJiao. Wen Chao uwielbiał słuchać, jak inni się z nim zgadzają. Zaśmiał się. Dziewczyna dalej upajała się chwilą. – Ta suka Yu się doigrała. Potęgą swojej sekty zmusiła mężczyznę, by za nią wyszedł. I na co wyszło? Po co jej to było? I tak jej nie lubił. Od ponad dziesięciu lat była porzuconą żoną, a wszyscy śmiali się za jej plecami. Nawet wtedy nie potrafiła się powstrzymać i była taka arogancka. Karma się na niej zemściła.

Naprawdę? – powiedział Wen Chao. – Nie jest brzydka. Dlaczego Jiang FengMian jej nie lubił?

Jego zdaniem, o ile kobieta była ładna, to nie było powodu, by jej nie lubić. Odrzucone na bok zaś powinny zostać dziewczyny przeciętne lub te, które nie chciały się z nim przespać.

To dość oczywiste, jeśli się nad tym zastanowisz. Suka Yu jest agresywna. Wyraźnie widać, że jest kobietą, ale szasta mieczem i ciągle innych bije. Brakuje jej dobrych manier. Jiang FengMian miał z nią problemy od dnia ślubu. To najbardziej nieszczęśliwy mężczyzna na świecie.

Dokładnie! Kobiety powinny być jak moja JiaoJiao. Posłuszne, delikatne i troszczące się tylko o mnie.

Wang LingJiao zachichotała. Słysząc tak nieznośnie wulgarne zwroty, Wei Wuxian był jednocześnie wściekły i zdewastowany. Cały się trząsł. Bał się, że Jiang Cheng zaraz się na nich rzuci, ale z ogromnego żalu pozostawał nieruchomo, jakby zemdlał.

Oczywiście, że troszczę się tylko o ciebie… O kogo innego miałabym się troszczyć? – wymamrotała kobieta.

Nagle rozległ się nowy głos:

Paniczu Wen! Wszystkie domy zostały przeszukane. Znaleziono ponad 2400 skarbów. Obecnie są sortowane.

Te rzeczy należały do Przystani Lotosów, do sekty Jiang!

Wen Chao się zaśmiał.

Dobra robota, dobra robota! Powinniśmy świętować. Może dzisiaj odprawimy tutaj bankiet? Wszystko jak najlepiej wykorzystajmy!

Paniczu Wen, gratulacje z okazji wprowadzenia się do Przystani Lotosów – powiedziała czule Wang LingJiao.

Do jakiej Przystani Lotosów? Zmieńcie tę nazwę. Zniszczcie wszystko, na czym jest herb z lotosem o dziewięciu płatkach i zamieńcie to na słońce QishanWen! JiaoJiao, zatańcz dla mnie do swojej najlepszej piosenki!

Chłopcy nie mogli już dłużej tego słuchać. Zsunęli się ze ściany i uciekli z Przystani Lotosów, potykając się całą drogę. Śmiechu tłumu z pola treningowego nie dało się zagłuszyć, nawet kiedy odbiegli dość daleko. Kokieteryjny głos kobiety rozlegał się wśród nocy. Jak ostrze skąpane w truciźnie wpijał się w ich uszy i serca raz za razem.

Odbiegli na ponad półtora kilometra, kiedy Jiang Cheng nagle się zatrzymał i zaczął zawracać. Wei WuXian złapał go za ramię.

Jiang Cheng, co ty wyprawiasz?! Nie wracaj tam!

Chłopak go odepchnął.

Nie wracać tam?! Ty tak na poważnie? Mówisz mi, bym tam nie wracał? Ciała moich rodziców wciąż są w Przystani Lotosów. Jak mógłbym tak po prostu odejść? Gdzie mam pójść, jeśli tam nie wrócę?!

Uścisk Wei WuXiana się zacieśnił.

A co możesz zrobić, jeśli teraz wrócisz? Zabili nawet wujka Jianga i panią Yu. Tylko śmierć tam na ciebie czeka!

No to wybieram śmierć! – krzyknął Jiang Cheng. – Jeśli się jej boisz, to spadaj! Nie blokuj mi drogi!

Wei WuXian się na niego rzucił.

Nigdy nie jest za późno na zemstę! Musimy odzyskać ciała, ale nie teraz!

Jiang Cheng zrobił unik, po czym sam też zaatakował.

Co oznacza „nie teraz”? Mam cię dość… Spadaj stąd!

Wujek Jiang i pani Yu kazali mi pilnować, by nic ci się nie stało!

Zamknij się! – zawył Jiang Cheng, mocno go popychając. – Dlaczego?!

Wei WuXian został wepchnięty w krzaki, a drugi chłopak rzucił się za nim. Złapał go za kołnierz i nim potrząsnął.

Dlaczego?! Dlaczego?! No dlaczego?! Cieszysz się?! Jesteś zadowolony?! – Zacisnął dłonie na szyi Wei WuXiana. Jego oczy były przekrwione. – Dlaczego uratowałeś Lana WangJi?!

Wyglądało na to, że ze złości i żalu Jiang Cheng postradał zmysły. W ogóle nie był w stanie kontrolować użytej siły. Wei WuXian szarpnął go za przedramiona.

Jiang Cheng…

Przyszpilając go do ziemi, Jiang Cheng wył dalej.

Dlaczego uratowałeś Lana WangJi?! Dlaczego musiałeś się odezwać?! Ile razy ci mówiłem, byś nie robił kłopotów?! Nie atakował! Naprawdę chcesz aż tak bardzo zgrywać bohatera?! Widziałeś, co się stało?! Hę?! Cieszysz się teraz?! Lan WangJi, Jin ZiXuan i ci wszyscy ludzie mogą po prostu umrzeć! Zostaw ich na śmierć! Co to ma z nami wspólnego?! Z naszą sektą?! Dlaczego to musiało się przydarzyć?! Dlaczego?! Umrzyjcie, umrzyjcie, umrzyjcie! Wszyscy umrzyjcie!

Twarz Wei WuXiana zrobiła się czerwona. Krzyknął:

Jiang Cheng!

Dłoń ściskająca jego szyję nagle się poluzowała. Jiang Cheng łypnął na niego, a po policzkach spływały mu łzy. Z głębi jego gardła wydobył się płacz umierającego mężczyzny – niezwykle bolesne łkanie.

Chcę moich rodziców, moich rodziców… – powtarzał przez łzy. Prosił, by Wei WuXian ich przyprowadził. Jednak nie miało znaczenia, kogo będzie błagał, bo już nigdy nie powrócą do życia.

Wei WuXian też płakał. Siedzieli pośród zarośli, patrząc na swoje zapłakane twarze.

W głębi duszy Jiang Cheng wiedział, że nawet gdyby Wei WuXian nie uratował Lana WangJi w jaskini Xuanwu Zagłady, to sekta Wen prędzej czy później znalazłaby jakiś pretekst, by pojawić się na ich progu. Ale zawsze czuł, że gdyby do tego nie doszło, to może nie pojawiliby się tak szybko, może udałoby się jakoś odwrócić sytuację.

Te myśli go torturowały, wypełniając jego serce nienawiścią i gniewem. Nie mógł się uwolnić, bo wgryzały się w jego wnętrzności.

Kiedy zaczęło się rozjaśniać, Jiang Cheng był prawie odrętwiały.

W ciągu nocy jakimś cudem udało im się kilka razy zasnąć. Jiang Cheng był tak zmęczony od płaczu, że nie mógł się powstrzymać przed omdleniem, a później zasnął po raz drugi, mając nadzieję, że to tylko koszmar. Po krótkiej drzemce nie mógł się doczekać przebudzenia w swoim pokoju w Przystani Lotosów. Jego ojciec czyściłby miecz w sali głównej, a matka znowu by się wściekała i narzekała, besztając Wei WuXiana, który puszczałby mu zabawne oczka. Siostra siedziałaby w kuchni, zastanawiając się, co dzisiaj ugotować, a pozostali bracia migaliby się od porannych lekcji i wygłupiali.

Nie spodziewał się, że obudzi się w zaroślach z głową bolącą po całej nocy spędzonej na mrozie, odkrywając, że wciąż jest zwinięty w kłębek za niewielkim, jałowym wzgórzem.

Pierwszy ruszył się Wei WuXian.

Udało mu się podnieść, opierając ręce na kolanach.

Chodźmy – powiedział chrapliwie. Jiang Cheng się nie ruszył. Wei WuXian pociągnął go, powtarzając: – Chodźmy.

…Gdzie?

Jemu też zaschło w gardle.

Do sekty MeishanYu. Znaleźć starszą siostrę.

Jiang Cheng odepchnął jego wyciągniętą dłoń. Kilka chwil później w końcu siadł i o własnych siłach wstał.

Wyruszyli pieszo w stronę Meishan.

Po drodze przywołali resztki sił. Ich kroki były ciężkie, jakby nieśli ze sobą tysiące kilogramów.

Jiang Cheng przez cały czas miał opuszczoną głowę. Ściskając prawą rękę, przytulał Zidian do piersi nad sercem, bez ustanku dotykając ostatnią pamiątkę po rodzinie. Często też spoglądał w stronę Przystani Lotosów, gapiąc się na miejsce, które było jego domem, a teraz stało się norą demonów. Raz za razem, jakby to było dla niego za mało, jakby nie tracił tej ostatniej iskry nadziei. Jednak nie był w stanie powstrzymać łez zbierających się w jego oczach.

Uciekli w pośpiechu, nie zabierając żadnego jedzenia. Od wczoraj zużyli dość dużo siły. Po połowie dnia wędrówki zaczęło im się kręcić w głowach. Zeszli z opuszczonych pól w stronę małego miasta. Wei WuXian spojrzał na Jiang Chenga i widząc, jaki był zmęczony i niechętny do zrobienia kolejnego kroku, powiedział:

Usiądź. Pójdę znaleźć coś do jedzenia.

Jiang Cheng ani mu nie odpowiedział, ani nie przytaknął. Po drodze odezwał się tylko kilka razy.

Wei WuXian wielokrotnie powtórzył mu, by się nie ruszał, po czym w końcu odszedł. Często upychał pieniądze po kieszeniach i teraz w końcu się to przydało – przynajmniej mieli kilka groszy na jakieś wydatki. Wędrując po mieście, kupił zapas jedzenia, a szczególnie suchego prowiantu, który mógł być spożyty w drodze. W niecałe pół godziny wrócił do miejsca, w którym się rozstali.

Jednak Jiang Chenga tam nie było.

Trzymając w dłoniach gotowane na parze bułeczki, placuszki i owoce, poczuł, jak serce zamiera mu w piersi. Zmusił się do zachowania spokoju. Przeszukał pobliskie ulice, wciąż nie znajdując Jiang Chenga. W końcu zaczął panikować. Zaczepiając pobliskiego szewca, zagadał:

Przepraszam, wcześniej siedział tu młodzieniec mniej więcej w moim wieku. Czy widział pan, gdzie poszedł?

Mężczyzna oblizał gruby koniec nici.

Ten, który był z tobą?

Tak!

Byłem zajęty, więc niewiele widziałem. Ale co chwila odpływał, gapiąc się na przechodniów. Spuściłem go na chwilę z oka, a kiedy znowu na niego spojrzałem, to już go nie było. Może sobie poszedł.

…Poszedł… Poszedł… – mamrotał Wei WuXian.

Na pewno postanowił wrócić do Przystani Lotosów, by ukraść ciała!

Jak gdyby oszalał, Wei WuXian natychmiast pobiegł w stronę, z której przyszli. W dłoniach trzymał zakupione jedzenie, a jego ciężar go spowalniał. Chwilę później zostawił je na ziemi. Jednak niedługo oprócz paniki zaczął też czuć się słabo. Upadł na ziemię, kiedy ugięły się pod nim nogi.

Runął twarzą w dół. W ustach poczuł smak ziemi.

Wszechogarniające uczucie nienawiści zmieszanej z bezradnością rozgościło się w sercu chłopaka. Uderzył mocno pięścią w ziemię, krzyknął i podniósł się na nogi. Odwrócił się i pobiegł w stronę miasta. Podniósł jedną z upuszczonych bułeczek, wytarł ją o szatę i pochłonął w kilku kęsach. Gryzł, jakby rozszarpywał zębami mięso. Przełykając, poczuł twardą gulę w gardle, wywołującą tępy ból. Podniósł pozostałe bułeczki i schował za połą szaty. Jedną złapał w rękę, jedząc w trakcie biegu i mając nadzieję, że uda mu się zatrzymać Jiang Chenga w połowie drogi.

Jednak nawet kiedy dotarł do Przystani Lotosów, a księżyc i gwiazdy rozbłysły na niebie, to wciąż nie napotkał ani śladu chłopaka.

Wei WuXian patrzył się z daleka na jasno oświetloną Przystań Lotosów. Oparł dłonie o kolana, dysząc bez ustanku. Posmak krwi wspiął się z jego piersi do gardła jak zawsze po długim biegu. Mając usta wypełnione rdzawym smakiem, wzrok zaszedł mu czernią.

Dlaczego nie złapałem Jiang Chenga? Najadłem się i biegłem z całych sił, a on był bardziej zmęczony fizycznie i psychicznie. Jak mógł być szybszy ode mnie? Czy naprawdę wrócił do Przystani Lotosów? A jeśli tu nie wrócił, to gdzie poszedł? Do Meishan beze mnie?

Po chwili odpoczynku wciąż postanowił najpierw pójść do Przystani Lotosów i to sprawdzić. Skradając się przy murze, głos rozległ się w sercu chłopaka, odmawiając błagalną modlitwę wypełnioną rozpaczą.

Proszę, niech nikt na polu treningowym nie mówi teraz o zwłokach Jiang Chenga. Inaczej, inaczej…

Inaczej co?

Inaczej co zrobi?

Nic nie mógł zrobić. Był bezsilny. Przystań Lotosów została zniszczona, Jiang FengMian i pani Yu nie żyli, a Jiang Cheng zniknął. Został tylko on, sam, nawet nie mając miecza w dłoni. Nic nie wiedział, nic nie mógł zrobić!

Po raz pierwszy zdał sobie sprawę ze swojej bezsilności. W obliczu czegoś tak wielkiego, jak klan QishanWen był jak modliszka próbująca zatrzymać powóz.

Jego oczy tak piekły, że prawie znowu się popłakał. Skręcił za róg, kiedy nagle cień w biało-czerwonych szatach z motywem słońca skierował się w jego stronę.

Z prędkością światła Wei WuXian przyszpilił go do ziemi. Lewą ręką unieruchomił jego ramiona, a prawą zacisnął na szyi nieznajomego.

Nie rób hałasu! Inaczej natychmiast złamię ci kark! – zagroził najbardziej bezlitosnym tonem głosu, jak był w stanie z siebie wymusić.

Trzymana przez niego osoba natychmiast pospieszyła z wyjaśnieniami:

P-paniczu Wei, to j-ja!

Był to głos chłopaka. Słysząc go, pierwszą myślą Wei WuXiana było: Może to ktoś, kogo znam, noszący szaty Wenów, by ich szpiegować?

Jednak nie kojarzył tego głosu, więc natychmiast odepchnął od siebie tę myśl, zaciskając rękę.

Nawet nic nie próbuj!

N-nic nie próbuję. Paniczu Wei, m-możesz spojrzeć na moją twarz.

Spojrzeć na jego twarz? Może ukrył coś w ustach i planuje tym na mnie splunąć?

Ostrożnie obrócił go na drugą stronę. Rysy twarzy chłopaka były delikatne i otaczała go młodzieńcza przystojność. To ten panicz QishanWen, którego wczoraj widzieli, jak wyglądali przez mury.

Wei WuXian był obojętny.

Nie znam go.

Z powrotem skierował go twarzą w dół, przytrzymując za szyję.

Kim jesteś?! – zapytał niskim tonem.

Chłopak wydawał się rozczarowany.

Jestem… Jestem Wen Ning.

Kim jest Wen Ning? – Wei WuXian zmarszczył brwi.

Jednak w duszy pomyślał: Kogo obchodzi, kim on jest? Tak czy siak, to ktoś z wyższą rangą. Może będę mógł dokonać za niego wymiany!

Kilka… Kilka lat temu podczas konferencji dyskusyjnej w Qishan… Strzelałem z łuku… – zaczął nieśmiało chłopak.

Słysząc, jaki jest powolny, niecierpliwość wstrząsnęła Wei WuXianem.

Co robiłeś?! Jąkasz się?! – zafukał.

Wen Ning tak się przestraszył, że aż wzdrygnął się w uścisku Wei WuXiana, jakby chciał zwinąć się w kłębek i zasłonić głowę rękoma. Wyszeptał:

Ta… Tak.

Widząc, jaki był nieśmiały, żałosny i zająkany, Wei WuXianowi coś się przypomniało. Konferencja dyskusyjna w Qishan sprzed dwóch lat… Konferencja dyskusyjna… Łucznictwo… Ach, rzeczywiście był ktoś taki!

Jesteś tym… Wenem… Wenem cośtam, tym, który jest dobrym łucznikiem?

Wen Ning przytaknął szybko, uśmiechając się szeroko.

T-to ja! Wczoraj… Widziałem cię razem z paniczem Jiangiem i pomyślałem, że możecie wrócić…

Widziałeś mnie wczoraj?

T-tak.

Widziałeś mnie, ale nikomu nie powiedziałeś?

Nie! Nikomu nic nie powiem!

To było jedno z niewielu zdań, w których trakcie się nie zająknął. A do tego jego ton był tak zdeterminowany, jakby składał przysięgę. Wei WuXian był po części zszokowany, po części pełen zwątpienia.

Paniczu Wei, przyszedłeś szukać panicza Jianga, prawda?

Czy Jiang Cheng jest w środku?!

Jest… – odpowiedział posłusznie Wen Ning.

Słysząc to, myśli Wei WuXiana zawirowały. Skoro Jiang Cheng jest w środku, to będę musiał dostać się do Przystani Lotosów. Tylko jak? Wziąć Wen Ninga jako zakładnika? To nie zadziała. Możliwe, że Wen Chao go nie lubi. Co jeśli to nie zadziała?! A może kłamie? W końcu jest z klanu Wen. Jednak wczoraj nas widział i nikomu nie wypaplał. Czy mnie zdradzi, jeśli go puszczę? Jak wśród tych skundlonych Wenów może być ktoś tak miły? By się upewnić, że jestem bezpieczny, mogę tylko…

Mordercza intencja rozgorzała w Wei WuXianie.

Nigdy nie pałał żądzą krwi, ale po zniszczeniu jego sekty narastały w nim gniew i nienawiść. Tak ekstremalna sytuacja nie pozwoliła mu zabrać ze sobą ani krzty życzliwości. Gdyby zacisnął dłoń, to natychmiast złamałby w pół kark Wen Ninga!

Paniczu Wei, czy przyszedłeś uratować panicza Jianga?

Palce Wei WuXiana skrzywiły się lekko.

A jak myślisz? – odpowiedział chłodno.

Z jakiegoś powodu Wen Ning uśmiechnął się nerwowo.

Wiedziałem. M-mogę pomóc ci go stąd wydostać.

Przez ułamek sekundy Wei WuXian myślał, że się przesłyszał. Był zszokowany.

Ty? Pomożesz mi go stąd wydostać?!

Tak. T-teraz mogę go szybko zabrać. Akurat Wen Chao i pozostali gdzieś poszli!

Naprawdę możesz?! – Wei WuXian ścisnął go mocno.

Tak! T-też jestem członkiem klanu Wen, a do tego jest grupa uczniów, którzy słuchają moich rozkazów.

Słuchają twoich rozkazów? Spełniają je, zabijając innych? – powiedział ostro Wei WuXian.

N-n-nie! Moi uczniowie nie zabijają bez powodu. Nie tknęliśmy też ludzi z sekty Jiang! Pospieszyłem tutaj, jak tylko usłyszałem, że coś stało się z Przystanią Lotosów. To prawda!

Wei WuXian gapił się na niego. Co on takiego chce? Kłamie? Jest nieszczery? Ale to kłamstwo jest śmieszne! Czy uważa mnie za idiotę?!

Najgorsze było to, że pełna desperacji ekstaza naprawdę zakiełkowała gdzieś na dnie jego serca.

Zbeształ się w ciszy – był głupi, bezużyteczny, śmieszny, a ta sytuacja dziwaczna i ciężko było w nią uwierzyć. Jednak był sam, bez miecza i jakichkolwiek narzędzi, a po drugiej stronie siedziało tysiące Wenów, a może nawet Wen ZhuLiu.

Nie bał się śmierci. Martwił się tylko, że jeśli umrze, to nie będzie w stanie uratować Jiang Chenga i złamie tym samym zaufanie, jakim w ostatnich chwilach obdarzyli go Jiang FengMian i pani Yu. W takich okolicznościach mógł tylko mieć nadzieję, że pomoże mu ten Wen, którego widział trzy razy w życiu!

Polizał spękane usta, przeciskając przez suche gardło:

No to… Czy mógłbyś… Czy mógłbyś pomóc mi odzyskać też ciała lidera sekty Jiang i pani Yu…

Nawet nie zauważył, że też zaczął się jąkać, ale zanim skończył mówić, uświadomił sobie, że wciąż groźnie ściska Wen Ninga. Szybko go puścił, ale nie opuścił gardy. Gdyby chłopak nagle zaczął uciekać albo krzyczeć, to ciosem rozpłatałby mu natychmiast czaszkę. Jednak ten tylko się odwrócił, poważnym tonem odpowiadając:

Po… Postaram się.

Oszołomiony Wei WuXian czekał na niego, chodząc w tę i we w tę.

Co jest ze mną nie tak? Zwariowałem? Dlaczego Wen Ning miałby mi pomóc? Co jeśli kłamie, a Jiang Chenga wcale nie ma w środku? Nie, to byłaby ogromna ulga!

Nie minęło nawet pół godziny, kiedy Wen Ning naprawdę milcząco wyszedł na zewnątrz, niosąc kogoś na plecach.

Ta osoba była cała zakrwawiona, twarz miała popielatą, a oczy zamknięte, bezruchu leżąc na plecach Wen Ninga. To niezaprzeczalnie był Jiang Cheng.

Jiang Cheng?! Jiang Cheng?! – wyszeptał Wei WuXian, dotykając go. Chłopak wciąż oddychał. Wen Ning wyciągnął rękę, coś mu podając.

Z-zidian panicza Jianga. Przyniosłem go.

Wei WuXian nie wiedział, co powiedzieć.

…Dziękuję – odezwał się w końcu z wahaniem, dobrze pamiętając, że jeszcze chwilę temu planował go zabić.

Nie ma za co. Ciała pana i pani Jiang… Kazałem ludziom je przenieść, później jej wam przekażę. N-nie powinniście tu zostawać. Najpierw…

Nie musiał mówić nic więcej. Wei WuXian zabrał Jiang Chenga, chcąc nieść go samemu, ale wystarczyło jedno spojrzenie, by zobaczył krwawą ranę w poprzek piersi chłopaka.

Bicz dyscyplinujący?!

Mhm. Wen Chao znalazł bicz sekty Jiang… Na ciele panicza Jianga powinny być też inne rany.

Wei WuXian chwilę pomacał. Chłopak miał przynajmniej trzy złamane żebra. Nie wiedział, ile jeszcze ran skrywało się pod jego ubraniami.

Jak Wen Chao wróci i to odkryje, to z pewnością zacznie was szukać w całym Yunmeng… Paniczu Wen, jeśli mi wierzysz, to mogę zabrać was w bezpieczne miejsce.

Jiang Cheng był ciężko ranny. Pilnie potrzebował lekarstw i odpoczynku, więc na pewno nie mogli uciekać jak wcześniej, nie wiedząc, kiedy zjedzą kolejny posiłek. Znajdowali się w beznadziejnej sytuacji. Nie mieli gdzie pójść. Wei WuXian nie był w stanie wymyślić żadnego rozwiązania z wyjątkiem polegania na Wen Ningu.

Jeszcze dzień wcześniej nawet do głowy by mu nie przyszło, że będą potrzebowali pomocy Wena do ucieczki. Może nawet oddaliby swoje życia, nie chcąc się na to zgodzić. Jednak w tej chwili mógł tylko powiedzieć:

Dzięki!

Wen Ning pomachał rękami.

Nie… Nie ma takiej potrzeby. Paniczu Wei, tędy. M-mam łódź…

Wei WuXian odnalazł statek, który wcześniej ukrył w okolicy Wen Ning i wniósł Jiang Chenga do kabiny. Ich niespodziewany sprzymierzeniec najpierw oczyścił rany chłopaka, posmarował maścią i po prostu je zabandażował. Obserwując te znajome ruchy, Wei WuXian nie mógł się powstrzymać przed powspominaniem, jaki był na konferencji dyskusyjnej w Qishan.

To była ta konferencja, podczas której on, Lan WangJi, Lan XiChen i Jin ZiXuan zajęli cztery pierwsze miejsca w zawodach łuczniczych.

Dzień przed zawodami samotnie spacerował po Mieście bez Nocy. Wędrując, minął mały ogród, z którego nagle usłyszał dźwięk wibrującej cięciwy.

Przemknął się między liśćmi i gałęziami. W ogrodzie zobaczył chłopaka ubranego w szatę z miękkiego, białego materiału. Napinał właśnie łuk, po czym wycelował i puścił.

Jego profil wydawał się dość przystojny, a postawa łucznicza klasyczna i piękna. Na celu opierzone strzały już gęsto przyozdabiały czerwony środek. Ta także do nich dołączyła.

Ani razu nie chybił.

Brawo! – oznajmił Wei WuXian.

Po wystrzeleniu chłopak już zdążył wyciągnąć kolejną strzałę z kołczanu. Patrząc w dół, miał zamiar nałożyć ją na cięciwę, kiedy nagle z boku dobiegł go nieznajomy głos. Ręce zadrżały mu z zaskoczenia, a strzała upadła na ziemię. Wei WuXian wyszedł zza krzaków, uśmiechając się szeroko.

Którym paniczem z klanu Wen jesteś? No, no, pięknie, twoje strzały są wspaniałe. Nie widziałem nikogo z twojej sekty, kto by tak dobrze…

Zanim skończył, chłopak zniknął, zostawiając za sobą łuk i strzały.

Wei WuXian zaniemówił. Pomacał się po brodzie.

Jestem aż taki czarujący? Tak czarujący, że aż go wystraszyłem?

Nie wziął tego na poważnie. Po prostu pomyślał, że zobaczył coś wspaniałego i wrócił na plac główny.

Zawody zaraz miały się zacząć. Po stronie Wenów panowało ogromne zamieszanie.

Jak mogą robić aż tak wielkie zamieszanie wokół swojej własnej konferencji dyskusyjnej? Codziennie coś się dzieje. O co im chodzi dzisiaj?

A jak myślisz? Jest ograniczona liczba miejsc. Kłócą się, kogo wpuścić na arenę. – Po chwili przerwy kontynuował ze wzgardą: – Ich umiejętności… Są na równie kiepskim poziomie. Jakie ma znaczenie, kto pójdzie? Czy jest o co się kłócić?

Jeszcze jedna osoba! Brakuje nam jednej osoby! Ostatniej! – krzyknął z boku Wen Chao.

Pośród tłumu stał także ubrany na biało chłopak. Rozglądając się na prawo i lewo, w końcu uniósł dłoń. Jednak nie była wystarczająco wysoko i nie śmiał krzyczeć, tak jak pozostali. Po chwili przepychanek ktoś go zauważył.

QiongLin? Też chcesz wziąć udział?

Chłopak nazwany „QiongLin” przytaknął. Ktoś się zaśmiał.

Nie widziałem cię nigdy z łukiem w dłoni. Dlaczego chcesz wziąć udział? Nie marnuj miejsca.

Wen QiongLin wyglądał, jakby chciał się obronić, ale nie pozwolono mu powiedzieć ani słowa.

No dobrze. Nie powinieneś być taki ciekawski. Ranking jest zapisywany. Jeśli tam pójdziesz i się upokorzysz, to nie będzie mój problem.

Upokorzyć się? – pomyślał Wei WuXian. To chyba jedyna osoba w całym Qishan, która mogłaby uratować was przed upokorzeniem.

Wzgarda w głosie komentującego była oczywista. Wei WuXian nie był zadowolony, więc szybko podniósł głos:

Kto powiedział, że nigdy nie miał łuku w ręce? Miał i jest w tym bardzo dobry!

Wszyscy spojrzeli na niego zaskoczeni, a potem odwrócili wzrok na chłopaka. Twarz Wena QiongLin od początku była blada, ale zrobiła się wściekle czerwona, gdy uwaga wszystkich skupiła się na nim. Jego czarne oczy wpatrzone były w Wei WuXiana, który podszedł do nich z rękami skrzyżowanymi na plecach.

Czy w ogrodzie nie szło ci całkiem nieźle?

Wen Chao też się odwrócił, powątpiewając.

Serio? Ty? Dobry w łucznictwie? Dlaczego nigdy o tym nie słyszałem?

Do… Dopiero niedawno zacząłem ćwiczyć… – Głos chłopaka był nie tylko cichy, ale i jąkliwy. Brzmiał, jakby w każdej chwili miał się załamać i często się zatrzymywał. Wen Chao niecierpliwie się wtrącił:

Dobra, tam jest cel. Wystrzel szybko, żebyśmy mogli zobaczyć. Jeśli będzie dobrze, to weźmiesz udział, jeśli nie, to nie weźmiesz.

Ludzie natychmiast zrobili miejsce. Ręka Wena QiongLin zacisnęła się wokół trzymanej strzały, kiedy rozglądał się za wsparciem. Widząc jego brak pewności, Wei WuXian poklepał go po ramieniu.

Rozluźnij się. Zrób tak, jak wcześniej.

Chłopak spojrzał na niego z wdzięcznością. Biorąc głęboki wdech, naciągnął łuk.

Widząc to, Wei WuXian skrycie potrząsnął głową.

Oho.

Bardzo prawdopodobne było, że Wen QiongLin nigdy nie strzelał na oczach innych. Trzęsło mu się całe ramię aż po koniuszki palców. Strzała poszybowała, nie trafiając nawet w cel. Wszyscy obserwujący to Wenowie zaśmiali się szyderczo.

I to ma być dobre?!

Strzelę lepiej z zamkniętymi oczami.

Dobra, dobra, nie marnujcie czasu. Szybko wybierzmy kogoś, kto weźmie udział w zawodach.

Czerwień na twarzy Wena QiongLin popłynęła dalej, aż pod jego uszy. Nikt nie musiał go odganiać, bo sam uciekł ze wstydu. Wei WuXian za nim pobiegł.

Ej, nie uciekaj! Uch… Brat QiongLin, tak? Dlaczego uciekasz?

Chłopak w końcu się zatrzymał, słysząc swoje imię z tyłu. Odwrócił się z opuszczoną nisko głową, a wstyd zdawał się wręcz emanować z całego jego ciała, kiedy wyjąkał:

…Przepraszam.

Dlaczego mnie przepraszasz? – zastanawiał się Wei WuXian.

Po… Poleciłeś mnie… I straciłeś przeze mnie twarz… – odpowiedział z poczuciem winy chłopak.

Niby jak straciłem przez ciebie twarz? Nie strzelałeś jeszcze przed innymi, prawda? Zdenerwowałeś się?

Chłopak przytaknął.

Trochę pewności siebie. Prawdę mówiąc, strzelasz lepiej niż ktokolwiek w twojej sekcie. A wśród wszystkich uczniów, jakich spotkałem, to lepszymi łucznikami od ciebie jest może ze trzy osoby.

Co tym razem knujesz? Jakich trzech? – odezwał się Jiang Cheng, podchodząc do nich.

Wei WuXian wskazał na niego palcem.

Na przykład ten nie jest taki dobry jak ty.

Guza szukasz?!

Chłopak przywalił Wei WuXianowi, ale ten nawet się nie wzdrygnął, kontynuując:

Naprawdę nie masz się czym denerwować. Mówię szczerze. Poćwicz trochę strzelanie przy innych i w końcu się przyzwyczaisz. Następnym razem na pewno wszystkich zachwycisz.

Wen QiongLin był pewnie jednym z dalszych krewnych Wena Chao. Jego status nie był ani wysoki, ani niski, ale i tak miał nieśmiałą osobowość. Nie śmiał nic zrobić i nawet się jąkał. Dużo ćwiczył i w końcu zyskał wystarczająco wiele odwagi, by wziąć udział w zawodach, ale zawalił sprawę, bo za bardzo się denerwował. Jeśli nie zostanie dobrze pokierowany, to od teraz może jeszcze mocniej ukrywać swoją prawdziwą osobowość i już nigdy nie spróbuje pokazać innym swoich umiejętności. Wei WuXian zachęcił go kilka razy i omówił kilka rzeczy, nad którymi mógłby popracować, poprawiając drobne omsknięcia, które zauważył w ogrodzie. Wen QiongLin słuchał go tak uważnie, że ani na chwilę nie odwrócił wzroku, nieprzerwanie przytakując.

Skąd wytrzasnąłeś te bzdury? Zaraz zaczynają się zawody. Właź na arenę! – przerwał mu Jiang Cheng.

Muszę iść na zawody. Będziesz mógł zobaczyć, jak strzelam… – dodał poważnie Wei WuXian.

Dziedzic sekty Jiang stracił cierpliwość, odciągając go.

Zobaczyć, jak strzelasz? Myślisz, że jesteś modelem czy coś?! – parsknął.

Wei WuXian zastanowił się przez chwilę, po czym odparł:

Tak. A nie jestem?

Wei WuXian! Większego bezwstydnika to w życiu nie widziałem!

Wspominając to, wzrok Wei WuXiana przesunął się z Wen Ninga na Jiang Chenga, który był cały zakrwawiony, a jego oczy mocno zamknięte. Ręce mimowolnie zacisnęły mu się w pięści.

Najpierw popłynęli kanałem, a potem w dół rzeki. Dobili do brzegu i przesiedli się do przygotowanego przez Wen Ninga powozu. Następnego dnia dotarli do Yiling.

Tłumaczenie: Ashi

19 Comments

  1. Avatar lograk

    Ashi, wielkie Xièxiè za to tłumaczenie. Dokładnie to. Przebiegłam wzrokiem inne nowelki, ale ta pozycja zapadła mi szczególnie w pamięć. Chodzi chyba o ogólny klimat, wątek BL jest tu dla mnie całkowicie poboczny, jest jakby jedynie zwieńczeniem tego, co nieuniknione, ale nie najważniejsze.
    Świat duchowy nieznany naszej zachodniej kulturze, jego postrzeganie i samorealizacja w nim i zgodnie z jego nakazami, magia i baśniowość oraz wiara w nie, jako oczywisty czynnik życia, jego trwania i odradzania się w idei reinkarnacji. Też bym tak chciała. Twoje tłumaczenia są jasne, klarowne, bez zbędnej przesady lub dodawania im przesadzonej formy. Czym kierujesz się wybierając tekst do tłumaczenia, musi być w nim coś, czym Cię on ujmie, czy też wszystko Ci jedno? Może to mieć wpływ na proces tłumaczenia? W każdym razie powiedz, że nie porzucisz nas, fanów, którzy codziennie ( jak ja) zaglądają na stronę i patrzą, czy jest kolejny rozdział. Właściwie to realizujesz moje marzenie, robisz coś dla kogoś nie oczekując niczego w zamian. Poprzez swoje tłumaczenia przybliżasz innym świat dotychczas im nieznany. Po latach siedzenia w japońszczyźnie, chińskie universum objawiło mi się jako coś świeżego i odkrywczego i Ty również masz w tym swój udział. Ten komentarz Anonima z 5 maja – ja Cię za niego przepraszam. Czasem za szybko się mówi niż myśli, może jakoś tak to było? Życzę Ci weny i wiary, że „w swoim wolnym czasie, za darmo i dla przyjemności” nadal będziesz to robić, bo widzisz w tym sens. Ten sens to jest m.in moja wielka, egoistyczna przyjemność, że mogę być współuczestnikiem Twojej przygody z tłumaczeniem.

    Odpowiedz
  2. Avatar Katt

    Świetne tłumaczenie! Przeczytałam 59 rozdziałów w dwa dni, chyba nic mnie jeszcze tak nie wciągnęło. Naprawdę jestem wdzięczna za to tłumaczenie ^^ Szukałam tej noweli dosłownie wszędzie :zachwyt2:
    Dlatego tym bardziej doceniam i podziwiam trud włożony w tłumaczenie, bo wiem, że nie jest to prosta rzecz, szczególnie w przypadku nowel gdzie tekstu jest dużo. Będę z niecierpliwością wyczekiwać kolejnych rozdziałów jeśli się pojawią. Przesyłam dużo pozytywnej energii może się przyda :3
    :patriarcha:

    Odpowiedz
      1. Avatar Marta

        Jeeeeej ? Ty sobie usiądź wygodnie i tłumacz a ja posprzątam Ci dom, zrobię obiad i zaparzę herbaty ? pozdrawiam serdecznie i dzięki za powrót ?

        Odpowiedz
      1. Avatar Anonim

        Rozumiem. Po prostu trochę mi szkoda polskich fanów którzy dość długa muszą czekać na tłumaczenie – jakby nie patrzeć ostatni rozdział był dodany w marcu. Rozumiem, że tłumaczenie zajmoje długo ale żeby aż tyle? :blabla:

        Odpowiedz
        1. Ashi Ashi Autor

          No ja przepraszam, ale czy zdajesz sobie sprawę, że ja to robię w swoim wolnym czasie, za darmo i dla przyjemności? Że oprócz tego mogę mieć też pracę (a raczej dwie), rodzinę, prywatne życie i inne zainteresowania? Że mogę zwyczajnie źle się czuć czy nie mieć ochoty tłumaczyć? Nie mam zamiaru się przed nikim tłumaczyć, ale ostatnio pracowałam 9-24 i zdarzało się, że nie miałam czasu nawet zjeść. Czułam wyrzuty sumienia i miałam zamiar po weekendzie nad tym przysiąść, jako że jedno zlecenie mi odpadło i mam więcej czasu, ale po przeczytaniu tak pretensjonalnego komentarza w ogóle straciłam chęci. Nie pozdrawiam.

          Odpowiedz
          1. Avatar Marta

            Proszę nie przejmuj się ludźmi którym dajesz palec a będą chcieli rękę i to jeszcze z pretensjami. Dziękuję Ci za każdy przetłumaczony wyraz i pozdrawiam ?

  3. Avatar Badacz Sweevil

    Dziękuję za kolejny rozdział. :zachwyt2:
    Wręcz bije pokłony w podziękowaniu za tłumaczenie. :patriarcha:
    Dzieje się dzieje i będzie się dziać dalej. :WeiMądruś:
    Pozostaje tylko czekać z cierpliwością na kolejne rozdziały(już nie mogę się doczekać). :NieNie:
    Jeszcze raz dziękuję za nowy rozdział oraz cały trud włożony w tłumaczenie. :zachwyt:

    Odpowiedz
  4. Avatar Dzadza14

    Ojoj dużo się dzieje. Ciekawe jak to dalej będzie przedstawione. Czy będzie się bardzo różnic od anime? Hmmm
    No i oczywiście dzięki za trud włożony w tłumaczenie.
    Chcę więcej.
    Poprostu nie mogę się doczekać jaki będzie koniec tej nowelki. Ale muszę uzbroić się w cierpliwość. :patriarcha:

    Odpowiedz
  5. Avatar Amea

    Dziękuję za kolejny rozdział :zachwyt2: Jak dobrze móc przeczytać nowelkę po tym jak widziało się anime i zobaczyć, że mimo tej samej historii jest tyle szczegółów różniących jedno i drugie! :ekscytacja: Mimo że jest to raczej normalne że nie zrobią anime takie same jak opowiadanie to zawszę bardzo lubię takie momenty kiedy mogę sobie porównać :NieNie: Jeszcze raz dzięki za tłumaczenie :zachwyt2: Ps.: Uwielbiam te obrazeczki z postaciami z MDZS :WeiMądruś: :zachwyt:

    Odpowiedz

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

:błeee:  :płaku:  :WeiMądruś:  :zonk:  :NieNie: 
:AAAA:  :ależeco:  :blabla:  :ugh:  :cooo: 
:ekscytacja:  :facepalm:  :patriarcha:  :muahaha:  :złamaneserce: 
:szok:  :przestań:  :zachwyt:  :zachwyt2: