Mo Dao Zu Shi

Rozdział 98 – Nienawiść I7 min. lektury

Wei Wuxian z Wen Ningiem pobiegli prosto do świątyni Guanyin, znajdującej się w centrum miasta. W dzień już przeszukał to miejsce razem z Lan Wangjim i pierwotnie planowali dokładniej mu się przyjrzeć i zniszczyć szyk ochronny, by sprawdzić, jaka istota została tam zapieczętowana i czy pomoże w starciu z Jin Guangyao. Jednak przespał cały dzień, a potem zdarzyło się tamto. Nic dziwnego, że ich plan spalił na panewce.

Obecnie był w pełni niezadowolony, więc w środku nocy zaczął szukać atrakcji związanych z liderem sekty Jin.

Zewsząd otaczała ich cisza. Światła w domostwach zostały pogaszone, a drzwi do świątyni Guanyin szczelnie zamknięte. Wyglądało, jakby na dziedzińcu panowała absolutna ciemność, lecz gdy Wei Wuxian podskoczył, by dostać się na dach, to nagle poczuł, że coś jest nie tak i zamarł.

Wen Ning również się zatrzymał, szepcząc:

Tu jest bariera.

Wei Wuxian dał znak dłonią. Wylądowali bezdźwięcznie i odeszli od wejścia głównego. Skierowali się ku jednemu z rogów ogrodzenia i ostrożnie wspięli na górę. Znaleźli kryjówkę za jednym z posągów zdobiących kalenicę i w końcu zerknęli na dziedziniec.

Zdębieli z zaskoczenia.

Wnętrze świątyni wypełnione było światłem i ludźmi. Połowę stanowili mnisi, a resztę kultywatorzy ubrani w szaty z Iskrami pośród Śniegu. Obie grupy były przemieszane, wszyscy nosili łuki i kołczany na plecach, a także miecze w dłoniach, jakby czegoś pilnowali i w każdej chwili byli gotowi do walki. Co jakiś czas słychać było szepty.

Z zewnątrz wyglądało to, jakby w środku było ciemno i cicho ze względu na specjalne bariery kamuflujące ustawione ze wszystkich stron świątyni. Nie przedostawała się nawet iskierka światła.

Jednak nie to zszokowało Wei Wuxiana. Nie byli to także kultywatorzy i fałszywi mnisi, lecz ubrana na biało postać stojąca na środku dziedzińca.

Lan Xichen.

Nie był związany. Nawet jego miecz i flet znajdowały się na swoich miejscach. Stał prosto pośród tłumu, a ludzie traktowali go z szacunkiem, odpowiadając nawet na jego zapytania.

Wei Wuxian obserwował przez chwilę, po czym zwrócił się do Wen Ninga.

Natychmiast wracaj do gospody. Jak najszybciej przyprowadź tu Hanguanga-jun!

Trup przytaknął i zniknął. Wei Wuxin nigdzie nie widział Jin Guangyao, więc nie wiedział, czy tu w ogóle jest i czy ma ze sobą amulet tygrysa. Po chwili zastanowienia ugryzł się w palec i przesunął zakrwawiony opuszek w stronę sakiewki więżącej duchy przywiązanej do pasa. Planował użyć kilku mniejszych duchów, by przywołały dla niego parę niecnych istot, jednak w tej samej chwili z drugiego końca ulicy wiodącej do świątyni Guanyin rozległo się szczekanie.

Natychmiast poczuł, jak ulatuje z niego dusza.

Odrętwiały ze strachu powstrzymał chęć ucieczki. Trząsł się jak osika, mocno przytulony do rzeźby. Słuchając, jak szczekanie stopniowo się zbliżało, poczuł, że jego pierś wypełniła się strachem, a w sercu zaczął skandować: „Pomóż mi, Lan Zhan, Lan Zhan, pomocy!”.

Miał wrażenie, że powtarzanie tego imienia tchnęło w niego odrobinę odwagi. Nie przestawał drżeć, gdy zmusił się do zachowania spokoju. Z całej siły modlił się, żeby był to tylko bezdomny pies bez właściciela i odszedł jak najszybciej. Jednak najwyraźniej los był przeciwko niemu.

Pośród szczeknięć dało się usłyszeć besztający głos młodzieńca.

Zamknij się, Wróżko! Czy chcesz wszystkich obudzić w środku nocy?!

Jin Ling!

Mina Lan Xichena się zmieniła. Większość kultywatorów z LanlingJin była w stanie rozpoznać głos ich panicza. Wymienili spojrzenia i nałożyli strzały na cięciwy.

Cii, cii! Ugotuję cię, jeśli nie przestaniesz szczekać! – Głos chłopaka był już słyszalny pod bramą świątyni. – Gdzie mnie ciągniesz?

Serce Wei Wuxiana ścisnął strach.

Jin Ling, ty nieszczęśniku! Uciekaj stąd i to szybko!

Jednak chłopak musiał zatrzymać się tuż przed wejściem. Wróżka szczekała nieprzerwanie, brzmiąc, jakby biegała w kółko, drapiąc łapami o ziemię i mur.

To tutaj? – zastanawiał się Jin Ling. Po chwili ciszy zapukał. – Czy ktoś tu jest?

Wszyscy kultywatorzy obecni na dziedzińcu wstrzymali oddechy. Ich strzały skierowane były w stronę wrót, gdy czekali na rozkazy.

Nie rańcie go! – rozkazał cicho Lan Xichen.

Jego głos nie był w stanie przedrzeć się przez barierę otaczającą świątynię. Nikt nie odłożył broni i wyglądało na to, że Jin Ling także zauważył, że coś jest nie tak. Nawet gdyby nikt nie czuwał w nocy, to uderzył w drzwi tak mocno, że obudziłby umarłego, więc nie powinno być aż takiej ciszy. Chłopak zamilkł, jednak zanim Wei Wuxian mógł poczuć ulgę, znowu rozległo się szczekanie.

Ej, dlaczego uciekasz?! – warknął Jin Ling.

Dobra Wróżka! – mruknął Wei Wuxian, uśmiechając się szeroko.

Wróżka! Wracaj! Kurwa!

Dzieciaku, znikaj za nią jak najszybciej, błagam cię!

Lecz zaledwie chwilę później patriarcha usłyszał prawie niezauważalny dźwięk pyłu opadającego na ziemię. Początkowo nie wiedział, co to za odgłos, lecz nagle oblał się zimnym potem.

O nie, ten gówniarz wspina się na mur!

Jin Ling zobaczył cały dziedziniec pełen kultywatorów z wymierzonymi w niego strzałami, gdy tylko wychylił głowę ponad mur. Jego źrenice się skurczyły. Jeden z mnichów prawdopodobnie widział go po raz pierwszy albo był zdeterminowany, by pozbyć się wszelkich intruzów. Puścił cięciwę, wystrzeliwując strzałę prosto w stronę chłopaka.

Gdy tylko usłyszał ostry gwizd, Wei Wuxian od razu poznał, że mężczyzna był uzdolnionym łucznikiem. Jeśli Jin Ling nie zrobi uniku, to z pewnością przeszyje go na wskroś. Miał tylko jedną rzecz, którą mógł zablokować strzałę, więc wyskoczył z kryjówki i krzyknął:

Jin Ling, wiej!

Rzucił bambusowy flet, który był z nim od odrodzenia. Zablokował brutalny atak, a pocisk zmienił tor, roztrzaskując instrument. Sylwetka Jin Linga zniknęła – chłopak zapewne zdążył już uciec. Jednak przez to pozycja Wei Wuxiana została zdradzona. Setki strzał poleciało w jego stronę z prędkością światła, zamieniając rzeźbę, za którą się ukrywał, w jeżozwierza. W duszy westchnął z ulgą, że żadna go nie trafiła.

Ci ludzie nie byli kiepskimi łucznikami i ich poziom kultywacji zapewne też nie był niski. Wciąż nie było wiadomo, czy Jin Lingowi udało się uciec. Zeskoczył na ziemię i już przygotowywał się do wydania z siebie długiego gwizdu, gdy nagle za jego plecami rozległ się wesoły głos:

Myślę, że będzie lepiej, jeśli przestaniesz, paniczu Wei. Złamany flet to nic w porównaniu z wyrwanym językiem i odciętymi palcami.

To naprawdę ma sens – zgodził się Wei Wuxian.

Czy zechciałbyś dotrzymać nam towarzystwa?

Patriarcha przytaknął.

Jesteś zbyt uprzejmy, liderze sekty Jin.

Cała przyjemność po mojej stronie. – Jin Guangyao się uśmiechnął.

Tak jakby wszystko było w porządku, obeszli cały dziedziniec, docierając do głównego wejścia do świątyni. Wei Wuxian zaniemówił.

Wrota zostały już szeroko otwarte. Tak jak można było się spodziewać, Jin Lingowi nie udało się uciec. Kilku mnichów miało wycelowane w niego miecze. Chłopak na nich spojrzał i odezwał się jako pierwszy, choć z ogromnym wahaniem.

Wujku.

Witaj, A-Ling.

Tłumaczenie: Ashi

8 Comments

  1. Neathis

    Super, że nie wiadomo do kogo mówi wujku. W końcu mógł się tak zwrócić zarówno do tego jak i tego. Co jest jeszcze bardziej super jeśli zwrócił się tak do Wei’a, bo można uznać, że go zaakceptował. Nawet po tym co „zrobił” jego rodzicom

    Odpowiedz
  2. Badacz Sweevil

    Dziękuję za prezent urodzinowy w postaci nowego rozdziału, choć jak zwykle spóźniona jestem. :zonk: :AAAA:
    Dziękuję pięknie za nowy rozdział. :zachwyt: :ekscytacja:
    Akcja się zagęszcza, będę wyczekiwać niecierpliwie kolejnego rozdziału, choć zapewne znowu spóźniona będę. :zachwyt2: :WeiMądruś: Coraz mnie do końca historii zostało. :szok:
    Jeszcze raz dziękuję za całą pracę nad tym rozdziałem. :patriarcha:

    Odpowiedz

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

:błeee:  :płaku:  :WeiMądruś:  :zonk:  :NieNie: 
:AAAA:  :ależeco:  :blabla:  :ugh:  :cooo: 
:ekscytacja:  :facepalm:  :patriarcha:  :muahaha:  :złamaneserce: 
:szok:  :przestań:  :zachwyt:  :zachwyt2: