Mo Dao Zu Shi

Rozdział 47 – Podstęp II46 min. lektury

Pora na konferencję dyskusyjną w Wieży Złotego Karpia nadeszła w mgnieniu oka.

Większość rezydencji prominentnych sekt została zbudowana w lokalizacjach z malowniczymi krajobrazami, ale Wieżę LanlingJin usytuowano w najszybciej rozwijającej się części miasta Lanling. Główna droga, która do niej prowadziła, była dróżką dla powozów o ponad połowie mili długości. Otwierano ją tylko na ważne wydarzenia jak bankiety czy konferencje dyskusyjne. Zgodnie z zasadami LanlingJin nie można po niej szybko chodzić. Obie strony drogi wypełnione były freskami i płaskorzeźbami ukazującymi historie liderów sekty czy innych dystyngowanych kultywatorów. Podczas podróży uczniowie LanlingJin służyli za przewodników.

Ze wszystkich malunków czterema najpopularniejszymi sekcjami związanymi z obecnym liderem, Jinem GuangYao, były ujawnienie, skrytobójstwo, przyrzeczenie i łaskawa surowość. Oczywiście przedstawiały, jak podczas Kampanii Zestrzelenia Słońca Jin GuangYao ukrywał się w sekcie QishanWen i przekazywał informacje, zamordował lidera Wenów, Wen RuoHana, został zaprzysiężonym bratem z resztą Czczonej Triady i wspiął się na pozycję naczelnego kultywatora. Malarz był dość dobry w oddawaniu ludzkich ekspresji. Choć na pierwszy rzut oka nie było widać nic specjalnego, to po uważniejszych oględzinach sceny zabójstwa można było zauważyć, że po policzkach Jin GuangYao spływała krew, ale na jego twarzy wciąż pozostawał zarys uśmiechu. Włosy aż stawały dęba od patrzenia na niego.

Następne były freski Jin ZiXuana. Przeważnie, by pokazać swoją absolutną potęgę, liderzy sekt poświęcali mniej miejsca dla innych kultywatorów swojego pokolenia albo wybierali dla nich gorszego artystę, by ich własne dzieła nie zostały przyćmione. Wszyscy to rozumieli, milcząco dając swoją aprobatę. Jednak Jin ZiXuanowi także poświęcono cztery freski, stawiając go na równej pozycji z Jin GuangYao. Ten przystojny mężczyzna pokazywał na malunkach dumę i wigor.

Wyskakując z powozu, Wei WuXian zatrzymał się przed freskami i gapił na nie przez chwilę. Lan WangJi także się zatrzymał, czekając na niego.

Sekta Lan z Gusu, proszę wejść tędy – oznajmił stojący nieopodal uczeń.

Chodźmy – powiedział Lan WangJi.

Wei WuXian nie odpowiedział. Weszli razem.

Na szczycie schodów był szeroki, wyłożony kostką skwer pełen ludzi. Sekta LanlingJin w ciągu ostatnich kilku lat została zapewne powiększona i trochę się pozmieniała. Widoczna ekstrawagancja była większa od tej, której kiedyś doświadczył Wei WuXian. W odległym boku skweru stała alabastrowa baza nad dziewięcioma schodkami w stylu ruyi1. Na niej zbudowano wspaniały pałac z dachem półszczytowym wychodzący na ocean Iskier wśród Śniegu.

Iskra wśród Śniegu była herbem sekty LanlingJin i cudownym rodzajem białej peonii. A do tego pięknie się nazywała. Miała dwie warstwy płatków – zewnętrzne, większe płatki nadbudowywały się, tworząc fale wezbranego śniegu. Mniejsze, wewnętrzne płatki były cienkie i delikatne, obejmując złote pręciki, jakby były gwiazdami. Skoro już jeden kwiat był wspaniały, to jak można było opisać majestatyczność kwitnących na raz tysięcy?

Wiele dróg prowadziło na skwer. Sekty wchodziły bez przerwy, ale wszystko odbywało się w zorganizowany sposób.

Sekta Su z Moling, proszę tędy.

Sekta Nie z Qinghe, proszę tędy.

Sekta Jiang z Yunmeng, proszę tędy.

Jak tylko się pojawił, Jiang Cheng łypnął na nich ostro.

ZeWu-Jun. HanGuang-Jun – powiedział obojętnie, podchodząc bliżej.

Lan XiChen również kiwnął mu głową na powitanie.

Liderze sekty Jiang.

Obaj wydawali się zajęci. Po wymianie kilku formułek grzecznościowych Jiang Cheng zapytał:

HanGuang-Jun, nigdy nie widziałem cię na żadnej konferencji dyskusyjnej w Wieży Złotego Karpia. Dlaczego nagle cię to zainteresowało?

Nie odpowiedział ani Lan XiChen, ani Lan WangJi. Na szczęście Jiang Cheng nie zadał tego pytania poważnie. Zdążył się już odwrócić do Wei WuXiana, mówiąc, jakby w każdej chwili miał wypluć miecz i nim go przeszyć.

Jeśli dobrze pamiętam, to nigdy podczas podróży nie zabieraliście ze sobą zbędnego personelu. Co tym razem się zmieniło? Raz na ruski rok? Kim jest ten renomowany kultywator? Czy ktoś mógłby mi go przedstawić?

Nagle usłyszeli ciepły głos:

Bracie, dlaczego mnie nie uprzedziłeś, że WangJi też przyjedzie?

Gospodarz na Wieży Złotego Karpia – LianFang-Zun, Jin GuangYao – przyszedł ich osobiście przywitać.

Lan XiChen odwzajemnił jego uśmiech, a Lan WangJi kiwnął głową. Wei WuXian zaś uważnie przyglądał się naczelnemu kultywatorowi wszystkich sekt.

Jin GuangYao urodził się z dość korzystną twarz. Miał bladą cerę i cynobrowy znak na czole. Jego tęczówki wybijały się wśród bieli, wyglądając żwawo, ale nie frywolnie. Wyraźne rysy twarzy wydawały się atrakcyjne i jednocześnie kunsztowne. Cień uśmiechu, który zawsze siedział w kąciku jego ust i brwi, natychmiast ujawniał sprytny charakter. Taka twarz wystarczała, by zyskać miłość kobiet, ale nie wywoływała czujności czy niechęci mężczyzn. Starsi uznaliby go za uroczego, a młodsi za przyjaznego. Nawet jeśli ktoś go nie lubił, to z pewnością też go nie znienawidzi i to dlatego jego twarz była „korzystna”.

Choć był niezbyt wysoki, to jego spokojne zachowanie wystarczało, by to nadrobić. Na głowie nosząc czapkę z czarnej dzianiny, miał na sobie formalny strój sekty LanlingJin z rozkwitającą Iskrą wśród Śniegu na przedzie szaty o zaokrąglonym kołnierzu. Z talią oplecioną dziewięcio pierścieniowym pasem, butami liuhe2 na stopach i prawą ręką opierającą się na rękojeści miecza, wydzielał potężną aurę nietykalności.

Jin Ling wyszedł razem z nim. Najwyraźniej wciąż nie śmiał spotkać się samemu z Jiang Chengiem. Ukrywając się za plecami Jina GuangYao, wymamrotał pod nosem:

Wujku.

Więc pamiętasz, że jestem twoim wujkiem! – odpowiedział ostro Jiang Cheng.

Jin Ling szybko pociągnął za tył szaty Jina GuangYao. Ten najwyraźniej urodził się, by rozwiązywać konflikty.

Liderze sekty Jiang, A-Ling już dawno temu zrozumiał swój błąd. Przez kilka ostatnich dni tak się bał twojej kary, że aż nic nie jadł. Dzieci lubią płatać figle. Wiem, że bardzo go kochasz. Nie skupiajmy się tak bardzo nad tym.

Tak, tak. Wujek może poświadczyć. Przez ostatnie dni miałem okropny apetyt! – powiedział szybko Jin Ling.

Okropny apetyt? Patrząc na to, jak dobrze wyglądasz, powiedziałbym, że nie opuściłeś żadnego posiłku.

Jin Ling już miał coś powiedzieć, kiedy zerknął za Lana WangJi i w końcu zobaczył Wei WuXiana.

Co ty tutaj robisz?! – wypalił zszokowany.

Przyszedłem na darmowy obiad.

Jin Ling był wściekły.

Jak śmiesz przychodzić?! Czy cię nie ostrzegałem…

Jin GuangYao potarł głowę Jin Linga, popychając go za siebie i się uśmiechnął.

A dlaczego by nie? Skoro przyszedłeś, to teraz jesteś naszym gościem. Nie wiem, jak z innymi rzeczami, ale zdecydowanie starczy nam jedzenia. – Odwrócił się do Lan XiChena. – Usiądź pierwszy, bracie. Pójdę załatwić miejsce dla WangJiego.

Nie musisz się kłopotać – powiedział Lan XiChen.

Jaki to kłopot? Bracie, nie musisz być u mnie taki grzeczny. Naprawdę.

Jin GuangYao pamiętał imię, tytuł, wiek i wygląd każdego już po jednym spotkaniu. Nawet po kilku latach bezbłędnie potrafił kogoś powitać, często prowadząc też grzecznościowe rozmowy. Jeśli widział kogoś po raz drugi, to zapamiętywał, co lubią a czego nie, będąc w stanie dostosować się do ich potrzeb. Tym razem Lan WangJi przybył bez uprzedzenia, więc Jin GuangYao zawczasu nie ustawił dla niego stołu. Teraz natychmiast poszedł się tym zająć. Po wejściu do Hali Blasku goście przeszli po miękkim, czerwonym dywanie. Obok stolików z drzewa sandałowego stały ładne pokojówki ozdobione bransoletami, jadeitami i szczerymi uśmiechami. Z dużymi piersiami i wąskimi taliami nawet ich figury były podobne, wyglądając jednocześnie jednolicie i miło. Wei WuXian nigdy nie mógł się powstrzymać przed zaczepieniem wzroku, kiedy spotykał ładne kobiety. Usiadł i uśmiechnął się do pokojówki, kiedy nalewała mu wina.

Dzięki.

Kobieta zerknęła na niego szybko, jakby coś ją zszokowało, ale zaraz mrugnęła i odwróciła wzrok. Wei WuXian pierwotnie uznał to za dziwne. Jednak natychmiast zrozumiał, kiedy się rozejrzał. Tak jak się spodziewał, to nie było jedyne dziwne spojrzenie. Ponad połowa uczniów LanlingJin miała specyficzne miny, kiedy się na niego patrzyła.

Tymczasowo zapomniał, że to była Wieża Karpia, w której Mo XuanYu zaczepiał kogoś z własnej sekty i został przez to wyrzucony. Kto by się spodziewał, że powróci w tak jawny sposób, jakby nie miał wstydu. Nawet wsunął się na wysokiej rangi miejsce z Dwoma Jadeitami Lan…

Wei WuXian przysunął się do Lana WangJi.

HanGuang-Jun, HanGuang-Jun.

Tak?

Proszę, nie zostawiaj mnie. Jest tu pewnie wiele osób, które znają Mo XuanYu. Jeśli ktoś będzie chciał ze mną porozmawiać o starych, dobrych czasach, to będę musiał dalej walić głupa i pleść bzdury. Proszę, nie miej mi za złe, jeśli stracisz twarz.

Dopóki nikogo specjalnie nie sprowokujesz – odpowiedział ciepłym tonem Lan WangJi.

W tej chwili wszedł Jin GuangYao z kobietą ubraną w ekstrawaganckie szaty u boku. Choć wyglądała bardzo dostojnie, to ślad niewinności wciąż wmieszał się w jej ekspresję. Nawet jej wdzięczne rysy wydawały się trochę dziecinne. To była oficjalna żona Jina GuangYao, pani na Wieży Karpia – Qin Su.

Ta dwójka była uosobieniem kochającej się pary w świecie kultywacji od paru lat, szanując się wzajemnie. Wszyscy wiedzieli, że Qin Su urodziła się w LaolingQin – sekcie pobocznej LanlingJin. Qin CangYe, lider LaolingQin, był podwładnym, który od lat podążał za Jin GuangShanem. Choć Jin GuangYao był synem Jin GuangShana, to pierwotnie nie pasowali do siebie ze względu na status jego matki. Jednak podczas Kampanii Zestrzelenia Słońca Qin Su została przez niego uratowana. Zakochując się w nim, nigdy nie ustąpiła, upierając się, że chce zostać jego żoną. W końcu postawili kropkę w tej historii romantycznej. Jin GuangYao też jej nie zawiódł. Choć był naczelnym kultywatorem, to zachowywał się inaczej niż ojciec. Nie miał żadnych konkubin, nie wspominając o związku z żadną inną kobietą. To rzeczywiście było czymś, czego zazdrościły żony wielu liderów sekt.

Wei WuXian w milczeniu zgodził się z tymi plotkami, patrząc na Jina GuangYao trzymającego dłoń Qin Su. Wyraz twarzy mężczyzny wypełniony był troską i miłością, jakby martwił się, że kobieta przypadkiem potknie się na jadeitowych schodach.

Kiedy usiedli przy stole stojącym na samym przodzie sali, bankiet oficjalnie się rozpoczął. Przy stole przeznaczonym dla drugiej najwyższej rangą osoby siedział Jin Ling. Łypnął na Wei WuXiana, jak tylko jego oczy na nim spoczęły. Jednak mężczyzna był przyzwyczajony do ciągłych spojrzeń. Przez cały czas udawał, że nic się nie dzieje, jedząc i pijąc pośród toastów i gwaru w Hali Blasku. To była dość wesoła scena.

Noc zapadła, kiedy w końcu skończył się bankiet. Konferencja dyskusyjna oficjalnie rozpocznie się następnego ranka. W parach i trójkach wszyscy powoli opuścili salę, idąc do komnat gościnnych, do których prowadzili ich uczniowie. Lan XiChen był trochę nieobecny, więc Jin GuangYao chciał zapytać, co się stało. Jednak kiedy podszedł i zawołał „Bracie”, inna osoba rzuciła się w ich stronę, wrzeszcząc to samo.

Jin GuangYao prawie się cofnął. Jedną dłonią szybko poprawił czapkę.

HuaiSang, co się stało? Najpierw się uspokój.

Tak niewłaściwym przywódcą sekty mógł być tylko ten, który kręci głową na „nie” z sekty QingheNie. Oczywiście pijany ten, który kręci głową na „nie” był jeszcze bardziej niestosowny. Czerwony na twarzy HuaiSang nie chciał puścić.

Och, Bracie! Co mam zrobić?! Możesz mi znowu pomóc? Obiecuję, że to ostatni raz!

Czy ostatnią sytuacją nie zajęli się ludzie, których dla ciebie znalazłem?

Tamta sytuacja została załatwiona, ale teraz jest nowa! Bracie, co mam zrobić? Nie chcę już żyć! – płakał chłopak.

Widząc, że tej sprawy raczej nie dało się opisać w kilku słowach, Jin GuangYao odwrócił się do żony.

A-Su, wróć pierwsza. HuaiSang, znajdźmy jakieś ciche miejsce i usiądźmy. Nie ma powodów do pośpiechu…

Zaczął kierować się do wyjścia z opierającym się o niego HuaiSangiem. Kiedy Lan XiChen podszedł, by sprawdzić, co się dzieje, też został porwany przez pijanego chłopaka.

Qin Su skłoniła się Lanowi WangJi.

HanGuang-Jun, wydaje mi się, że od wielu lat nie było cię na konferencji dyskusyjnej w Lanling. Przepraszam, jeśli nie zostałeś odpowiednio przyjęty. – Jej głos był miękki i idealnie pasował tak uroczej piękności. Lan WangJi skinął głową w odpowiedzi. Spojrzenie dziewczyny spoczęło na Wei WuXianie. Po chwili wahania wyszeptała: – Wybaczcie, pójdę już.

Po tych słowach oddaliła się razem z pokojówką.

Wszyscy w Wieży Karpia tak dziwnie się na mnie patrzą – rozważał Wei WuXian. – Co takiego zrobił Mo XuanYu? Rozebrał się i publicznie okazał swoją miłość? Co w tym specjalnego? Ludzie z LanlingJin naprawdę niewiele w życiu widzieli.

Lan WangJi potrząsnął głową, słysząc te bzdury.

Pójdę kogoś zapytać – mówił dalej Wei WuXian. – HanGuang-Jun, pilnuj dla mnie Jiang Chenga. Lepiej będzie, jeśli nie przyjdzie mnie znaleźć. A jeśli to zrobi, to go dla mnie powstrzymaj na chwilę, dobrze?

Nie posuwaj się za daleko.

Jasne. Jeśli to zrobię, to spotkajmy się w nocy w naszym pokoju.

Wzrokiem przeszukał całą salę, ale nie zauważył osoby, której szukał. Unosząc brew, rozglądał się dalej, zostawiając Lana WangJi. Kiedy mijał mały pawilon, ktoś nagle wyskoczył z pobliskiego kamiennego ogrodu.

Hej!

Ha! Znalazłem go! – pomyślał Wei WuXian. Odwrócił się i cherlawym tonem powiedział:

Jak to „hej”? Jak niemiło. Czy nie byliśmy już strasznie ckliwi, jak ostatnio się rozstaliśmy? Teraz znowu się spotykamy, a ty jak zawsze jesteś bez serca. Smutno mi.

Jin Ling poczuł, jak ciarki przechodzą mu po całym ciele.

Zamknij się natychmiast! Kto był z tobą ckliwy?! Czy już cię nie ostrzegałem, byś nie zadzierał z ludźmi z naszej sekty? Dlaczego musiałeś wrócić?!

Szczerze, to zawsze podążałem za HanGuang-Junem. Jestem bliski zmuszenia go do złapania za sznur i przywiązania mnie do swojego ciała. Gdzie widziałeś, bym zadzierał z ludźmi z twojej sekty? Chodzi o twojego wuja? To on ze mną zadziera, dobra?

Odejdź! – Jin Ling był wściekły. – Mój wuj tylko cię podejrzewa! Nie wygaduj bzdur. Nie myśl sobie, że nie wiem, że wciąż nie odpuściłeś i nadal chcesz…

Nagle wokół nich rozbrzmiało kilka krzyków. Pół tuzina chłopców w stroju sekty LanlingJin wyskoczyło z ogrodu. Jin Ling natychmiast zamilkł.

Chłopcy powoli do nich podeszli. Prowadził ich ktoś podobny wiekiem do Jin Linga, ale szerszy od niego.

Myślałem, że wzrok mnie myli, ale to naprawdę on.

Ja? – Wei WuXian wskazał na siebie palcem.

A kto inny? Mo XuanYu, wciąż masz czelność tu wrócić?

Jin Chan, po co tu przyszedłeś? To nie twoja sprawa – powiedział Jin Ling, marszcząc brwi.

Rozumiem. To pewnie dzieciaki z pokolenia Jin Linga. I najwyraźniej się z nim niezbyt dobrze dogadywali – pomyślał Wei WuXian.

To nie moja sprawa, ale twoja już tak? Co cię ja obchodzę?

Jak to mówił, trzech albo czterech chłopców podeszło bliżej, jakby chcieli przytrzymać Wei WuXiana. Robiąc krok w bok, Jin Ling stanął przed nim.

Nie wygłupiaj się!

Nie wygłupiać się? Co jest złego w daniu nauczki niestosownemu uczniowi naszej sekty?

Ocknij się! – prychnął Jin Ling. – Już dawno go wywalili! Nieważne, jak na to spojrzysz, nie jest uczniem z naszej sekty.

I co z tego?

To „i co z tego” brzmiało tak pewnie, że Wei WuXian aż osłupiał.

I co z tego? Zapomniałeś, z kim dzisiaj przyszedł? Chcesz dać mu nauczkę? Może najpierw zapytasz HanGuang-Juna?

Kiedy usłyszeli ten przydomek, wszyscy chłopcy zrobili się nerwowi. Choć Lan WangJi nie był obecny, to nikt nie śmiał powiedzieć, że wcale się go nie bał.

Ha, Jin Ling, czy ty też go nie nienawidziłeś? Dlaczego dzisiaj jest inaczej? – zapytał Jin Chan po chwili milczenia.

Jak to jest, że masz aż tyle do powiedzenia? Czy moja nienawiść ma dla ciebie jakiekolwiek znaczenie?

Bezwstydnie napastował LianFang-Zuna, a ty wciąż go bronisz?

Wei WuXian poczuł się jak rażony piorunem.

Kogo napastował? LianFang-Zuna? Kim był LianFang-Zun? Czy to nie Jin GuangYao?

Nie mógł w to uwierzyć. Osobą, którą napastował Mo XuanYu, był LianFang-Zun, Jin GuangYao!

Wciąż próbował wyjść z szoku, ale Jin Chan i Jin Ling w jakiś sposób zaczęli nastawiać się do bójki po wymianie kolejnych kilku słów. W końcu żaden nie patrzył na drugiego w pozytywnym świetle. Płomień natychmiast się rozjarzył.

Jeśli chcesz walczyć, to walczmy. Myślisz, że się ciebie boję? – zapewniał Jin Ling.

Dlaczego by nie? – krzyknął jeden z chłopców. – I tak tylko zawoła psa, by mu pomógł!

Jin Ling usłyszał to, kiedy prawie zaczynał gwizdać. Zacisnął zęby i ryknął:

Pokonam cię, nawet jeśli nie zawołam Wróżki!

Choć jego ton wypełniony był pewnością siebie, to dwie pięści nie dorównywały przeciwnikowi z czterema rękami. Po rozpoczęciu walki szybko było widać, że jego umiejętnościom wiele brakuje. Wydawał się przegrywać, będąc zmuszonym do cofania się coraz bliżej Wei WuXiana.

Jin Ling wściekł się, kiedy zobaczył, że Wei WuXian wciąż stoi w tym samym miejscu.

Dlaczego wciąż tu jesteś?!

Wei WuXian nagle złapał go za rękę. Zanim Jin Ling miał szansę krzyknąć, poczuł, jak ogromna siła naciska na jego przegub. Nie mogąc się powstrzymać, upadł na ziemię.

Chcesz zdechnąć?! – wrzasnął rozwścieczony.

Jin Chan i pozostali byli zaskoczeni, kiedy powalił Jin Linga, który go ochraniał. Wei WuXian zapytał:

Załapałeś?

Co? – Jin Ling też był zaskoczony.

Wei WuXian znowu poruszył dłonią.

Zrozumiałeś?

Czując paraliżujący ból rozprzestrzeniający się od nadgarstka po całym jego ciele, Jin Ling znowu krzyknął. Jednak był w stanie przypomnieć sobie szybki subtelny ruch, który wykonał Wei WuXian.

Jeszcze raz. Przyjrzyj się dokładnie – powiedział starszy mężczyzna.

Jeden z chłopców właśnie do nich podbiegł. Z jedną ręką za plecami, Wei WuXian złapał za jego przedramię. W mgnieniu oka powalił go na ziemię. Tym razem Jin Ling wyraźnie widział, co się dzieje. Bolące miejsce na jego własnym nadgarstku podpowiedziało mu, do którego punktu akupunkturowego ma wysłać energię duchową. Zrywając się na nogi, wydawał się w lepszym nastroju.

Tak!

Sytuacja odwróciła się w mgnieniu oka. Sfrustrowane krzyki chłopców szybko rozniosły się po ogrodzie.

Tylko czekaj, Jin Ling! – zafukał w końcu Jin Chan.

Szereg przekleństw podążył za uciekającymi chłopcami. Z drugiej strony Jin Ling śmiał się do rozpuku.

Spójrz, jaki jesteś szczęśliwy – powiedział Wei WuXian, kiedy chłopak w końcu się uspokoił. – Pierwszy raz wygrałeś?

Zawsze wygrywałem jeden na jednego, ale Jin Chan za każdym razem wzywa grupę pomocników. Wstydu nie ma – splunął Jin Ling.

Wei WuXian właśnie miał powiedzieć, że on też mógł znaleźć grupę ludzi do pomocy. Walki nie musiały być jeden na jednego. Czasami liczba ludzi w grupie robiła różnicę między życiem a śmiercią. Jednak zdał sobie sprawę, że zawsze widział Jin Linga samego, bez żadnych uczniów w podobnym wieku wokół niego. Możliwe, że nie miał żadnych pomocników, spośród których mógłby kogoś wybrać. Dlatego zdecydował się nikomu nic nie mówić.

Ej, jak nauczyłeś się tego ruchu?

Wei WuXian bez grama wstydu zepchnął całą odpowiedzialność na barki Lana WangJi.

HanGuang-Jun mnie nauczył.

Jin Ling w ogóle w to nie zwątpił. Już i tak widział wstążkę Lana WangJi obwiązaną wokół nadgarstków Wei WuXiana.

Nawet tego cię uczy? – wymamrotał tylko.

Pewnie. To i tak tylko mała sztuczka. Pierwszy raz jej użyłeś, a oni czegoś takiego jeszcze nie widzieli, więc rezultat był niezły. Choć jeśli będziesz często tak robił, to w końcu się skapną co i jak, więc następnym razem nie będzie tak łatwo. Co ty na to? Chcesz nauczyć się ode mnie kilku ruchów?

Dlaczego taki jesteś? – zapytał Jin Ling, zerkając na niego. – Mój młodszy wuj zawsze radził, bym tego unikał, ale ty mnie wręcz podjudzasz.

Radził ci? Byś unikał czego? Nie walcz z innymi, tylko się z nimi grzecznie dogaduj?

Mniej więcej.

Nie słuchaj go. Powiem ci coś. Jak dorośniesz, to zauważysz, że wokół ciebie zakręci się coraz więcej osób, którym będziesz chciał przywalić, ale będziesz musiał zmuszać się do bycia dla nich miłym. Więc idź i tłucz kogo tylko zechcesz, dopóki jesteś jeszcze młody. Twoje życie nie będzie kompletne, jeśli w tym wieku nie doświadczysz kilku prawdziwych bójek.

Twarz Jin Linga zdradzała lekkie pragnienie, ale wciąż brzmiał pogardliwie.

O czym ty mówisz? Rady wujka są dla mojego dobra.

Jak to mówił, to nagle sobie przypomniał, że w przeszłości Mo XuanYu uważał Jina GuangYao za bóstwo. Z pewnością w żaden sposób by mu nie zaprzeczył. A teraz mówił „nie słuchaj go”. Co, jeśli naprawdę nie miał już względem niego żadnych niestosownych myśli?

Patrząc na jego minę, Wei WuXian był w stanie odgadnąć, co takiego myślał. Bez wahania powiedział:

Wygląda na to, że nie mogę tego dłużej trzymać przed tobą w tajemnicy. To prawda, zakochałem się w kimś innym.

Jin Ling zaniemówił.

Mina Wei WuXiana była tak samo ożywiona, jak jego ton.

Podczas mojej nieobecności poważnie sobie to przemyślałem i w końcu zdecydowałem, że LianFang-Zun nigdy nie był w moim typie, ani nawet do mnie nie pasował.

Jin Ling się cofnął.

W przeszłości nie rozumiałem własnego serca, ale po spotkaniu HanGuang-Juna jestem pewny. – Wziął głęboki wdech. – Już nie jestem w stanie go zostawić. Nie chcę nikogo z wyjątkiem HanGuang-Ju… Czekaj, dlaczego uciekasz? Jeszcze nie skończyłem! Jin Ling, Jin Ling!

Jin Ling odwrócił się i pobiegł w przeciwnym kierunku. Wei WuXian krzyknął za nim kilka razy, ale ten nawet się nie odwrócił. Był dumny, że tym razem Jin Ling z pewnością nie zwątpi w niestosowność jego myśli na temat Jina GuangYao. Jednak kiedy się odwrócił, zobaczył w świetle księżyca bladą postać ubraną w szaty bielsze od szronu. Stojąc niecałe dziesięć metrów dalej, Lan WangJi patrzył się prosto na niego, wyglądając spokojnie jak zawsze.

Tuż po odrodzeniu mówił rzeczy o wiele bardziej żenujące niż to. Jednak teraz, kiedy Lan WangJi na niego patrzył, pierwszy raz w ciągu obu żyć poczuł delikatny wstyd.

Wei WuXian szybko go stłumił. Podszedł do towarzysza, naturalnie mówiąc:

HanGuang-Jun, jesteś! Wiedziałeś? Mo XuanYu został wykopany z Wieży Złotego Karpia, bo napastował Jina GuangYao. To dlatego wszyscy tak dziwnie się na mnie patrzyli!

Lan WangJi nic nie odpowiedział. Po prostu się odwrócił i zaczął iść obok niego.

Ani ty, ani ZeWu-Jun nic o tym nie wiedzieliście – kontynuował Wei WuXian. – Nawet nie wiedziałeś, kim jest Mo XuanYu. Wygląda na to, że sekta LanlingJin zataiła całą sprawę, a to wszystko tłumaczy. W końcu w żyłach Mo XuanYu płynie krew lidera sekty. Gdyby Jin GuangShan nie chciał takiego syna, to nigdy nie przyjąłby go z powrotem. Jeśli to byłoby takie proste, jak napastowanie kogoś z tej samej sekty, to tylko by go zbesztano. To nie wystarczyłoby, by całkiem go wyrzucić, ale to Jin GuangYao, więc sprawy mają się inaczej. Nie tylko jest LianFang-Zunem, ale też bratem przyrodnim Mo XuanYu. To naprawdę…

To naprawdę wielki skandal. Sprawa musiała zostać jak najszybciej załatwiona. Oczywiście nie mogli zrobić nic LianFang-Zunowi, więc mogli tylko wygonić Mo XuanYu.

Wei WuXian pamiętał, że podczas ich wcześniejszego spotkania na placu, Jin GuangYao wyglądał, jakby nic się nie stało. Spokojny sposób, w jaki zaczął z nimi rozmawiać, sprawiał wrażenie, jakby w ogóle nie znał Mo XuanYu. Wei WuXian nie mógł się powstrzymać przed pochwałą jego umiejętności. Z drugiej strony reakcja Jin Linga w ogóle nie mogła zostać ukryta. Mo XuanYu go obrzydzał, bo nie tylko był obcinaczem rękawów, ale też napastował jego wuja.

Na wspomnienie chłopaka Wei WuXian westchnął.

Co się stało? – zapytał Lan WangJi.

HanGuang-Jun, zauważyłeś, że Jin Ling był sam za każdym razem, kiedy udawał się na nocne łowy? Nie mów, że zawsze towarzyszy mu Jiang Cheng. Jego własny wuj się nie liczy. Ma już piętnaście lat, ale nie zadaje się z nikim w swoim wieku. Kiedy byliśmy młodzi… – Lan WangJi lekko uniósł koniuszek brwi. Widząc to, Wei WuXian natychmiast zmienił wypowiedź. – Dobra. Ja. To byłem tylko ja. W młodości taki nie byłem, prawda?

To byłeś ty. Nie każdy taki jest – odpowiedział obojętnie Lan WangJi.

Ale każde dziecko lubi przebywać w grupie, prawda? HanGuang-Jun, czy nie sądzisz, że Jin Ling jest odległy i nie ma żadnych przyjaciół we własnej sekcie? Nie wiem, jak jest w YunmengJiang, ale nikt z uczniów LanlingJin nie chce się z nim bawić. Przed chwilą z kilkoma walczył. Nie mów, że Jin GuangYao nie ma syna albo córki, albo kogokolwiek, kto jest w podobnym wieku.

Jin GuangYao kiedyś miał syna. Umarł młodo.

Ale był paniczem na Wieży Karpia! Jak mógł tak po prostu umrzeć? – zastanawiał się Wei WuXian.

Wieże strażnicze.

A dlaczego?

Kiedy Jin GuangYao planował wybudować wieże strażnicze, to nie tylko miał wielu przeciwników, ale też zaszedł za skórę wielu sektom. Lider jednego z opozycyjnych klanów przegrał kłótnię i wpadł w morderczy szał, zabijając jedynego syna Jina GuangYao i Qin Su. Chłopiec zawsze był grzeczny i para bardzo go kochała. W ramach zemsty Jin GuangYao zniszczył całą jego sektę. Jednak Qin Su pogrążyła się w żalu i od tamtej pory nie była w stanie zajść w kolejną ciążę.

Z tym swoim porywczym temperamentem Jin Ling obraża ludzi, kiedy tylko otworzy usta, a kiedy unosi rękę, potrząsa gniazdem szerszeni – powiedział po chwili ciszy Wei WuXian. – Wasz JingYi nazywa go panienką i no cóż, ma rację. Gdybyśmy go tyle razy nie ochronili, to nie zostałoby mu żadne życie. Jiang Cheng nie jest kimś, kto wie, jak uczyć dzieci. Z drugiej strony Jin GuangYao…

Przypominając sobie, po co przyszli do Wieży Karpia, Wei WuXiana znowu rozbolała głowa. Przycisnął dłoń do skroni. Lan WangJi spoglądał na niego w milczeniu. Choć go nie pocieszał, to zawsze słuchał i odpowiadał na każde pytanie. Wei WuXian westchnął.

Nieważne. Wróćmy do środka.

Wrócili do rezydencji gościnnej, którą zaaranżowała dla nich sekta LanlingJin. Pokój był dość przestronny i bardzo ozdobny. Na stole ustawiono komplet wspaniałych czarek do wina zrobionych z gładkiej, białej porcelany. Wei WuXian usiadł z boku, podziwiając je. Skończył, kiedy było już późno w nocy.

Przeszukując szuflady, znalazł nożyce i arkusz papieru. Kilkoma cięciami stworzył ludzika. Papierowy ludzik, z okrągłą głową i niespotykanie długimi rękawami przypominającymi skrzydła motyla, był wielkości palca dorosłej osoby. Wei WuXian wziął ze stołu pędzel i namalował nim kilka znaków. Odrzucając go na bok, napił się trochę wina z czarki i natychmiast położył na łóżku. Papierowy ludzik zaś nagle drgnął. Drżąc przez chwilę, jego szerokie rękawy uniosły to prawie nic nieważące ciało w powietrze, jakby były skrzydłami. Polatał chwilę, po czym wylądował na ramieniu Lana WangJi.

Mężczyzna spojrzał się w bok. Papierowy ludzik rzucił się na jego policzek i wspiął na górę aż do wstążki na czoło, ciągnąc za nią, jakby była jego ulubioną rzeczą na świecie. Kiedy Lan WangJi sięgnął, by go zdjąć, ludzik jak najszybciej zsunął się na dół. Celowo lub nie, stuknął głową w usta mężczyzny.

Lan WangJi zamarł na chwilę. W końcu go złapał dwoma palcami.

Nie wygłupiaj się.

Ludzik delikatnie przeturlał się po jego szczupłym palcu.

Musisz być ostrożny.

Ludzik kiwnął głową i zamachał skrzydłami. Przytulając się do ziemi, wydostał się z pokoju przez szparę pod drzwiami.

Wieża Karpia była pilnie strzeżona. Oczywiście duża, żywa istota nie mogłaby dowolnie się przemieszczać. Całe szczęście Wei WuXian kiedyś nauczył się pewnej techniki czarnomagicznej – papierowej metamorfozy.

Choć była zdecydowanie użyteczna, to miała też wiele wad. Czas przemiany był ograniczony, a papierowy ludzik musiał po wypuszczeniu wrócić taki, jaki był, bez ani jednego zadrapania. Gdyby po drodze został podarty lub w jakiś sposób uszkodzony, dusza otrzymałaby taką samą ranę – od roku nieprzytomności po całe życie szaleństwa. Trzeba było być bardzo ostrożnym.

Wei WuXian opętał to papierowe ciało. Przyczepiał się do szat przechodzących kultywatorów. Innym razem kładł się na ziemi, by przemknąć pod zamkniętymi drzwiami. Czasami rozkładał rękawy i spoglądał na ziemię, udając kawałek papieru lub motyla tańczącego wśród nocy. Nagle wciąż lecąc, usłyszał płacz dochodzący z dołu. Spoglądając w tamtą stronę, zobaczył jedną z rezydencji Jina GuangYao, Kwiecisty Ogród.

Podleciał pod dach i zobaczył trzy postacie siedzące w salonie. Pijany Nie HuaiSang płakał, w jednej ręce trzymając za szaty Lan XiChena, a w drugiej Jina GuangYao, narzekając na nie wiadomo co. Z salonu można było przejść do gabinetu. Widząc, że nikogo tam nie ma, Wei WuXian poszedł się rozejrzeć. Opisane czerwonym atramentem szkice pokrywały całe biurko. Na ścianach wisiały cztery krajobrazy, po jednym z każdej pory roku. Nie zamierzał poświęcać im uwagi, ale kiedy nie zerknął, to nie mógł się powstrzymać przed pochwaleniem umiejętności artysty. Kolory i pociągnięcia pędzla były delikatne, ale pejzaże wydawały się rozległe. Choć na każdej powierzchni namalowano tylko jedną scenę, to wyglądały, jakby rozciągały się na tysiące mil. Wei WuXian pomyślał, że ten poziom umiejętności był porównywalny do zdolności Lan XiChena i nie mógł się powstrzymać przed przyjrzeniem się im bliżej. Dopiero później zdał sobie sprawę, że artystą naprawdę był Lan XiChen.

Wylatując z Kwiecistego Ogrodu, zobaczył ogromny pałac z pięcioma kalenicami3. Jego dach pokrywały błyszczące, glazurowane dachówki i podtrzymywały go trzydzieści dwie złote kolumny. Widok był naprawdę wyśmienity. To było z pewnością najmocniej chronione miejsce w Wieży Złotego Karpia, sypialnia każdego przywódcy sekty LanlingJin – Aromatyczny Pałac.

Poza kultywatorami ubranymi w szaty z Iskrami wśród Śniegu Wei WuXian mógł także wyczuć szyki, które zostały ustawione nad i pod pałacem. Podleciał do podstawy kolumny, w której także wyrzeźbiono peonię i chwilę odpoczął. Dopiero po chwili sapania wsunął się przez szparę pod drzwiami do środka.

W porównaniu do Kwiecistego Ogrodu Aromatyczny Pałac był klasycznym budynkiem Wieży Karpia. Bogato zdobiony budynek był prawie majestatyczny. W środku warstwy jedwabnych zasłon opadały falami ku podłodze. Kadzidło w kształcie bestii stało na podstawce, wydzielając kłęby aromatycznego dymu. Pośród tej ekstrawagancji czuć było słodką i ospałą dekadencję.

Jin GuangYao był z Lan XiChenem i Nie HuaiSangiem w Kwiecistym Ogrodzie, co oznaczało, że Aromatyczny Pałac był pusty, pozwalając Wei WuXianowi wszystko przeszperać. Papierowy ludzik latał po pomieszczeniach, szukając czegokolwiek podejrzanego. Nagle zobaczył na stole przycisk do papieru zrobiony z agatu, pod którym leżała koperta.

Została już otwarta. Nie była podpisana, nawet nie odbito herbu. Jednak po jej grubości widać było, że z pewnością nie jest pusta. Potrząsając rękawami, wylądował na stole, chcąc bliżej się jej przyjrzeć. Lecz choć próbował ją wyciągnąć, trzymając „rękoma” za róg, koperta nawet nie drgnęła.

Jego obecne ciało było prawie nic nieważącym strzępem papieru. Za nic nie mógł przesunąć ciężkiego przycisku.

Papierowy WuXian obszedł kilka razy kawałek agatu. Pchał i kopał, skakał i kicał, ale ten się nie przesunął. Nie mogąc nic zrobić, mógł tylko się poddać i sprawdzić, czy nie było więcej podejrzanych rzeczy. Nagle boczne drzwi pałacu się uchyliły.

Zaalarmowany Wei WuXian zsunął się ze stołu i zastygł przy jednej z jego nóg.

Weszła Qin Su. Mężczyzna uświadomił sobie, że pałac nie był pusty, tylko Qin Su siedziała cicho w swoim pokoju.

Nie było nic dziwnego w tym, że pani Wieży Karpia pojawiła się w Aromatycznym Pałacu. Jednak teraz wyglądała tak dziwnie, że bardziej się nie dało. Jej twarz była bielsza od śniegu, a krew całkiem z niej odpłynęła. Chwiała się, prawie się przewracając. Wyglądała, jakby coś naprawdę ją zszokowało, jakby dopiero co wybudziła się z omdlenia i zaraz miała ponownie stracić przytomność.

Co się stało? Chwilę temu w sali bankietowej miała się świetnie – pomyślał Wei WuXian.

Opierając się o drzwi, Qin Su patrzyła pustym wzrokiem w przestrzeń, po czym podeszła bliżej, wspierając się o ścianę. Zagapiła się na list leżący pod agatowym przyciskiem do papieru i sięgnęła po niego, jakby chciała go podnieść, ale cofnęła dłoń. W świetle świec Wei WuXian widział wyraźne drżenie jej ust. Te eleganckie rysy twarzy mogły być prawie nazwane powykręcanymi.

Nagle wrzasnęła, chwyciła kopertę i rzuciła nią o ziemię. Jej druga dłoń zacisnęła się na przodzie szaty. Oczy Wei WuXiana błysnęły, ale powstrzymał pragnienie podbiegnięcia. Jeśli tylko Qin Su by go zobaczyła, to jakoś by sobie poradził, ale nie gdyby krzyknęła, sprowadzając pomoc. Nawet najmniejsze zadraśnięcie spowoduje uraz jego duszy.

Nagle czysty głos rozniósł się po pałacu.

A-Su, co robisz?

Qin Su się odwróciła. Znajoma postać stała kilka kroków za nią, a równie znajoma twarz uśmiechała się do niej, jak zawsze.

Natychmiast pochyliła się ku ziemi, łapiąc list. Wei WuXian mógł tylko trzymać się mocno nogi stołu i patrzeć, jak koperta znowu znika z jego wzroku. Jin GuangYao podszedł bliżej.

Co trzymasz w dłoni?

Jego ton był jak zawsze miły, jakby nic nie zauważył – ani dziwnego listu w ręku żony, ani jej wykrzywionej miny. Brzmiało, jakby pytał o coś trywialnego. Kobieta nie odpowiedziała, wciąż mocno ściskając list.

Nie wyglądasz za dobrze. Co się stało? – zapytał ponownie. Jego głos wypełniony był troską.

…Spotkałam się z kimś – powiedziała Qin Su, trzęsąc się i unosząc list.

Z kim?

Kobieta wydawała się go nie słyszeć.

Ta osoba powiedziała mi to i owo, a także dała ten list.

Jin GuangYao nie mógł powstrzymać śmiechu.

Z kim się spotkałaś? Naprawdę uwierzysz we wszystko, co powiedzą ci inni?

To nie mogło być kłamstwo. Z pewnością nie.

Kto to taki? Ciężko nawet wywnioskować, czy to kobieta, czy mężczyzna – pomyślał Wei WuXian.

Czy to, co tutaj napisano, jest prawdą?

A-Su, skąd mam wiedzieć, co tam jest napisane, jeśli nie pokażesz mi listu?

Qin Su wyjęła go z koperty i mu pokazała.

Dobrze. Czytaj!

By wyraźnie widzieć, Jin GuangYao zrobił jeszcze jeden krok do przodu. Szybko przeczytał list trzymany w dłoni żony. Jego mina ani trochę się nie zmieniła, nie pojawił się na niej ani ślad cienia. Z drugiej strony Qin Su prawie krzyczała.

Mów do mnie, mów! Powiedz, że to nie jest prawdą! Że to wszystko kłamstwa!

To nie jest prawda – odpowiedział z pewnością Jin GuangYao. – To wszystko kłamstwa. Bzdury, słowa wypełnione fałszywymi oskarżeniami.

Qin Su wybuchnęła płaczem.

Kłamiesz! Sprawy tak się mają, a ty wciąż mnie okłamujesz! Nie wierzę w to!

A-Su, sama kazałaś mi tak powiedzieć. A teraz mówisz, że mi nie wierzysz. To naprawdę spory problem. – Jin GuangYao westchnął.

Kobieta rzuciła list na ziemię i zakryła twarz.

Och, niebiosa! Och, niebiosa, niebiosa! Ty… Ty naprawdę… Naprawdę jesteś straszny! Jak… Jak mogłeś?!

Nie mogła wycisnąć z siebie nic więcej, cofając się z rękoma wciąż zasłaniającymi twarz. Łapiąc się kolumny, nagle zaczęła wymiotować.

Krztusiła się, jakby zaraz miała wypluć wszystkie flaki. Widząc tak intensywną reakcję, Wei WuXian zaniemówił z szoku.

Jak siedziała w pokoju, to pewnie też wymiotowała. Co takiego jest napisanego w tym liście? Jin GuangYao kogoś zabił i rozczłonkował? Tylko każdy wiedział, że zabił niezliczoną liczbę osób podczas Kampanii Zestrzelenia Słońca. Na rękach jej ojca też było sporo krwi. Może chodzi o tę akcję z Mo XuanYu? Nie, to niemożliwe, żeby Jin GuangYao coś do niego czuł. Bardzo prawdopodobne, że to właśnie za jego sprawą Mo XuanYu został stąd wykopany. Zresztą jej reakcja wtedy nie byłaby tak ekstremalna, że z obrzydzenia aż by się porzygała.

Choć nie znał Qin Su, to spotkali się kilka razy w przeszłości, oboje pochodząc z prominentnych sekt. Dziewczyna była ukochaną córką Qin CangYe o naiwnej osobowości, ale żyła komfortowo i została nauczona manier. Nigdy nie zachowałaby się w tak szalony i gwałtowny sposób. To naprawdę nie miało sensu.

Słuchając robionego przez nią hałasu, Jin GuangYao pochylił się w ciszy i podniósł arkusze papieru, które rozsypały się po ziemi. Uniósł je nad świecznik z dziewięcioma lotosami, pozwalając im powoli spłonąć.

A-Su, od lat jesteśmy mężem i żoną – powiedział przygnębionym tonem, obserwując, jak popiół powoli opada na ziemię. – Zawsze się szanowaliśmy w spokojnej harmonii. Jako mąż chciałbym myśleć, że dobrze cię traktuję. Twoja reakcja naprawdę rani moje uczucia.

Qin Su już nie miała czym wymiotować. Jęczała, leżąc na ziemi.

Dobrze mnie traktujesz… Naprawdę dobrze mnie traktujesz… Ale… Wolałabym cię nigdy nie spotkać! Nic dziwnego, że nigdy… Od… Od wtedy… Zrobiłeś coś takiego… Dlaczego mnie po prostu nie zabijesz?!

A-Su, czy wszystko nie było idealne, zanim się o tym nie dowiedziałaś? Zaczęłaś czuć się niezręcznie i wymiotować dopiero dzisiaj. Widać, że to nic wielkiego. To cię nie zrani w sposób fizyczny. To wszystko sprawka twojego umysłu.

Kobieta potrząsnęła głową, a jej twarz była popielata.

Powiedz mi prawdę. A-Song… Jak umarł A-Song?

Kim był A-Song?

Jin GuangYao był zaskoczony.

A-Song? Dlaczego o to pytasz? Czy nie wiesz tego od dawna? A-Song został zabity. W ramach zemsty już zniszczyłem tego, kto to zrobił. Dlaczego nagle o nim wspomniałaś?

Wiedziałam o tym, ale teraz zaczynam myśleć, że wszystko, co wiedziałam, jest kłamstwem.

Na twarzy mężczyzny widać było zmęczenie.

A-Su, o czym ty myślisz? A-Song to mój syn. Co miałbym zrobić? Wolisz wierzyć komuś, kto przez cały czas się ukrywał, listowi nieznajomego niż mi?

Jesteś przerażający właśnie dlatego, że to twój syn! – wrzasnęła Qin Su, szarpiąc za włosy. – Co myślę, że mógłbyś zrobić? Byłeś w stanie zrobić coś takiego, więc czy jest coś, do czego nie mógłbyś się posunąć?! A teraz chcesz, bym ci uwierzyła? Och, niebiosa!

Przestań wygadywać bzdury. Powiedz, z kim się dzisiaj spotkałaś? Kto dał ci ten list?

Co… Co zamierzasz zrobić?

Skoro ta osoba powiedziała tobie, to mogła też innym. Jeśli napisała jeden list, to może też drugi, trzeci i niezliczoną ich liczbę. Co zamierzasz zrobić? Chcesz, by wyszło to na światło dzienne? A-Su, błagam cię. Proszę, ze względu na kiedyś łączące nas uczucia, powiedz mi, gdzie są ci ludzie. Kto kazał ci wrócić do pałacu i przeczytać list?

Kto to był? Wei WuXian też chciał usłyszeć od Qin Su, kto to był. Ktoś, kto mógł zbliżyć się do żony naczelnego kultywatora i zdobyć jej zaufanie, kto odkrył tajemną historię Jina GuangYao. W liście nie mogło być zawarte coś tak prostego, jak morderstwo. Było w stanie tak obrzydzić i przerazić Qin Su, że ta aż zwymiotowała i nawet teraz nie mówili tego na głos, będąc sam na sam. Wypowiadali się tak niejasno, nie śmiąc być otwartymi. Jednak jeśli Qin Su szczerze wyjawiłaby mu, kto dał jej list, to naprawdę byłaby głupia. Gdyby to powiedziała, to Jin GuangYao zająłby się nie tylko tą osobą, ale uciszyłby także ją w taki czy inny sposób.

Na szczęście, choć Qin Su zawsze była niewinną ignorantką i to tak bardzo, że wydawała się trochę tępa, to już nie ufała mężowi. Patrzyła się pusto na Jina GuangYao, który bez ruchu siedział przy stole. Był naczelnym kultywatorem, stojącym ponad dziesiątkami tysięcy. Był jej mężem. A teraz w świetle świec wyglądał tak spokojnie i malowniczo jak zawsze. Wstał, jak gdyby chciał jej pomóc się podnieść, ale Qin Su odepchnęła jego dłoń. Pochylając się nad ziemią, nie mogła powstrzymać się przed kolejnym atakiem torsji.

Brwi Jina GuangYao drgnęły.

Czy naprawdę aż tak bardzo cię obrzydzam?

Nie jesteś człowiekiem… Jesteś szaleńcem!

Pełne żałoby ciepło wypełniło spojrzenie mężczyzny.

A-Su, wtedy naprawdę nie miałem innego wyjścia. Chciałem to przed tobą ukrywać na zawsze. Nie chciałem, byś o tym wiedziała. A teraz wszystko zniszczył ten, który ci o tym powiedział. Myślisz, że jestem skalany. Że jestem obrzydliwy. To w porządku, ale jesteś moją żoną. Jak inni na ciebie spojrzą? Jak będą o tobie mówić?

Przestań mówić, przestań mówić, przestań mi przypominać! – Qin Su ukryła głowę w ramionach. – Chciałabym cię nigdy nie poznać, chciałabym nie mieć z tobą nic wspólnego! Dlaczego w ogóle się do mnie zbliżyłeś?!

Wiem, że mi nie uwierzysz, ale wtedy byłem szczery – powiedział Jin GuangYao po chwili ciszy.

A ty wciąż starasz mi się schlebiać! – załkała.

Mówię prawdę. Zawsze pamiętałem, że nie komentowałaś prawdy o moim pochodzeniu i matce. Będę ci wdzięczny aż do śmierci i chcę cię szanować, cenić, kochać. Musisz wiedzieć, że gdyby nie zabito A-Songa, to i tak musiałby umrzeć. Mógł tylko umrzeć. Gdybyśmy pozwolili mu dorosnąć, to ty i ja…

Na wspomnienie syna Qin Su nie mogła dłużej wytrzymać. Uniosła dłoń, uderzając go w twarz.

Więc kto temu wszystkiemu zawinił?! Czy jest coś, do czego byś się nie posunął dla tego stanowiska?!

Jin GuangYao nie próbował nawet uniknąć uderzenia. Szkarłatny odcisk dłoni natychmiast rozkwitł na jego bladym policzku.

O czym ty mówisz? Musisz naprawdę źle się czuć. Twój ojciec już wyruszył w podróż, by kultywować. Niedługo też cię wyślę, byś cieszyła się jego towarzystwem. Skończmy to szybko. Na zewnątrz kręci się wielu gości, a jutro czeka nas konferencja dyskusyjna.

Sprawy tak się miały, a ten wciąż myślał o gościach i jutrzejszej konferencji!

Choć powiedział, że pozwoli jej odpocząć, to zignorował jej odmowy i odepchnięcia, pomagając jej wstać. Wei WuXian nie wiedział, co takiego zrobił, ale kobieta nagle zemdlała, jakby została pozbawiona całej energii. W ten sposób Jin GuangYao zaciągnął żonę za kotarę. Papierowy WuXian wymknął się spod stołu i za nimi podążył. Widział, jak mężczyzna kładzie dłoń na tafli wysokiego lustra, które wyglądało, jakby zostało zrobione z miedzi. Chwilę później jego palce wsunęły się do środka, jakby przebiły się przez powierzchnię wody. Oczy Qin Su były szeroko otwarte, wciąż roniące łzy. Mogła tylko patrzeć, jak mąż wciąga ją do wnętrza lustra, nie będąc w stanie ani mówić, ani krzyczeć. Wei WuXian wiedział, że lustro z pewnością mógł otworzyć tylko jego właściciel, więc taka okazja mogła się już nie trafić. Mniej więcej zaczekał na idealny moment i szybko wskoczył do środka.

Za miedzianym lustrem było tajemne pomieszczenie. Jak Jin GuangYao wszedł do środka, lampy olejne same się zapaliły. Nikłe płomienie oświetliły półki i różnych rozmiarów szafki, które zakrywały wszystkie ściany. Na blatach stały książki, zwoje, kamienie i broń, a także kilka urządzeń do tortur. Żelazne pierścienie, ostre kolce, srebrne haki – wszystko wydawało się dziwne. Od samego patrzenia po karku przechodziły dreszcze strachu. Wei WuXian wiedział, że ich twórcą był prawdopodobnie Jin GuangYao.

Lider klanu QishanWen, Wen RuoHan, miał kapryśną i okrutną osobowość. Kochał widok krwi i czasami czerpał przyjemność z torturowania tych, którzy zaszli mu za skórę. Jin GuangYao był w stanie przyciągnąć jego uwagę tylko poprzez zaspokojenie jego potrzeb, tworząc różne okrutne, ale jednocześnie zabawne przyrządy.

Każda sekta miała kilka krypt ze skarbami. Nie było nic dziwnego w tym, że w Aromatycznym Pałacu też jedna się znajdowała.

Oprócz biurka w środku znajdował się także żelazny stół – ciemny, zimny i wystarczająco długi, by ktoś się na nim położył. Na jego blacie widać było czarne i wyschnięte pozostałości czegoś.

To idealny stół do pocięcia kogoś na kawałki – skomentował Wei WuXian.

Jin GuangYao delikatnie położył Qin Su na stole. Twarz kobiety była popielato blada, kiedy mężczyzna przeczesał palcami kilka splątanych pasm na jej głowie.

Nie bój się. Nie powinnaś chodzić w takim stanie. Przez kolejnych kilka dni będzie u nas wielu ludzi. Może trochę odpoczniesz? Możesz wrócić, jak tylko powiesz mi, kim jest ta osoba. Kiwnij głową, jeśli chcesz to zrobić. Nie zapieczętowałem twoich meridianów, więc wciąż powinnaś być w stanie to zrobić.

Qin Su przewróciła oczami w stronę męża, który wciąż był względem niej kochany i troskliwy. Jej wzrok wypełniony był strachem, bólem i rozpaczą.

Nagle Wei WuXian zauważył, że jedna z półek została zasłonięta kotarą pokrytą mrocznymi, krwistoczerwonymi runami. Był to talizman zakazujący i to dość potężny.

Papierowy ludzik powoli pomknął w górę, trzymając się mocno ściany. Z drugiej strony Jin GuangYao wciąż próbował miękkim tonem ubłagać Qin Su. Nagle się odwrócił zaalarmowany, jakby coś wyczuł.

W pomieszczeniu nie było nikogo oprócz niego i Qin Su. Jin GuangYao wstał. Wrócił na miejsce dopiero po dokładnej inspekcji całego pokoju.

Oczywiście nie wiedział, że jak tylko się odwrócił, Wei WuXian dotarł do półki z książkami. Kiedy zobaczył delikatny ruch szyi mężczyzny, natychmiast wsunął swoje papierowe ciało między strony książki, jakby był zakładką. Jego wzrok zatrzymał się pomiędzy dwoma liniami tekstu. Na szczęście, choć Jin GuangYao był uważniejszy od innych, to nie aż tak, by przekartkować książkę i sprawdzić, czy w środku nikt się nie ukrywa.

Nagle Wei WuXian uświadomił sobie, że zapisane znaki były trochę znajome. Po dokładniejszych oględzinach przeklął w duchu – jak miałyby nie być znajome? To było jego pismo!

Jiang FengMian opisywał jego pismo jako „niedbałe, ale równe”. To z pewnością zostało nabazgrane przez niego. Kiedy Wei WuXian uważniej przyjrzał się znakom, to rozczytał parę zwrotów: „różni się od opętania”, „zemsta” i „wymuszony kontrakt” pośród niewyraźnych, zniszczonych miejsc. Przynajmniej mógł wywnioskować, że wcisnął się pomiędzy karty własnego manuskryptu o poświęcaniu ciała, o ile dobrze wywnioskował z zebranych informacji.

Kiedyś pisał całkiem sporo. Tworzył książki i rozrzucał je, gdzie popadnie, szczególnie w jaskini na Kopcach Pogrzebowych, w której sypiał. Niektóre zostały zniszczone przez pożary podczas oblężenia. Inne, jak jego miecz, zabrali ludzie jako trofea wojenne.

Wcześniej nie wiedział, gdzie Mo XuanYu poznał zakazaną technikę. Teraz znał odpowiedź.

To był uszkodzony manuskrypt z właśnie tą techniką i dlatego Wei WuXian nie wierzył, by Jin GuangYao udostępnił go byle komu. Wyglądało na to, że choć Mo XuanYu nie był z nim w takim rodzaju związku, to byli sobie dość bliscy.

Kiedy myślał, rozległ się głos Jina GuangYao:

A-Su, nie mam teraz czasu. Muszę doglądać gości. Później do ciebie wrócę.

Wei WuXian zdążył wymknąć się ze swoich manuskryptów, ale jak usłyszał ten głos, natychmiast dał nura między inne papiery. Tym razem nie były to jego zapiski, ale… akty własności ziemi i domostwa?

Wydawało mu się to dziwne. Jakie akty własności mogły mieć tak wielką wartość, by postawić je obok pism Patriarchy YiLing? Ale nieważne jak na nie patrzył, były to przeciętne akty własności, bez żadnych sztuczek czy szyfrów. Papier był lekko pożółkły, a tusz miejscami się rozmazał. Jednak nie sądził, by zostały tu umieszczone przypadkowo, więc postarał się zapamiętać adres – było to jakieś miejsce w mieście Yunping w Yunmeng. Myślał, że może tam coś odkryje, jeśli będzie miał ku temu szansę.

Przez chwilę nic nie słysząc, Wei WuXian znowu zaczął się wspinać, aż w końcu dotarł do półki ukrytej pod talizmanem. Zanim mógł przyjrzeć się, co na niej leży, wszystko zrobiło się jasne.

Jin GuangYao podszedł i odsunął zasłonę.

Przez ułamek sekundy Wei WuXian myślał, że został przyłapany, ale kiedy delikatne światło świecy do niego dotarło, to odkrył, że jest skryty w cieniu. Znajdował się przed nim okrągły obiekt.

Jin GuangYao stał w bezruchu, jakby patrzył się w oczy czegoś leżącego na półce.

Czy to ty na mnie patrzyłeś? – powiedział po jakimś czasie.

Oczywiście nie uzyskał odpowiedzi. Milczał przez chwilę, a potem opuścił zasłonę.

Wei WuXian cicho przyczepił się do tego obiektu. Był zimny i twardy, przypominając hełm. Potem przesunął się naprzód. Tak jak się spodziewał, zobaczył bladą twarz. Ten, który ją tutaj postawił, chciał, by głowa nic nie słyszała, nic nie widziała i nic nie mówiła, więc inkantacje zostały upchnięte na woskowatej skórze. Oczy, uszy i usta były szczelnie zapieczętowane.

To honor cię spotkać, ChiFeng-Zunie – powitał go w myślach Wei WuXian.


1. Schody w stylu ruyi – schodki piramidowe, każdy kolejny poziom był mniejszy od poprzedniego. Patrz: https://bit.ly/36iwBbK.

2.Buty liuhe – skórzane buty z zakrzywionymi w górę półokrągłymi czubami, które noszono w dynastiach Tang, Song, Yuan i Ming (od ok. X do XVII w. n.e.).

3. Kalenica – krawędź dachu utworzona na przecięciu połaci dachowych.

Tłumaczenie: Ashi

9 Comments

  1. Avatar Margo968

    Dziękuję :) Odnoszę wrażenie, że Lan Zhan specjalnie wcześniej udawał pijanego ;)
    Wreszcie też zaczynają rozjaśniać się wątki mrocznej intrygi .
    Nie mogę się oderwać :)
    Proszę o kolejne rozdziały II tomu :)

    Odpowiedz
  2. Avatar Floo

    Wei WuXian kocham twoje wyznania miłosne xD! I ta reakcja LanZhan’a :zachwyt: <3
    Tak strasznie się ucieszyłam z tego rozdziału, i ta radość kiedy się okazało że jest taki długi….. i to uczucie kiedy ZNOWU się okazało że, koniec w TAKIM momencie :złamaneserce: :AAAA: :ależeco:
    Na reszcie, wkraczamy w ten bardziej poplątany motyw makabrycznych tajemnic…. mam ochotę poganiać bohaterów, żeby sie pospieszyli i już wszystko wiedzieli XD
    (To pytanie może być potraktowane retorycznie, ale strasznie mnie męczy od jakiegoś czasu, i mam nadzieję że nie jest spoilerem, ale czy historia bardzo odbiega od tej w dramie, czy drama jednak dobrze odwzorowuje novelkę?)
    Dziękuję wam ogromnie za ten i wszystkie inne rozdziały, rządzicie!! :zachwyt:

    Odpowiedz
  3. Avatar nerenka

    Och, teraz powoli pewne układanki zaczynają mieć jakiś sens. Najlepsze było wyznanie WWX . Popłakałam się ze śmiechu. Ta reakcja Lan WangJi na wyznanie za jego plecami. Bardzo Dziękuję za kolejne rozdziały i poświęcony czas. :ekscytacja:

    Odpowiedz
  4. Avatar Kmaila22

    Cóż za miłe zaskoczenie! Nie spodziewałam się tego rozdziału tak szybko :o Oczywiście dziękuję za niego ^^
    :zachwyt2:
    Naprawdę wciągnęłam się w tę novelke. Moja przygoda z Mo dao zu shi zaczęła się od anime i wszędzie widziałam komentarze, że jest o wiele lepsza. Oczywiście, ja głupia, zakochana w animacji nie chciałam uwierzyć. Dopiero kiedy wyszły wszystkie odcinki drugiego sezonu złapałam doła i postanowiłam wziąć się za novele, żeby jednak wciąż mieć jakikolwiek kontakt z Mo dao zu shi. Tak od rozdziału do rozdziału mogę śmiało powiedzieć, że jest ona o niebo lepsza od anime, które niestety nawet nie może z nią konkurować.
    W ekranizacji fabuła to jest chyba jakaś pomyłka w stosunku do novelki. Jedyne co dobrze zostało przedstawione to charaktery bohaterów oraz ich przeszłość.
    Nie ukrywam, że anime nadal pozostaje moim ulubionym na tle innych, ale jak już porównywać do pierwowzoru to sytuacja wygląda znacznie gorzej. Aż mi głupio myśleć, że takie miałam opory przed czytaniem.
    Tak swoją drogą, Wei Wuxian ma dzisiaj urodziny!
    Ehh… Po prostu miałam ochotę to napisać :)

    Odpowiedz
  5. Avatar AkiAki

    Ahh tak bardzo się cieszę, że mamy te urocze i romantyczne sceny, naprawdę mi ich brakowało w poprzednich rozdziałach a wiem, że będzie ich więcej, ahhh jak tylko o tym pomyśle! :muahaha: Dziękuję za ogrom pracy w ten rozdział, bo zdecydowanie nie należał do krótkich! Nawet papierowe opętane ludziki znają prawdziwe pragniania Wei wu xiana! :zonk:

    Odpowiedz

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

:błeee:  :płaku:  :WeiMądruś:  :zonk:  :NieNie: 
:AAAA:  :ależeco:  :blabla:  :ugh:  :cooo: 
:ekscytacja:  :facepalm:  :patriarcha:  :muahaha:  :złamaneserce: 
:szok:  :przestań:  :zachwyt:  :zachwyt2: