Mo Dao Zu Shi

Rozdział 71 – Odejście III25 min. lektury

Dwa miesiące później, Yunmeng.

Po upadku sekty QishanWen miasto, które było najbardziej rozwiniętym wśród wszystkich innych, w ciągu jednej nocy rozpłynęło się w powietrzu, pozostawiając po sobie tylko ruiny. Wielu kultywatorów zaczęło poszukiwać nowego centrum aktywności, przemieszczając się do innych miejscowości. Spośród nich Lanling, Yunmeng, Gusu i Qinghe uzyskały najwięcej nowych obywateli. Na ulicach ludzie biegali w tę i z powrotem. Uczniowie mieli przypasane miecze i rozmawiali wyniośle na temat wydarzeń na świecie. Wszyscy byli w dobrych nastrojach.

Nagle zniżyli głosy i jednomyślnie spojrzeli na drugi koniec ulicy. Powoli nadszedł stamtąd ubrany na biało mężczyzna ze wstążką na czoło, mieczem i guqinem.

Jego rysy twarzy pełne były nieporównywalnej gracji, ale spowijała go mroźna aura. Kultywatorzy zamilkli, zanim w ogóle się zbliżył, z szacunkiem patrząc mu w oczy. Bardziej znani nabrali odwagi i wystąpili z szeregu, by mu się pokłonić.

Hanguang-jun.

Lan Wangji lekko pochylał głowę, odwzajemniając każde powitanie, ale się nie zatrzymał. Ludzie też nie chcieli mu przeszkadzać, wiedząc, kiedy należy odpuścić.

Nagle z naprzeciwka nadeszła młoda, uśmiechnięta dziewczyna ubrana w barwne szaty. W pośpiechu otarła się o jego ramię, rzucając coś w jego stronę. Mężczyzna płynnie to złapał. Spojrzał w dół, widząc śnieżnobiały kwiat. Był delikatny i świeży, ze wciąż połyskującymi kroplami rosy. Lan Wangji zachował milczenie, kiedy zbliżyła się kolejna szczupła postać, rzucając drobny, niebieski pąk. Celowała w pierś, ale ostatecznie trafiła go w ramię. Także go złapał, odwracając się, by na nią spojrzeć. Kobieta zachichotała i uciekła, nie okazując ani trochę zawstydzenia.

Za trzecim razem była to młodsza panna z włosami upiętymi w dwóch kokach. Podbiegła w podskokach, a ramiona miała pełne łodyżek upstrzonych czerwienią. Zwiała, gdy tylko nimi w niego rzuciła.

Wkrótce Lan Wangji uzbierał bukiet kolorowych kwiatów, choć wciąż stał beznamiętnie na środku ulicy. Wszyscy kultywatorzy, którzy go rozpoznali, nie odważali się z niego śmiać. Udawali powagę, ale ich spojrzenia zatrzymywały się na dłużej. Zwykli ludzie, którzy go nie znali, zaczęli zwracać na niego uwagę. Lan Wangji ze spuszczonym wzrokiem zastanawiał się, o co chodzi, kiedy nagle poczuł, jak coś spadło na jego głowę. Uniósł rękę. Była to różowa piwonia w pełni rozkwitu.

Z góry usłyszał wesoły głos.

Lan Zhan… Ach, nie, Hanguang-jun, co za zbieg okoliczności!

Lan Wangji spojrzał w górę, gdzie znajdował się przewiewny pawilon otoczony warstwami jedwabnych zasłon. Ubrany na czarno mężczyzna leżał na boku na czerwonej, lakierowanej otomanie. Jedna dłoń zwisała, trzymając słój alkoholu wykonany z czarnej gliny. Połowa szkarłatnego chwostu owinięta była wokół jego ramienia, a reszta bujała się w powietrzu.

Na widok twarzy Wei Wuxiana wszyscy obserwujący kultywatorzy poczuli się niezręcznie. Wiedzieli, że patriarcha Yiling i Hanguang-jun nie dogadują się zbyt dobrze. Choć walczyli wspólnie podczas Kampanii Zestrzelenia Słońca, to często dochodziło między nimi do spięć. Nikt nie wiedział, co może się teraz przydarzyć. Nie próbowali nawet udawać dobrych manier, zawzięcie gapiąc się na tę dwójkę.

Wbrew ich oczekiwaniom Lan Wangji nie odszedł z lodowatą miną.

To ty – powiedział.

To ja! Tylko ja zrobiłbym coś tak głupiego. Jak znalazłeś czas, by przybyć do Yunmeng? Jeśli nie jesteś zbyt zajęty, to może się za mną napijesz?

Otaczało go kilka dziewcząt. Wszystkie wcisnęły się na otomanę, śmiejąc się z ludzi.

Tak, paniczu, chodź się napić!

To one wcześniej obrzuciły go kwiatami. Nie trzeba było mówić, kto kazał im to zrobić.

Opuszczając głowę, Lan Wangji się odwrócił z zamiarem odejścia. Widząc brak reakcji, Wei Wuxian nie był ani trochę zaskoczony. Cmoknął językiem i napił się wina ze słoja. Nieoczekiwanie kilka chwil później rozległ się dźwięk kroków, lekkich i spokojnych.

Lan Wangji pewnie wszedł po schodach i rozsunął zasłony. Ozdobione kryształami sznurki zabrzęczały melodyjnie. Położył bukiet kwiatów na stole.

Twoje kwiaty.

Wei Wuxian wygiął ciało, by móc dosięgnąć stołu.

Nie ma za co. Podarowałem ci je. To teraz twoje kwiaty.

Dlaczego?

A dlaczego nie? Chciałem zobaczyć twoją reakcję.

Śmieszne.

Dokładnie taki jestem, śmieszny. Inaczej nie nudziłbym się tak bardzo, by cię tu przywołać… Ej, ej, ej, nie idź. Już tu jesteś. Nie napijesz się ani trochę?

Alkohol jest zakazany.

Wiem, że alkohol jest zakazany w twojej sekcie, ale nie jesteśmy w Zaciszu Obłoków. Możesz się trochę napić.

Dziewczęta natychmiast wyjęły drugą czarkę. Napełniły ją i pchnęły w stronę bukietu kwiatów. Lan Wangji najwyraźniej nie miał zamiaru usiąść, ale nie planował także odejść.

W końcu przybyłeś do Yunmeng i nawet nie spróbujesz naszego pysznego alkoholu? Choć jest wspaniały, to i tak nawet się nie umywa do Uśmiechu Cesarza z Gusu. To naprawdę najlepsze wino na świecie. W przyszłości, jeśli będę miał szansę znowu odwiedzić Gusu, to z pewnością kupię pół tuzina albo tuzin i wypiję wszystko na raz. Spójrz na siebie… Co jest z tobą nie tak? Obok są siedzenia, ale ty wciąż stoisz. Usiądź, dobrze?

Dziewczyny także próbowały go namówić:

Usiądź, dobrze?

Usiądź!

Jasne oczy Lan Wangjiego chłodno zlustrowały zmysłowe kobiety, po czym natychmiast przesunęły się na czarny jak węgiel flet z czerwonym chwostem przywiązany do pasa Wei Wuxiana. Spojrzał na podłogę, zastanawiając się, jak najlepiej sformułować swoje uwagi. Widząc to, Wei Wuxian uniósł brew. Mógł się domyślić, co takiego zaraz usłyszy.

Tak jak się spodziewał, Lan Wangji powoli powiedział:

Nie powinieneś zbyt długo przebywać w towarzystwie zmarłych.

Uśmiechy dziewczyn chichoczących wokół Wei Wuxiana natychmiast zniknęły. Jedwabne zasłony falowały, momentami przysłaniając słońce. W pawilonie raz było ciemno, raz jasno. Teraz ich śnieżnobiałe policzki wydawały się odrobinę zbyt blade, a nawet prawie popielate z powodu braku płynącej w nich krwi. Ich oczy przykleiły się do Lan Wangjiego, a znikąd nadeszła nagle lodowata aura.

Wei Wuxian uniósł dłoń, wskazując, by odsunęły się na bok. Potrząsnął głową, mówiąc:

Lan Zhan, z wiekiem naprawdę stajesz się coraz bardziej nudny. Wciąż jesteś młody. Nie masz siedemdziesięciu lat, więc nie udawaj przez cały czas wuja, który chętnie tylko karciłby innych.

Lan Wangji podszedł krok bliżej.

Wei Ying, będzie lepiej, jeśli wrócisz ze mną do Gusu.

Wieki tego nie słyszałem. Kampania Zestrzelenia Słońca dawno się skończyła. Myślałem, że już sobie odpuściłeś.

Czy ostatnim razem podczas łowów na górze Feniksa nie zauważyłeś pewnych oznak?

Jakich?

Utratę panowania nad sobą.

Chodzi ci o to, jak prawie wdałem się w bójkę z Jin Zixuanem? Chyba czegoś nie rozumiesz. Mam ochotę sprawić mu lanie, gdy tylko go zobaczę.

I to, co powiedziałeś później.

Co takiego? Codziennie dużo mówię. Już dawno zapomniałem, co powiedziałem dwa miesiące temu.

Lan Wangji spojrzał na niego, jakby wiedział, że nie bierze go na poważnie. Wziął głęboki oddech.

Wei Ying – kontynuował uparcie – ta ścieżka rani ciało i serce.

Zdawało się, że Wei Wuxiana zaczęła boleć głowa.

Lan Zhan, to… Słyszałem te słowa wystarczająco wiele razy, a ty wciąż uważasz, że to za mało? Mówisz, że rani ciało, ale nic mi nie jest. To samo tyczy się serca. Wcale nie oszalałem, prawda?

Jeszcze nie jest za późno. W przyszłości, nawet jeśli pożałujesz…

Zanim skończył mówić, mina Wei Wuxiana się zmieniła. Natychmiast wstał.

Lan Zhan!

Oczy stojących za nim dziewczyn zaczęły błyszczeć czerwienią.

Przestańcie – rozkazał im patriarcha.

Opuściły głowy i się wycofały, ale wciąż nieprzerwanie gapiły się na Lan Wangjiego. Wei Wuxian się do niego odwrócił.

Co mogę powiedzieć? Choć nie sądzę, bym żałował, to nie lubię, gdy ludzie zakładają, jaki będę w przyszłości.

Moje słowa były nie na miejscu – odparł po chwili milczenia Lan Wangji.

To nie tak, ale rzeczywiście nie powinienem był cię zapraszać. To było bezczelne z mojej strony.

Wcale nie.

Naprawdę? To dobrze – odpowiedział grzecznie Wei Wuxian, uśmiechając się. Jednym łykiem wypił pozostałość alkoholu. – Jednak i tak powinienem ci podziękować. Uznam, że się po prostu o mnie martwisz.

Wei Wuxian pomachał ręką.

No to nie będę ci już przeszkadzał, Hanguang-jun. Spotkajmy się ponownie, jeśli nadarzy się ku temu okazja.

***

Kiedy Wei Wuxian wrócił do Przystani Lotosów, Jiang Cheng polerował miecz.

Już wróciłeś?

Wróciłem.

Twoja mina wygląda okropnie. Nie mów, że wpadłeś na Jin Zixuana?

Gorzej. Zgadnij.

Daj mi jakąś podpowiedź.

Chce mnie zamknąć.

Lan Zhan? Co on robi w Yunmeng? – Jiang Cheng zmarszczył brwi.

Nie mam pojęcia. Kręci się po ulicach, pewnie kogoś szuka. Po Kampanii Zestrzelenia Słońca ani razu o tym nie wspomniał. A teraz znowu zaczął.

Trzeba było go nie zaczepiać.

Skąd wiedziałeś, że to ja go pierwszy zaczepiłem?

Naprawdę musisz pytać? Kiedy nie ty go pierwszy zaczepiłeś? Dziwny jesteś. Każde spotkanie kończy się kłótnią, więc dlaczego wciąż go wkurzasz?

Wei Wuxian się zastanowił.

Bo jestem śmieszny?

Czyli zdajesz sobie z tego sprawę – pomyślał Jiang Cheng, przewracając oczami. Na nowo skupił się na swoim mieczu.

Ile razy dziennie musisz polerować miecz? – zapytał Wei Wuxian.

Trzy. A twój? Kiedy ostatnio go polerowałeś?

Wei Wuxian wziął gruszkę i się w nią wgryzł.

Zostawiłem go w pokoju. Raz na miesiąc wystarczy.

Od teraz noś go ze sobą na ważne wydarzenia takie jak łowy czy konferencje dyskusyjne. To jawny wyraz braku szacunku, z którego inni się nabijają.

Przecież dobrze wiesz, że nienawidzę, jak inni mnie do czegoś zmuszają. Im bardziej tego ode mnie chcą, tym mniejszą mam ochotę to zrobić. Nie będę nosił miecza. Co mi zrobią? – Jiang Cheng łypnął na niego, więc Wei Wuxian dodał: – Nie chcę być wyzywany do pojedynków przez nieznanych mi ludzi. Krew się leje, kiedy dobywam miecza. Niech mi nie przeszkadzają, chyba że zapewnią parę osób do zabicia. Dlatego wolę go po prostu nie nosić, to rozwiązuje problem. Tak jest lepiej.

Czy nie lubiłeś przechwalać się swoimi umiejętnościami na oczach innych?

Kiedyś byłem dzieckiem. Nie mogę zawsze nim być, prawda?

Na twarzy Jiang Chenga rozkwitł uśmieszek.

No to nie noś miecza. To nie ma znaczenia. Tylko już więcej nie prowokuj Jin Zixuana, bo to w końcu jedyny syn Jin Guangshana. W przyszłości zostanie przywódcą LanlingJin. Jak zaczniesz go tłuc, to co mam zrobić ja, lider sekty? Pomóc ci? Czy cię ukarać?

A co z Jin Guangyao? Wydaje się o wiele lepszy od niego.

Jiang Cheng skończył polerować miecz. Obejrzał go dokładnie ze wszystkich stron, po czym włożył z powrotem do pochwy.

I co z tego? Może być lepszy i mądrzejszy, ale i tak będzie jedynie służącym, który wita gości przy drzwiach. Tylko to go czeka w tym życiu. Nie dorównuje Zixuanowi do pięt.

Wei Wuxian usłyszał odrobinę pochwały w jego głosie.

Jiang Cheng, bądź ze mną szczery. Co masz przez to na myśli? Ostatnim razem pojechałeś tak daleko, by zawieźć do nich siostrę. Chyba nie chcesz, żeby…?

To nie jest niemożliwe.

Nie jest niemożliwe? Zapomniałeś, co zrobił w Langyi? A teraz mi mówisz, że to nie jest niemożliwe?

Pewnie żałuje.

Kogo to obchodzi. Czy musimy mu wybaczyć, bo przeprosił? Spójrz, jaki jest jego ojciec. Może w przyszłości będzie taki sam, ganiając za kobietami, by zabić czas. A ty chcesz, by siostra z nim była? Zniesiesz to?

Niech tylko spróbuje! – Ton głosu Jiang Chenga był lodowaty. Po chwili chłopak zerknął na niego i kontynuował: – Zresztą to nie tak, że mamy tu coś do powiedzenia. Siostra go lubi, więc co możemy zrobić?

Wei Wuxian zaniemówił. Po jakimś czasie wycisnął z siebie kilka słów:

Dlaczego musi lubić takiego… – Odrzucił ogryzek. – Gdzie ona jest?

Nie wiem. Pewnie w którymś jej zwykłych miejsc. W kuchni, sypialni albo sali przodków, bo gdzie indziej mogłaby pójść?

Patriarcha wyszedł z sali pojedynków i poszedł do kuchni. Na ogniu stało pół gara parującej zupy, ale nie było tam dziewczyny. Następnie wyruszył do jej sypialni, gdzie również jej nie spotkał. Ostatecznie skierował się ku sali przodków.

Jiang Yanli klęczała przed tablicą pamiątkową rodziców. Szeptała coś do nich, sprzątając.

Znowu rozmawiasz z wujkiem Jiang i panią Yu?

Żaden z was nie przychodzi, więc muszę – odpowiedziała cicho dziewczyna.

Wei Wuxian wszedł do środka, usiadł obok i pomógł jej wytrzeć tablice. Dziewczyna na niego spojrzała.

A-Xian, dlaczego tak na mnie patrzysz? Czy chcesz mi coś powiedzieć?

Chłopak się uśmiechnął.

Nie, chcę się tylko poturlać.

Mówiąc to, naprawdę zaczął turlać się po ziemi.

XianXian, ile masz lat? – zapytała Yanli.

Trzy!

Usiadł z powrotem, kiedy zobaczył, że dziewczyna się w końcu roześmiała. Po chwili zastanowienia postanowił i tak zacząć ten drażliwy temat.

Chciałbym cię o coś zapytać.

Śmiało.

Dlaczego ktoś lubi drugą osobę? No wiesz, chodzi mi o ten rodzaj lubienia.

Jiang Yanli zamarła na chwilę, zastanawiając się.

Dlaczego mnie o to pytasz? Lubisz kogoś? Jaka jest?

Nie, nikogo nie polubię. Przynajmniej nie za bardzo. Czy to nie będzie takie samo, jak przywiązanie sobie kuli do nogi?

Trzy lata to zbyt wiele. Może masz roczek?

Nie, mam trzy lata! Trzyletni XianXian jest głodny! Co powinien zrobić?

Jiang Yanli się zaśmiała.

W kuchni jest zupa, możesz trochę zjeść. Tylko czy XianXian dosięgnie tak wysoko?

Jeśli nie dosięgnę, to możesz mnie podnieść i wtedy…

Jiang Cheng wszedł do sali przodków w samą porę, by usłyszeć, jak Wei Wuxian plecie bzdury.

Znowu się wygłupiasz! – wypluł. – Ja, twój lider sekty, nalałem ci już twoją porcję i postawiłem na zewnątrz. Uklęknij przede mną w ramach wdzięczności i idź zjeść.

Wei Wuxian wyszedł w podskokach, po czym natychmiast wrócił.

Co to ma być, Jiang Cheng? Gdzie mięso?

Zjadłem. Zostały tylko korzenie lotosu. Nie jedz, jeśli nie chcesz.

Wei Wuxian przywalił mu z łokcia.

Wypluwaj mięcho!

Nie mam nic przeciwko. Wypluję je i przekonamy się, czy to zjesz!

Widząc, że znowu zaczynają się kłócić, Jiang Yanli szybko się wtrąciła:

Spokojnie. Ile macie lat, że walczycie o odrobinę mięsa? Po prostu zrobię drugi garnek.

Przyrządzona przez nią zupa z żeberkami i lotosem była ulubioną potrawą Wei Wuxiana. Nie tylko ze względu na wspaniały smak – zawsze przypominał sobie wydarzenia z dnia, kiedy zjadł ją po raz pierwszy.

To było niedługo po tym, jak Wei Wuxian został przyniesiony przez Jiang Fengmiana z Yiling. Kiedy tylko weszli do Przystani Lotosów, zobaczył dumnego panicza biegającego po polu treningowym z kilkoma szczeniakami. Natychmiast zaczął ryczeć ze strachu i cały dzień spędził w ramionach Jiang Fengmiana, nie chcąc opuścić ich ani na chwilę. Następnego dnia szczeniaki Jiang Chenga zostały oddane komuś innemu.

To zezłościło go tak bardzo, że aż wywołał ogromną awanturę. Ojciec pocieszał go delikatnie, mówiąc, by zaprzyjaźnił się z Wei Wuxianem, ale ten nie chciał zamienić z nim ani słowa. Kilka dni później trochę się udobruchał. Chcąc kuć żelazo, póki gorące, Jiang Fengmian powiedział Wei Wuxianowi, że będzie spał w jednym pokoju z jego synem. Miał nadzieję, że w ten sposób się zaprzyjaźnią.

Początkowo Jiang Cheng prawie się zgodził, choć wciąż był obrażony. Jednak kiedy Jiang Fengmian zaczął się cieszyć, to podniósł Wei Wuxiana i pozwolił mu siedzieć mu na ramionach. Jego syn na ten widok zaniemówił z szoku, a pani Yu zaśmiała się gorzko i wyszła z pokoju. Nie zaczęli się kłócić tylko dlatego, że mieli do załatwienia coś ważnego.

Tej nocy Jiang Cheng zamknął Wei Wuxianowi drzwi przed nosem, nie pozwalając mu wejść.

Shidi1, shidi, wpuść mnie. Chcę spać – powiedział Wei Wuxian, pukając.

Niby kto jest twoim shidi?! – krzyknął ze środka Jiang Cheng, siedząc tyłem do drzwi. – Oddaj mi Księżniczkę, oddaj mi Jaśmin, oddaj mi Miłość!

Księżniczka, Jaśmin i Miłość były jego szczeniakami. Wei Wuxian wiedział, że Jiang Fengmian odesłał je ze względu na niego.

Przepraszam – wyszeptał. – Ale… Ale naprawdę się ich boję…

Jiang Cheng pamiętał tylko pięć sytuacji, kiedy ojciec wziął go na ręce. Po każdym takim wydarzeniu cieszył się przez wiele miesięcy. Ogień rozgorzał w jego wnętrzu, nie dając się ugasić. Mógł tylko pytać w duchu „dlaczego”. Nagle w swoim własnym pokoju zobaczył komplet pościeli, który nie należał do niego. Ze złości i oburzenia podbiegł, natychmiast podnosząc koce i kołdry.

Wei Wuxian długo czekał na zewnątrz, kiedy drzwi w końcu się otworzyły. Zanim radość zdążyła zagościć na jego twarzy, rzucono na niego stertę rzeczy. Drzwi zamknęły się z trzaskiem.

Idź spać gdzie indziej! – powiedział ze środka Jiang Cheng. – To mój pokój! Nie mów, że to też chcesz mi ukraść?!

Wtedy Wei Wuxian nie wiedział, dlaczego Jiang Cheng tak się złościł. Po chwili ciszy odparł:

Nic nie ukradłem. To wujek Jiang kazał mi z tobą spać.

Oczy Jiang Chenga poczerwieniały, kiedy usłyszał, że drugi chłopak wciąż wspomina jego ojca, tak jakby się celowo chwalił.

Odejdź! Jeśli znowu cię zobaczę, to naślę na ciebie stado psów, by cię pogryzły!

Słysząc o psach, które go pogryzą, Wei Wuxian natychmiast zamarł z przerażenia. Ścisnął dłonie, mówiąc szybko:

Już idę, idę! Nie wzywaj psów!

Wybiegł z sali, ciągnąc za sobą pościel. Dopiero co przybył do Przystani Lotosów, więc nie śmiał za bardzo się kręcić po okolicy. Każdego dnia grzecznie siedział tam, gdzie kazał mu zostać Jiang Fengmian. Nie wiedział nawet, gdzie jest jego pokój, a tym bardziej brakowało mu odwagi, by pukać po pokojach innych z obawy przed obudzeniem ich.

Zastanowił się przez chwilę, po czym poszedł w kąt korytarza, który był osłonięty przed wiatrem. Ułożył pościel i się położył, ale im dłużej tam siedział, tym głośniej „naślę na ciebie stado psów, by cię pogryzły” rozbrzmiewało w jego głowie. Im dłużej o tym myślał, tym bardziej się bał. Wiercił się pod kołdrą, mając wrażenie, że otaczają go psy, jak tylko robi nawet najmniejszy hałas. Po chwili katorgi uznał, że nie może tu dłużej zostać. Zerwał się na nogi, złożył pościel i uciekł z Przystani Lotosów.

Dysząc i sapiąc, biegł dość długo z wiatrem. Kiedy zobaczył drzewo, to bez zastanowienia się na nie wspiął, uspokajając się, gdy uznał, że jest wystarczająco wysoko. Nie był pewny, jak długo przytulał się do pnia, kiedy nagle usłyszał miękki głos z daleka wołający jego imię. Dźwięk zbliżał się coraz bardziej. Niedługo pod drzewem pojawiła się ubrana na biało dziewczyna trzymająca lampion.

Wei Wuxian rozpoznał ją jako siostrę Jiang Chenga. Siedział cicho, mając nadzieję, że go nie znajdzie. Jednak Jiang Yanli i tak zawołała:

To ty, A-Ying? Co tam robisz?

Chłopak milczał. Jiang Yanli uniosła lampion wyżej.

Widzę cię. Zostawiłeś but pod drzewem.

Wei Wuxian zerknął na swoją lewą stopę, po czym w końcu wykrzyknął:

Mój but!

Zejdź na dół. Wracajmy.

Nie… Nie zejdę. Tam są psy.

A-Cheng zmyślał. Nie ma żadnych psów. Nie masz na czym usiąść, więc twoje ramiona wkrótce się zmęczą i spadniesz.

Chłopak kurczowo trzymał się drzewa bez względu na to, co powiedziała. Bojąc się, że się zrani, Jiang Yanli postawiła lampion na ziemi i wyciągnęła ramiona, by go złapać. Pół godziny później Wei Wuxiana w końcu zaczęły boleć ręce, więc puścił pień. Dziewczyna próbowała go złapać, ale i tak upadł dość mocno. Złapał za nogę i zaczął się turlać po ziemi.

Złamałem nogę! – pisnął.

Nie jest złamana – pocieszyła go Yanli. – Nie powinna być także zwichnięta. Bardzo cię boli? To w porządku, nie ruszaj się. Zaniosę cię z powrotem.

Wei Wuxian wciąż myślał o psach, więc załkał.

Czy… Czy tam są psy…

Dziewczyna nie przestawała go zapewniać.

Nie. Jeśli jakieś się pokażą, to je dla ciebie odgonię. – Podniosła but, który Wei Wuxian zostawił pod drzewem. – Dlaczego spadł ci but? Jest za duży?

Nie, jest dobry – powiedział chłopak, starając się nie popłakać z bólu.

Prawdę mówiąc, obuwie nie było dobre, ale kilka rozmiarów za duże. Jednak to była pierwsza para butów, które kupił mu Jiang Fengmian. Wei Wuxian był zbyt zawstydzony, by poprosić go o kupno drugiej pary, więc powiedział, że są dobre. Jiang Yanli pomogła mu włożyć but, naciskając na pusty koniec.

Jest trochę za duży. Naprawię to, kiedy wrócimy.

Słysząc to, Wei Wuxian poczuł się niepewnie, tak jakby znowu zrobił coś źle. Narobienie problemu gospodarzom, kiedy żyło się w ich domu, było najgorszym, co można było zrobić.

Jiang Yanli wzięła go na barana i zaczęła wracać chwiejnym krokiem.

A-Ying, nie przejmuj się A-Chengiem, bez względu na to, co ci powie. Ma trudny charakter, więc zawsze sam się bawi. Te szczeniaki były jego ulubieńcami, a tata je odesłał, więc jest trochę smutny. Tak naprawdę się cieszy, że ma kogoś do zabawy. Uciekłeś i długo nie wracałeś. Znalazłam cię tylko dlatego, że mnie obudził, bo martwił się, że coś ci się stało.

W rzeczywistości Jiang Yanli była tylko dwa albo trzy lata starsza od niego. Miała wtedy dwanaście albo trzynaście lat. Choć sama była dzieckiem, to próbowała mówić jak dorosły, by poczuł się lepiej. Była drobna i szczupła, a także niezbyt silna. Co chwilę się potykała, musząc podsuwać do góry uda Wei Wuxiana, by nie zsunął się z jej pleców. Jednak pomimo tego chłopak czuł się niezwykle pewnie, prawie bezpieczniej nawet, niż kiedy siedział w ramionach Jiang Fengmiana.

Nagle nocne powietrze przywiodło do nich dźwięk płaczu. Jiang Yanli zadrżała ze strachu.

Co to za dźwięk? Słyszałeś?

Słyszałem. Dobiegł ze środka tej dziury! – wskazał Wei Wuxian.

Podeszli powoli i ostrożnie zajrzeli do środka. Na dnie leżała drobna postać. Gdy uniosła głowę, na jej zabłoconych policzkach ujrzeli strumienie łez.

Siostro! – wydusił z siebie chłopak.

Jiang Yanli westchnęła z ulgą.

A-Cheng, czy nie powiedziałam, byś obudził innych i razem z nimi ruszył na poszukiwania?

Jiang Cheng tylko potrząsnął głową. Poczekał chwilę, gdy jego siostra odeszła, ale siedział jak na szpilkach, więc postanowił za nią pójść. Jednak zapomniał lampionu i biegł zbyt szybko. Po drodze potknął się o coś i wpadł do rowu, raniąc się w głowę.

Dziewczyna się wysiliła i wyciągnęła brata z dołu, po czym wyjęła chusteczkę, przykładając ją do jego krwawiącego czoła. Jiang Cheng był w złym humorze. Ciemnymi oczami zerknął na Wei Wuxiana.

Czy chcesz coś powiedzieć A-Yingowi?

…Przepraszam – wyszeptał, przyciskając materiał do czoła.

Pomóż A-Yingowi wnieść pościel, dobrze?

Już to zrobiłem… – Chłopak pociągnął nosem.

Obaj zranili się w nogi i nie mogli iść. Wciąż byli dość daleko od Przystani Lotosów, więc Jiang Yanli niosła jednego na plecach, a drugiego w ramionach. Jiang Cheng i Wei Wuxian mocno złapali ją za szyję. Musiała co kilka kroków się zatrzymywać, by złapać oddech.

Co ja mam z wami zrobić?

Ich oczy wciąż wypełnione były łzami. Żałośnie jeszcze mocniej uczepili się jej szyi.

Krok za krokiem udało jej się zanieść ich do Przystani Lotosów. Cichutko obudziła doktora, prosząc go, by opatrzył rany chłopców. Później odprowadziła go z powrotem, wielokrotnie powtarzając „przepraszam” i „dziękuję”. Jiang Cheng był strasznie zdenerwowany, kiedy patrzył na nogi Wei Wuxiana. Jeśli któryś służący lub inny uczeń dowie się, że wyrzucił pościel na dwór, a chłopak został przez niego ranny i powie o tym Jiang Fengmianowi, to ojciec jeszcze bardziej przestanie go lubić. To również z tego powodu nikogo nie obudził i pobiegł za nimi sam.

Widząc, jaki jest zmartwiony, Wei Wuxian go pocieszył:

Nie martw się, nie powiem wujkowi Jiang. Zraniłem się, bo nagle miałem ochotę wspiąć się zeszłej nocy na drzewo.

Jiang Cheng odetchnął z ulgą.

Ty także nie musisz się martwić. Jak tylko zobaczę psa, to go dla ciebie przegonię!

Yanli się ucieszyła, widząc, że w końcu się pogodzili.

Tak trzymać!

Nie spali prawie pół nocy, więc zrobili się głodni. Dziewczyna poszła do kuchni, gdzie trochę się pokręciła, stojąc na palcach, by dostać do pieca. Podgrzała dla nich zupę z żeberkami wieprzowymi i lotosem.

Jej aromat otulił jego serce, zadomawiając się w nim.

Kucając na podwórku, Wei Wuxian postawił na ziemi pustą miskę. Spojrzał na rozsiane po niebie gwiazdy i się uśmiechnął.

Kiedy wpadł na Lan Wangjiego, to przypomniał sobie wiele chwil z czasów nauk w Zaciszu Obłoków. Zatrzymał mężczyznę, ponieważ naszła go ochota powspominania tamtych dni, ale Lan Wangji przypomniał mu, że wszystko od tamtej pory się zmieniło.

Jednak gdy wrócił do Przystani Lotosów i rodzeństwa Jiang, to miał wrażenie, że wszystko było takie same, jak kiedyś.

Nagle zapragnął odnaleźć drzewo, na które niegdyś się wspiął.

Wstał i opuścił pole treningowe, mijając uczniów, którzy skłaniali mu z szacunkiem głowę. Żaden nie wyglądał znajomo. Młodzieńcy, którzy zachowywali się jak małpki i robiący zabawne miny służący, który nie salutowali im poprawnie, już dawno odeszli.

Naprzeciwko pola treningowego za bramami Przystani Lotosów znajdował się szeroki pomost. Dzień czy noc, przez całą dobę można było znaleźć na nim straganiarzy sprzedających jedzenie. Z garnka pełnego skwierczącego oleju rozchodził się wspaniały zapach. Wei Wuxian podszedł, uśmiechając się od ucha do ucha.

Dzisiaj same duże porcje, co?

Sprzedawca także się uśmiechnął.

Nałożyć ci porcję, paniczu Wei? Dam ci ją za darmo. Nic nie musisz płacić.

Poproszę, ale zapłacę.

Obok straganu siedział ktoś bardzo brudny. Zanim Wei Wuxian podszedł zagadać handlarza, ta osoba siedziała zwinięta w kłębek i drżała ze zmęczenia bądź zimna. Kiedy usłyszała, jak chłopak coś mówi, jej głowa natychmiast się uniosła.

Oczy Wei Wuxiana rozszerzyły się z szoku.

To ty?!


1. Shidi – dosłownie młodszy brat kultywacyjny, młodszy uczeń tego samego mistrza.

Tłumaczenie: Ashi

13 Comments

  1. Avatar mroczny Fenix

    kocham tooo… :ekscytacja:
    jeszcze nigdy się aż tak nie wciągnęłam w lekturę tak jak w MDZS.
    nie ma to jak przeczytać wszystkie rozdziały w 3 dni :płaku:
    nie mogę sie doczekać następnego rozdziału :ekscytacja:

    Odpowiedz

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

:błeee:  :płaku:  :WeiMądruś:  :zonk:  :NieNie: 
:AAAA:  :ależeco:  :blabla:  :ugh:  :cooo: 
:ekscytacja:  :facepalm:  :patriarcha:  :muahaha:  :złamaneserce: 
:szok:  :przestań:  :zachwyt:  :zachwyt2: