Mo Dao Zu Shi

Rozdział 100 – Nienawiść III16 min. lektury

Lan Zhan, nie! Nie cofaj się! – krzyknął Wei Wuxian.

Mężczyzna go jednak nie posłuchał, cofając się o pięć kroków bez wahania.

Wspaniale. A teraz schowaj Bichen – powiedział Jin Guangyao.

Lan Wangji z brzękiem stali wykonał kolejne polecenie.

Nie proś o zbyt wiele! – wściekał się Wei Wuxian.

To uważasz za zbyt wiele? Następnie poproszę Hanguanga-jun o zapieczętowanie swoich mocy duchowych. Jak to nazwiesz?

Ty… – zaczął Wei Wuxian, lecz zanim skończył, poczuł ostry ból. Lan Wangji pobladł jeszcze bardziej.

Dlaczego miałby się mnie nie posłuchać? Zastanów się, paniczu Wei. Jego życie jest w moich rękach.

Nie dotykaj go – wycedził słowo po słowie Lan Wangji.

W takim razie wiesz, co zrobić.

Tak – odparł chwilę później mężczyzna.

Lan Xichen westchnął, patrząc, jak jego brat unosi dłonie i dwoma silnymi uderzeniami blokuje własne siły duchowe.

Jin Guangyao się uśmiechnął, a jego głos był miękki.

To naprawdę jest…

Puść go. – Lan Wangji nie spuszczał z nich wzroku.

Lan Zhan! Mu-muszę ci coś powiedzieć – wtrącił się Wei Wuxian.

To może zaczekać – odparł Jin Guangyao.

Nie. To naprawdę pilne.

No to możesz to powiedzieć tu i teraz.

To była zwykła, bezceremonialna uwaga, lecz Wei Wuxian wyglądał, jakby go oświeciło.

Racja. – Następnie z całych sił wykrzyczał: – Lan Zhan! Lan Wangji! Hanguang-jun! Naprawdę chciałem się wtedy z tobą przespać!

Wszyscy zaniemówili.

Jin Guangyao poluzował uścisk, a struna opadła. Jak tylko poczuł, że piekący ból znika, Wei Wuxian natychmiast rzucił się na ukochanego, nie będąc w stanie czekać ani sekundy dłużej.

To szokujące wyznanie uderzyło w Lan Wangjiego z taką siłą, że wciąż się nie pozbierał. Na jego zwykle spokojnej twarzy pojawiło się kilka rzadko widywanych oznak zagubienia i zmieszania. To nie był pierwszy raz, gdy Wei Wuxian przytulił się do niego z całych sił, lecz do tej pory jego ciało nigdy nie zmieniało się w sztywny pień. Zamarł, nie wiedząc nawet, co zrobić z rękami.

Lan Zhan, słyszałeś, co powiedziałem?!

Usta Lan Wangjiego się poruszyły. Chwilę później wykrztusił z siebie jedno słowo:

Ty… – Zawsze był zwięzły i w kilku krótkich słowach potrafił powiedzieć, co ma na myśli, nie jąkając się i nie zatrzymując, lecz teraz przerwał z większym wahaniem niż kiedykolwiek. Po chwili kontynuował: – Powiedziałeś…

Wyglądało na to, że chciał powtórzyć słowa towarzysza, by się upewnić, że się nie przesłyszał. Jednak ciężko było mu coś takiego z siebie wydusić, więc Wei Wuxian postanowił powtórzyć:

Powiedziałem, że naprawdę chciałem…

Ahem! – przerwał mu stojący obok Lan Xichen, pokasłując. Po chwili zastanowienia westchnął. – Paniczu Wei, to naprawdę nie jest odpowiedni czas i miejsce na takie słowa.

Naprawdę mi przykro, liderze sekty Lan, ale naprawdę nie mogłem wytrzymać ani chwili dłużej – przeprosił nieszczerze Wei Wuxian.

Jin Guangyao także wyglądał, jakby nie mógł już dłużej czekać.

Jeszcze tego nie wykopaliście?!

Liderze sekty, zakopałeś to zbyt głęboko… – odparł jeden z mnichów.

Mężczyzna się wykrzywił, jednak nie zbeształ swojego podwładnego.

Pospieszcie się!

Gdy tylko skończył mówić, biały piorun przeciął niebo. Chwilę później zagrzmiało. Jin Guangyao ponuro spojrzał na niebo, obserwując, jak powoli zaczęły spadać z niego drobne krople.

Wei Wuxian wciąż był uczepiony Lan Wangjiego. Próbował zdusić w piersi nieskończony potok słów, gdy poczuł zimny deszcz na twarzy. Uspokoiło go to trochę.

Jin Guangyao zwrócił się do Lan Xichena.

Zewu-jun, zaczęło padać. Schrońmy się w świątyni.

Choć Lan Xichen był w pełni pod jego kontrolą, to lider sekty Jin wciąż traktował go z pełną kurtuazją, nie okazując ani odrobiny agresji. W końcu lider sekty Lan zachowywał się jak zwykle, będąc jedynie bardziej uprzejmym. Ciężko było odreagować na kimś takim swoją złość. W końcu niemożliwe było uderzenie uśmiechniętej twarzy, a szczególnie należącej do Lan Xichena, który sam prawie nigdy się nie złościł.

Jin Guangyao przekroczył próg, wchodząc do środka. Reszta podążyła za nim.

Wei Wuxian i Lan Wangji odwiedzili już to miejsce w ciągu dnia. Wnętrze budynku było przestronne i okazałe. Czerwone ściany i złote zdobienia wyglądały jak nowe. Jasne było, że ktoś często tu sprzątał. Mnisi i kultywatorzy kopali coś na tyłach. Choć dół wydawał się głęboki, to wciąż nie dokopali się do celu. Wei Wuxian spojrzał w górę i natychmiast się zdziwił.

Stojąca na piedestale rzeźba Guanyin miała piękne rysy twarzy. W porównaniu do normalnych posągów ten miał w sobie mniej życzliwości i więcej wdzięku. Jednak nie to go zaskoczyło, a fakt, że wyglądał podobnie do kogoś, kogo znał. Czy ten posąg nie przypominał Jin Guangyao?

Na pierwszy rzut oka nie było to zbyt zauważalne, lecz gdy wspomniany mężczyzna stał nieopodal, nie dało się zignorować podobieństwa.

Czy miał na swoim punkcie aż taką obsesję? Nie wystarczało mu bycie Naczelnym Kultywatorem całego świata, więc zlecił wyrzeźbienie niebiańskiego posągu na swoją podobiznę, by wielbiły go dziesiątki tysięcy ludzi? A może to jakaś technika demonicznej kultywacji, o której nie mam pojęcia?

Nagle obok jego uszu rozległ się głos Lan Wangjiego.

Usiądź.

Natychmiast powrócił myślami do tu i teraz. Lan Wangji znalazł cztery poduszki, dając dwie Lan Xichenowi i Jin Lingowi, a pozostałe zostawiając dla siebie i Wei Wuxiana. Jednak z jakiegoś powodu ich towarzysze rozsiedli się dość daleko od nich i jednomyślnie spoglądali w inną stronę.

Jin Guangyao poszedł ze swoimi poplecznikami na tyły, by zobaczyć postęp prac. Wei Wuxian usiadł na poduszce i pociągnął Lan Wangjiego za rękę. Mężczyzna najwyraźniej był zamyślony, gdyż zachwiał się przez chwilę, po czym zajął miejsce obok. Patriarcha uspokoił się trochę, po czym spojrzał na jego twarz.

Lan Wangji spoglądał w dół, a na jego twarzy nie było zbyt wielu emocji. Wei Wuxian wiedział, że te kilka słów to za mało, by mu uwierzył. Tak długo był męczony przez uśmiechniętą osobę, która nie miała pojęcia o popełnianej przez siebie zbrodni. To naturalne, że mu nie wierzył. Patriarcha poczuł ciężar w piersi, a jego głowa bolała tak bardzo, że aż zaczął się lekko trząść. Nie śmiał dłużej o tym myśleć, lecz wiedział, że powinien zwiększyć dawkę wyznań.

Lan Zhan, spójrz na mnie.

Mn. – Głos Lan Wangjiego wciąż był trochę spięty.

Naprawdę mam kiepską pamięć – wyszeptał Wei Wuxian, biorąc głęboki oddech. – Nie pamiętam wielu rzeczy z przeszłości, łącznie z wydarzeniami w Mieście bez Nocy. Szczerze mówiąc, nie jestem w stanie sobie przypomnieć ani minuty z tamtych dni.

Słysząc to, Lan Wangji otworzył szeroko oczy.

Wei Wuxian nagle złapał go za ramiona, mówiąc:

Ale! Ale od teraz zapamiętam wszystko, co mi powiesz i co ze mną zrobisz. Nie zapomnę nawet najmniejszego szczegółu!

– …

Jesteś naprawdę wspaniały. Lubię cię.

– …

Albo mówiąc inaczej, wielbię cię, kocham cię, pragnę cię, nie opuszczę cię, wszystko cię.

– …

Chcę chodzić z tobą na nocne łowy do końca swoich dni.

– …

Wei Wuxian złożył razem trzy palce, wskazując najpierw na niebo, potem na ziemię, a na koniec na swoje serce.

Chcę też spać z tobą codziennie. Przysięgam, że nie mówię tego pod wpływem chwili, ani się nie wygłupiam jak w przeszłości. Nie robię też tego z wdzięczności ani z żadnego innego powodu. Po prostu lubię cię tak bardzo, że chcę z tobą spać. Nie chcę nikogo innego, to nie może być nikt inny. Możesz ze mną zrobić wszystko, co ci się podoba. Zaakceptuję to, o ile będziesz skłonny…

Zanim skończył, zimny powiew wiatru wdarł się do środka, gasząc świece. Nawet nie zauważyli, kiedy lekka mżawka zamieniła się w burzę. Wiszące na zewnątrz i bujające się na wietrze lampiony również były już całe mokre. Nagle się ściemniło.

Wei Wuxian nie był w stanie powiedzieć nic więcej. W ciemności został przytulony mocno przez Lan Wangjiego, który powstrzymał dalszy potok słów swoimi ustami. Oddech mężczyzny był krótki i przerywany.

– …Wielbię cię… – wyszeptał zachrypniętym głosem do ucha Wei Wuxiana.

Tak! – Patriarcha przytulił go z całych sił.

– …Kocham cię, pragnę cię…

Tak! – Wei Wuxian podniósł głos.

Nie opuszczę cię… Nie chcę nikogo innego… To nie może być nikt inny…

Lan Wangji powtarzał słowa, które usłyszał od ukochanego, a jego głos i ciało drżały. Wei Wuxian miał wrażenie, że zaraz się rozpłacze. Po każdym zdaniu ramię obejmujące go w talii się zacieśniło, prawie pozbawiając go tchu. Pomimo tego cieszył się z każdej sekundy, pragnąc być przytulonym jeszcze mocniej.

Nic nie widział. Ich piersi się stykały, a serca nie mogły się przed sobą ukryć. Czuł to wyraźnie – przyspieszone tętno Lan Wangjiego, ogromne gorąco, które rozpalało całe jego ciało i coś drobnego, co upadło na jego szyję i szybko zniknęło, przypominając zagubioną łzę.

Szybkie kroki im przerwały. Wrócił Jin Guangyao, który razem z kilkoma podwładnymi poszedł sprawdzić, jak wygląda sytuacja. Zmagając się z mocnym wiatrem, dwaj mnisi zamknęli za nimi wrota świątyni. Lider sekty Jin wygrzebał z kieszeni talizman płomieni i lekko na niego dmuchnął. Papier zajął się ogniem, dzięki czemu mężczyzna mógł na nowo rozpalić świece. Nikłe, żółte płomienie były jedynym źródłem światła w tej samotnej świątyni skąpanej nocnym deszczem. Nagle ktoś zapukał do drzwi.

Słysząc to, wszyscy zgromadzeni nadstawili uszu, spoglądając na wejście. Mnisi, którzy zamknęli wrota, wyglądali, jakby zaraz mieli stawić czoła ogromnemu zagrożeniu. Bez słowa skierowali miecze w stronę podwoi. Mina Jin Guangyao ani trochę się nie zmieniła.

Kto tam?

Liderze sekty, to ja!

Był to głos Su She. Jin Guangyao wykonał gest dłonią, a jego podwładni otworzyli drzwi, wpuszczając mężczyznę i ryk burzy.

Płomienie świec zadrżały i przygasły pod wpływem deszczu i wiatru, więc mnisi jak najszybciej z powrotem zamknęli wrota. Su She był cały przemoczony, a jego twarz i usta aż posiniały z zimna. W prawej dłoni dzierżył miecz, a lewą kogoś wlókł. Już miał tę osobę rzucić na posadzkę, gdy zobaczył Wei Wuxiana i Lan Wangjiego siedzących z boku na poduszkach i splecionych w uścisku.

Su She z ich powodu sporo wycierpiał. Przybrał bojową minę, natychmiast przygotowując się do ataku i spoglądając na Jin Guangyao. Szybko jednak zrozumiał, że są pod ich kontrolą, gdy jego mentor nawet nie zareagował. W końcu się uspokoił.

Co się stało?

Spotkałem go po drodze. Pomyślałem, że może się przydać, więc go pojmałem.

Jin Guangyao podszedł bliżej i spojrzał w dół.

Zraniłeś go?

Nie. Zemdlał z przerażenia – mówiąc to, rzucił nieznajomego na podłogę.

Minshan, nie bądź wobec niego tak brutalny. Źle znosi strach i upadki.

Tak jest! – Su She szybko podniósł jeńca i ostrożnie położył go obok Lan Xichena.

Zewu-jun uważnie przyjrzał się nowo przybyłemu, odsuwając z jego twarzy mokre, poplątane włosy. Osobą, która zemdlała z przerażenia, rzeczywiście był Nie Huaisang. Prawdopodobnie został złapany przez Su She gdy wracał do Qinghe po zakończonym bankiecie w Przystani Lotosów.

Dlaczego złapaliście Huaisanga?

Pozostali będą ostrożniejsi, wiedząc, że pojmałem tylu liderów sekt. Lecz nie martw się, starszy bracie. Wiesz, w jaki sposób zawsze go traktowałem. Gdy nadejdzie odpowiednia pora, to puszczę was całych.

I mam ci uwierzyć? – powiedział obojętnie Lan Xichen.

To twój wybór. Wierzysz mi czy też nie, to i tak nic nie możesz z tym zrobić, prawda?

W tej chwili Su She spojrzał chłodno na Wei Wuxiana i Lan Wangjiego.

Hanguang-jun i patriarcha Yiling! Kto by się spodziewał, że spotkamy się tak szybko? A do tego role całkiem się odwróciły! Jakie to uczucie?

Lan Wangji nic nie powiedział. Nigdy nie zwracał uwagi na tak nic nieznaczące prowokacje.

Niby jak role się odwróciły? Zostałeś pokonany na Kopcach Pogrzebowch i nic tego nie zmieni! – pomyślał Wei Wuxian.

Być może Su She dusił to w sobie przez zbyt wiele lat, więc teraz lubił nawijać nawet bez prowokacji. Przyjrzał się Lan Wangjiemu od stóp do głów, kpiąc:

Sprawy zaszły już tak daleko, a ty dalej zgrywasz spokojnego i nieustraszonego. Jak długo masz zamiar udawać?

Lan Wangji milczał, jednak Lan Xichen nie wytrzymał.

Liderze sekty Su, nigdy nie traktowaliśmy cię źle, gdy studiowałeś w GusuLan. Dlaczego teraz atakujesz w ten sposób Wangjiego?

Jak śmiałbym atakować drugiego panicza Lan, który od niemowlęcia jest tak niezwykle utalentowany? Po prostu nie mogę patrzeć na to, jak ma się za kogoś ważnego.

Choć Wei Wuxian wiedział, że można kogoś nienawidzić bez powodu, to i tak był zaskoczony.

Czy Hanguang-jun kiedykolwiek coś takiego powiedział? O ile dobrze pamiętam, jedną z zasad GusuLan jest „arogancja jest zakazana”.

Skąd znasz zasady sekty GusuLan? – zapytał Jin Ling.

Wei Wuxian dotknął swojego policzka.

Przepisywałem je naprawdę wiele razy.

Po co miałbyś przepisywać ich zasady? To nie tak, że jesteś… – Chciał powiedzieć „to nie tak, że jesteś z ich sekty”, ale nagle zrozumiał, że to trochę dziwne. Zamknął się, a jego twarz pociemniała.

Liderze sekty Su, czy myślisz o nim w ten sposób ze względu na tę chłodną minę, którą ma od młodości? Jeśli tak, to Hanguang-jun jest okropnie niezrozumiany. Przecież to oczywiste, że zachowuje się tak wobec wszystkich. Powinieneś się cieszyć, że nie uczyłeś się w sekcie YunmengJiang.

Dlaczego? – zapytał chłodno Su She.

Już dawno przeze mnie umarłbyś ze złości. Gdy byłem młody, to każdego dnia z całego serca wierzyłem, że jestem super utalentowanym cudem świata. A właściwie to nie tylko w to wierzyłem, ale też się z tym obnosiłem na prawo i lewo.

Zamknij się! – Żyłka wyskoczyła na czole mężczyzny. Wyglądał, jakby chciał zaatakować Wei Wuxiana, więc Lan Wangji przyciągnął go do siebie, ochraniając własnymi ramionami. Su She zamarł, tak jakby się zastanawiał, czy powinien wykonać jakiś ruch.

Wei Wuxian natychmiast wytknął głowę zza swojego obrońcy.

Będzie lepiej, jeśli nic nie zrobisz, liderze Su. Lianfang-zun zdaje się wciąż z szacunkiem traktować swojego zaprzysiężonego brata. Myślisz, że będzie zadowolony, jeśli zranisz Hanguanga-jun?

Su She zawahał się właśnie z tego powodu, lecz wyjątkowo go zirytowało, że Wei Wuxian doszedł do tego samego wniosku. Znowu zaczął z niego kpić:

Nigdy bym nie pomyślał, że legendarny patriarcha Yiling, wywołujący postrach wśród żywych i umarłych, sam boi się śmierci!

Schlebiasz mi – odparł bezwstydnie Wei Wuxian. – Jednak to nie tak, że boję się śmierci. Po prostu nie chcę jeszcze umrzeć.

Owijasz w bawełnę. To komiczne. Czy jest jakaś różnica pomiędzy strachem przed śmiercią a niechęcią wobec niej?

Wei Wuxian wtulił się w pierś Lan Wangjiego.

Oczywiście, że jest. Na przykład teraz nie chcę odkleić się od Lan Zhana, ale się tego nie boję. Jak te rzeczy mogłyby być równoznaczne? – Po chwili zastanowienia kontynuował: – Okej, przepraszam. Cofam to. Czuję, że jednak są sobie równoznaczne.

Su She prawie pozieleniał. Wei Wuxian od początku planował go zezłościć, lecz nagle usłyszał nad sobą lekki śmiech.

Był cichy i niejedna osoba miałaby wrażenie, że się przesłyszała.

Jednak patriarcha natychmiast spojrzał w górę. Wyraźnie zobaczył na twarzy Lan Wangjiego przemijający miękki uśmiech, który przypominał promienie słońca odbijane przez biel śniegu. Tym razem nie tylko Su She zamarł z zaskoczenia, lecz nawet Lan Xichen i Jin Ling.

Wszyscy wiedzieli, że Hanguang-jun zawsze był chłodny. Nieliczni mieli okazję zobaczyć jego uśmiech, nawet jeśli to było tylko lekkie wygięcie ust. Nikt nie spodziewał się, że zaśmieje się w takiej sytuacji.

Wei Wuxian natychmiast szeroko otworzył oczy. Chwilę później przełknął głośno ślinę, a jego grdyka podskoczyła.

Lan Zhan, ty…

W tej chwili od drzwi świątyni znowu rozległo się pukanie. Su She dobył miecza, trzymając go w gotowości i pytając:

Kto tam?!

Nikt nie odpowiedział, lecz wrota otworzyły się z impetem!

Spośród burzy, która właśnie wdarła się do środka, skwierczący promień fioletu uderzył w pierś Su She. Mężczyzna uderzył w jedną z mahoniowych kolumn, natychmiast plując krwią. Mnisi strzegący drzwi także oberwali – leżeli na ziemi i najwyraźniej nie byli w stanie się podnieść. Ubrana na fioletowo postać przekroczyła próg, wchodząc do głównej części świątyni.

Deszcz padał mocno, lecz nowo przybyły nie był mokry. Jedynie końce jego ubrań były ciemniejsze od wilgoci. W lewej dłoni trzymał papierowy parasol, po którym spływały ogromne krople wody, rozchlapując się na wszystkie strony po zderzeniu z posadzką. Zimny blask trzymanego w prawej ręce Zidianu nie przygasał. Mina mężczyzny była bardziej pochmurna od burzowego nieba.

Tłumaczenie: Ashi

15 Comments

  1. Ksiadzgei_

    XDDDDDD Usmiech na twarzy Lan zahna był aż tak oszałamiający ze wszyscy się na chwilę zawiesili niczym diament pośród błota:’D
    I ten Wei który się wydarł wcześniej że chcial się z nim przesłać generalnie tam odbywa się wojna o życie całej planety a ci sobie miłość wyznają i za rączkę po polu kwiatki wąchają komiczne po prostu ryczę że śmiechu:’D

    Odpowiedz
  2. lograk

    to naprawdę świetny rozdział, tyle w nim emocji i dramatyzmu, wyznania między bohaterami długo nie można zapomnieć, dziękować, dziękować….

    Odpowiedz
  3. Badacz Sweevil

    Dziękuję za kolejny rozdział, co pojawił się tak szybko. :zachwyt: :ekscytacja:

    W końcu się doczekałam tyle na to czekałam i jest ten moment. :zachwyt2: :AAAA: :przestań:
    Pozostaje czekać na ciąg dalszy historii. :patriarcha: Która coraz bardzie nie ubłaganie zbliża się do końca. :szok: :złamaneserce: :płaku:

    Jeszcze raz dziękuję za rozdział, jak i dziękuję wszystkim zaangażowanym w prace nad rozdziałem.

    Odpowiedz

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

:błeee:  :płaku:  :WeiMądruś:  :zonk:  :NieNie: 
:AAAA:  :ależeco:  :blabla:  :ugh:  :cooo: 
:ekscytacja:  :facepalm:  :patriarcha:  :muahaha:  :złamaneserce: 
:szok:  :przestań:  :zachwyt:  :zachwyt2: