Mo Dao Zu Shi

Rozdział 51 – Odwaga I20 min. lektury

W Yunmeng aż roiło się od jezior. Przystań Lotosów, rezydencja najznakomitszej lokalnej sekty, także została zbudowana niedaleko jednego.

Po chwili wiosłowania z Przystani można było zobaczyć ogromne jezioro lotosów ciągnące się na ponad sto mil. Długie, zielone liście i gładkie, różowe płatki ocierały się o siebie nawzajem. Kiedy powiał wiatr, rośliny trzęsły się, jakby przytakiwały swoimi kwiecistymi głowami. Pośród tej niewinności i gracji można było poczuć się naiwnie niezdarnym.

Przystań Lotosów nie była tak odosobniona, jak rezydencje innych sekt, które zamykały podwoje, nie pozwalając zwykłym ludziom nawet się do nich zbliżyć. Doki znajdujące się tuż przed wejściem często wypełnione były kupcami sprzedającymi nasiona lotosów, słodkie ponikła i różne przekąski. Zakatarzone dzieci z okolicznych domostw mogły zakraść się na pola Przystani, by oglądać trenujących szermierkę kultywatorów. Nie zwracano im uwagi, kiedy zostały przyłapane, a czasami mogły nawet pobawić się z uczniami sekty Jiang.

Kiedy Wei WuXian był młody, często puszczał latawce na brzegu jeziora Lotosów.

Jiang Cheng wpatrywał się w swój latawiec, czasami zerkając na ten należący do Wei WuXiana. Wzleciał już wysoko, ale chłopak wciąż nie miał zamiaru naciągnąć cięciwy. Osłaniając ręką oczy przed słońcem, uśmiechał się szeroko i patrzył w niebo, jakby czuł, że to wcale nie był wystarczająco daleko.

Jiang Cheng zacisnął zęby, widząc, że jego własny latawiec prawie wyszedł poza strefę, w której był pewny, że uda mu się go zestrzelić. Wziął strzałę i naciągnął cięciwę. Drewno przyozdobione białym pierzem wystrzeliło, przeszywając w samym środku latawiec z namalowanym jednookim potworem. Jiang Cheng uniósł brwi.

Trafiłem! – Od razu zapytał towarzysza: – Twój już tak daleko odleciał. Jesteś pewny, że go zestrzelisz?

Chcesz się założyć?

Wei WuXian w końcu wyjął strzałę i wycelował. Puścił cięciwę, kiedy została maksymalnie naciągnięta.

Trafienie!

Brwi Jiang Chenga się zmarszczyły. Sapnął ze wzgardą.

Wszyscy chłopcy odłożyli łuki i poszli po swoje latawce, by zrobić ranking odległości. Najbliższy będzie ostatni. Za każdym razem ostatnie miejsce zajmował brat, który był szósty w porządku starszeństwa. Zawsze poświęcali chwilę, by się z niego pośmiać. Jednak był dość niewzruszony, więc w ogóle go to nie obchodziło. Latawiec Wei WuXiana był najdalej, a niedaleko niego był Jiang Chenga, ale obaj byli zbyt leniwi, by je zabrać. Wybiegli na kręty pomost, który został zbudowany nad powierzchnią jeziora. Wygłupiali się, skacząc na wszystkich strony, kiedy przed nimi pojawiły się dwie szczupłe kobiety.

Obie ubrane były w strój pokojówek, nosząc ze sobą krótkie miecze. Wyższa, trzymająca latawiec i strzałę, zablokowała im drogę.

Czyje to? – zapytała chłodno.

Wszyscy chłopcy wyklęli swoje szczęście, kiedy je zobaczyli. Wei WuXian dotknął policzka i zrobił krok do przodu.

Moje.

Druga służąca parsknęła.

Szczery jesteś, co?

Rozstąpiły się, odsłaniając ubraną na fioletowo kobietę, która także miała przypasany miecz.

Była dość piękna, z kremową skórą i delikatnymi rysami, które pokazywały odrobinę zadziorności. Kąciki ust układały się w coś między skrzywieniem a uśmiechem – drwienie było dla niej tak naturalne, jak dla Jiang Chenga. Jej obfite, fioletowe szaty owijały się wokół szczupłej talii. Mina i prawa ręka, która spoczywała na rękojeści miecza, były zimne jak nefrytowy kamień. Pierścień zdobiony ametystem spoczywał na palcu wskazującym kobiety.

Jiang Cheng uśmiechnął się na jej widok.

Mama!

Reszta chłopców powitała ją z szacunkiem:

Pani Yu.

Pani Yu to matka Jiang Chenga, Yu ZiYuan. Oczywiście była żoną Jianga FengMiana i razem z nim kultywowała, więc powinno się na nią mówić „pani Jiang”, ale z jakiegoś powodu wszyscy zawsze nazywali ją inaczej. Niektórzy uważali, że nie chce przyjąć nazwiska męża ze względu na swoją asertywną osobowość, jednak małżeństwo nigdy nie kłóciło się z tego powodu.

Pani Yu pochodziła z prominentnej sekty MeishanYu. Była trzecia w swoim klanie, więc nazywano ją także Trzecią Damą Yu. W świecie kultywacyjnym nadano jej przydomek „Fioletowy pająk”. Wystarczyło go wspomnieć, by niejednego wystraszyć. Od młodości miała chłodną osobowość i nigdy nie sprawiała wrażenia kogoś, kogo można polubić. Nawet po ślubie z Jiangiem FengMianem wiecznie udawała się na nocne łowy, nie przepadając za Przystanią Lotosów. A jeśli już spędzała tu czas, to mieszkała w innym miejscu, niż jej mąż. Miała swoją własną przestrzeń, w której znajdowała się tylko ona i kilku członków rodziny z sekty Yu. Te dwie młode kobiety, JinZhu i YinZhu, były jej zaufanymi pokojówkami, które nigdy nie opuszczały jej boku.

Pani Yu zerknęła na Jiang Chenga.

Znowu się bawisz? Chodź, niech ci się przyjrzę.

Chłopak do niej podszedł. Matka ścisnęła jego ramię drobną dłonią i po chwili uderzyła w nie, besztając go:

Twoja kultywacja ani trochę się nie polepszyła. Masz już siedemnaście lat, a nadal zachowujesz się jak naiwne dziecko i cały czas wygłupiasz z innymi. Czy jesteś taki sam jak oni? Kto wie, w jakich ściekach kiedyś będą się taplać, ale ty zostaniesz przywódcą sekty Jiang!

Jiang Cheng zatoczył się od jej uderzenia i obniżył głowę, nie śmiąc protestować. Wei WuXian zrozumiał – było oczywiste, że znowu się go czepiała. Jeden ze stojących z boku uczniów ukradkiem pokazał mu język. Wei WuXian uniósł brew w jego stronę.

Wei Ying, co tym razem knujesz? – powiedziała nagle pani Yu. Chłopak wyszedł z szeregu, będąc już do tego przyzwyczajonym. – A ty znowu swoje! Jeśli nie pragniesz postępów, to przynajmniej nie namawiaj Jiang Chenga do głupot! Masz na niego zły wpływ.

Wei WuXian wyglądał na zdziwionego.

Nie pragnę postępów? A czy nie osiągam największych postępów wśród wszystkich w Przystani Lotosów?

Młodzi ludzie nigdy nie byli zbyt cierpliwi. Jeśli nie odszczekną, to nie będą zadowoleni. Gdy pani Yu to usłyszała, oznaczająca wrogość zmarszczka pojawiła się na jej czole.

Wei WuXian, zamknij się! – powiedział szybko Jiang Cheng i odwrócił się do matki. – To nie tak, że chcemy zestrzeliwać latawce w Przystani, ale przecież nie możemy opuścić tego miejsca. Klan Wen przypisał sobie wszystkie strefy nocnych łowów. Nawet gdybym chciał się na jakieś wybrać, to nie mam gdzie. Czy sama nie wytłumaczyłaś ojcu, że mamy siedzieć grzecznie w domu i ich nie prowokować?

Pani Yu uśmiechnęła się gorzko.

Obawiam się, że tym razem będziecie musieli pójść, nawet jeśli nie chcecie.

Jiang Cheng nie rozumiał. Pani Yu nie poświęcała im więcej uwagi i poszła dalej, trzymając wysoko głowę. Idące za nią pokojówki na odchodne łypnęły na Wei WuXiana.

Wieczorem w końcu pojęli znaczenie jej słów. Wyszło na to, że klan QishanWen wysłał posłańców z wiadomościami. Z jakiegoś powodu według nich inne sekty źle nauczały i marnowały talenty, więc zażądali, by każda wysłała do Qishan minimum dwudziestu uczniów w ciągu trzech dni, aby znaleźli się pod opieką ekspertów.

Jiang Cheng był zszokowany.

Wenowie naprawdę tak powiedzieli? Wstydu nie mają?

Cóż, uważają, że są słońcem świecącym nad innymi sektami. To nie pierwszy raz, kiedy tak się zachowują. Wykorzystują przewagę wielkości i wpływów, zabraniając innym chodzić na nocne łowy. Ile zdobyczy i ziemi ukradli?

Jiang FengMian siedział na samym przodzie sali.

Uważaj na słowa i jedz.

W ogromnym pomieszczeniu było tylko pięć osób. Przed każdą stał mały, kwadratowy stolik, na którym leżało kilka miseczek z jedzeniem. Wei WuXian przełknął zaledwie kilka kęsów, kiedy ktoś pociągnął go za rękaw. Odwracając się, zobaczył, jak Jiang YanLi podaje mu małą miskę. W środku był tuzin obranych nasion lotosu, miękkich i białych, świeżych i soczystych.

Dziękuję. – Głos chłopaka był łagodny.

Dziewczyna się uśmiechnęła. Jej delikatne rysy twarzy natychmiast się rozjarzyły.

Jedz? Za kilka dni będą w Qishan i nie wiemy, czy tam w ogóle ich będą karmić. Może niech zaczną już teraz głodować? Niech się przyzwyczają! – powiedziała chłodno Yu ZiYuan.

Nie mogli odrzucić żądania klanu QishanWen. Wielu poprzedników mogło udowodnić, że jeśli ktoś śmiał się tego dopuścić, to zostawał oskarżony o dziwne rzeczy jak na przykład „buntowanie się” czy „bycie destrukcyjnym”. Te powody wystarczały, by kogoś sprawiedliwie wyeliminować.

Po co się tym przejmować? Nieważne, co się stanie, dzisiejszy posiłek wciąż powinien zostać zjedzony.

Pani Yu się zniecierpliwiła i uderzyła dłonią o stół.

Oczywiście, że będę się przejmowała! Jak możesz być taki obojętny? Nie słyszałeś, co powiedziała ta osoba z klanu Wen? Zwykła służka śmiała się tak przy mnie zachowywać! Pośród dwudziestu wybranych uczniów musi być ktoś z rodziny. Co to oznacza? Że koniecznie będzie wysłanie A-Chenga lub A-Li! Po co? By ich uczyć? Od kiedy Wenowie mogą się wtrącać w to, czego uczymy naszych uczniów?! To wysyłanie im ludzi do zabawy i by mogli trzymać nas w ryzach!

Mamo, nie złość się tak. Po prostu pójdę – powiedział Jiang Cheng.

Pewnie, że pójdziesz! Wysłałbyś siostrę? Spójrz na nią, wciąż radośnie obierającą nasiona lotosu. A-Li, przestań je obierać. Dla kogo to robisz? Jesteś damą, nie czyjąś służącą!

Wei WuXian pozostał nie wzruszony, kiedy padło słowo „służąca”. Za jednym razem skończył wszystkie nasiona, żując miękką, odświeżającą słodycz, która wypełniła jego usta. Jednak Jiang FengMian uniósł lekko głowę.

Moja pani.

Co, powiedziałam coś nie tak? Służąca? Nie chcesz słyszeć tego słowa? Jiang FengMian, niech cię zapytam. Czy tym razem zamierzasz go puścić?

To zależy od niego. Jak chce, to może iść.

Wei WuXian uniósł głowę.

Chcę iść.

Pani Yu zaśmiała się ostro.

Jak wspaniale. Może pójść, jeśli chce. Jeśli nie chce, to może zostać. Dlaczego A-Cheng musi koniecznie iść? Wychowując cudze dziecko z taką pasją, liderze sekty Jiang, jesteś naprawdę miłą osobą!

W jej sercu wzbierała uraza. Chciała się po prostu wyżyć, nawet jeśli nie miało to sensu. Pozostali siedzieli cicho, znosząc jej złość.

Moja pani, jesteś zmęczona. Może wrócisz do siebie, by odpocząć?

Mamo. – Jiang Cheng siedział cicho, spoglądając na nią.

Co chcesz, żebym zrobiła? Trzymała język za zębami jak twój ojciec? – zaszydziła pani Yu, wstając. – Naprawdę jesteś głupi. Dawno temu ci mówiłam, że nigdy nie będziesz lepszy od tego, który siedzi obok ciebie. Nie w kultywacji, nie w nocnych łowach, nie przebijesz go nawet w zestrzeliwaniu latawców! Nie ma na to rady. Nic nie zmieni faktu, że twoja matka jest gorsza od cudzej matki. Gorsza, to gorsza. Czuję, że to dla ciebie niesprawiedliwe i ciągle powtarzam, byś się z nim nie wygłupiał, a ty wciąż go bronisz. Jak mogłam urodzić takiego syna?!

Wyszła sama z pomieszczenia, zostawiając Jiang Chenga. Karnacja chłopaka na przemian czerwieniała i bladła. Jiang YanLi w milczeniu na jego stoliku położyła miseczkę z obranymi nasionami lotosu.

Wieczorem wyznaczę pozostałe osiemnaście osób. Jutro razem wyruszycie – powiedział Jiang FengMian po chwili milczenia.

Jiang Cheng przytaknął, niepewny, czy powinien coś dodać. Nigdy nie umiał rozmawiać z ojcem, ale za to Wei WuXian był w tym doświadczony. Kończąc zupę, zapytał:

Wujku Jiang, nie masz nic, co mógłbyś nam dać?

Mężczyzna się uśmiechnął.

Już dawno wam to dałem. Miecze są u waszych boków, a motto w sercu.

Och! „Starać się czynić niemożliwe”, tak?

To nie znaczy, że masz narobić kłopotów, choć i tak na pewno coś napsocisz! – ostrzegł go natychmiast Jiang Cheng.

Atmosfera w końcu się rozluźniła.

W dniu wyjazdu Jiang FengMian powiedział tylko jedno zdanie, informując ich o najważniejszym.

Uczniowie sekty YunmengJiang nie są tak słabi, by zmiotła ich tylko jedna z fal świata zewnętrznego.

Jiang YanLi ich odprowadziła, zostając z nimi ścieżka za ścieżką. Wypełniła ramiona wszystkich przeróżnymi przekąskami, martwiąc się, że Wenowie ich zagłodzą. Dwudziestu chłopców wyruszyło z Przystani Lotosów z kieszeniami wypchanymi jedzeniem i w wyznaczonym czasie stawiło się w sektorze indoktrynacji w Qishan.

Każda sekta, duża czy mała, wysłała po kilku uczniów. Wszyscy byli młodzi. Spośród setek ludzi wielu się znało, rozmawiając zgodnie w niewielkich grupach. Widać było, że nie przybyli tu z przyjemnością.

Można się było spodziewać, że przyjdzie także ktoś z Gusu – wspomniał Wei WuXian, rozglądając się.

Nie wiedział dlaczego, ale wszyscy chłopcy przysłani przez sektę GusuLan wyglądali dość blado. Twarz Lana WangJi przybrała szczególnie kredowy kolor, ale jego mina jak zwykle była chłodna, oddzielając go od pozostałych. Stał sam z Bichenem przepasanym na plecach. Wei WuXian chciał do niego podejść i się przywitać, ale Jiang Cheng go ostrzegł:

Nie rób problemów!

Więc mógł tylko o tym zapomnieć.

Nagle ktoś krzyknął, każąc wszystkim uczniom ustawić się w szeregu przed wysoką platformą.

Cisza! Nie rozmawiać! – zbeształo ich kilku uczniów klanu Wen.

Osoba stojąca na platformie była niewiele starsza od nich, wydając się mieć osiemnaście lub dziewiętnaście lat. Wypiął dumnie pierś, a jego rysy twarzy ledwo co krzyżowały ścieżki ze słowem „przystojne”. Ale tak jak jego włosy, z jakiegoś powodu wydawały się tłuste. Był to najmłodszy syn klanu QishanWen, Wen Chao.

Wen Chao naprawdę lubił pokazywać swoją twarz. Na wielu wydarzeniach obnosił się przed innymi sektami, więc jego wygląd nie był ludziom obcy. Za nim stały dwie osoby. Jego lewego boku strzegła czarująca dziewczyna o szczupłej sylwetce. Miała długie brwi, duże oczy i ogniście czerwone usta, a jedyną skazą był duży pieprzyk nad jej górną wargą. Znajdował się w dziwnie niezręcznym miejscu, jak gdyby wręcz zapraszał ludzi do wydłubania go. Po prawej stał wysoki mężczyzna z szerokimi barkami, wyglądając, jakby miał dwadzieścia parę lat. Na jego twarzy wymalowana była tylko obojętność i otaczała go zimna aura.

Stojąc na wyższej części wzgórza, Wen Chao spojrzał na wszystkich z góry. Zamachał ręką, dziwnie z siebie zadowolony.

Teraz jeden po drugim złóżcie swoje miecze!

Wśród tłumu wybuchło zamieszanie. Ktoś zaprotestował:

Miecze zawsze powinny towarzyszyć kultywatorom. Dlaczego chcesz, byśmy je oddali?

Kto się odezwał? Z której jesteś sekty? Wystąp z szeregu! – krzyknął Wen Chao.

Ten, który się odezwał, był zbyt przestraszony, by coś dodać. Tłum w końcu ucichł, zadowalając tym samym Wena Chao.

To właśnie dlatego, że wciąż są tacy uczniowie, nieznający ani grama dobrego wychowania, uległości i pokory, muszę was zindoktrynować, by wasze rdzenie nie zgniły. Jesteście tak ignorancko zuchwali, że jeśli teraz nie naprostujemy waszych zachowań, to w przyszłości naturalnie będziecie próbowali poważyć autorytet i wspiąć się ponad klan Wen!

Choć wszyscy wiedzieli, że każąc im oddać miecze, miał złe intencje, to z klanem QishanWen będącym jak słońce w południe, wszystkie sekty kroczyły po kruchym lodzie, nie śmiąc w żaden sposób ich sprowokować. Bali się, że jeśli w jakiś sposób będzie z nich niezadowolony, to zostaną oskarżeni razem ze swoją sektą, więc mogli tylko się poddać.

Jiang Cheng mocno trzymał Wei WuXiana.

Dlaczego mnie trzymasz? – zapytał cicho chłopak.

Nie rób nic niepotrzebnego – parsknął Jiang Cheng.

Za dużo myślisz. Nawet jeśli jest tak tłusty, że to aż obrzydliwe i bardzo chcę go stłuc na kwaśne jabłko, to nie sprawię naszej sekcie kłopotów. Nie martw się.

Chcesz go włożyć do wora i skopać? Niestety to może nie zadziałać. Widzisz tego gościa, który stoi obok?

Tak. Ma wysoki poziom kultywacji, ale jego młodość nie jest zbyt dobrze zachowana. Wygląda, jakby późno dojrzał.

Nazywa się Wen ZhuLiu i jest znany jako „Ręka topiąca rdzeń”. To sługa trzymany u boku Wena Chao specjalnie by go chronić. Nie prowokuj go.

– „Ręka topiąca rdzeń”?

Dokładnie. Jego dłonie są przerażające i jest pomocnikiem tyrana. Wcześniej pomagał Wenowi…

Szepcząc, patrzyli się prosto przed siebie. Widząc, że zbliża się jeden ze służących, by zabrać ich miecze, natychmiast zamilkli. Z pewnością siebie Wei WuXian odczepił miecz od pasa i go oddał. Równocześnie nie mógł się powstrzymać przed spojrzeniem w stronę uczniów z GusuLan. Pierwotnie myślał, że Lan WangJi odmówi przekazania im Bichenu. Niespodziewanie jednak chłopak oddał miecz, choć jego mina była przerażająco chłodna.

Prześmiewcze słowa pani Yu okazały się prorocze. Będąc „indoktrynowanym” w Qishan, ich posiłki były naprawdę mdłe. Przekąski, które dała im Jiang YanLi, zostały już dawno zjedzone. A do tego jeszcze żaden z nich nie trenował poszczenia. Nie można było powiedzieć, że nie było ciężko.

W „indoktrynacji” Wenów chodziło tylko o rozdanie kopii Kwintesencji klanu Wen – książeczki pełnej historii i cytatów poprzednich liderów. Każdy dostał jedną. Wymagali od nich, by nauczyli się ich na pamięć i cały czas o nich myśleli. Wen Chao codziennie stał ponad nimi. Dawał publiczne przemowy, kazał im go dopingować i uważać za idealny wzór do naśladowania. Podczas nocnych łowów zabierał ich ze sobą, każąc im biec przodem. Sprawdzali drogę, rozpraszali demony i bestie, walcząc z całych sił, a on pojawiał się w ostatniej chwili i zabijał ofiarę, która została już zbita na kwaśne jabłko przez pozostałych. Po dekapitacji przechwalał się, że to wynik jego osobistych starań. Jeśli komuś wyjątkowo się to nie podobało, to brał tę osobę na przód i publicznie beształ, wyzywając ją od gorszych od świń.

W zeszłym roku podczas konferencji dyskusyjnej klanu QishanWen Wen Chao wziął udział w konkursie łuczniczym razem z Wei WuXianem i pozostałymi. Był pewny, że zdobędzie pierwsze miejsce, myśląc, że inni naturalnie mu się poddadzą. W konsekwencji za pierwszym razem trafił, za drugim chybił, a za trzecim zestrzelił zły papierowy manekin. Powinien był natychmiast opuścić pole, ale odmówił, a pozostali bali się zwrócić uwagę. Ostatecznie cztery najlepsze wyniki mieli Wei WuXian, Lan XiChen, Jin ZiXuan i Lan WangJi. Ten ostatni na pewno wypadłby jeszcze lepiej, gdyby nie musiał wcześniej wyjść. Wen Chao czuł się niezwykle upokorzony i najbardziej nie znosił właśnie ich. Lan XiChen nie mógł tym razem przyjść, więc skupił się na pozostałej trójce, codziennie ich besztając i pokazując swoją władzę nad nimi.

Najbardziej cierpiał Jin ZiXuan. Dorastał otulany dłońmi rodziców i nigdy nie doświadczył takiego upokorzenia. Gdyby nie powstrzymali go pozostali uczniowie LanlingJin, a Wen ZhuLiu nie był tak poważnym problemem, to chętnie już pierwszego dnia popełniłby samobójstwo, zabierając ze sobą Wena Chao. Z drugiej strony Lan WangJi wydawał się w stanie wewnętrznego spokoju i totalnej obojętności, jakby dusza już uleciała z jego ciała. Wei WuXian zaś miał za sobą lata spędzone z różnymi karami pani Yu, więc bez mrugnięcia okiem zaczynał się śmiać, jak tylko Wen Chao schodził z platformy.

Dzisiaj jak zwykle zostali obudzeni przez uczniów klanu Wen i jak owce zapędzeni do kolejnego miejsca na mapie ich nocnych łowów.

Tym razem szli do miejsca zwanego górą Potoku Zmierzchu. Im bardziej zagłębiali się w las, tym gęstsze stawały się gałęzie nad ich głowami, a cienie pod ich stopami większe. Momentami nie dało się nic usłyszeć poza szumem liści i tupotem ich kroków. Trele ptaków, ryki zwierząt i cykanie świerszczy były wyjątkowo głośne pośród tej ciszy.

Po chwili natrafili na strumień. Pośród bulgoczącej wody unosiły się liście klonu. Harmonia dźwięku i widoku niezauważalnie zmniejszyła poczucie opuszczenia. Z przodu grupy dało się nawet słyszeć chichot.

Wei WuXian i Jiang Cheng szli, mamrocząc pod nosem obelgi w stronę skundlonych Wenów. Młodszy chłopak odwrócił się i rozejrzał, zauważając ubraną na biało postać. Lan WangJi szedł niedaleko niego.

Ze względu na swój powolny krok Lan WangJi został przy końcu grupy. Przez ostatnie kilka dni Wei WuXian niejednokrotnie chciał do niego podejść i obgadać, co się dzieje. Jednak Lan WangJi zawsze się odwracał, gdy go widział, a Jiang Cheng uderzał go, mówiąc, by się nie wygłupiał. Teraz kiedy byli bliżej siebie, nie mógł się powstrzymać przed przyjrzeniem mu się. Wei WuXian nagle zdał sobie sprawę, że choć Lan WangJi próbował iść normalnie, to wciąż można było zauważyć, że prawą nogą dotyka ziemi lżej niż lewą, jakby nie mógł oprzeć na niej swojego ciężaru.

Widząc to, Wei WuXian zwolnił kroku, by się z nim zrównać. Idąc z nim ramię w ramię, zapytał:

Co się stało z twoją nogą?

Tłumaczenie: Ashi

3 Comments

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

:błeee:  :płaku:  :WeiMądruś:  :zonk:  :NieNie: 
:AAAA:  :ależeco:  :blabla:  :ugh:  :cooo: 
:ekscytacja:  :facepalm:  :patriarcha:  :muahaha:  :złamaneserce: 
:szok:  :przestań:  :zachwyt:  :zachwyt2: