Mo Dao Zu Shi

Rozdział 69 – Odejście I42 min. lektury

Na terenach łowieckich góry Feniksa trwała jesień.

Setki tysięcy kultywatorów wybrało miejsce, w którym często czaiły się bestie i demony. Mieli za zadanie pokonać jak najwięcej potworów w wyznaczonym przedziale czasu. To właśnie o to chodziło w tych łowach. Na przestrzeni wielu hektarów znajdowało się sporo zwierzyny. Góra Feniksa była jednym z trzech najbardziej znanych terenów łowieckich i organizowano na niej wiele ogromnych zawodów. Tak ważne wydarzenie nie tylko miało pozwolić sektom pokazać swoje talenty, ale również pomóc się wykazać początkującym i wędrownym kultywatorom.

Nieopodal wejścia na teren łowiecki znajdował się wielki plac, wokół którego wybudowano dziesięć wysokich wież. Na ich szczytach widoczni byli ludzie, a ich podekscytowane szepty przecinały powietrze. Najcichszą wieżą była naturalnie ta najwyższa i najbogaciej udekorowana. Siedzieli tam głównie starsi kultywatorzy, liderzy sekt i ich rodziny. Na tyłach stały rzędy pokojówek, trzymających baldachimy lub ogromne wachlarze. Siedzące na przodzie kobiety zakrywały twarze małymi wachlarzami, powściągliwie spoglądając, co działo się na dole.

Jednak nie były w stanie zachować swych obojętnych min, gdy nadjechała formacja konna sekty GusuLan.

Podczas nocnych łowów konie nie były potrzebne, ale jazda konna stanowiła jedną z podstawowych dyscyplin, w których szkolili się uczniowie. Podczas tak galowych wydarzeń przybycie wierzchem było nie tylko oznaką szacunku, ale formacje jeździeckie mogły także wykreować atmosferę pełnego majestatu piękna. W skrócie chodziło tylko o zasady i estetykę.

Lan Xichen i Lan Wangji siedzieli wyprostowani na śnieżnobiałych rumakach, prowadząc powoli resztę sekty. Obaj mieli przypasane do talii miecze i pełne strzał kołczany na plecach. Białe szaty i wstążki na czoło trzepotały na wietrze, sprawiając, że mężczyźni wyglądali jak bóstwa. Ich śnieżnobiałe buty były tak nienaganne, że bez wahania można było uznać je za czystsze od odzieży innych ludzi. Dwóch Nefrytów Lan naprawdę stanowiło wspaniałą parę drogocennych kamieni, tak jakby wykuto ich z lodu. Gdy tylko weszli do środka, to nawet powietrze wydawało się ludziom bardziej rześkie.

Wiele kobiet się tym zauroczyło. Bardziej powściągliwe opuściły tylko swoje wachlarze, wpatrując się w nich uporczywie. Śmielsze podbiegły do barierek, rzucając wcześniej przygotowanymi kwiatami i płatkami. Deszcz pąków spadł z nieba. Rzucanie kwiatów na przystojnych mężczyzn i piękne kobiety w wyrazie podziwu było tradycją. Członkowie GusuLan pochodzili z prominentnego klanu, więc wyglądali znakomicie i dawno się do tego przyzwyczaili. Szczególnie Lan Xichen i Lan Wangji, którzy doświadczali tego od trzynastego roku życia, wydawali się być całkiem opanowani. Skinęli głowami w stronę wież w wyrazie szacunku, ale się nie zatrzymali, dalej jadąc stępa.

Jednak Lan Wangji nagle uniósł dłoń, łapiąc rzucony w niego od tyłu kwiat.

Odwrócił się. Na czele znajdującej się z boku formacji sekty YunmengJiang stał Jiang Cheng, który niecierpliwie cmoknął językiem. Na stojącym obok niego koniu siedział mężczyzna o czarnych, błyszczących włosach. Opierał się o szyję zwierzęcia, spoglądając w bok i z uśmiechem rozmawiając z dwoma szczupłymi dziewczynami, jakby nic się nie stało.

Lan Xichen zauważył, że jego brat pociągnął za wodze i się zatrzymał.

Co się stało, Wangji?

Wei Ying – zawołał Lan Wangji.

Zaskoczony Wei Wuxian w końcu odwrócił się w ich stronę.

Co? Wołałeś mnie, Hanguang-jun? O co chodzi?

Trzymając w górze kwiat, Lan Wangji wydawał się oziębły, a jego ton także był zimny.

Czy to twoja sprawka?

Nie, no coś ty – zaprzeczył natychmiast Wei Wuxian.

Nie wierz mu. On to rzucił! – powiedziały jednocześnie stojące obok niego dziewczyny.

Jak możecie tak traktować dobrego człowieka? Zaczynam się złościć!

Chichoczące dziewczęta pociągnęły za wodze i wróciły do swoich sekt. Lan Wangji opuścił dłoń, w której trzymał kwiat i potrząsnął głową.

Zewu-jun, Hanguang-jun, przepraszam. Proszę, nie zwracajcie na niego uwagi.

To w porządku. Dziękuję paniczowi Wei w imieniu Wangjiego za dobre intencje. – Lan Xichen się uśmiechnął.

Kiedy powoli odjechali w dal, zabierając ze sobą chmurę płatków i zapachów, Jiang Cheng zerknął na kolorowe morze chusteczek machających na wieżach, po czym odwrócił się do Wei Wuxiana.

Dlaczego rzucasz kwiatami razem z dziewczynami?

Myślę, że wygląda dobrze. A co, nie mogę ich rzucać?

Jiang Cheng uniósł nos do góry.

Ile masz lat? Myślisz, że kim jesteś, skoro wciąż płatasz takie figle?

Też chcesz? Sporo jeszcze zostało na ziemi, podnieść ci jakiś? – Mówiąc to, udał, że się pochyla.

Spadaj!

W tej chwili nad placem rozległ się głos Jin Guangyao.

Formacja sekty QingheNie!

Nie Mingjue był bardzo wysoki. Kiedy stał, ludzie czuli ogromną presję. Na grzbiecie konia wydawał się jeszcze bardziej dystyngowany, tak jakby mógł patrzeć z góry na wszystkich obecnych. Kiedy na plac wchodzili mężczyźni zajmujący wysokie pozycje na liście najprzystojniejszych kultywatorów, to prawie żaden nie mógł uniknąć kąpieli w kwiecistym deszczu.

Lider sekty Nie, który zajmował siódme miejsce w rankingu, był wyjątkiem. Lan Wangji był lodem wśród zimna, pokonując śnieg i szron, Nie Mingjue zaś był ogniem wśród zimna, tak jakby w każdej chwili mógł wybuchnąć ze złości, przez co jeszcze ciężej było się do niego zbliżyć. Z tego powodu, choć pannom serca wręcz wyrywały się z piersi, to zaciskały kwiaty w spoconych dłoniach, nie śmiąc ich rzucić w obawie, że go zezłoszczą i zostaną posiekane szablą. Jedynie mężczyźni, którzy bardzo go podziwiali, wybuchnęli krzykiem podziwu. Wywołany przez nich hałas prawie powodował ból.

Obok brata jechał wachlujący się Nie Huaisang, który jak zawsze starannie się ubrał. Miał ze sobą zarówno szablę, jak i tonę biżuterii. Na pierwszy rzut oka wyglądał jak modniś pośród chaosu. Wszyscy wiedzieli, że jego szabla tak naprawdę nigdy nie została wyjęta z pochwy, a podczas zawodów będzie spacerował wokół góry Feniksa, ciesząc się widokiem.

Po sekcie QingheNie nadeszła kolej na YunmengJiang.

Wei Wuxian i Jiang Cheng wjechali konno i natychmiast spadł kolejny deszcz kwiatów. Twarz starszego chłopaka pociemniała, ale Wei Wuxian cieszył się z uwagi, czując się z nią komfortowo. Pomachał dłonią w stronę najwyższej wieży. Najlepsze miejsce zostało zajęte dla pani Jin z sekty LanlingJin, obok której siedziała Jiang Yanli. Pani Jin trzymała jej dłoń z kochającą miną, rozmawiając z nią. Jiang Yanli siedziała lekko uśmiechnięta, ale kiedy zobaczyła, że machają do niej jej młodsi bracia, to natychmiast się rozpogodziła i opuściła wachlarz. Powiedziała kilka słów do pani Jin, podeszła do brzegu platformy i rzuciła w ich stronę dwa kwiaty.

Wykorzystała do tego całą swoją siłę. Mężczyźni martwili się przez chwilę, że spadnie, ale udało jej się zachować równowagę. Złapali kwiaty, uśmiechając się do niej delikatnie. Dziewczyna z opuszczoną głową wróciła na swoje miejsce.

Nagle na ogierach wjechała kolumna kultywatorów ubranych w białe szaty ze złotym obszyciem i lekką zbroję. Jadąca na przodzie osoba miała przystojne rysy twarzy. Był to lider sekty, Jin Guangshan.

Pani Jin natychmiast poklepała Jiang Yanli po ramieniu. Złapała ją za dłoń, ciągnąc do barierek i wskazując jej formację LanlingJin.

Pośród rżenia jeden z koni wyrwał się naprzód i pokłusował wokół placu, zanim wodze zostały ściągnięte. Siedząca na jego grzbiecie postać wyglądała imponująco. Miała na sobie śnieżnobiałe szaty, a jej rysy były wyraźniejsze od namalowanego na czole cynobrowego znaku. Naciągnęła łuk, jeszcze bardziej epatując urodą.

Na wieżach aż się zagotowało. Mężczyzna spojrzał się w ich stronę, ale nie wiadomo, czy zrobił to celowo. Choć starał się zachować beznamiętną maskę, to duma wciąż wyraźnie naznaczała się w kącikach jego oczu.

No nie wierzę. Jest jak paw – zakpił Wei Wuxian, śmiejąc się do rozpuku.

Pilnuj się. Siostra wciąż patrzy.

Nie martw się. Nie zwrócę na niego uwagi, o ile znowu nie doprowadzi jej do łez. Nie powinna była w ogóle z nami przyjeżdżać.

LanlingJin nalegało. Nie mogłem odmówić.

Chyba pani Jin nalegała. Po tym z pewnością znajdzie sposób, by siostra i ta męska księżniczka znaleźli się w tym samym miejscu.

Kiedy rozmawiali, Jin Zixuan zdążył wjechać na arenę strzelniczą. Rząd tarcz był jedyną przeszkodą przed wejściem na teren łowiecki. Ci, którzy chcieli wziąć udział w zawodach, musieli najpierw trafić do celu z określonej odległości. Na tarczy znajdowało się siedem pierścieni, a każdy symbolizował inne wejście. Im bliżej środka trafiła strzała, tym korzystniejszą ścieżkę się dostawało. Nie zwalniając ani trochę Jin Zixuan wyjął strzałę z kołczanu i wystrzelił. Trafiła w sam środek, a oklaski rozległy się ze wszystkich wież.

Widząc, jak bardzo Jin Zixuan się popisywał, Jiang Cheng i Wei Wuxian nie zareagowali. Nagle z okolicy dobiegł ich głośny krzyk.

Jeśli ktokolwiek wciąż jest nieprzekonany, to niech pokaże, że strzela lepiej od Zixuana!

Mówiący był wysoki i barczysty, jego karnacja była dość ciemna, a głos donośny. To siostrzeniec Jin Guangshana i kuzyn Jin Zixuana, Jin Zixun. Wcześniej podczas kwiecistego bankietu sekty LanlingJin był świadkiem kłótni między Wei Wuxianem i Jin Zixuanem.

Wei Wuxian się uśmiechnął, zauważając jego wrogość. Zixun wyraźnie chciał go sprowokować – uśmiechnął się zadowolony, widząc, że główny uczeń YunmengJiang nie odpowiada na wyzwanie. Kiedy formacja konna Jiangów dotarła do areny strzeleckiej, Wei Wuxian odwrócił się do Dwóch Nefrytów Lan, którzy przygotowywali właśnie łuki.

Lan Zhan, chcesz mi pomóc?

Lan Wangji zerknął na niego, ale nie odpowiedział.

Co tym razem knujesz? – zapytał Jiang Cheng.

O co chodzi? – odparł w końcu Lan Wangji.

Mogę pożyczyć twoją wstążkę na czoło?

Słysząc to, Lan Wangji natychmiast odwrócił wzrok i już na niego nie spojrzał. Lan Xichen się zaśmiał.

Paniczu Wei, może tego nie wiesz, ale…

Bracie, nie musisz.

Dobrze.

Jiang Cheng miał ochotę przywalić Wei Wuxianowi tak mocno, że ten spadłby z konia. Przecież to oczywiste, że Lan Wangji by mu jej nie pożyczył, ale ten i tak musiał zapytać! Z nudy był w stanie zrobić wszystko. Obiecał sobie, że kiedyś go uderzy, kiedy tylko pozwoli na to sytuacja.

Po co ci jego wstążka? Żeby się powiesić? Mogę pożyczyć ci swój pas, nie musisz dziękować.

Wei Wuxian rozwiązał czarną wstążkę od ochraniacza na nadgarstek.

Możesz zachować swój pas. Nie chcę go, nawet jeśli nie mogę mieć jego wstążki.

Ty… – Zaczął Jiang Cheng.

Zanim skończył mówić, Wei Wuxian szybko przewiązał wstążką oczy, nałożył strzałę na cięciwę, wystrzelił – i trafił!

Te kilka ruchów było bardzo płynnei szybkie. Inni nawet nie zdążyli się zorientować, co planuje zrobić. Nie widzieli wyraźnie jego gestów, zanim cel został przebity. Po chwili ciszy wszechogarniający aplauz rozległ się na wieżach, o wiele głośniej niż dla Jin Zixuana.

Kąciki ust Wei Wuxiana lekko się uniosły. Zakręcił łukiem, zarzucając go sobie na plecy. Jin Zixun, widząc, jak jego popularność pobiła na łopatki jego kuzyna, parsknął głośno. Wyglądało na to, że jest bardzo niezadowolony.

To dopiero otwierający wydarzenie konkurs strzelecki, a ty już jesteś taki ostentacyjny. Teraz może i masz zakryte oczy, ale czy wytrzymasz tak przez całe polowanie? Później na górze Feniksa pokażemy nasze prawdziwe możliwości i przekonamy się, kto tak naprawdę jest lepszy!

Pewnie – przytaknął mu Wei Wuxian.

Idziemy! – Jin Zixun machnął dłonią.

Wszyscy jego kultywatorzy ruszyli do przodu, tak jakby chcieli być pierwsi w środku, by przejąć wszystkie bestie wysokiego poziomu. Jin Guangshan poczuł dumę, widząc, jak dobrze wytrenowani są członkowie jego sekty. Uśmiechnął się, gdy zauważył, że Wei Wuxian i Jiang Cheng wciąż nie ruszyli się z miejsca.

Liderze sekty Jiang, paniczu Wei, dlaczego jeszcze nie wchodzicie? Uważajcie, by Zixun nie skradł wam wszystkich bestii.

Nie ma powodów do pośpiechu. Nie będzie w stanie.

Wszyscy wokół zamarli z zaskoczenia. Jin Guangshan zastanawiał się, co oznaczają słowa „nie będzie w stanie”, gdy Wei Wuxian zsiadł z konia i odezwał się do Jiang Chenga:

Idź pierwszy.

Tylko nie przesadzaj. Odpuść, kiedy ci wystarczy.

Mężczyzna w odpowiedzi tylko machnął ręką. Jiang Cheng zebrał wodze i odprowadził swoich uczniów.

Wei Wuxian z zasłoniętymi oczami powoli ruszył w stronę wejścia na teren łowiecki. Zachowywał się, jakby wcale nie przyszedł na łowy, ale wyszedł na spacer w ogrodzie własnej sekty.

Tłum ogłupiał. Czy to możliwe, że naprawdę nie odsłoni oczu przed końcem zawodów? Jak weźmie w ten sposób udział? Spojrzeli po sobie. Czuli, że nie jest to ich sprawą i po prostu będzie ciekawym widowiskiem.

Wei Wuxian szedł przez jakiś czas, aż w końcu znalazł w głębi góry wygodne miejsce do odpoczynku. Była to niezwykle szeroka gałąź wyrastająca z bardzo grubego pnia, która blokowała ścieżkę. Klepnął kilka razy w suchą, pomarszczoną korę. Gałąź wydawała się wystarczająco sztywna, więc na nią wskoczył.

Hałas z wież już dawno został stłumiony przez górski las. Mężczyzna oparł się o drzewo i zamknął oczy. Promienie słoneczne prześwitywały między liśćmi, muskając jego twarz.

Uniósł Chenqing i dmuchnął, przesuwając po nim palcami. Czysty tembr fletu uniósł się ku niebu jak ptak, rozlegając się echem po zboczu. Grając, Wei Wuxian zsunął jedną nogę z pnia i lekko nią machał. Czubek jego buta smagał trawę rosnącą pod drzewem. Nie przeszkadzało mu, że wilgotniał od rosy, która osiadła na źdźbłach.

Gdy melodia dobiegła końca, skrzyżował ramiona i ułożył się w wygodniejszej pozycji. Flet położył na piersi, obok kwiatu, który wciąż pięknie pachniał. Nie wiedział, ile czasu minęło. Prawie zasnął, kiedy nagle coś wyrwało go z zadumy.

Ktoś się zbliżał.

Jednak od tej osoby nie dało się wyczuć morderczych intencji, więc pozostał na miejscu, czując się zbyt leniwie, by wstać. Nie miał nawet siły zdjąć wstążki z oczu. Przekrzywił tylko głowę.

Po kilku chwilach nieznajomy wciąż się nie odezwał, więc Wei Wuxian nie mógł się powstrzymać przed zagadaniem.

Jesteś tu na łowy?

Nikt nie odpowiedział.

Wokół mnie nie znajdziesz nic wartego uwagi.

Osoba wciąż milczała, ale podeszła kilka kroków bliżej. To podekscytowało Wei Wuxiana. Większość kultywatorów nie śmiała się do niego zbliżać, nawet kiedy wokół był tłum. Nie było nawet mowy o podejściu do niego, gdy był sam! Gdyby nie to, że nie wyczuwał od tej osoby żadnych złych intencji, to byłby pewny, że ma jakieś ukryte zamiary. Wyprostował się trochę i przekrzywił głowę w tamtą stronę. Uśmiechnął się i już miał coś powiedzieć, kiedy nagle został mocno pchnięty.

Plecy Wei Wuxiana uderzyły o pień. Prawą dłonią prawie zerwał wstążkę z oczu, kiedy jego ramię zostało wykręcone. Ta osoba była bardzo silna i nie mógł się jej wyrwać, ale wciąż nie wyczuwał zagrożenia. Poruszył rękawem i już miał wytrząsnąć z niego talizmany, kiedy nieznajomy zauważył ruch i znowu go unieruchomił. Poruszając się sztywno, przyszpilił obie jego ręce do drzewa. Wei Wuxian uniósł nogę i już miał wymierzyć kopniaka, kiedy poczuł ciepło na ustach. Natychmiast zamarł.

Dotyk wydawał się jednocześnie dziwny i znajomy, wilgotny i ciepły. Na początku nawet nie pojmował, co się dzieje. W głowie miał pustkę. Kiedy w końcu zrozumiał, prawie umarł z szoku.

Ta osoba mocno trzymała jego nadgarstki, przyciskała go do drzewa i go całowała.

Nagle zaczął się szarpać, chcąc się wyrwać z uścisku i zerwać wstążkę z oczu, ale mu nie wyszło. Chciał ponowić próbę, ale jakoś się powstrzymał.

Całująca go osoba zdawała się lekko drżeć.

Wei Wuxian nie był w stanie dłużej stawiać oporu.

Choć ta panna ma sporo siły, to jest pełna obaw i wstydu? Tak bardzo się denerwuje – pomyślał w duchu. W przeciwnym wypadku nie zaczaiłaby się na niego w takiej chwili. Prawdopodobnie zebrała w sobie całą swoją odwagę. Zresztą wyglądało na to, że jej poziom kultywacji nie był niski, przez co jej samoocena też nie mogła być taka zła. Gdyby przypadkiem odsłonił oczy, to czy umarłaby ze wstydu?

Para wąskich ust przesunęła się z jednej strony na drugą, ostrożnie, lecz nieugięcie. Wei Wuxian nie zdecydował jeszcze jak postąpić, kiedy te miękkie wargi nabrały agresywności. Jego zęby nie były zaciśnięte, pozwalając gorącemu językowi wedrzeć się do środka. Nagle poczuł się bezsilny. Ciężko mu było złapać oddech, więc chciał odwrócić głowę na bok, ale nieznajoma ścisnęła ją i przytrzymała w miejscu. Od muśnięć ust i języka zaczęło mu się kręcić w głowie, aż w końcu został ugryziony w dolną wargę. Atakujące go usta na chwilę zamarły tęsknie, po czym niechętnie się odsunęły.

Całe ciało Wei Wuxiana było wiotkie od tego pocałunku. Siła wróciła do jego ramion dopiero po chwili. Uniósł dłoń i zerwał wstążkę, a nagły blask promieni słonecznych na chwilę go oślepił. W końcu otworzył oczy, lecz wokół niego nikogo nie było. Krzaki, drzewa, trawy, pnącza – ale żadnego człowieka.

Czuł się trochę zagubiony. Posiedział jeszcze chwilę na gałęzi, a kiedy zeskoczył, to jego nogi były jak z waty.

Znowu wsparł się o pień drzewa, w milczeniu wyklinając swoją bezużyteczność. Został pocałowany tak mocno, że aż nogi się pod nim uginały. Spojrzał w górę, jeszcze raz rozglądając się po okolicy, ale nie było żadnego śladu, wskazującego na obecność drugiej osoby. Scena sprzed chwili wydawała się tylko absurdalnym, acz erotycznym snem na jawie. Wei Wuxian nie mógł się powstrzymać przed pomyśleniem o legendarnych zdolnościach górskich potworów.

Jednak był pewny, że nie stał za tym żaden górski potwór. To musiał być człowiek.

Wspominając to uczucie, poczuł, jak dreszcze wdrapały się aż po czubek jego serca. Dotknął prawą dłonią piersi, ale odkrył, że zniknął kwiat, który wsunął między poły szaty. Przeszukał okolicę drzewa, ale tam też go nie było. Przecież nie rozpłynął się w powietrzu, prawda?

Wei Wuxian dość długo stał w bezruchu. Bezwiednie dotknął ust, po chwili dukając:

Jak to możliwe… To był mój…

Nikogo nie zobaczył, nawet kiedy rozejrzał się dalej. Nie wiedział, czy ma się śmiać, czy martwić, ale za to był pewny, że ta osoba się przed nim chowa i prawdopodobnie już jej nie zobaczy, więc dał sobie spokój z szukaniem. Zaczął spacerować po lesie.

Po chwili usłyszał z naprzeciwka głośny dźwięk. Kiedy spojrzał w tamtą stronę, to zobaczył ubraną na biało postać – kto inny mógłby to być, jak nie Lan Wangji?

Jednak choć wyraźnie był to Lan Wangji, to wcale go w tej chwili nie przypominał. Kiedy Wei Wuxian go zobaczył, mężczyzna tak mocno uderzył pięścią w drzewo, że pień aż złamał się w pół.

Wydawało mu się to dziwne.

Co robisz, Lan Zhan?!

Postać się odwróciła i okazało się, że to rzeczywiście był Lan Wangji. Jednak jego oczy były przekrwione, a mina prawie przerażająca. Wei Wuxian był zaskoczony.

Łał, ale straszne.

Odejdź! – powiedział ostro Lan Wangji.

Dopiero przyszedłem, a ty już mnie wyganiasz. Aż tak mnie nienawidzisz?

Trzymaj się ode mnie z daleka!

Nie licząc dni spędzonych w jaskini Żółwia Zagłady, to był pierwszy raz, kiedy Wei Wuxian zobaczył, jak Lan Wangji traci nad sobą panowanie. Wtedy było to zrozumiałe ze względu na nietypową sytuację. Teraz wszystko było w porządku, więc dlaczego się tak zachowywał? Wei Wuxian cofnął się o krok, „trzymając się od niego z daleka”.

Lan Zhan, co jest? Wszystko w porządku? Jeśli nie, to powiedz, dobrze?

Mężczyzna nawet na niego nie spojrzał, tylko dobył miecz. Kilka jasnoniebieskich promieni pomknęło w stronę okolicznych drzew, które chwilę później się zawaliły. Lan Wangji stał chwilę w bezruchu, ściskając rękojeść. Jego uchwyt był mocny – robił to z taką siłą, że aż mu pobielały knykcie. Nagle spojrzał znowu na niego, tak jakby się uspokoił, przyszpilając go wzrokiem.

Wei Wuxian poczuł dziwne uczucie, którego nie dało się wyjaśnić. Jego oczy przez ponad dwie godziny zasłaniała wstążka, więc światło dnia wciąż go oślepiało i łzy same mu ciekły. A do tego miał opuchnięte usta. Czuł, że wygląda okropnie. Dotknął swojego policzka, widząc to intensywne spojrzenie.

Lan Zhan?

To nic.

Z brzękiem schował miecz i odwrócił się, by odejść. Pomimo zapewnień Wei Wuxian wciąż miał wrażenie, że coś jest z nim nie tak, więc za nim poszedł. Po chwili zastanowienia rzucił się na niego, by sprawdzić mu puls. Lan Wangji zrobił unik i spojrzał na niego chłodno.

Nie patrz tak na mnie. Po prostu chcę zobaczyć, co jest z tobą nie tak. Dziwnie się zachowujesz. Nie zostałeś otruty? A może coś się wydarzyło podczas nocnych łowów?

Nie.

Widząc, że jego mina powraca do normalności i że wszystko prawdopodobnie było w porządku, Wei Wuxian w końcu przestał się martwić. Choć ciekawiło go, co się stało, to nie powinien tak bardzo się wtrącać, więc zaczął paplać. Na początku Lan Wangji nie chciał nic powiedzieć, ale w końcu odpowiedział w kilku słowach.

Pozostałość ciepła i uczucie opuchnięcia na ustach Wei Wuxiana przypomniały mu, że dzisiaj stracił swój pierwszy pocałunek, którego strzegł od dwudziestu lat. Całowano go, aż zakręciło mu się w głowie, ale nie wiedział nawet, kto to zrobił i jak wyglądał. Jak tak można?

Westchnął i nagle zapytał:

Lan Zhan, całowałeś się z kimś kiedyś?

Gdyby Jiang Chen tu był, to na pewno by mu przyłożył, słysząc, że zadaje tak frywolne i głupie pytanie. Lan Wangji zaś się zatrzymał i odpowiedział tak chłodnym tonem, że aż brzmiał sztywno:

Dlaczego pytasz?

Wei Wuxian się uśmiechnął, a jego mina wyrażała zrozumienie. Zamknął oczy.

Jeszcze nie, prawda? Wiedziałem. Tak po prostu zapytałem. Nie musisz się złościć.

Skąd wiesz?

A jak myślisz? Ciągle masz taką nieprzystępną minę, kto miałby odwagę cię pocałować? Oczywiście nie spodziewam się też, byś sam wyszedł z inicjatywą. Myślę, że do końca życia będziesz zwlekał ze swoim pierwszym pocałunkiem, hahaha…

Napawał się swoim dowcipem. Twarz Lan Wangjiego wciąż była pozbawiona wyrazu, ale trochę się rozluźniła.

A ty? – zapytał Lan Wangji, kiedy chłopak przestał się śmiać.

Wei Wuxian uniósł brew.

Ja? To oczywiste, że mam bogate doświadczenie.

Do niedawna zrelaksowana mina Lan Wangjiego natychmiast pokryła się warstwą śniegu i mrozu.

Cicho! – powiedział nagle Wei Wuxian. Czujnie zaczął nasłuchiwać, po czym wciągnął niechętnego towarzysza za krzaki.

Lan Wangji nie wiedział, co robią. Już miał zapytać, kiedy zauważył, że Wei Wuxian gapi się w jedną stronę. Podążając za jego wzrokiem, zobaczył dwie spacerujące postacie – jedną w bieli, drugą w fiolecie.

Idący przodem mężczyzna był szczupły i przystojny, choć otaczała go aura arogancji. Z cynobrowym znakiem między brwiami i złotą lamówką szat, noszona przez niego biżuteria odznaczała się jeszcze większym blaskiem, szczególnie w połączeniu z wyniosłym podbródkiem i napuszoną miną. Był to Jin Zixuan. Podążająca za nim kobieta była drobniejsza. Szła ze spuszczoną głową i nic nie mówiła, tworząc wyraźny kontrast między nią i idącym przodem Zixuanem. Tą kobietą była Jiang Yanli.

Wiedziałem, że pani Jin powie coś siostrze, a ten paw dorwie ją samą – pomyślał Wei Wuxian.

Stojący z boku Lan Wangji zauważył jego wzgardę. Zniżonym głosem zapytał:

Co wydarzyło się między tobą a Jin Zixuanem?

Wei Wuxian prychnął. Odpowiedź na to pytanie wymagałaby długich wyjaśnień.

Pani Yu i matka Jin Zixuana, pani Jin, były najbliższymi przyjaciółkami. Dawno temu złożyły sobie obietnicę, że jeśli urodzą im się synowie, to zostaną zaprzysiężonymi braćmi, jeśli córki, to zaprzysiężonymi siostrami, a jeśli będą przeciwnych płci, to oczywiście staną się mężem i żoną.

Damy z obu sekt były ze sobą zżyte. Znały się jak własną dłoń, a ich pochodzenie także było odpowiednie. Takie małżeństwo było najlepszym możliwym i prawie wszyscy uważali, że doszło do niego dzięki boskiemu wstawiennictwu. Jednak główni zainteresowani uważali inaczej.

Od urodzenia Jin Zixuan był jak księżyc wielbiony przez gwiazdy. Urodził się blady i delikatny. Kochali go prawie wszyscy, których spotkał, dzięki cynobrowemu znakowi, elitarnemu pochodzeniu i wyjątkowej inteligencji. Pani Jin kilka razy zabrała go do Przystani Lotosów. Ani Wei Wuxian, ani Jiang Cheng nie lubili się z nim bawić i tylko Jiang Yanli chciała karmić go przygotowanym przez siebie jedzeniem. Tak się składało, że Jin Zixuan nie chciał poświęcić jej ani chwili swojej uwagi, co wiele razy doprowadziło do kłótni z jej braćmi.

Później Wei Wuxian narobił kłopotów w Zaciszu Obłoków i doprowadził do zerwania kontraktu ślubnego między Jinami i Jiangami. Przeprosił Yanli po powrocie do Przystani Lotosów, ale dziewczyna bez słowa tylko pogłaskała go po głowie. I tak Jiang Cheng i Wei Wuxian uznali, że to koniec tej sprawy. Zerwanie zaręczyn było wszystkim na rękę. Dopiero potem zrozumieli, że Yanli była z tego powodu bardzo smutna.

W trakcie Kampanii Zestrzelenia Słońca sekta YunmengJiang zatrzymała się w Langyi, by pomóc LanlingJin. Brakowało im ludzi, więc Jiang Yanli razem z nimi udała się na pole bitwy. Wiedziała, że jej kultywacja nie była najlepsza, więc robiła, co mogła, pomagając w kuchni. Pierwotnie Wei Wuxian i Jiang Cheng się na to nie zgodzili, ale ona zawsze była dobra w gotowaniu. Sprawiało jej to radość, dobrze się dogadywała z innymi, do niczego się nie zmuszała i była dość bezpieczna, więc ostatecznie uznali, że to wcale nie jest taki zły pomysł.

Ze względu na trudne warunki wszystkie posiłki były dość mdłe. Jiang Yanli martwiła się, że jej bracia się do nich nie przyzwyczają ze względu na poprzednie życie w luksusie, więc w tajemnicy przygotowywała dla nich dodatkowe miski zupy. Nikt nie wiedział, że oprócz tego robiła także porcję dla Jin Zixuana, który wtedy także przebywał w Langyi.

On także o tym nie wiedział. Naprawdę doceniał smak tej zupy i był wdzięczny za intencje kucharza, ale Jiang Yanli nigdy się nie ujawniła. Tak się złożyło, że inna kultywatorka o marnych zdolnościach wszystko zobaczyła. Była służącą sekty LanlingJin i wykonywała tę samą pracę, co Yanli. Wiedziała jak wykorzystać okazję i swoją urodę. Z ciekawości kilka razy ukradkiem poszła za siostrą lidera sekty Jiang, szybko domyślając się, co robiła. Pewnego dnia zachowując spokój pokręciła się wokół namiotu Zixuana po tym, jak została doręczona kolejna porcja zupy, celowo pozwalając się zauważyć.

Jin Zixuan w końcu złapał kucharkę, więc oczywiście postanowił ją wypytać. Przebiegła kobieta do niczego się nie przyznała, zamiast tego dwuznacznie zaprzeczając z zarumienioną twarzą, tak jakby to ona naprawdę to zrobiła, ale nie chciała, by ktokolwiek się o tym dowiedział. I tak Jin Zixuan nie zmusił jej do przyznania się, ale zaczął ją szanować. Zwracał na nią uwagę, nawet nadając jej rangę gościnnego kultywatora LanlingJin. Jiang Yanli długo nie wiedziała, że coś jest nie tak, aż pewnego dnia niosąc zupę wpadła na Jin Zixuana, który wrócił do namiotu na chwilę po list.

Ten oczywiście zapytał się, co robiła w jego namiocie. Początkowo Jiang Yanli nie chciała się przyznać, jednak słysząc, że jego ton nabiera wątpliwości, musiała powiedzieć mu prawdę.

Problem w tym, że ktoś raz już wykorzystał tę wymówkę. Można było się domyślić, jak zareagował Jin Zixuan.

Natychmiast zdemaskował jej kłamstwo. Jiang Yanli nie spodziewała się czegoś takiego – nigdy nie była kimś, kto lubił się popisywać i niewielu w ogóle wiedziało, że jest córką byłego lidera sekty YunmengJiang. W tak krótkim czasie nie potrafiła znaleźć żadnych dowodów na swoją obronę. Próbowała protestować, ale im bardziej się starała, tym większe zimno czuła w sercu. Ostatecznie Jin Zixuan powiedział jej: „Nie myśl sobie, że możesz deptać po uczuciach innych tylko dlatego, że pochodzisz z potężnej sekty. Niektórzy, choć wywodzą się z biednych rodzin, mają o wiele lepszy charakter. Pilnuj się, proszę”.

Jego słowa w końcu pozwoliły jej zrozumieć parę rzeczy.

Mężczyzna nigdy nie wierzył, że taka słaba panienka pochodząca ze szlachetnej rodziny mogła jakkolwiek pomóc na polu bitwy. Mówiąc prościej, myślał, że chciała tylko znaleźć powód, by móc go zaczepić i narobić problemów. Nigdy jej nie rozumiał i nie chciał zrozumieć. To oczywiste, że z tego powodu jej nie uwierzy.

Po usłyszeniu tych ostrych słów Jiang Yanli natychmiast wybuchnęła płaczem. Właśnie to ujrzał Wei Wuxian po swoim powrocie.

Jego siostra była bardzo bezproblemowa, więc nie licząc łez podczas ich ponownego spotkania po zniszczeniu Przystani Lotosów, nigdy nie płakała przy innych, nie wspominając o tak żałosnym szlochu w otoczeniu tłumu. Wei Wuxian spanikował. Próbował ją zapytać, co się stało, ale dziewczyna płakała tak mocno, że nie mogła się wysłowić. Wtedy zobaczył stojącego obok zaskoczonego Jin Zixuana. Aż zagotował się z wściekłości, widząc tego kundla i z kopniakiem się na niego rzucił. Ich bójka była tak chaotyczna, że aż zatrzęsły się niebiosa. Wszyscy obecni w bazie kultywatorzy przyszli pomóc ich rozdzielić. Pośród całego zamieszania w końcu zrozumiał, o co chodziło i wściekł się jeszcze bardziej. Zaczął ostrą gadkę, mówiąc, że pewnego dnia z pewnością własnymi rękoma zabije Jin Zixuana i kazał ludziom przyprowadzić tamtą kucharkę.

Po kilku pytaniach prawda wyszła na jaw, a Jin Zixuan stał jak zamrożony. Wei Wuxian tłukł go i wyklinał, ale ten nie reagował, stojąc z ponurą miną. Gdyby Jiang Yanli nie uniosła ręki, a Jiang Cheng i Jin Guangshan nie odciągnęli Wei Wuxiana, to prawdopodobnie rany Jin Zixuana nie zagoiłyby się nawet do dnia łowów na górze Feniksa.

Później, choć Jiang Yanli wciąż pomagała w Langyi, to wykonywała tylko własne obowiązki. Przestała przynosić Jin Zixuanowi zupę i nawet nie raczyła na niego spojrzeć. Wkrótce kryzys w Langyi został opanowany, więc Wei Wuxian i Jiang Cheng zabrali ją z powrotem do Yunmeng. Jin Zixuan zaś po Kampanii Zestrzelenia Słońca zaczął coraz częściej o nią pytać, albo z poczucia winy, albo z powodu nalegań matki.

Ci, którzy znali tę historię, uważali to za zwykłe nieporozumienie. Zostało wyjaśnione, więc co było w tym złego? Wei Wuxian tak nie uważał. Z całego serca nienawidził Jin Zixuana, który dla niego był tylko pyszałkowatą księżniczką, nadętym pawiem i ślepcem, który patrzył wyłącznie na wygląd. Nie wierzył, by taki narcyz potrafił zrozumieć swój błąd i nagle zakochać się w Jiang Yanli. Zapewne pani Jin ostro się za niego wzięła, więc niechętnie zabrał się za spełnianie jej życzeń.

Jednak bez względu na swoje uczucia w tej kwestii, Wei Wuxian powstrzymał się przed wyjściem zza krzaków, by nie zrobić Jiang Yanli przykrości. Lan Wangji spojrzał na niego, jakby nie mógł nic zrozumieć, ale Wei Wuxian nie miał czasu mu tłumaczyć. Przystawił palec wskazujący do ust na znak zachowania ciszy i obserwował sytuację. Para jasnych oczu przez chwilę zatrzymała się na jego pełnych, wilgotnych wargach, po czym także się odwróciła.

W oddali Jin Zixuan odsunął krzaki, by odsłonić grube cielsko wężowatej bestii. Pochylił się na chwilę, po czym powiedział:

Jest martwy.

Jiang Yanli przytaknęła.

To wąż mierzący.

Słucham? – zapytała dziewczyna.

Potwór z regionu Nanman. Jak kogoś zobaczy, to się prostuje, by ocenić, kto jest wyższy. Jeśli okaże się wyższy, to pożre tę osobę. To nic wielkiego, tylko wygląda strasznie.

Wydawało się, że Jiang Yanli nie rozumiała, dlaczego nagle zaczął tłumaczyć jej takie rzeczy. Normalnie w takiej chwili najlepiej byłoby powiedzieć parę płytkich pochwał, jak na przykład: „panicz Jin jest taki mądry” albo „panicz Jin jest taki spokojny”. Jednak powiedział coś, co było najbardziej podstawową wiedzą, próbując na siłę nawiązać rozmowę. Prawdopodobnie jedynie Jin Guangyao mógłby pochwalić coś takiego z beznamiętną miną. Jiang Yanli znowu tylko przytaknęła – Wei Wuxian sądził, że zapewne robiła tak przez całą drogę.

Po tym nastała chwila ciszy. Ich niezręczność była tak wielka, że aż udzieliła się skrywającej w krzakach dwójce. Kilka minut później Jin Zixuan w końcu zaczął odprowadzać ją z powrotem, kontynuując swój wywód.

Na ciele tego węża widać łuski, a jego kły są dłuższe od paszczy. To prawdopodobnie mutant. Większość ludzi miałaby z nim problem, bo nie byliby w stanie przebić się przez jego zbroję z łusek. – Po chwili dodał nonszalanckim tonem: – Ale to naprawdę nic wielkiego. Żadna z bestii na tych łowach nie jest trudna do pokonania. W ogóle nie będą w stanie zranić członków sekty LanlingJin.

Słysząc dwa ostatnie zdania i wzmagającą się aurę dumy, Wei Wuxian jeszcze bardziej się zirytował. Zauważył, że Lan Wangji wpatruje się w tego pawia bez wyrazu i uznał, że to dość dziwne. Podążył za jego spojrzeniem i natychmiast zaniemówił.

Od kiedy Zixuan machał lewą ręką, kiedy robił krok lewą nogą i machał prawą ręką, kiedy kroczył prawą nogą?!

Najlepiej by było, gdyby nikt nie został ranny podczas łowów – odparła Jiang Yanli.

Jaką wartość ma bestia, która nikogo nie rani? Na prywatnych terenach łowieckich LanlingJin mogłabyś zobaczyć wiele rzadkich potworów.

Kto chciałby odwiedzać prywatne tereny łowieckie twojej sekty? – zakpił w duchu Wei Wuxian.

Jin Zixuan postanowił wziąć sprawy we własne ręce.

Tak się składa, że mam czas w przyszłym miesiącu. Zabiorę cię tam.

Paniczu Jin, dziękuję ci za zaproszenie, ale nie musisz się kłopotać. – Głos Jiang Yanli był cichy.

Dlaczego nie? – wypalił zaskoczony mężczyzna.

Jak mogła odpowiedzieć na takie pytanie? Opuściła głowę, tak jakby czuła się niepewnie.

Nie lubisz obserwować łowów?

Kobieta przytaknęła.

To dlaczego przyszłaś tym razem?

Gdyby pani Jin nie włożyła tyle wysiłku, by ją zaprosić, to na pewno by nie przyszła. Tylko jak mogła powiedzieć coś takiego?

Widząc, że Jiang Yanli milczy, twarz Jin Zixuana raz bladła, a raz czerwieniała. Ta mina była niezbyt przyjemna. Po chwili w końcu wydusił:

Nie lubisz oglądać łowów, czy po prostu nie chcesz spędzać ze mną czasu?

Nie… – wyszeptała dziewczyna.

Wei Wuxian wiedział, że Jiang Yanli martwiła się powodem tego zaproszenia. Uważała, że Zixuan robi to tylko przez panią Jin i tak naprawdę nie miał ochoty z nią przebywać, więc nie chciała mu się narzucać. Jednak skąd on mógł o tym wiedzieć? Był pewny tylko jednego – nigdy w życiu nie poczuł takiego wstydu. Nie dość, że pierwszy raz został odrzucony przez dziewczynę, to jakby to nie wystarczało, zignorowała jego osobiste zaproszenie. Aż wrzał ze złości. Chwilę później zaśmiał się chłodno.

Niech będzie.

Przepraszam – powiedziała Jiang Yanli.

Za co przepraszasz? – Głos mężczyzny był jak lód. – Możesz myśleć, jak chcesz. Zresztą to nie ja chciałem cię zaprosić, więc to w porządku.

Krew zawrzała w Wei Wuxianie. Chciał wybiec i znowu wdać się w bójkę z Jin Zixuanem, ale po chwili zdecydował, że będzie lepiej, jeśli pozwoli jej zobaczyć prawdziwy charakter jej wybranka, by mogła go odrzucić i nigdy więcej nie pragnąć. Powstrzymał złość, chcąc wytrzymać to chwilę dłużej.

Usta Jiang Yanli drżały, ale nic na to nie powiedziała. Skłoniła się nisko, mówiąc tylko:

Wybacz mi, proszę.

Odwróciła się, by odejść, samotnie i w ciszy. Jin Zixuan stał przez kilka chwil w bezruchu, patrząc się w inną stronę. Po chwili nagle krzyknął:

Stój!

Dziewczyna się nie odwróciła, co tylko jeszcze bardziej go zezłościło. Dobiegł do niej w trzech susach i już miał złapać ją za rękę, kiedy cień nagle mignął mu przed oczami. Oberwał mocno w pierś, zanim miał szansę przyjrzeć się, kto to jest. Wycofał się, dobywając jednocześnie miecza.

Wei Wuxian, dlaczego znowu ty?! – krzyknął, kiedy w końcu zobaczył winowajcę.

Wei Wuxian zasłonił własnym ciałem Jiang Yanli, również krzycząc:

Sam chciałem to powiedzieć! Dlaczego to znowu, kurwa, ty?!

Zwariowałeś, że atakujesz bez powodu?!

Właśnie tak! – Mężczyzna wyprowadził cios pięścią. – Jak to „bez powodu”? Dlaczego próbujesz ze wstydu chwycić moją siostrę?!

Jin Zixuan zrobił unik i odpowiedział atakiem miecza.

To co, powinienem pozwolić jej spacerować samej po tej górze?!

Jego atak został odparty przez inny rozbłysk miecza, odbijając go w stronę nieba. Jin Zixuan był zszokowany, kiedy zobaczył, kto to zrobił.

Hanguang-Jun?

Lan Wangji schował Bichen i milcząco stanął między nimi. Wei Wuxian już miał podejść do przodu, ale złapała go Jiang Yanli.

A-Xian!

Jednocześnie wokół rozległy się kroki, a do lasu wbiegł ogromny tłum.

Co się stało?! – krzyknęła idąca na przodzie osoba.

Okazało się, że rozbłyski mieczy Lan Wangjiego i Jin Zixuana wystrzeliły w niebo, strasząc pobliskich kultywatorów. Od razu zorientowali się, że ktoś zaczął ze sobą walczyć, więc przybiegli, by zobaczyć czwórkę ludzi stojącą w lesie. Mówi się, że niemożliwe jest uniknięcie wroga i wyglądało na to, że było to prawdą, gdyż grupą przewodził nikt inny jak Jin Zixun.

Zixuan, czy Wei znowu sprawia ci kłopoty?!

Nie twoja sprawa, nie przejmuj się tym na razie! – odparł Jin Zixuan. Widząc, że Wei Wuxian złapał Jiang Yanli za rękę i chciał ją odciągnąć, dodał: – Stój!

Naprawdę chcesz walczyć? Mnie to pasuje! – powiedział Wei Wuxian.

Wei, dlaczego ciągle sprzeciwiasz się Zixuanowi? – zapytał Jin Zixun.

Wei Wuxian na niego spojrzał.

A ty to kto?

Mężczyzna zamarł z zaskoczenia, po czym zafukał:

Nie wiesz, kim jestem?!

A dlaczego miałbym to wiedzieć? – zastanawiał się patriarcha.

Po rozpoczęciu Kampanii Zestrzelenia Słońca Jin Zixun nalegał na przydzielenie mu ochrony tyłu armii z powodu odniesionej rany. Nie miał okazji doświadczyć, jak Wei Wuxian walczył na froncie i cała jego wiedza pochodziła z plotek. Miał go gdzieś, uważając, że wszystkie wieści były przesadzone. Jednak nie tak dawno temu Wei Wuxian jednym gwizdnięciem przywołał wszystkie mroczne istoty przebywające w lesie, odciągając jednocześnie grupę trupów, które właśnie mieli pojmać, przez co ich starania poszły na marne. Był z tego powodu bardzo niezadowolony.

Teraz patriarcha prosto w twarz pytał, kim jest, mocno go oburzając. On wiedział, kim jest Wei Wuxian, ale ten go nie kojarzył i śmiał nawet zapytać przy wszystkich? Miał wrażenie, że straci przez to twarz. Im dłużej myślał, tym bardziej go to irytowało. Już miał się odezwać, kiedy na niebie nad nimi błysnęło złotem, zwiastując przybycie kolejnej grupy ludzi.

Zlecieli na swoich mieczach i wylądowali. Prowadziła ich kobieta w średnim wieku o klasycznych rysach twarzy, które kryły w sobie odrobinę surowości. Wyglądała bardzo walecznie, kiedy leciała i elegancko, kiedy szła.

Ciociu! – zawołał Jin Zixun.

Jin Zixuan się zawahał, ale po chwili zapytał:

Matko! Co tutaj robisz? – Natychmiast sobie przypomniał, że ich rozbłyski mieczy poszybowały ku niebu. To oczywiste, że pani Jin zobaczyła je z wieży i musiała przyjść. Zerknął na towarzyszących jej kultywatorów LanlingJin. – Dlaczego zabrałaś ze sobą tylu ludzi? Nie musisz wtrącać się w sprawy łowów.

Przestań myśleć tylko o sobie – parsknęła pani Jin. – Kto powiedział, że jestem tu z twojego powodu?!

Kątem oka zobaczyła Jiang Yanli, która schowała się za plecami Wei Wuxiana. Natychmiast się rozluźniła i podeszła, chwytając dziewczynę za rękę.

A-Li, co się stało? – zapytała delikatnie pani Jin.

Dziękuję, proszę pani. Nic się nie stało.

Czy ten cholerny bachor znowu coś palnął? – Pani Jin szybko przejrzała sytuację.

Nie – zaprzeczyła Jiang Yanli.

Jin Zixuan przesunął się lekko. Wyglądał, jakby się przed czymś powstrzymywał. Oczywiście pani Jin znała swojego syna i od razu zrozumiała, co się święci. Natychmiast się wściekła, besztając chłopaka:

Jin Zixuan! Pragniesz śmierci?! Co mi powiedziałeś, zanim tu przyszedłeś?!

Ja…! – zaczął jej syn.

Bez względu na to, co wcześniej powiedział pani syn – wtrącił się Wei Wuxian – to będzie dobrze, jeśli od teraz ich ścieżki się nie spotkają.

Wciąż był wściekły, więc jego słowa nie były zbyt grzeczne. Na szczęście pani Jin skupiła się na pocieszaniu Yanli, więc nie zwróciła na to wiele uwagi. Jednak choć ją to nie obchodziło, to ktoś inny wykorzystał tę okazję.

Wei Wuxian, moja ciotka jest od ciebie starsza! – krzyknął Zixun. – Takie odzywki są dość bezczelne, nie uważasz?

Inni poczuli, że to ma sens i przytaknęli w zgodzie.

To nie było skierowane do pani Jin – odparł Wei Wuxian. – Twój kuzyn wielokrotnie wymawiał ostre słowa do mojej siostry. Gdyby YunmengJiang mogło to tolerować, to nie nazywano by nas elitarną sektą! Niby co w tym bezczelnego?

Co w tym bezczelnego? Czy którakolwiek część ciebie nie jest bezczelna? Dzisiaj, podczas tak ważnych łowów, w których wzięły udział wszystkie sekty, naprawdę się popisałeś, prawda? Jedna trzecia wszystkich bestii została przez ciebie zagarnięta. Na pewno jesteś z siebie zadowolony, prawda? – zakpił Jin Zixun.

Jedna trzecia wszystkich bestii? – zaciekawił się Lan Wangji, przechylając głowę na bok.

Od ponad setki osób będących pod dowództwem Jin Zixuna, dało się wyczuć prawie namacalną urazę, więc kiedy zobaczyli Lan Wangjiego, który ponoć nienawidzi Wei Wuxiana, niecierpliwie zaczęli się przekrzykiwać:

Jeszcze o tym nie wiesz, prawda, Hanguang-jun? Szukaliśmy wzdłuż i wszerz, aż w pewnej chwili zdaliśmy sobie sprawę, że na terenie łowieckim nie pozostał ani jeden trup czy duch!

Wysłaliśmy ludzi, by zapytali o to przebywającego w wieży Lianfanga-zun. Ponoć godzinę po rozpoczęciu zawodów ze zbocza góry Feniksa rozległa się zagrana na flecie melodia, a wszystkie trupy i duchy poszły jeden za drugim do punktu zbiórki sekty YunmengJiang i poddały się bez walki!

Na górze Feniksa pozostały jedynie potwory i zjawy…

Reszta została przyzwana przez Wei Wuxiana…

Nie obchodzi cię nic poza samym sobą, czy to nie wystarczająco bezczelne? – dodał Jin Zixun.

Wei Wuxian nagle zrozumiał. Za tą całą sytuacją kryła się jakaś intencja. Zaśmiał się.

Czy sam tego wcześniej nie powiedziałeś? „To dopiero ceremonia otwarcia. Później na górze Feniksa pokażemy nasze prawdziwe możliwości i przekonamy się, kto tak naprawdę jest lepszy”.

Jin Zixuan zaśmiał się kpiąco, jakby uważał to za komiczne.

Liczysz na pokrętną ścieżkę. To nie są twoje prawdziwe umiejętności, tylko zagranie melodii na flecie. To się nawet nie liczy!

Nie oszukiwałem i nie spiskowałem, więc dlaczego by nie? – Wei Wuxian brzmiał na zdziwionego. – Może zagrasz jakąś melodię na flecie i zobaczymy, czy jakieś trupy lub duchy zechcą cię posłuchać, co?

Masz gdzieś zasady, więc to wcale nie jest lepsze od oszustw i spisków! – krzyknął Jin Zixun.

Słysząc to, Lan Wangji zmarszczył brwi. Pani Jin się odwróciła, tak jakby dopiero co usłyszała toczącą się kłótnię. Jej ton był obojętny.

Zixun, wystarczy.

Wei Wuxian był zbyt leniwy, by dalej się z nim kłócić. Zaśmiał się.

Dobrze, no to nie wiem, co można uznać za prawdziwe umiejętności. Proszę, pokaż mi to i wygraj w pojedynku ze mną, bym przekonał się, co to takiego.

Gdyby mógł wygrać, to Jin Zixun nie byłby taki sfrustrowany. Zaniemówił na chwilę, lecz z każdą kolejną myślą był coraz bardziej oburzony.

To naturalne, że nie widzisz w tym nic złego – zakpił. – To nie pierwszy raz, kiedy panicz Wei łamie zasady. Nie przypasałeś miecza na kwiecisty bankiet, ani nie zabrałeś go dzisiaj na łowy. To takie ważne wydarzenia, ale ty masz gdzieś dobre wychowanie. Za kogo uważasz ludzi tu obecnych?

Wei Wuxian nie zwracał na niego uwagi. Odwrócił się do Lan Wangjiego, mówiąc:

Prawie zapomniałem. Lan Zhan, dziękuję, że ochroniłeś mnie przed ciosem miecza.

Widząc, że patriarcha miał go gdzieś, Jin Zixun zacisnął zęby.

Więc to tak sekta YunmengJiang kształci swoich uczniów!

Tłumaczenie: Ashi

20 Comments

  1. Avatar Amea

    Bardzo czekałam na scenę pocałunku i rozwiązania ,,tajemnicy” kwiatu który posiada Lan Zhan (staram się omijać wszystkie spoilery ;P ). Dziękuję za przetłumaczenie kolejnego działu :ekscytacja: :zachwyt:

    Odpowiedz
  2. Avatar Aslan

    Dziękuję za nowy rozdział. Scena z pocałunkiem była świetna. Ciekawe skąd Lan Zhan ma takie umiejętności w całowaniu? :zachwyt2: Przez te przeskoki w czasie czuję się trochę jak na karuzeli.

    Odpowiedz
    1. Avatar Katt

      Rozdział jak zawsze świetnie przetłumaczony. 🥰 Żałuję tylko, że nie są one dłuższe 😭 i chciałabym wrócić do „teraźniejszości” bo nurtuje mnie co się stanie, aczkolwiek takimi skokami w przeszłość nie pogardzę.❤️🥰 (Lan Zhan nie spodziewałam się tego po tobie z przeszłości 😂) Dziękuję pięknie za rozdział! 😍 Cóż pozostaje tylko czekać na dalsze rozdziały, przesyłam masę dobrej energii i chęci do tłumaczenia. :patriarcha:

      Odpowiedz
      1. Ashi Ashi Autor

        Że nie są dłuższe… Komentarz pod złym rozdziałem, bo ta kobyła miała 25 stron A4! Więcej niż większość przeciętnych powieści. Tłumaczyłam i tłumaczyłam, a końca nie było widać, haha.

        Odpowiedz
  3. Avatar Innuendo

    Jezu, tak bardzo czekałam na ten rozdział ze względu na tę akcję z zakrytymi oczami i unieruchomieniem <3
    Aż mi się gorąco zrobiło :D
    Dziękuje za tłumaczenie całej novelki. Wesołych Świąt dla tłumaczki i czytelników ^.^

    Odpowiedz
  4. Avatar Kuroi

    Jednej rzeczy nie zrozumiem w tej novelce 😅 zaczyna się akcja w jaskini, a tu nagle w kolejnym rozdziale elementy z przeszłości… Zamiast kontynuować akcję to takie coś, eh. Liczyłam na więcej Ninga jak się już pojawił 😍

    Odpowiedz

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

:błeee:  :płaku:  :WeiMądruś:  :zonk:  :NieNie: 
:AAAA:  :ależeco:  :blabla:  :ugh:  :cooo: 
:ekscytacja:  :facepalm:  :patriarcha:  :muahaha:  :złamaneserce: 
:szok:  :przestań:  :zachwyt:  :zachwyt2: