Mo Dao Zu Shi

Rozdział 21 – Zadowolenie III13 min. lektury

Więc znajduje się tu istota, która pożera ludzi? – odpowiedział Wei WuXian.

Znając przynajmniej tysiąc podobnych legend i zabiwszy samemu kilkaset takich potworów, uznał to za trochę nudne.

Dokładnie! Mówi się, że w lesie porastającym grań znajduje się pożerający ludzi zamek wypełniony potworami, które żywią się mieszkającymi w nim ludźmi. Do ostatniego okruszka zeżrą każdego, kto się tam zapuści. Nie znaleziono żadnego ciała, bez wyjątku! To straszne, prawda? – powiedział szarlatan, a ton jego głosu unosił się i opadał.

Nic dziwnego, że Jin Ling tutaj przybył. Nie mogąc pokonać pożerającej dusze bogini na górze Dafan, przyszedł po potwora z grani Xinglu.

Rzeczywiście straszne! Ale jeśli nie został nawet okruszek i nie znaleziono żadnych ciał, to skąd wiadomo, że zostali pożarci? – oznajmił Wei WuXian.

Oczywiście ktoś to widział – odpowiedział po chwili szarlatan.

Ale wcześniej powiedziałeś, że każdy zostanie pożarty do ostatniego okruszka, bez wyjątku. Więc kto zaczął tę legendę? Jak potężny musiał być, by przeżyć po zobaczeniu takiej sceny?

Tak mówi legenda. Skąd mam to wiedzieć?

No to wiesz, ile osób zostało pożartych na grani Xinglu? Kiedy? Ile mieli lat? Jakiej byli płci? Jak się nazywali? Gdzie żyli?

Nie wiem.

Wszystkowiedzący z Qinghe, co?

W legendach nie było tych informacji! – Szarlatan z wściekłością podniósł swoją skrzynię.

Nie, nie idź jeszcze. Zapytam cię o coś innego. Czy grań Xinglu jest częścią regionu Qinghe? Czy Qinghe to nie rejon sekty QingheNie? Jeśli po grani naprawdę panoszą się potwory, to dlaczego to ignorują?

Ku jego zdziwieniu, szarlatan nie odpowiedział znowu „nie wiem”. Zamiast tego na jego twarzy pojawiła się smuga wzgardy.

Sekta Nie? Gdyby to była dawna sekta Nie, to na pewno by tego nie zignorowali. Już następnego dnia po pojawieniu się legendy zrobiliby rajd na tereny okupowane przez potwory w jak najpewniejszy sposób. Ale czy obecnie liderem sekty Nie nie jest ten, haha, który ciągle kręci głową na „nie”?

Wcześniej liderem sekty QingheNie był ChiFeng-Zun, Nie MingJue. Kiedy jego ojciec, będący poprzednim liderem, został doprowadzony do skutkującego śmiercią szału przez lidera sekty QishanWen, Wen RuoHana, to Nie MingJue przejął sektę Nie przed dwudziestym rokiem życia, robiąc wszystko w bezpośredni i pełen przemocy sposób. Był zaprzysiężonym bratem ZeWu-Juna (Lan XiChena) i LianFang-Zuna (Jin GuangYao). Po kampanii Zestrzelenia Słońca sekta Nie była potężna, a jej wpływy prawie dorównywały sekcie LanlingJin. Ale Nie MingJue zmarł publicznie w wyniku dewiacji Qi1, więc kolejną osobą w kolejce do dziedziczenia musiał być jego brat, Nie HuaiSang.

Dlaczego tak o nim mówią? – dopytał Wei WuXian.

Nie wiesz? Nie ma znaczenia, o co zapytasz lidera QingheNie, bo albo nie będzie wiedział, albo nic nie powie, bo będzie się bał. Jeśli będziesz zbyt natarczywy, to zacznie potrząsać przecząco głową, płacząc i mówiąc „nie wiem, nie wiem, naprawdę nie wiem!”. Potem zacznie błagać, by go puścić. Czy to nie oczywiste, dlaczego tak o nim mówią?

W przeszłości Wei WuXian i Nie HuaiSang razem się uczyli, więc wiedział o nim parę rzeczy. Nie HuaiSang nie był złą osobą. Nie że był głupi, ale jego serce znajdowało się w innym miejscu, więc wykorzystywał swój spryt w innych sferach – malowaniu wachlarzy, szukaniu ptaków, wagarowaniu i łapaniu ryb. Jego talent kultywacyjny był naprawdę marny, więc uformował rdzeń jakieś dziewięć lat po swoich rówieśnikach. Za życia Nie MingJue często denerwował się, że Nie HuaiSang nie spełnia jego oczekiwań, więc ostro go dyscyplinował. Jednak niewiele to pomogło. Teraz, kiedy brat go nie ochraniał i nie nadzorował, sekta Nie podupadała z dnia na dzień. Kiedy dorósł, a szczególnie po zostaniu liderem, męczyły go różne sprawy, z którymi nie był zaznajomiony, więc wszędzie szukał pomocników, między innymi wśród zaprzysiężonych braci Nie MingJue. Jednego dnia pójdzie ponarzekać w Wieży Karpia Jin GuangYao, a następnego pojęczy Lan XiChenowi w Zaciszu Obłoków. Choć wspierali go liderzy sekt Lan i Jin, to i tak ledwo co dawał sobie radę. Obecnie, kiedy ludzie wspominali Nie HuaiSanga, to choć nic nie mówili, na ich twarzach wypisane było jedno słowo – nieudacznik.

Kiedy Wei WuXian skończył wypytywać szarlatana o grań Xinglu, to pomógł mu w biznesie, kupując dwa opakowania różu. Schował je między fałdy ubrań i wrócił do Lana WangJi. Ten nadal najwyraźniej nie miał zamiaru prosić o zwrot sakiewki, więc w ciszy skierowali się w stronę wskazaną przez handlarza.

Na grani Xinglu znajdował się ogromny las cedrowy z wydeptaną szeroką ścieżką w cieniu drzew. Nawet po chwili marszu nie natrafili na nic dziwnego. Zresztą od samego początku nie mieli wielkich nadziei i przyszli tutaj tylko na wszelki wypadek. Jeśli ta przerażająca lokalna legenda była prawdą, no to z pewnością byłoby więcej informacji. Na górze Dafan, nawiedzanej przez pożerającą dusze boginię, znalezienie danych ofiar nie było trudne – udało mu się odkryć nawet pseudonim narzeczonego A-Yan. Ale skoro szarlatan nie znał szczegółów, to pewnie była to tylko wyolbrzymiona plotka.

Po niecałej godzinie wpadli na kłopoty. Z naprzeciwka nadeszło siedem albo osiem postaci, zataczających się w ich stronę. Mieli białe tęczówki i ubrani byli w poszarpane ubrania, wyglądając, jakby mógł ich przewrócić nawet lekki powiew wiatru. Po ich powolnym tempie chodu widać było, że to najniższy możliwy poziom żywych trupów.

Takie trupy nie tylko doświadczały znęcania się ze strony swoich rówieśników, ale gdyby spotkały choć odrobinę silnego człowieka, to mógłby jednym kopniakiem przewrócić cały ich szereg; gdyby spotkały choć trochę szybkie dziecko, to mogłoby prześcignąć je o kilka długości. Nawet gdyby ofiara miała wyjątkowego pecha i wyssałyby jej kilka łyków energii yang2, to i tak by nie umarła. Pomijając okropny wygląd i smród, wcale nie były zagrożeniem, dlatego starsi zawsze je ignorowali i zostawiali juniorom, jeśli pojawiły się podczas nocnych łowów. Było to zgodne z myślą polowania na tygrysy i pantery zamiast szczurów.

Widząc, że idą w ich stronę, Wei WuXian wiedział, że coś pójdzie nie tak, więc szybko schował się za Lanem WangJi. Tak jak się spodziewał, kiedy trupy podeszły na odległość dwudziestu metrów i go zobaczyły, to były tak przerażone, że natychmiast się wycofały i uciekły dwa albo i trzy razy szybciej, niż przyszły.

Łał, HanGuang-Jun, jesteś taki super! Tak się przestraszyły na twój widok, że od razu zwiały! Haha! – powiedział przestraszonym tonem Wei WuXian, odwracając się i pocierając skronie.

Lan WangJi zaniemówił.

Wei WuXian pchnął go, śmiejąc się.

Chodźmy, chodźmy. Wynośmy się z tej grani. Raczej nie ma tu żadnych innych potworów. Ludzie tak bardzo lubią ploteczki, że kilka bezużytecznych trupów zamieniło się w bezlitosne potwory. „Pożerający ludzi zamek” też musiał być zmyślony. To marnowanie naszych sił, nie sądzisz?

Lan WangJi zaczął iść dopiero po tym, jak został kilka razy pchnięty. Zanim Wei WuXian za nim podążył, z głębi cedrowego lasu dobiegła ich seria dzikich szczeknięć. Mina Wei WuXiana natychmiast zrzedła. Z prędkością światła skoczył za Lana WangJi i zwinął się w kulkę, chwytając go mocno za nogi.

…Nadal jest daleko. Po co się chowasz? – zapytał Lan WangJi.

N-n-n-najpierw się schowam, a potem sprawdzę. Gdzie jest? Gdzie?!

To czarny pies duchowy Jin Linga – odpowiedział Lan WangJi po chwili nasłuchiwania.

Słysząc to imię, Wei WuXian wstał natychmiast z trudem. Jego nogi nadal się trzęsły.

T-t-t-t-to chodźmy sprawdzić!

Lan WangJi się nie ruszył.

HanGuang-Jun, dlaczego się nie ruszasz? Rusz się! Jeśli się nie ruszysz, to co mam zrobić?!

Najpierw… Puść mnie – powiedział Lan WangJi po chwili milczenia.

Odsunęli się od siebie. Choć podążali za szczeknięciami, to zrobili tylko dwa okrążenia wokół lasku cedrowego. Dźwięki wydawane przez zwierzę też czasami wydawały się bliższe, czasami dalsze. Po dłuższej chwili Wei WuXian jakoś przyzwyczaił się do szczekania, a przynajmniej na tyle, by przestać się jąkać.

To szyk labiryntu3?

Ten szyk z pewnością został przez kogoś stworzony. Przed chwilą myślał, że legendy o grani były plotkami, ale teraz zaczynało się robić ciekawie.

Minął kwadrans, ale pies nadal się nie zmęczył. Szybko podążyli za dźwiękiem, kiedy odkryli sposób na wydostanie się z szyku. Niedługo później spośród drzew cedrowych pojawił się zarys ścian zamku. Zrobione zostały z szaro-białych kamieni, porośniętych winnymi pnączami. Każdy z nich miał półokrągły kształt, wyglądając jak odwrócone misy postawione na ziemi.

Kto by pomyślał, że na grani Xinglu naprawdę był kamienny zamek? Wyglądało na to, że legendy nie pojawiły się znikąd. Jednak ciężko było powiedzieć, czy to „zamek pożerający ludzi” i jakie istoty znajdowały się w środku.

Duchowy pies Jin Linga biegał wokół zamku, czasami powarkując cicho, a czasami dziko szczekając. Widząc, że podszedł do niego Lan WangJi, cofnął się trochę ze strachu, ale zamiast uciec, zaczął ujadać jeszcze głośniej. Po chwili spojrzał w stronę murów, a jego przednie łapy niespokojnie przekopały ziemię. Wei WuXian schował się za Lanem WangJi i powiedział zbolałym tonem:

Dlaczego jeszcze nie uciekł…? Gdzie jego właściciel? Dlaczego go tu nie ma?!

Odkąd pies zaszczekał po raz pierwszy, aż do teraz nie usłyszeli nic od Jin Linga, nawet wołania o pomoc. To on musiał tu przyprowadzić psa i zerwać szyk. Jednak wyglądało, jakby całkiem zniknął.

Chodźmy sprawdzić w środku – powiedział Lan WangJi.

Jak? Nie ma drzwi.

Naprawdę nie było drzwi. Szaro-białe kamienie ściśle do siebie przylegały, bez przerw na okna i wrota. Pies pisnął, podskakując. Wyglądało, jakby chciał ugryźć rąbek szaty Lana WangJi, ale nie śmiał tego zrobić, więc go obszedł i chwycił zębami za ubrania Wei WuXiana, ciągnąc go w konkretnym kierunku.

Dusza Wei WuXiana prawie opuściła jego ciało. Wyciągnął ramiona w stronę swojego towarzysza niedoli.

Lan Zhan… Lan Zhan, Lan Zhan… Lan Zhan, Lan Zhan, Lan Zhan!

Pies ciągnął Wei WuXiana, a ten wlókł za sobą Lana WangJi. Zwierzę poprowadziło ich na tył budynku, gdzie, ku ich zaskoczeniu, znajdowało się niewielkie wejście. Jego kształt był nierówny, a na ziemi poniewierał się gruz, co wskazywało na to, że ktoś siłą przebił się jakimś magicznym narzędziem. W środku było zbyt ciemno, by cokolwiek zobaczyć, z wyjątkiem czerwonego światła, które świeciło delikatnie. Pies puścił gryziony kawałek ubrania i poszczekał w stronę wejścia, wściekle merdając w ich stronę ogonem.

Jasne było, że Jin Ling siłą wdarł się do środka, ale później coś mu się przydarzyło.

Bichen sam wysunął się odrobinę z pochwy. Ostrze emitowało zimne, niebieskie światło, oświetlając ścieżkę. Lan WangJi schylił się i jako pierwszy wszedł do środka. Oszalały ze strachu Wei WuXian również pospieszył w głąb, prawie zderzając się ze swoim towarzyszem. Lan WangJi uniósł dłoń, by go podeprzeć i potrząsnął głową – albo z niezadowolenia, albo z rezygnacji.

Duchowy pies wyglądał, jakby naprawdę chciał za nimi pójść, nawet próbując wbiec, ale coś zdawało się go blokować. Pomimo starań nie był w stanie przedrzeć się przez barierę, więc usiadł przed wejściem, coraz szybciej machając ogonem. Wei WuXianowi tak ulżyło z tego powodu, że prawie padł na kolana. Zabierając dłoń, zrobił kilka kroków do przodu. Odległy odcień błękitu wydobywający się z miecza w ciemności prawie wydawał się biały.

Grań Xinglu porastał wysoki i głęboki las, więc było tam dość chłodno. A w środku zamku jeszcze zimniej niż na zewnątrz. Miał na sobie tylko cienkie ubrania, więc wiało mu po plecach i ramionach – zimny pot spowodowany bliskością psa zdążył już zaschnąć. Światło znajdujące się przy wejściu już zniknęło, jakby było zgaszoną świecą. Im głębiej wchodzili, tym ciemniej i przestronniej się robiło.

Sufit zamku miał sferyczny kształt. Kiedy Wei WuXian kopnął kilka kamieni leżących na ziemi, to mógł usłyszeć lekkie echo. W końcu nie mógł już dłużej wytrzymać i się zatrzymał, przykładając rękę do skroni i marszcząc brwi.

Co się stało? – zapytał Lan WangJi, odwracając się do niego.

Tu jest tak głośno – odpowiedział Wei WuXian.

W środku kamiennego zamku panowała martwa cisza. Było cicho jak na cmentarzu. Właściwie to nawet przypominało to cmentarz.

Ale w uszach Wei WuXiana aż huczało od dźwięków.


1. Dewiacja Qi – zaburzenie psychologiczne powstałe w wyniku nieodpowiedniego treningu qi (siły duchowej).

2. Energia yang – dobry rodzaj energii reprezentujący życie i dobro. Jej przeciwieństwem jest energia yin (zwana tu także złą lub mroczną), która jest synonimem zła i śmierci.

3. Szyk labiryntu – szyk, za pomocą którego można otumanić czyjś zmysł orientacji, by uwięzić tę osobę.

Tłumaczenie: Ashi

0 Comments

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

:błeee:  :płaku:  :WeiMądruś:  :zonk:  :NieNie: 
:AAAA:  :ależeco:  :blabla:  :ugh:  :cooo: 
:ekscytacja:  :facepalm:  :patriarcha:  :muahaha:  :złamaneserce: 
:szok:  :przestań:  :zachwyt:  :zachwyt2: