Mo Dao Zu Shi

Rozdział 75 – Dystans II37 min. lektury

Pomknęli w stronę Kopców Pogrzebowych. Wei Wuxian był coraz bardziej zmartwiony, widząc powoli wyłaniający się spomiędzy chmur czarny szczyt.

Z lasu dobiegły ich ryki trupów. I to nie jednego, a całej grupy. Lan Wangji wykonał dłonią gest, a Bichen poleciał jeszcze szybciej, choć wciąż był bardzo stabilny.

Gdy tylko wylądowali, zobaczyli cień wyłaniający się spomiędzy drzew i wrzeszczący wniebogłosy. Bichen jednym ruchem przeciął go na pół, zanim miał szansę rzucić się na leżącą na ziemi osobę. Mężczyzna był blady i jak tylko zobaczył Wei Wuxiana, krzyknął:

Paniczu Wei!

Wei Wuxian rzucił talizman.

Czwarty Wujku, co się stało?

Wszystkie… Wszystkie trupy uciekły z Mordowni Demonów!

Przecież ją zapieczętowałem! Kto ją tknął?!

Nikt! To był… to był…

Nagle usłyszeli krzyk kobiety:

A-Ning!

W lesie około tuzina kultywatorów sekty Wen stało przed samotną postacią, Wen Ningiem, który miał paskudne białe źrenice. Niewiele z talizmanów początkowo pokrywających jego ciało pozostało na swoim miejscu. Wlókł za sobą dwa trupy, które już zostały przez niego rozerwane na strzępy, a czarna krew spływała po ich szkieletach. Wen Ning wciąż je tłukł, tak jakby nie mógł odpocząć, dopóki nie zamieni ich w pył. Na przodzie grupy z mieczem w dłoniach stała Wen Qing.

Czy nie mówiłem, by nie dotykać przyczepionych do niego talizmanów?! – krzyknął Wei Wuxian.

Kobieta nie zdążyła nawet się zdziwić obecnością Lan Wangjiego.

Nikt go nie dotknął! Ani jedna osoba nie weszła do jaskini. Sam je zerwał, gdy nagle wpadł w szał. Rozszarpał także pieczęć na sadzawce krwi, więc wszystkie trupy się z niej wydostały. Wei Wuxian, uratuj babunię i pozostałych! Długo nie wytrzymają!

Nagle usłyszeli dziwne syki, dochodzące znad ich głów. Spojrzeli w górę, by ujrzeć kilka trupów, które wspięły się na drzewa. Przyczepiły się do ich koron jak węże i warczały, a ohydna ciecz kapała spomiędzy ich rozpostartych szeroko zębów. Wen Ning także je zauważył. Szybko odrzucił na bok zgniatane kończyny i natychmiast wskoczył na drzewo.

Miało przynajmniej osiemnaście metrów wysokości. Wskoczenie tak wysoko było pokazem niezwykłej siły. Gdy tylko wszedł na drzewo, Wen Ning natychmiast rozszarpał siedzące tam trupy. Kończyny latały na wszystkie strony, a krew kapała na ziemię. Jednak wciąż nie był usatysfakcjonowany, przeskakując na drugą stronę.

Wei Wuxian wyjął Chenqing.

Lan…!

Chciał poprosić Lan Wangjiego, by ten uratował pozostałych, a potem pomógł mu z Wen Ningiem, jednak gdy się odwrócił, jego towarzysza już nie było. Powoli zaczynał panikować, gdy dźwięk guqinu rozległ się w powietrzu, płosząc stado przestraszonych kruków. Wyglądało na to, że nawet nie musiał nic mówić, bo Lan Wangji sam zaczął działać. Wei Wuxian się uspokoił i przyłożył Chenqing do ust, grając przeciągłą nutę. Ciało Wen Ninga zamarło na chwilę, gdy wylądował na ziemi.

Wei Wuxian wykorzystał tę okazję.

Wen Ning! Pamiętasz mnie?!

Po drugiej stronie guqin rozbrzmiał trzykrotnie, po czym zamilkł. Najwyraźniej Lan Wangji był w stanie zapanować nad trupami za pomocą zaledwie trzech szarpnięć strunami. Wen Ning pochylił się lekko, wydając gardłowe warknięcia. Był jak czujna dzika bestia, gotowa do ataku w każdej chwili. Wei Wuxian już miał znowu zacząć grać na flecie, gdy nagle zauważył, że Wen Yuan wciąż mocno trzyma się jego nogi. Chłopiec ze strachu nie śmiał nawet pisnąć. Całkiem o nim zapomniał!

Szybko go podniósł i rzucił w stronę Wen Qing.

Zabierz go!

Wen Ning zaatakował.

Wei Wuxian uderzył w drzewo, tak jakby oberwał wielkim głazem. Poczuł ciepło przemieszczające się w górę jego gardła i zaklął. Lan Wangji wrócił właśnie w tym momencie. Mina mężczyzny natychmiast uległa zmianie i pędem do niego podbiegł. Wen Qing akurat przekazała Wen Yuana innej osobie i chciała sprawdzić rany przyjaciela, lecz Lan Wangji ją wyprzedził. Zatrzymała się, zaskoczona. Mężczyzna prawie obejmował Wei Wuxiana, trzymając go za rękę i przekazując mu energię duchową.

Puść go! – powiedziała szybko kobieta. – To nie jest konieczne! Pozwól mi to zrobić! Jestem Wen Qing!

Wen Qing z Qishan była jedną z najlepszych medyków. Lan Wangji w końcu przestał przesyłać energię i pozwolił jej zbadać Wei Wuxiana, choć i tak go nie puścił. Ten jednak szybko odepchnął go na bok.

Nie pozwólcie mu uciec!

Po zranieniu go Wen Ning zaczął kierować się w dół zbocza z nisko zwieszonymi ramionami. Właśnie tam ukrywali się pozostali Wenowie przed trupami.

Uciekajcie! Uciekajcie szybko! Idzie w waszą stronę! – krzyknęła Wen Qing.

Wei Wuxian wyrwał się z uchwytu Lan Wangjiego i zmusił do biegu za uciekinierem. Jego towarzysz szybko go dogonił i zapytał:

Gdzie jest twój miecz?

Nie pamiętam, gdzie go zostawiłem! – mówiąc to, wyciągnął dwanaście żółtych talizmanów. Ustawiły się w prostą linię w powietrzu i zaczęły płonąć. Szybko otoczyły Wen Ninga jak ognisty łańcuch, zatrzymując go w miejscu. Wykręcając nadgarstek, Lan Wangji zagrał na guqinie. Kroki zmarłego zdawały się być powstrzymane przez niewidzialną nić. Zatrzymał się, lecz wciąż próbował się wyrwać. Wei Wuxian przyłożył Chenqing do ust, z których pociekło trochę krwi od otrzymanego wcześniej ciosu. Zmarszczył brwi, lecz zignorował ból i burzącą się w jego piersi krew, grając nieprzerwanie.

Dzięki ich współpracy, Wen Ning padł na kolana i ryknął ku niebu. Leśne liście unosiły się w tę i z powrotem. Wei Wuxian nie mógł dłużej wytrzymać i wykaszlał garść krwi.

Melodia grana przez Lan Wangjiego nagle przybrała na sile. Wen Ning zawył, owijając ramiona wokół głowy i zwijając się na ziemi.

A-Ning! A-Ning! – krzyczała Wen Qing.

Już miała do niego podbiec, lecz Wei Wuxian ją powstrzymał.

Uważaj!

Wen Qing bolało serce, widząc, jak bardzo jej młodszy brat cierpi pod wpływem dźwięków guqinu. Z jednej strony wiedziała, że stanowił dla nich zagrożenie, jeśli nie zostaną podjęte przeciwko niemu ekstremalne środki, lecz jednocześnie było jej go szkoda.

Proszę, Hanguang-jun, trochę łagodniej!

Lan Zhan! Delikatn…

Pa… niczu…

Wei Wuxian nagle zamarł.

Że co?! Lan Zhan, mógłbyś na chwilę przestać?!

Był to głos Wen Ninga.

Lan Wangji przyłożył palce do strun, zatrzymując ich wibracje.

Wen Ning?!

Chłopak miał problem z uniesieniem głowy, lecz gdy w końcu mu się to udało, nie powitały ich paskudne, białe źrenice, lecz czarne.

Panicz… Wei…? – mamrotał Wen Ning.

Wyglądało na to, że wyciskał z siebie słowa jedno po drugim, prawie przygryzając sobie język. Lecz to naprawdę były prawdziwe, ludzkie słowa, nie pozbawione znaczenia wycie.

Wen Qing zamarła. Chwilę później rzuciła się na niego z okrzykiem.

A-Ning!

Przewrócili się od siły jej uścisku.

Sio… stra…

Kobieta przytuliła mocno swojego brata. Jednocześnie płakała i się śmiała, ukrywając twarz w jego piersi.

To ja! Twoja siostra, twoja siostra! A-Ning!

W kółko powtarzała imię chłopaka. Pozostali Wenowie wyglądali, jakby chcieli do nich dołączyć, lecz nie śmieli tego zrobić. Tulili się nawzajem, krzycząc i się śmiejąc.

Czwarty Wujek zbiegł w dół góry, wołając:

Wszystko w porządku! Udało się! Udało! Wen Ning się ocknął!

Wei Wuxian podszedł bliżej i przykucnął obok trupa.

Jak się czujesz?

Wen Ning leżał na ziemi z twarzą skierowaną ku niebu, a jego szyja i kończyny wciąż wydawały się sztywne.

Chcę… Chcę… – jąkał się przez chwilę, po czym powiedział: – Chcę się rozpłakać, ale nie mogę. Co się stało…?

Po chwili ciszy Wei Wuxian poklepał go po ramieniu.

Pamiętasz, prawda? Jesteś już martwy.

Gdy się upewnił, że Wen Ning naprawdę się ocknął, Wei Wuxian w duszy wydał przeciągłe westchnienie ulgi.

Udało mu się.

Wcześniej pod wpływem furii zamienił Wen Ninga w trupa niskiego poziomu. Choć potrafił zmusić go do wskazania, którzy nadzorcy go zabili, to Wen Qing bardzo cierpiała, widząc swojego brata zachowującego się jak wściekły pies, którego trzeba było karmić krwią i mięsem.

Uspokoiwszy ją, Wei Wuxian zapewnił, że zna sposób na przywrócenie mu świadomości. Jednak nikt nie wiedział, że tak naprawdę blefował, by kobieta aż tak się nie martwiła. W rzeczywistości nie posiadał takiej umiejętności i mógł tylko zacząć kombinować. Najwyraźniej dzięki wielu ciężkim dniom i bezsennym nocom udało mu się spełnić złożoną obietnicę.

Wen Qing ujęła w dłonie bladą twarz brata, a łzy spływały jej po policzkach. Ostatecznie nie mogła powstrzymać się przed płaczem, tak jak tamtego dnia, gdy znaleźli ciało Wen Ninga.

Chłopak głaskał ją po plecach swoimi sztywnymi dłońmi. Coraz więcej Wenów wychodziło z ukrycia, dołączając do płaczącej grupy z radością lub spoglądając z szacunkiem i wdzięcznością w stronę Lan Wangjiego i Wei Wuxiana.

Patriarcha wiedział, że rodzeństwo miało sobie wiele do powiedzenia, a Wen Qing z pewnością nie chciała, by wszyscy widzieli ją tak zapłakaną. Odwrócił się.

Lan Zhan.

Lan Wangji spojrzał na niego bez słowa.

Skoro już tu jesteś, to może wejdziesz do środka?

Razem poszli w stronę jaskini otoczonej przez chłodny wiatr.

Mordowania Demonów?

Dokładnie. Sam wymyśliłem tę nazwę. Jak ci się podoba?

Lan Wangji nic nie odpowiedział.

Wiem. W sercu na pewno myślisz, że to kiepska nazwa. Gdy rozeszły się wieści, także usłyszałem wiele komentarzy, które mówiły, że skoro kultywuję demoniczną sztukę, to sam jestem demonem, więc jak mógłbym być tak bezwstydny, by nazywać własną norę Mordownią Demonów?

Mężczyzna wciąż milczał. Zdążyli już wejść do środka, więc śmiech Wei Wuxiana odbił się echem od kamiennych ścian.

Tak naprawdę wszyscy się mylą. Ich interpretacja całkiem różni się od rzeczywistości.

Jak to?

To proste. W tej jaskini często śpię jak trup. To miejsce, które zabija demona poprzez sen, czyli Mordownia Demonów, prawda?

Lan WangJi zaniemówił.

Dotarli do głównej części jaskini.

A sadzawka krwi? – zapytał mężczyzna.

Jest tutaj – odparł Wei Wuxian, wskazując palcem na zbiornik wodny.

W jaskini panował półmrok, więc ciężko było rozróżnić, czy woda była czarna, czy czerwona. Wydzielała zapach krwi, lecz nie był zbyt mocny. Pierwotnie otaczała ją linia restrykcyjna, lecz została zniszczona przez Wen Ninga. Wei Wuxian związał ją na nowo.

Mroczna energia jest tu dość gęsta.

To prawda. Jest naprawdę gęsta, idealna do chowania mrocznych istot. To tutaj „wychowuję” trupy, które jeszcze nie są gotowe. Zgadniesz, ile ich jest na dnie? – Uśmiechnął się. – Szczerze mówiąc, to sam nie wiem, ale woda coraz bardziej zaczyna pachnieć krwią.

Może to było z powodu nienaturalnego oświetlenia, ale Wei Wuxian wyglądał wyjątkowo blado, a jego uśmiech był odrobinę dziwny. Lan Wangji spoglądał na niego przez chwilę.

Wei Ying.

Co?

Czy na pewno jesteś w stanie to kontrolować?

Co kontrolować? Wen Ninga? Oczywiście. Przecież widziałeś, że odzyskał świadomość – przechwalał się Wei Wuxian. – To wyjątkowy umarlak.

Co zrobisz, jeśli znowu straci nad sobą panowanie?

Mam wprawę w kontrolowaniu go, gdy nie jest przytomny. O ile nic nie stanie się mnie, to jemu także.

A co jeśli coś jednak ci się stanie? – zapytał Lan Wangji po chwili milczenia.

Niemożliwe.

Jak możesz być tego taki pewny?

Nic się nie stanie i nie może się stać – odparł pewnym tonem Wei Wuxian.

Czy chcesz dalej tak żyć?

A co jest w tym złego? Nie podoba ci się mój dom? Ta góra jest większa od Zacisza Obłoków i nawet jedzenie mamy lepsze.

Wei Ying – powiedział Lan Wangji. – Wiesz, co mam na myśli.

Lan Zhan, ty… – odparł niechętnie Wei Wuxian. – Naprawdę jesteś nie z tego świata. Zmieniłem temat rozmowy, ale ty dalej swoje.

Nagle poczuł drapanie w gardle. Krew znowu zaczęła w nim buzować. Próbując to powstrzymać, Wei Wuxian kaszlnął kilka razy. Zrobił szybki unik, widząc, że Lan Wangji znowu miał zamiar złapać go za rękę.

Co robisz?

Twoje rany.

Nie ma takiej potrzeby – odparł Wei Wuxian. – Po co marnować energię na tak drobną ranę? Posiedzę i samo się zagoi.

Lan Wangji nie marnował więcej słów, znowu próbując złapać go za rękę. W tej chwili do jaskini weszły dwie osoby i rozległ się głos Wen Qing:

Posiedzisz i się zagoi? Myślisz, że co, martwa jestem?

Za nią szedł Wen Ning, niosąc tacę z herbatą. Jego skóra była popielata, a nie do końca starte inkantacje wciąż widoczne były na jego szyi. Wen Yuan tulił się do jego nogi, lecz gdy zobaczył Wei Wuxiana, to chwiejnym krokiem szybko do niego podbiegł, uczepiając się jego spodni. Widząc, że Wei Wuxian i Lan Wangji uważnie mu się przyglądali, Wen Ning uniósł do góry kąciki ust, próbując się uśmiechnąć. Jednak mięśnie jego twarzy były martwe i nie mogły się poruszyć.

Paniczu Wei… Paniczu Lan… – powitał ich werbalnie.

Wei Wuxian uniósł nogę, biorąc Wen Yuana w ramiona i bujając nim na wszystkie strony.

Co tutaj robicie? Tak szybko skończyliście beczeć?

Zobaczysz, jak cię później doprowadzę do łez! – Pomimo ostrych słów, jej głos wciąż brzmiał na zapłakany.

Bardzo śmieszne! Niby jak mogłabyś… Aaach!

Wen Qing podeszła do niego i z impetem uderzyła go w plecy. Cios był tak mocny, że z ust aż polała mu się krew. Jego twarz wypełniona była niedowierzaniem.

Jesteś… taka okrutna…

Kiedy tylko skończył to mówić, zamknął oczy i zemdlał. Lan Wangji pobladł i szybko go złapał.

Wei Ying!

Kobieta wyciągnęła trzy srebrne igły, besztając go:

Mam o wiele okrutniejsze metody! Wstawaj!

Jakby nigdy nic, Wei Wuxian podniósł się z ramion Lan Wangjiego i wytarł krew z ust.

Proszę, tylko nie to. Najokrutniejsze jest serce kobiety, a ja nie chciałbym się o tym przekonać.

Wyszło na to, że uderzenie Wen Qing tylko usunęło krew, która zalegała mu w piersi. W końcu renomowany medyk z Qishan nie mógłby być tak lekkomyślny. Widząc, że to kolejny żart, Lan Wangji strzepał mocno rękawy i odwrócił się, jakby już nigdy więcej nie chciał rozmawiać z tak absurdalną osobą. Wen Ning dopiero odzyskał świadomość, więc jego reakcje były spowolnione. Zamarł z zaskoczenia, gdy Wei Wuxian kaszlnął krwią, lecz już zdążył sobie przypomnieć, że to on tak go zranił.

Paniczu, przepraszam… – powiedział, czując się winny.

Daj spokój. Naprawdę uważasz, że taki cios coś by mi zrobił? – Wei Wuxian machnął ręką.

Wen Qing czarnymi oczyma obserwowała minę Lan Wangjiego.

Usiądziesz, Hanguang-jun?

Wei Wuxian w końcu się zorientował, dlaczego miał wrażenie, że o czymś zapomniał. Lan Zhan był tu tak długo, lecz wciąż nie usiadł. Jednak w jaskini było tylko kilka kamiennych ław, na których leżały dziwne przedmioty – flagi, miecze, skrzynie pełne zakrwawionych bandaży i niedojedzone owoce. Patrzenie na to było prawie bolesne.

Ale nie ma gdzie, prawda? – powiedział Wei Wuxian.

Kobieta była niewzruszona.

Oczywiście, że jest – powiedziała, zrzucając bez litości wszystkie przedmioty na ziemię. – Spójrz, tu jest miejsce, widzisz?

Wei Wuxian był zszokowany.

Hej!

Tak, paniczu Lan, usiądź i napij się herbaty… – dodał Wen Ning, przysuwając trzymaną tacę bliżej Lan Wangjiego. Leżały na niej dokładnie wymyte dwie filiżanki.

Jednak Wei Wuxian tylko na nie zerknął, po czym zaczął narzekać:

Ale obskurne! Chcesz ugościć kogoś zwykłą wodą? Tu nie ma ani jednego liścia herbaty!

Zapytałem pozostałych i powiedzieli, że nie ma. Czwarty Wuj potwierdził, że nie mają herbaty…

Wei Wuxian uniósł jedną z filiżanek i się napił.

To okropne. Przygotujcie trochę herbaty na następny raz, gdy znowu będziemy mieli gości. – Dopiero gdy to powiedział, poczuł jakie to zabawne. Jaki następny raz, jacy goście?

Nie wstyd ci tak mówić? Spójrz, jakie bezużyteczne rzeczy kupowałeś, gdy wysyłałam cię na zakupy do miasta. Gdzie nasiona rzodkiewki, o które dzisiaj cię prosiłam?

Niby co bezużytecznego kupiłem? Dzisiaj poszedłem po zabawki dla A-Yuana, prawda, A-Yuan?

Chłopiec jednak nie chciał z nim współpracować.

Brat Xian kłamie. Dostałem je od tego drugiego brata.

Co ty pleciesz – fuknął Wei Wuxian.

Śmiech rozległ się po Mordowni Demonów, a Lan Wangji odwrócił się bez słowa i zaczął kierować się ku wyjściu z jaskini.

Wen Qing i Wen Ning zamarli z zaskoczenia.

Lan Zhan? – zapytał Wei Wuxian.

Odgłos kroków brzmiał, jakby mężczyzna się zawahał. Z jego tonu nie dało się wyczytać żadnych emocji.

Na mnie już czas.

Nie odwracając się, wyszedł z jaskini. Wen Ning zaczął panikować, myśląc, że to jego wina, a Wen Yuan pobiegł za Lanem Wangjim, krzycząc:

Bracie!

Jednak jego nóżki był za krótkie, więc Wei Wuxian szybko go chwycił i wziął na ręce.

Poczekajcie tu na mnie.

Trzema krokami dogonił Lan Wangjiego.

Idziesz? Odprowadzę cię.

Mężczyzna nic nie odpowiedział.

Wen Yuan spojrzał na niego z ramion Wei Wuxiana.

Nie zjesz z nami?

Lan Wangji zerknął na chłopca i delikatnie pogłaskał go po głowie. Ten pomyślał, że oznaczało to zgodę na zostanie. Jego twarz natychmiast się rozpromieniła i zaczął szeptać podekscytowany:

A-Yuan usłyszał sekret. Powiedzieli, że dzisiaj będzie dużo dobrego jedzenia…

Na tego braciszka czeka obiad w domu. Nie zostanie – przerwał mu Wei Wuxian.

Och – odparł Wen Yuan, a rozczarowanie rozlało się po jego twarzy. Spuścił głowę, nie mówiąc już nic więcej.

Szli przez jakiś czas w milczeniu, dopóki nie dotarli do podnóża góry. Tam zatrzymali się jednocześnie, lecz żaden z nich się nie odezwał.

Dopiero chwilę później Wei Wuxian powiedział:

Lan Zhan, zapytałeś, czy chcę dalej tak żyć. Szczerze mówiąc, też chciałbym cię o coś zapytać. A co innego miałbym zrobić? Zrezygnować z demonicznej kultywacji? Co wtedy z mieszkającymi tu ludźmi? Zostawić ich? Nikt nie jest w stanie zagwarantować mi wygodnej i szerokiej drogi życia. Takiej, na której mogę chronić swoich bliskich bez sięgania po heretyczne nauki.

Lan Wangji na niego spojrzał. Nic nie powiedział, ale obaj w sercach znali odpowiedź.

Taka droga nie istniała.

Nie było innego wyjścia.

Dziękuję, że dotrzymałeś mi dzisiaj towarzystwa i powiedziałeś o ślubie – powiedział powoli Wei Wuxian. – Lecz pozwól mi samemu zdecydować, co jest dobre, a co złe, innym chwalić lub obwiniać, a zysków i strat nie komentuj. Wiem, co powinienem i nie powinienem robić. Wierzę, że nad tym zapanuję.

Lan Wangji zamknął oczy i przytaknął, tak jakby od dawna spodziewał się takiej odpowiedzi.

Tak wyglądało ich pożegnanie.

Wspinając się z powrotem na górę, Wei Wuxian zorientował się, że obiecał postawić Lan Wangjiemu obiad, ale ostatecznie ich pożegnanie nie przebiegło w swobodnej atmosferze Oczywiście nawet nie warto wspominać, że zapomniał także zapłacić za posiłek.

Cóż, Lan Zhan i tak jest bogaty. To nic wielkiego, jeśli znowu za mnie zapłaci. Skoro o tym mowa, to miał w ogóle pieniądze, prawda? Nie wydał przecież wszystkiego na kilka zabawek. Jak przyjdzie co do czego, to po prostu następnym razem ja zapłacę… Ale niby jak mogłoby dojść do następnego razu?

Właściwie to żadne z ich spotkań nie kończyło się najlepiej. Może naprawdę nie nadawali się na przyjaciół. Jednak i tak w przyszłości nie będzie zbyt wielu szans na próby naprawienia relacji.

Wen Yuan trzymał go za rękę, a w drugiej dłoni miał drewniany miecz. Do włosów przyczepił sobie słomkowego motylka.

Bracie Xian, czy brat Bogaty jeszcze przyjdzie?

A kim jest ten brat Bogaty? – wypalił Wei Wuxian.

Bogaty brat jest bratem Bogatym – odparł poważnie chłopiec.

A co ze mną?

Ty jesteś bratem Xian. Bratem Biednym.

Wei Wuxian łypnął na niego i zabrał mu motylka.

Co, polubiłeś go, bo ma kasę?

Wen Yuan stanął na palcach, próbując odzyskać zabawkę.

Oddawaj… Kupił ją dla mnie!

Wei Wuxian naprawdę musiał zacząć się wydurniać. Świetnie się bawił, drocząc się z chłopcem i kładąc motylka na własnej głowie.

Nie oddam. Nawet nazwałeś go tatą! A jak mnie nazywasz? Zawsze bratem, to o całe pokolenie gorsze!

Nie nazwałem go tak! – Wen Yuan podskoczył.

Słyszałem! Nie obchodzi mnie to, wolę być kimś wyższym rangą od brata czy taty. Jak powinieneś mnie nazywać?

Chłopiec się nadąsał.

Ale… Ale A-Yuan nie chce nazywać cię mamą… To takie dziwne…

Niby kto kazał ci nazywać mnie mamą?! – wybuchnął Wei Wuxian. – Dziadek jest wyższy rangą od brata i ojca! Nawet tego nie wiesz? Aż tak go lubisz? Trzeba było powiedzieć to wcześniej, wtedy poprosiłbym, by cię ze sobą zabrał. Jego sekta jest bogata, ale straszna. Zabrałby cię i zamknął w pokoju, zmuszając do przepisywania całymi dniami starych ksiąg. Boisz się?!

Wen Yuan natychmiast potrząsnął głową, szepcząc:

Nie pójdę… Chcę babcię.

Chcesz babcię, ale mnie nie?

Też. Brata Xiana też chcę. – Wyciągnął przed siebie rękę i zaczął wyliczać: – Chcę brata Bogatego, siostrę A-Qing, brata Ninga, Czwartego Wujka, Szóstego Wujka…

Wei Wuxian rzucił mu motylka z powrotem na głowę.

Wystarczy, wystarczy. Za dużo tych ludzi.

Wen Yuan szybko schował słomkowego motyla do kieszeni w obawie, że mężczyzna znowu mu go zabierze, po czym ponowił pytanie:

Czy brat Bogaty jeszcze przyjdzie?

Wei Wuxian nie przestawał się uśmiechać.

Raczej nie – odparł po chwili.

Dlaczego? – zapytał rozczarowany chłopiec.

Jakie dlaczego? Na tym świecie każdy ma własne sprawy do załatwienia, własne ścieżki, którymi musi kroczyć. Jest zajęty w swojej sekcie, więc gdzie znalazłby czas na latanie wokół innych?

W końcu ich drogi się nie stykały.

Wen Yuan przytaknął, lecz nie było jasne, czy zrozumiał. Bądź co bądź, wyglądał na zniechęconego.

Wei Wuxian wziął go na ręce, nucąc pod nosem:

Kogo obchodzi zatłoczona, szeroka droga? Będę maszerował wąską ścieżką nad przepaścią całą noc… Całą! Całą! Całą noc…?

Gdy zaśpiewał słowo „noc”, zdał sobie sprawę, że jego otoczenie wcale nie wyglądało na nocną scenerię. Zawsze pokonywał tę drogę w ciemności, ale dzisiaj było inaczej.

Ziemia wokół chat została zamieciona i nawet wyrwano większość chwastów. Kilka czerwonych latarni zawieszono w lesie. Wszystkie zostały zrobione własnoręcznie. Choć ich wygląd był prosty, to wydzielały ciepłe światło, które rozjaśniało ciemny las.

Normalnie o tej porze wszyscy już dawno byli po posiłku i ze zgaszonymi światłami chowali się w swoich chatach. Jednak dzisiaj zgromadzili się w we wnętrzu największej chałupy. Jej dach podpierało osiem drewnianych bali, dzięki czemu była wystarczająco duża, by pomieścić wszystkich Wenów. Budynek obok był kuchnią, więc powszechnie nazywano to miejsce jadalnią.

Wei Wuxian uznał, że to dziwne. Podszedł bliżej z Wen Yuanem w ramionach.

Co tutaj wszyscy robicie? Nie śpicie? Jest strasznie jasno przez te latarnie.

Wen Qing wyszła z kuchni, trzymając talerz.

Powiesiliśmy je dla ciebie. Jutro zrobimy więcej, by zaczepić je wzdłuż górskiej ścieżki. Jak będziesz dalej tak biegał po ciemku, to w końcu się przewrócisz i połamiesz sobie kości.

Nawet jeśli to się stanie, to mam ciebie, prawda?

Nie potrzebuję więcej roboty. W końcu nikt mi za to nie płaci. Jak je połamiesz, to nie narzekaj, jeśli trochę poeksperymentuję, zanim je nastawię.

Wei Wuxian zadrżał i się odsunął. Gdy wszedł do chaty, to wszyscy zrobili mu miejsce. W środku stały trzy stoły, a na każdym z nich postawiono siedem lub osiem talerzy wypełnionych po brzegi gorącym jedzeniem.

Co, nikt jeszcze nie jadł?

Nie, czekaliśmy na ciebie.

Dlaczego? Zjadłem w mieście.

Od razu uświadomił sobie, co powiedział. Wen Qing wręcz rzuciła talerzem o stół, a znajdujące się w potrawie papryczki podskoczyły.

To dlatego nic nie kupiłeś. Przejadłeś całe pieniądze w restauracji? Miałam tylko kilka monet i wszystkie ci oddałam, a ty je przewaliłeś na głupoty!

Nie! Nie wydałem…

W tej chwili Babuszka Wen także wyszła z kuchni, w jednej, drżącej ręce niepewnie trzymając laskę, a w drugiej talerz. Wen Yuan wyswobodził się z jego ramion i podbiegł do staruszki.

Babunia!

Wen Qing podeszła, by pomóc, cały czas narzekając:

Mówiłam, byś to zostawiła. Nie musisz pomagać, po prostu usiądź. W kuchni jest pełno dymu, masz chore nogi i trzęsą ci się ręce. Nie mamy zbyt wielu talerzy, więc lepiej ich nie potłucz. Ciężko jest wnieść takie rzeczy na górę…

Pozostali Wenowie poustawiali pałeczki i nalali herbaty, zostawiając mu miejsce u szczytu stołu. Ciężko mu było to zaakceptować.

To nie było tak, że wcześniej nie zauważył, że ocaleni przez niego ludzie w jakiś sposób się go bali.

Wszyscy słyszeli o jego bezlitosnej reputacji podczas Kampanii Zestrzelenia Słońca i okrutnych sposobach odreagowywania złości, o których wielu mówiło. Na własne oczy widzieli, jak za pomocą trupów zabijał ludzi. Przez kilka pierwszych dni nogi Babuni Wen trzęsły się na sam jego widok, a Wen Yuan zawsze za nią się ukrywał. Dopiero po jakimś czasie zaczęli się do niego zbliżać.

W tej chwili ponad pięćdziesiąt par oczu się w niego wpatrywało. Choć strach wciąż był obecny w tych spojrzeniach, to pochodził on z uwielbienia. Oprócz niego widać było odrobinę ostrożności i chęci podlizania się. Jednak najbardziej zaskakiwała go obecność wdzięczności i życzliwości, które normalnie widoczne były tylko w oczach rodzeństwa Wen.

Ciężko pracowałeś przez ostatnie kilka dni – wymamrotała Wen Qing.

Ty… Nagle jesteś dla mnie taka miła. Trochę się boję.

Kości w dłoni kobiety pyknęły ostrzegawczo. Wei Wuxian natychmiast się zamknął.

Prawdę mówiąc – kontynuowała miękko Wen Qing – wszyscy chcieli zjeść z tobą choć raz obiad w ramach podziękowań. Lecz ty nie potrafisz usiedzieć w miejscu i biegasz po całym mieście albo na wiele dni zaszywasz się w jaskini, nie pozwalając nikomu ci przeszkodzić. Nie chcieli spowalniać twojej pracy ani cię irytować. Uznali, że nie lubisz kontaktów międzyludzkich i nie chcesz z nimi rozmawiać. A-Ning dzisiaj się ocknął, więc Czwarty Wuj powiedział, że za wszelką cenę musimy razem zjeść. Usiądź z nami, nawet jeśli obżarłeś się jak świnia. Nie musisz jeść. Usiądź, porozmawiamy przy drinkach.

Wei Wuxian był zaskoczony. Jego spojrzenie natychmiast się rozjaśniło.

Przy drinkach? Macie tu wino?

Kilku starszych Wenów spoglądało na niego nerwowo. Słysząc to, jeden z nich natychmiast odparł:

Tak. Mamy wino, mamy. – Podniósł kilka zamkniętych butelek i mu je podał. – Owocowe wino zrobione z dzikich jeżyn znalezionych na tej górze. Jest bardzo bogate w smaku!

Wen Ning kucnął przy stole.

Czwarty Wujek także lubi pić. Zna się na winie i zrobił je specjalnie na dzisiaj. Starał się od wielu dni.

Wymawiał ostrożnie słowo po słowie, dzięki czemu się nie zająknął. Czwarty Wuj uśmiechnął się zawstydzony, wciąż spoglądając na Wei Wuxiana z niepokojem.

Naprawdę? No to będę musiał trochę spróbować!

Usiadł przy stole, a starszy mężczyzna szybko otworzył jedną z butelek i podał mu oboma dłońmi. Wei Wuxian powąchał.

Naprawdę zdaje się być pyszne!

Pozostali usiedli razem z nim. Gdy usłyszeli pochwałę, to wszyscy się uśmiechnęli, tak jakby właśnie otrzymali największy komplement w życiu. Zaczęli jeść.

Po raz pierwszy Wei Wuxian nie był w stanie określić smaku wina.

Maszerować wąską ścieżką całą noc… Hę? Ale wcale nie było ciemno.

Nagle poczuł się ożywiony.

Pięćdziesiąt osób ścisnęło się przy trzech stołach. Pałeczki sięgały tu i tam, a Wen Yuan, siedząc na kolanach babci, pokazywał jej swoje nowe skarby. Odgrywał właśnie scenę walki drewnianymi mieczykami, a staruszka uśmiechała się mocno, aż jej usta otworzyły się szeroko, pokazując wszystkim brak uzębienia. Wei Wuxian rozmawiał z dziką pasją o wypitych winach z nowo poznanym mężczyzną. Ostatecznie obaj się zgodzili, że Uśmiech Cesarza nie ma sobie równych. Wen Qing kręciła się tu i tam, polewając wino seniorom i kilku podwładnym. Napój szybko się skończył.

Dlaczego już więcej nie ma? Wcale tak dużo nie wypiłem – zaprotestował Wei Wuxian.

Zostało jeszcze kilka butelek. Zostawimy je na później, dzisiaj już wystarczy.

Jak to możliwe? Dobra reputacja po śmierci nie sięga nawet do pięt dobremu winu za życia. Przestań gadać. Proszę do pełna.

Wen Qing się zgodziła, w końcu dzisiaj była świetna okazja.

Nie będzie następnego razu. Naprawdę uważam, że powinieneś przestać pić, bo przesadzasz.

Nie jesteśmy w Zaciszu Obłoków. Dlaczego miałbym przestać?

Na wzmiankę o Zaciszu Obłoków, Wen Qing zerknęła na Wei Wuxiana i zapytała beztroskim tonem, tak jakby naprawdę ją to nie obchodziło:

Zapomniałabym. Nigdy nikogo tu nie zapraszałeś, więc o co dzisiaj chodziło?

Chodzi ci o Lan Zhana? Spotkałem go po drodze.

Spotkałeś go? Niby jak? Znowu na niego wpadłeś?

Dokładnie.

Cóż za zbieg okoliczności. Pamiętam, że raz na siebie wpadliście także w Yunmeng.

To nic dziwnego. Wielu kultywatorów podróżuje po Yunmeng i Yiling.

Słyszałam, jak zwracałeś się do niego imieniem osobistym. Odważny jesteś, co?

On też się tak do mnie zwraca, prawda? To nic takiego. Przyzwyczailiśmy się do tego w młodości i nas to nie obchodzi.

Naprawdę? Czy wasze relacje nie są złe? Słyszałam, że jesteście jak ogień i lód, walcząc przy każdej sposobności.

Nie słuchaj plotek. Przez jakiś czas nasze relacje naprawdę się nie układały, a podczas Kampanii Zestrzelenia Słońca parę razy się pożarliśmy. Jednak później wcale nie było tak źle. Jest w porządku.

Wen Qing nic więcej nie powiedziała.

Jedzenie szybko zniknęło z talerzy. Ktoś stuknął o miskę i krzyknął:

A-Ning, ugotuj nam coś więcej, proszę!

I to sporo! Całą michę!

Niby skąd weźmiemy dużą miskę? Używamy ich do mycia twarzy!

Wen Ning nie musiał jeść, więc czekał przy wejściu do chaty. Słysząc to, po chwili namysłu odparł:

Och, pewnie.

Widząc, że wreszcie miał szansę na pochwalenie się swoimi umiejętnościami kucharskimi, Wei Wuxian szybko mu przerwał.

Czekaj! Ja to zrobię! Ja, ja!

To ty umiesz gotować? – Wen Qing mu nie wierzyła.

Wei Wuxian uniósł brew.

Oczywiście. Mogę być jednocześnie gospodarzem i gospodynią. Zostawcie to mnie i poczekajcie.

Wszyscy zaklaskali w oczekiwaniu. Jednak gdy Wei Wuxian postawił na stole dwie potrawy z zawadiackim uśmieszkiem na twarzy, Wen Qing tylko na nie zerknęła i powiedziała:

Od teraz nawet się nie zbliżaj do kuchni.

No ale spróbuj! – zaprotestował Wei Wuxian. – Nie ocenia się książki po okładce. Jak spróbujesz, to ci posmakuje. To właśnie takie powinno być!

Posmakuje, jasne! Nie widzisz, jak A-Yuan beczy po spróbowaniu? Zmarnowałeś jedzenie. A wy nie nawet nie ruszajcie pałeczek! Nie próbujcie się podlizać!

W niecałe trzy dni prawie wszyscy kultywatorzy usłyszeli straszne wieści: Wei Wuxian, który zdezerterował z sekty YunmengJiang i zamieszkał w Yiling, stworzył najlepszego okrutnego trupa. Był nieporównywalnie szybki, silny, nieustraszony i bezlitosny. Co więcej, zachował świadomość, więc był zdolny do wygrania każdych nocnych łowów!

Wszyscy byli zszokowani. To oznaczało koniec pokoju! Wei Wuxian na pewno rozpocznie ich produkcję na wielką skalę, pragnąc utworzyć własną sektę i rywalizować ze światem kultywacyjnym! Wielu młodych na pewno urzekną jego złe, oportunistyczne metody i podążą za nim. Cnotliwą ścieżkę kultywacji czekała ponura przyszłość!

Jednak w rzeczywistości największą korzyścią ze stworzenia Wen Ninga było uzyskanie pracownika, który był w stanie pokonać wszelkie trudności we wnoszeniu towaru na szczyt góry. W przeszłości był w stanie przenieść tylko jedną skrzynkę, ale teraz Wen Ning sam potrafił ciągnąć wózek wypełniony skrzynkami razem z Wei Wuxianem siedzącym na szczycie i machającym nogami ze znudzenia.

Lecz nikt w to nie wierzył. Po tym, jak znalazł się w centrum uwagi podczas kilku nocnych łowów, naprawdę sporo osób przyszło po niego w nadziei, że „patriarcha” ich zaakceptuje i zostaną jednym z jego uczniów. Góry, które kiedyś były tak opustoszałe, nagle zrobiły się zatłoczone. Żaden z trupów Wei Wuxiana, które patrolował zbocze góry, nie zaatakowałby bez rozkazu. Jedynie odpychali nieznajomych i wyli z całych sił. Nikt nie został ranny, więc coraz więcej ludzi gromadziło się na Kopcu Pogrzebowym.

Pewnego dnia, kiedy Wei Wuxian zobaczył długi banner z napisem „niech żyje najwyższy pan, okrutny patriarcha Yiling”, to z szoku aż wypluł wino owocowe. Naprawdę nie mógł dłużej tego znieść. Zszedł do podnóża góry, przyjął wszystkie dary, którymi honorowali „najmądrzejszego z mędrców” i od tamtej pory chodził inną ścieżką.

Pewnego dnia robił zakupy z Wen Ningiem w Yiling, gdy nagle znajoma postać mignęła mu przed oczami. Wei Wuxian zamarł, po czym bezdźwięcznie za nią podążył. Szybko dotarli do małego podwórka. Gdy tylko weszli na jego teren, zamknięto za nimi bramkę.

Wynoś się – usłyszeli zimny głos.

Za nimi stał Jiang Cheng. To on zamknął furtkę, a słowa skierowane były do Wen Ninga.

To mężczyzna, który urazę żywił latami. Nienawiść wobec QishanWen wypełniała go aż po cebulki włosów. Był nieprzytomny, gdy pomagali im Wen Qing i Wen Ning, więc nie czuł wobec nich tej samej wdzięczności co Wei Wuxian. Z tego powodu nigdy nie okazał ani grama kurtuazji wobec Wen Ninga. Podczas ostatniej walki także nie był zbyt litościwy. Widząc, z kim ma do czynienia, Wen Ning natychmiast spuścił wzrok i wyszedł.

Na środku podwórka stała kobieta ubrana w czarną pelerynę i bambusowy kapelusz z materiałem wiszącym po bokach.

Wei Wuxian poczuł ucisk w gardle.

… Siostra.

Słysząc kroki, kobieta zdjęła nakrycie głowy i pelerynę. Pod nimi skrywała szkarłatne szaty.

Piękne ubrania spowijały postać Jiang Yanli, a jasny rumieniec zdobił jej policzki, dodając jej blasku. Wei Wuxian podszedł bliżej.

Siostro… Czy ty…

Co? Myślisz, że wychodzi za ciebie?

A weź się zamknij.

Yanli rozpostarła ramiona, by pokazać mu się w pełnej krasie.

A-Xian… Niedługo wychodzę za mąż. Chciałam ci pokazać…

Wei Wuxian poczuł ciepło w oczach.

Przyjście na ceremonię zaślubin i zobaczenie jak ktoś z jego bliskich wygląda w pięknych szatach, było poza jego zasięgiem. Wyglądało na to, że Jiang Cheng i Jiang Yanli zakradli się do Yiling, by mimo wszystko mógł zobaczyć, jak będzie wyglądała w tak ważnym dla niej dniu.

Kilka chwil później Wei Wuxian w końcu się uśmiechnął.

Wiem! Słyszałem…

Niby od kogo? – zapytał Jiang Cheng.

Nie twoja sprawa.

Ale… tylko ja tu jestem – powiedziała nieśmiało Jiang Yanli. – Nie zobaczysz pana młodego.

Mężczyzna udawał, że go to nie obchodzi.

To nie tak, że chcę na niego patrzeć! – Obszedł Jiang Yanli kilka razy i powiedział: – Wygląda świetnie!

Widzisz, mówiłem ci. Naprawdę wyglądasz świetnie, siostro.

Jiang Yanli zawsze była świadoma swoich wad. Szczerze odparła:

Wasze słowa się nie liczą. Nie mogę wziąć ich na poważnie.

Nie wierzysz ani mnie, ani jemu. – Jiang Cheng westchnął. – Czyli uwierzysz tylko jeśli powie to pewna osoba?

Słysząc to, twarz dziewczyny zrobiła się jeszcze bardziej czerwona aż po jej śnieżnobiałe uszy. Nie dało się tego ukryć nawet pod warstwą różu. Szybko zmieniła temat:

A-Xian… Nadaj imię grzecznościowe.

Jakie imię grzecznościowe?

Imię grzecznościowe dla mojego nienarodzonego siostrzeńca – odparł Jiang Cheng.

Jeszcze nie było ślubu, a już nazywali jego owoc. Jednak Wei Wuxian nie widział w tym nic dziwnego. Nie okazał ani odrobiny skromności, po chwili zastanowienia mówiąc:

Jasne. Imiona następnego pokolenia sekty LanlingJin zaczynają się od „Ru”. Co powiecie na Jin Rulan?

Brzmi świetnie!

Nie – sprzeciwił się Jiang Cheng. – Brzmi jakby „Lan” wywodziło się z nazwy sekty GusuLan. Dlaczego potomek LanlingJin i YunmengJiang miałby upodabniać się do Lanów?

A co jest złego z sektą Lan? Orchidea1 jest dżentelmenem wśród kwiatów, sekta Lan jest dżentelmenem wśród ludzi. To dobre imię.

Nie to mówiłeś w przeszłości.

To ja nadaję imię, a nie ty. Dlaczego jesteś taki wybredny?

Wystarczy – przerwała im szybko Jiang Yanli. – Wiesz, jaki jest Jiang Cheng. To on wpadł na pomysł, by poprosić cię o nadanie imienia grzecznościowego. Przestańcie się wygłupiać. Przyniosłam dla was zupę, więc poczekajcie chwilę.

Weszła do domu. Wei Wuxian i Jiang Cheng spojrzeli na siebie. Chwilę później Jiang Yanli wyszła z dwoma miskami, podała im je, po czym wróciła po trzecią. Wyszła z podwórka, zwracając się do Wen Ninga.

Przepraszam, zostały nam tylko małe miski. To dla ciebie.

Trup pierwotnie stał na straży i patrzył na ziemię. Widząc jej gest, był tak uradowany, że aż znowu zaczął się jąkać.

Ach… J-jest też trochę dla mnie?

Jiang Cheng nie był zadowolony.

Jemu też dałaś?

I tak przyniosłam za dużo. Każdy dostanie trochę.

Dziękuję, panienko Jiang… Dziękuję – odparł niepewnie Wen Ning.

Wziął miseczkę w obie dłonie. W rzeczywistości nie mógł wypić zupy, ale był zbyt zawstydzony, by to powiedzieć. Było to zwykłe marnowanie jedzenia, gdyż zmarli nie jedli. Jiang Yanli jednak zauważyła jego niezręczne zachowanie. Zadała mu kilka pytań i zaczęła z nim normalnie rozmawiać. Wei Wuxian i Jiang Cheng zostali na podwórzu.

Jiang Cheng uniósł miskę, jakby robił toast.

Za patriarchę Yiling!

Słysząc to, Wei Wuxianowi natychmiast przypomniał się dumnie trzepoczący na wietrze banner. Przez chwilę w jego głowie nie było nic poza siedmioma słowami: „niech żyje najwyższy pan, okrutny patriarcha Yiling”.

Zamknij się!

Skupili się na jedzeniu.

Jak twoja rana? – zapytał Jiang Cheng.

Dawno się zagoiła.

Mn. – Po chwili ciszy kontynuował. – Po ilu dniach?

Mniej niż siedmiu. Mówiłem ci, że dzięki Wen Qing to nie było nic wielkiego. Ale serio mnie dźgnąłeś!

Jiang Cheng zjadł kawałek korzenia lotosu.

A ty serio pierwszy roztrzaskałeś mi ramię. Ty doszedłeś do siebie po tygodniu, a ja nie mogłem nim ruszać miesiąc.

Wei Wuxian się uśmiechnął.

Nie byłoby realistyczne, gdybym się nie przyłożył. Zresztą to była lewa ręka. Nie przeszkadzała ci w pisaniu. Zagojenie głębokiej rany sięgającej kości trwa sto dni. Nie zrobiłoby ci to wielkiej różnicy, gdybyś nie mógł używać ramienia nawet przez trzy miesiące.

Jąkające odpowiedzi Wen Ninga były wyraźnie słyszalne.

Teraz będziesz tak żył? Masz jakieś plany? – zapytał po chwili Jiang Cheng.

Na razie żadnych. Nikt z Wenów nie śmie opuszczać góry, a ludzie boją się mnie tknąć, gdy odwiedzam miasto. Wszystko będzie w porządku, dopóki sam nie wywołam jakiejś rozróby.

Sam? – zakpił Jiang Cheng. – Wei Wuxian, wierzysz, że jeśli sam nie wywołasz rozróby, to żadne problemy cię nie znajdą? Często uratowanie kogoś jest wręcz niemożliwe, ale za to można go zranić na ponad tysiąc sposobów.

Silny człowiek zabije dziesięciu zdolnych. Niech mają tysiące sposobów, zabiję każdego, kto nam podskoczy.

Nigdy mnie nie słuchasz. Pewnego dnia zrozumiesz, że to ja miałem rację – odparł chłodno Jiang Cheng. Skończył zupę i wstał. – Jestem pod wrażeniem. Gromkie oklaski dla patriarchy Yiling.

Wei Wuxian wypluł kość.

Skończyłeś?

Zanim się rozeszli, Jiang Cheng powiedział:

Nie odprowadzimy cię. Byłoby źle, gdyby ktoś nas zobaczył.

Wei Wuxian przytaknął. Rozumiał, że przybycie tutaj nie było łatwe dla rodzeństwa Jiang. Gdyby ktoś ich zobaczył, to wszystko, co zrobili pod publikę, poszłoby na marne.

To pójdziemy pierwsi.

Gdy wyszli za alejki, Wei Wuxian szedł przodem a Wen Ning milcząco za nim podążał. Nagle patriarcha się odwrócił.

Dlaczego wciąż niesiesz zupę?

Hę? – odparł niechętnie Wen Ning. – Zabiorę ją ze sobą… Nie mogę jej zjeść, ale oddam ją komuś innemu…

…Jak chcesz. Tylko jej nie rozlej.

Odwrócił się, wiedząc, że minie długi czas, zanim znowu będzie mógł zobaczyć swoich bliskich.

Jednak… czy teraz również nie szedł na spotkanie z bliskimi?


1. Lan (兰, Lán) – orchidea. Czyli Rulan (如兰, Rúlán) oznacza dosłownie „jak orchidea”.

Tłumaczenie: Ashi

13 Comments

  1. Yaoistka^^

    Dziekuje za cudowny rozdział! Na nowo, już 5 raz przeżywam Mo dao zu si, 2 razy anime, 2 razy serial the Untamed a teraz tłumaczenie.
    Dziekuje bardzo!
    I czekam na kolejne rozdziały bardzo podekscytowana! 🥰 :zachwyt:

    Odpowiedz
  2. lograk

    podziękowania za kolejny, długi rozdział, robisz kawał dobrej roboty dla fanów, zawsze mocno trzymam kciuki za szczęśliwe narodziny każdego, następnego rozdziału :)

    Odpowiedz

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

:błeee:  :płaku:  :WeiMądruś:  :zonk:  :NieNie: 
:AAAA:  :ależeco:  :blabla:  :ugh:  :cooo: 
:ekscytacja:  :facepalm:  :patriarcha:  :muahaha:  :złamaneserce: 
:szok:  :przestań:  :zachwyt:  :zachwyt2: