Mo Dao Zu Shi

Rozdział 68 – Czułość VI23 min. lektury

Wei Wuxian zostawił osła u podnóża góry, przeszedł nad szczątkami muru i poszedł ścieżką w górę. Wkrótce jego oczom ukazał się ważący kilka ton posąg bezgłowej bestii. Wiele lat strzegł tego górskiego szlaku. Oplotły go pnącza, a mech zadomowił się we wgłębieniach. Głowa bestii wyglądała, jakby ścięto ją siekierą i rozłupano w drobny mak, by pokazać swoją wyższość. Cięcie było wciąż świeże, odsłaniając biały kamień. Trochę dalej zobaczyli kolejny posąg, który został rozcięty na pół od czubka po podstawę.

Chłopak od razu się domyślił, że to te posągi zostały ustawione przez sekty w punktach kluczowych, by chronić górę po jego śmierci. Bestie zdolne były do odprawiania egzorcyzmów – stworzenie ich wymagało ogromnych umiejętności i nakładów pieniężnych, a teraz prawdopodobnie wszystkie zostały zniszczone. To ogromne marnotrawstwo.

Ramię w ramię Wei Wuxian i Lan Wangji poszli dalej, oglądając się za siebie po chwili. Zobaczyli Wen Ninga, który stał bez ruchu obok kamiennej bestii.

Wen Ning? Na co patrzysz? – zapytał Wei Wuxian.

Wen Ning wskazał na podstawę posągu.

Bestia została postawiona na grubym, krótkim pniu. Obok niego znajdowały się trzy mniejsze pieńki, które wyglądały na przypalone. Były całe czarne.

Wen Ning klęknął, a jego palce zanurzyły się głęboko w ziemi, chwytając czarny piach.

…Siostro.

Wei Wuxian nie wiedział, co powiedzieć. Podszedł i mocno poklepał go po ramieniu.

W życiu przeżył dwa niezwykle ciężkie okresy. Oba miały miejsce tutaj i pierwotnie planował już nigdy więcej się tu nie pojawiać. Dla Wen Ninga Kopce Pogrzebowe były jeszcze cięższe do zapomnienia.

Zawiał chłodny wiatr. Morze drzew zaszeleściło, brzmiąc jak szept dziesiątek tysięcy głosów. Wei Wuxian wsłuchał się uważnie. Klęknął na jednym kolanie i pochylił się ku ziemi, wyszeptując do niej jedno słowo. Nagle na powierzchni gleby uformował się mały kopiec.

Tak jak blady kwiat wyrasta z czarnej ziemi, tak ramię kościotrupa powoli wychynęło z błota. Wystająca kość ledwo co się trzymała nad ziemią. Wei Wuxian chwycił ją i pochylił się jeszcze niżej. Jego długie włosy przelały mu się przez ramię, zasłaniając pół twarzy.

Przybliżył usta do kościotrupa i coś wyszeptał, po czym zamilkł, wyglądając, jakby nasłuchiwał. Przytaknął. Pięść zmarłego zacisnęła się jak pąk i na powrót schowała pod ziemią.

Wei Wuxian wstał i otrzepał się z piachu.

W ciągu ostatnich kilku dni przyprowadzili tutaj ponad setkę osób. Wszyscy są na górze, wciąż żywi. Ich porywacze jednak zdążyli już odejść. Nie wiadomo, co planują, więc powinniśmy być ostrożni.

Poszli w górę, po drodze mijając kilka zrujnowanych chat stojących wzdłuż górskiego szlaku. Domy różniły się wielkością. Ich struktury były proste, a nawet można je było nazwać surowymi. Już na pierwszy rzut oka widać było, że zostały wybudowane bez żadnego planu. Niektóre zostały spalone, pozostawiając po sobie tylko gołe ramy, a inne całkiem przewaliły się na bok. Żaden się nie ostał i nawet najbardziej kompletne były na wpół zniszczone. Po dziesięciu latach zaniedbania na wietrze i deszczu każdy wyglądał jak umierający duch w podartych szatach, spoglądający w milczeniu na tych, którzy wspinali się na górę.

Kroki Wen Ninga były wyjątkowo ciężkie. Zatrzymał się przed jednym z domów i nie był w stanie iść dalej.

To jedna z chat, którą zbudował własnymi rękoma. Przed jego odejściem dom wciąż stał nienaruszony. Choć był prosty, to nadawał się do schronienia przed niepogodą i zamieszkiwali go ludzie, których znał, i o których się troszczył.

W powiedzeniu: “po ludziach zostają tylko rzeczy”, zostawały przynajmniej przedmioty. W rzeczywistości jednak nie pozostała mu nawet jedna rzecz, która mogłaby mu przypominać o bliskich.

Nie patrz już na to – powiedział Wei Wuxian.

Od dawna wiedziałem, że tak się stało. Chciałem tylko zobaczyć, czy coś zostało…

Pogłos jeszcze nie zniknął, kiedy nagle jakiś cień chwiejnie wyszedł z jednego z rozwalonych domów. Na wpół zgniłą twarz oświetlił blask słońca. Wei Wuxian klasnął, ale trup zdawał się tego nie zauważać, gdyż dalej szedł w ich stronę. Chłopak spokojnie cofnął się o dwa kroki.

Jest kontrolowany przez amulet tygrysa stygijskiego.

Zmarli, którzy mu się podporządkowali, nie mogli być kontrolowani przez amulet. To samo działało w drugą stronę. Jeśli amulet wywierał na nich swój wpływ, to nikt inny nie był w stanie przejąć nad nimi władzy. Zasady były proste – kto pierwszy, ten lepszy.

Wen Ning wypruł do przodu i z rykiem oderwał zwłokom łeb. Wokół od razu rozeszły się niskie pomruki. Z czarnego lasu powoli wyszło prawie pięćdziesiąt trupów. Bez względu na ich wiek i płeć, większość była świeża i wciąż ubrana w szaty pogrzebowe. Prawdopodobnie właśnie znaleźli zwłoki, które zaginęły w wielu regionach.

Lan Wangji wyciągnął guqin. Pociągnął za struny, a dźwięk rozszedł się falą. Otaczające ich trupy natychmiast padły na kolana. Wen Ning obiema rękami podniósł zwłoki dobrze zbudowanego mężczyzny i rzucił nim w dal. Jego klatkę piersiową przeszyła ostra gałąź, więc zaczął się szarpać.

Zostaw ich, idziemy na górę! – krzyknął Wei Wuxian.

Nie wiedział, ilu martwych przywołał Jin Guangyao w swoim szaleństwie. Po jednym ataku natychmiast następował kolejny. We trójkę pokonywali trupy, wspinając się ciągle w górę. Im bliżej byli szczytu, tym atakujące ich grupy zyskiwały na liczebności. Dźwięki guqinu rozbrzmiewały nad czarnym lasem, płosząc kruki. W końcu po prawie dwóch godzinach mogli chwilę odpocząć.

Wei Wuxian westchnął, siadając na jednej ze zniszczonych kamiennych bestii i zaczął narzekać.

Zawsze używałem tego, by rozprawić się z innymi, a dzisiaj przyszła kolej na mnie. Teraz wiem, jak wkurzający jest ten amulet. Na ich miejscu też chciałbym zabić osobę, która go stworzyła.

Lan Wangji odłożył guqin, a z rękawa wyjął miecz i podał go Wei Wuxianowi.

Do ochrony.

Wei Wuxian wziął go do ręki. Był to Suibian. Rzucił go na bok, kiedy skończył kroić melona, a Lan Wangji najwyraźniej znowu go schował. Dobył powoli miecz i patrzył się przez chwilę na śnieżnobiałe ostrze, po czym uśmiechając się, znowu go wepchnął do pochwy.

Dziękuję.

Przypiął go do pasa, ale wyglądało na to, że nie ma zamiaru go użyć. Widząc, jak Lan Wangji na niego patrzy, bawiąc się swoimi włosami, wyjaśnił:

Nie używałem miecza od tak wielu lat, że nie jestem do tego przyzwyczajony. – Po chwili westchnął, poprawiając się: – No dobrze. Tak naprawdę, to moje obecne ciało ma bardzo mało energii duchowej. Wiem, że to świetny miecz, ale i tak nie będę w stanie go w pełni wykorzystać. Hanguang-Jun, na twoich barkach spoczywa ochrona tego delikatnego mężczyzny, jakim jestem.

Lan Wangji nic nie odpowiedział.

Ten delikatny mężczyzna siedział przez chwilę, po czym w końcu wstał, pomagając sobie ręką. Poszli dalej, aż wreszcie na końcu ścieżki zobaczyli ciemne wejście do jaskini. Miało około 15 metrów szerokości i wysokości. Zanim się zbliżyli, to już czuli ze środka podmuch zimna, a także słyszeli niewyraźny dźwięk ludzkich jęków.

To była legendarna melina, w której patriarcha Yiling zamieniał ludzi w żywe trupy i popełniał zbrodnie, których nawet niebiosa nie były w stanie tolerować – Mordownia Demonów.

Wstrzymali oddech i zakradli się do środka. Szli bezszelestnie, a dobiegające z głębi głosy stawały się coraz głośniejsze. Wei Wuxian znał tę jaskinię jak własną kieszeń, więc szedł przodem. W pewnym momencie gestem kazał im się zatrzymać.

Od głównej części jaskini oddzielała ich tylko jedna ściana. Poprzez znajdujące się w niej dziury mogli zobaczyć przestrzeń wystarczająco dużą, by pomieścić tysiąc osób. Na środku siedziało około stu chłopców, których ręce i nogi skrępowano sznurami. Wszyscy byli dość młodzi – oceniając po kolorze szat i mieczach, byli albo bardzo uzdolnionymi, albo głównymi uczniami sekt.

Wei Wuxian wymienił spojrzenia z Lan Wangjim. Już mieli zacząć dyskusję, kiedy jeden z siedzących na ziemi chłopców nagle się odezwał:

Uważam, że jedno dźgnięcie to było za mało. Dlaczego po prostu nie podciąłeś mu gardła?

Nie mówił głośno, ale jaskinia była dość pusta, więc jego głos odbijał się echem. Nawet gdyby nie podsłuchiwali, to i tak wyraźnie usłyszeliby jego słowa. Wei Wuxian pomyślał, że wyglądał i brzmiał znajomo. Dopiero po chwili sobie przypomniał – czy to nie był Jin Chan, który walczył z Jin Lingiem? Spojrzał jeszcze raz. A któż by inny siedział z chłodną miną obok niego jak nie Jin Ling?

Jin Ling milczał, nawet na niego nie spoglądając. Głośne burczenie dobiegło z brzucha siedzącego obok niego chłopaka.

Trzymają nas tu już tak długo. Czego chcą? Naszej śmierci? To mogliby się pospieszyć. Wolę umrzeć w paszczy potwora na nocnych łowach niż z głodu!

Chłopak nawijał i nawijał. To wyraźnie był Lan Jingyi.

Co może nam zrobić? – powiedział Jin Chan. – To samo, co z Wenami podczas Kampanii Zestrzelenia Słońca? Zamieni nas w swoje marionetki i wykorzysta przeciwko rodzinie, by nie mogli nas zaatakować. Jego wrogowie sami wybiją się nawzajem. – Zacisnął zęby. – Ten brudny, nieludzki kundel Wei!

Zamknij się – odezwał się nagle Jin Ling lodowatym tonem.

Jin Chan był zszokowany.

Chcesz, żebym się zamknął? Co masz na myśli?

Co mam na myśli? Jesteś głuchy czy głupi? Nie rozumiesz ludzkiej mowy? Zamknij się, czyli przestań robić tyle hałasu!

Byli związani już dość długo, a Jin Chan równie długo narzekał.

Dlaczego miałbyś mi mówić, co mam robić?! – fuknął.

A po co pleść takie bzdury? Myślisz, że od tego przetną się sznury? Wkurzające.

Ty…!

Przerwał mu kolejny młody głos:

Spokojnie. Utknęliśmy tutaj i nie wiemy, kiedy łażące po zboczu trupy dostaną się do środka. Czy musicie się kłócić nawet w takiej sytuacji?

Ten spokojny głos z pewnością należał do Lan Sizhuiego. Jin Chan zaprotestował:

To on pierwszy zaczął! Ty możesz go wyzywać, a inni nie?! Jin Ling, za kogo ty się masz? Myślisz, że skoro Lianfang-zun jest Naczelnym Kultywatorem, to ty także nim zostaniesz? Nie zamknę się. Uważam, że ty…

Jin Chan oberwał w głowę, krzycząc z bólu. Zaczął wyklinać:

Chcesz się bić?! Dawaj! Akurat jestem nastroju, synu nikogo!

Jak to usłyszał, Jin Ling był nie do powstrzymania. Choć nie mógł ruszyć ramionami, to z całych sił walił w niego łokciami i kolanami. Jin Chan aż piszczał z bólu, jednak, w przeciwieństwie do Jin Linga, który zawsze był sam, on miał przy sobie grupę kolegów. Pozostali chłopcy zauważyli, że jest na przegranej pozycji i szybko się zebrali, krzycząc:

Pomożemy ci!

Lan Sizhui siedział nieopodal i też został wciągnięty w bójkę. Na początku próbował nakłonić ich słowami do uspokojenia się, lecz kiedy oberwał kilka razy z łokcia, to zmarszczył z bólu brwi, a jego twarz pociemniała. Ostatecznie z walecznym krzykiem także dołączył. Obserwatorzy nie mogli już dłużej na to patrzeć. Wei Wuxian jako pierwszy wskoczył na schody prowadzące w głąb jaskini.

Ej! Spójrzcie tutaj!

Jego krzyk odbił się w pustej grocie jak trzask pioruna, a chłopcy spojrzeli w górę. Lan Sizhui uśmiechnął się szeroko na widok stojącej obok niego postaci.

Hanguang-jun!

Aaaaa, Hanguang-jun! – krzyknął jeszcze głośniej Lan Jingyi.

Jin Chan był przerażony.

Z czego się cieszycie? Są… Są po tej samej stronie!

Wei Wuxian wszedł do groty. Dobył Suibiana i beztrosko rzucił go za siebie, gdzie mignął cień, który złapał ostrze. Był to Wen Ning.

U-u-u-upiorny Generał! – Zaczęli wrzeszczeć uczniowie.

Wen Ning uniósł miecz i wziął zamach w stronę Jin Linga. Chłopak zacisnął zęby i zamknął oczy, jednak nagle poczuł luz. Sznur został rozcięty. Następnie Wen Ning zrobił rundę po grocie, tnąc wszystkie pęta. Uwolnieni uczniowie nie mogli ani uciec, ani zostać – w środku znajdował się patriarcha Yiling z upiornym generałem i zdradzieckim Hanguangiem-jun, a na zewnątrz pałętały się wygłodniałe trupy. Jednak Lan Sizhui nie widział problemu.

Seniorze Mo… Seniorze Wei, czy przyszliście nas uratować? To nie wy nas uwięziliście, prawda?

Choć sformułował to w formie pytania, to jego twarz wypełniona była pełnym zaufaniem i zachwytem. Wei Wuxian poczuł ciepło w piersi. Przykucnął i pogłaskał chłopaka po głowie, niszcząc fryzurę, która pozostała schludna pomimo przeżyć ostatnich dni.

Ja? Przecież wiesz, że jestem biedny. Skąd wziąłbym wystarczająco pieniędzy, by zatrudnić bandziorów?

Lan Sizhui szybko przytaknął.

Racja. Wiedziałem! Wiem, że jesteś naprawdę biedny!

Dobry chłopiec. Ilu tamci mają ludzi? Czy czyhają na nas gdzieś w okolicy?

Lan Jingyi strząsnął z siebie sznur, starając się odpowiedzieć:

Jest ich sporo! Każdy ma twarz owianą czarnym dymem, więc nie widzieliśmy, kim są. Zostawili nas tu i nic nie zrobili, jakby ich nie obchodziło, czy przeżyjemy. Och, jest też wiele trupów na zewnątrz! Nie przestają wyć!

Bichen wyskoczył z pochwy i rozciął pozostałe sznury, po czym Lan Wangji natychmiast schował miecz z powrotem i odwrócił się w stronę Lan Sizhuiego.

Dobra robota.

Pochwalił chłopaka za to, że zachował zimną krew i w nich wierzył. Lan Sizhui szybko stanął wyprostowany przed Lan Wangjim, ale zanim miał możliwość się choćby uśmiechnąć, Wei Wuxian wtrącił:

Tak, świetna robota, Sizhui. Nawet nauczyłeś się bić.

Chłopak natychmiast się zarumienił.

T-to było… Zachowałem się impulsywnie…

Nagle Wei Wuxian poczuł, że ktoś do niego podchodzi. Odwrócił się, widząc stojącego za nimi sztywno Jin Linga. Lan Wangji osłonił własnym ciałem swojego towarzysza, a Lan Sizhui stanął przed nimi, ostrożnie mówiąc:

Paniczu Jin…

Co robicie? – Wei Wuxian wyszedł zza ich pleców. – Zachowujecie się, jakbyście tworzyli ludzką tarczę.

Twarz Jin Linga wyglądała dość dziwnie. Jego pięści zaciskały się i rozluźniały, zaciskały i rozluźniały. Zdawało się, że chciał coś powiedzieć, ale nie był w stanie otworzyć ust. Mógł tylko patrzeć na miejsce, w które ugodził Wei Wuxiana. Lan Jingyi wydawał się przerażony.

T-t-ty! Nie chcesz znowu go dźgnąć, prawda?!

Jin Ling zamarł.

Jingyi! – krzyknął Sizhui.

Sizhui stał po jego prawej, a Jingyi po lewej, więc Wei Wuxian objął obu chłopców ramionami.

No dobrze, uciekajmy stąd.

Tak jest!

Pozostali chłopcy wciąż ukrywali się w kącie, nie śmiąc nawet się poruszyć.

Nie idziecie? Wolicie jeszcze tu zostać? – zapytał Lan Jingyi.

Jeden z chłopców wyciągnął szyję.

Na zewnątrz jest wiele trupów, a ty chcesz, byśmy tam wyszli? Po co, po śmierć?

Paniczu, pójdę je rozgonić – powiedział Wen Ning.

Wei Wuxian przytaknął. Wen Ning wybiegł na zewnątrz jak huragan.

Sznury zostały już rozcięte. Jak będzie trzeba, to zawsze możemy wspólnymi siłami wywalczyć drogę ucieczki. Jeśli nie pójdziecie, to co jeśli po naszym odejściu trupy wbiegną do środka? Biorąc pod uwagę kształt jaskini, to czy nie staniecie się łatwym celem? – powiedział Lan Sizhui i złapał za rękę Lan Jingyiego. Wyszli za Wen Ningiem razem z kilkoma juniorami z sekty Lan. Pozostali chłopcy popatrzyli po sobie.

Bracie Sizhui, zaczekaj na mnie! – odezwał się szybko jeden z nich, po czym wybiegł.

To był ten sentymentalny chłopiec, który spalił papierowe pieniądze i płakał nad losem A-Qing w mieście Yi. Inni nazywali go Zizhen. Wyglądało na to, że jestem jedynym dzieckiem głównej rodziny sekty BalingOuyang. Kilku chłopców podążyło za nim – były to same znajome twarze z miasta Yi. Pozostali byli niezdecydowani, lecz kiedy się rozejrzeli i zobaczyli, że Lan Wangji i Wei Wuxian na nich patrzą, to mogli tylko ich obejść i także wyjść, czując ich palące spojrzenia na plecach. Ostatni był Jin Ling.

Kiedy grupa chłopców, ciągnąc się i popychając, dotarła w końcu do wyjścia z jaskini, do środka zostało coś z impetem wrzucone, tworząc wgłębienie w kształcie człowieka w ścianie. Posypał się pył i kamienie.

To Upiorny Generał! – krzyknęło kilku młodzików z przodu.

Wen Ning? Co się stało?! – zapytał Wei Wuxian.

…Nic – wydusił Wen Ning.

Wypadł z dziury, wstał i w milczeniu nastawił złamane ramię. Kiedy Wei Wuxian spojrzał w stronę wejścia do groty, to ujrzał mężczyznę w fioletowych szatach. W jego dłoni spoczywał iskrzący się Zidian. To właśnie on zaatakował Wen Ninga.

Jiang Cheng.

Nic dziwnego, że Wen Ning nie miał zamiaru atakować.

Wuju! – krzyknął Jin Ling.

Chodź tutaj, Jin Ling – rozkazał chłodno mężczyzna.

Za jego plecami z ciemnego lasu wyszła powoli grupa kultywatorów z różnych sekt ubranych w szaty o rozmaitych barwach. Zgromadzenie się powiększało. Na oko było około dwóch tysięcy osób, które otoczyły grotę jak wielka, czarna pierzyna. Wszyscy łącznie z Jiang Chengiem skąpani byli we krwi, a ich twarze wyrażały zmęczenie. Chłopcy pędem wybiegli z jaskini, krzycząc: „tato”, „mamo” czy „bracie” i szybko wtopili się w tłum.

Jin Ling rozejrzał się na prawo i lewo, jakby jeszcze nie zdecydował.

Jin Ling, co tak wolno? – Ton Jiang Chenga był ostry. – Na co czekasz? Chcesz umrzeć?!

Lan Qiren stanął na czele tłumu. Wydawał się o wiele starszy, a biel przyprószyła nawet jego włosy przy skroniach.

Wangji – zawołał.

Wuju – odparł niskim głosem Lan Wangji, ale nie poszedł stanąć u jego boku.

Lan Qiren zrozumiał ten przekaz lepiej od pozostałych. To była odpowiedź Lan Wangjiego, stanowcza, niezłomna. Z rozczarowaną miną potrząsnął głową. Nie przekonywał go dalej.

Z szeregu wystąpiła ubrana na biało kobieta, a jej oczy wypełniły się łzami.

Hanguang-jun, co z tobą nie tak? Nie… Nie jesteś już sobą. W przeszłości nawet nie znosiłeś patriarchy Yiling. Jaką technikę wykorzystał Wei Wuxian, by cię oczarować i przekonać do stanięcia przeciwko nam?

Lan Wangji nie zwracał na nią uwagi. Nie uzyskawszy odpowiedzi, mogła tylko dodać z pogardą:

Skoro tak, to nie zasługujesz na swój przydomek!

Znowu tu jesteście – powiedział Wei Wuxian.

No oczywiście – odparł chłodno Jiang Cheng.

Su She miał na plecach przywiązany swój siedmiostrunowy guqin. Stojąc pośród tłumu, obojętnym głosem powiedział:

Gdyby patriarcha Yiling otwarcie nie rozkopywał grobów i nie porywał ludzi tuż po swoim powrocie, jakby bał się, że świat go nie powita z otwartymi ramionami, to nie sądzę, byśmy tak szybko zaszczycili cię naszą obecnością w twojej norze.

Widać, że uratowałem tych uczniów. Dlaczego mnie oskarżacie, zamiast mi podziękować?

Sporo osób zachichotało, a niektórzy nawet wprost krzyknęli „złodziej oskarża kogoś innego o kradzież!”. Wei Wuxian wiedział, że wszystkie jego wyjaśnienia będą bezużyteczne, zresztą mu się nie spieszyło.

Ale tym razem coś was mało – powiedział z uśmiechem. – Zdaje się brakować dwóch ważnych osób. Pozwólcie, że zapytam, dlaczego Lianfang-zun i Zewu-jun nie pojawili się na tak ważnym wydarzeniu?

Ha, wczoraj Lianfanga-zun zaatakowała nieznana osoba w Wieży Karpia. Został ciężko ranny, a Zewu-jun ze wszystkich sił stara się mu pomóc. Po co pytasz, skoro dobrze o tym wiesz? – zakpił Su She.

Słysząc, że Jin Guangyao był „ciężko ranny”, Wei Wuxian nagle przypomniał sobie jego zagranie, kiedy upozorował samobójstwo, by uciec Nie Mingjue. Nie mógł powstrzymać wybuchu śmiechu. Brwi Su She się zmarszczyły.

Z czego się śmiejesz?

Z niczego – odparł Wei Wuxian. – Po prostu pomyślałem, że Lianfang-zun często bywa ranny.

Właśnie w tej chwili zdecydował się odezwać młody głos:

Tato, czuję, że on naprawdę tego nie zrobił. To on nas uratował ostatnio w mieście Yi. Tym razem także przyszedł nas uratować…

Wei Wuxian rozejrzał się za właścicielem tego głosu – był to Ouyang Zizhen. Jednak jego ojciec natychmiast go zbeształ:

Dzieci nie powinny nic mówić bez zastanowienia! Zdajesz sobie sprawę, w jakiej sytuacji się znajdujemy? Wiesz, kto to jest?!

Teraz rozumiem – powiedział spokojnie Wei Wuxian, odwracając wzrok.

Od początku wiedział, że bez względu na to, co powie, ludzie i tak nie będą go słuchać. To, czemu zaprzeczał, mogło zostać wymuszone; to, do czego się przyznawał, mogło zostać przekręcone.

Pierwotnie słowa Lan Wangjiego miały dość dużą wagę, lecz teraz, kiedy był z nim, prawdopodobnie także stał się celem tych ludzi. Myślał, że z Lan Xichenem obecnym wśród ludzi mogli chociaż chwilę porozmawiać, ale ani on, ani Jin Guangyao nie byli nawet obecni.

Podczas pierwszego oblężenia Kopców Pogrzebowych Jin Guangshan poprowadził LanlingJin, a Jiang Cheng sektę Yunmeng Jiang. Lan Qiren zaopiekował się GusuLan, a Nie Mingjue swoim QingheNie. Dwie pierwsze stanowiły główne siły, a pozostałych równie dobrze mogłoby nie być. Teraz lider LanlingJin nie był obecny, wzmacniając tylko szeregi GusuLan swoimi ludźmi. GusuLan znowu prowadził Lan Qiren, a Nie Huaisang przejął pozycję brata, kryjąc się wśród tłumu i wyrazem twarzy wyraźnie oznajmiając „nic nie wiem”, „nic nie chcę” i „jestem tu tylko dla wsparcia liczebnego”.

Wroga energia otaczała wciąż Jiang Chenga, który patrzył podejrzliwie prosto na niego.

Ale… Wei Wuxian spojrzał lekko w bok. Zobaczył Lan Wangjiego, który stał obok bez wahania i nawet nie myślał o wycofaniu się.

Ale tym razem nie był sam.

Tysiące kultywatorów obrzucało go wygłodniałymi spojrzeniami, aż w końcu jeden mężczyzna w średnim wieku nie wytrzymał.

Wei Wuxian! Pamiętasz mnie jeszcze?! – krzyknął, wyskakując przed szereg.

Nie – odparł szczerze chłopak.

Kultywator zaśmiał się chłodno.

Ty nie, ale moja noga pamięta!

Mężczyzna uniósł poły szaty, odsłaniając drewnianą protezę.

Została zniszczona przez ciebie tamtego dnia w Mieście bez Nocy. Pokazuję ci to, byś zrozumiał, że pośród obecnych tu ludzi jestem także ja, Yi Weichun. Nigdy nie jest za późno na zemstę!

Jeden z młodszych kultywatorów także wyszedł na przód, tak jakby ta przemowa go zainspirowała. Jego głos był czysty i wyraźny.

Wei Wuxianie, nie zapytam, czy mnie pamiętasz. Moi rodzice zginęli z twojej ręki. Jesteś coś winny zbyt wielu osobom, których z pewnością także nie pamiętasz. Jednak ja, Fang Mengchen, nigdy nie zapomnę! I nigdy ci nie wybaczę!

Od razu po nim z szeregu wystąpiła kolejna osoba. Był to kultywator w średnim wieku o szczupłej sylwetce i błyszczących oczach. Tym razem Wei Wuxian odezwał się pierwszy:

Czy straciłeś przeze mnie jakąś część ciała? – Mężczyzna zaprzeczył ruchem głowy, więc Wei Wuxian pytał dalej: – Zabiłem twoich rodziców albo zniszczyłem sektę?

Kultywator znowu potrząsnął przecząco głową.

No to po co tu przyszedłeś? – zastanawiał się Wei Wuxian.

Nie mam powodu do zemsty na tobie. Przyszedłem walczyć, byś zrozumiał jedno. Sprzeciwiłeś się światu i zasługujesz na karę, więc bez względu na twoje sztuczki i powroty z zaświatów odeślemy cię z powrotem do grobu. Dla samej idei sprawiedliwości!

Słysząc to, wszyscy zaczęli mu dopingować i gromko krzyczeć słowa pochwały.

Dobrze powiedziane, liderze sekty Yao!

Lider sekty Yao wycofał się z uśmiechem. Te przemówienia ośmieliły innych, więc wystąpili jeden po drugim, głośno głosząc swoją determinację.

Podczas walki na przełęczy Qiongqi mój syn został uduszony przez twojego kundla, Wen Ninga!

Mój brat zginął od trucizny, a całe jego ciało gniło z powodu twojej okrutnej klątwy!

Udowodnimy, że na świecie istnieje sprawiedliwość, a zło nie będzie tolerowane!

Sprawiedliwość istnieje, a zło dostanie nauczkę!

Każda twarz aż wrzała nienawiścią, każde słowo zostało wypowiedziane bez poczucia winy, każdy wykazał się odwagą, pasją, oburzeniem i dumą. Wszyscy wierzyli, że były to bez wątpienia rycerskie czyny.

Ten dzień zostanie zapisany w historii i zyska miliony pochwał. To była krucjata „prawych” przeciwko „złym”!

Tłumaczenie: Ashi

19 Comments

  1. Aslan

    Cześć wszystkim. Dziękuję za nowy rozdział 😍.Akcja nabiera tempa a Wei Wuxian znowu dostanie po dupie, dobrze ,że teraz przynajmniej ma przy sobie Lan Wangjiego

    Odpowiedz
  2. Anonim

    Wooow super rozdział<3 kiedy mniej więcej możemy się spodziewać kolejnego? Strasznie pokochałam tą serię dzięki twoim tłumaczeniom i z niecierpliwością czekam na rozdziały
    :zachwyt2:

    Odpowiedz
  3. Katt

    :zachwyt: Nareszcie, nie mogłam się doczekać. Dziękuję piękne za tłumaczenie ❤️. Dlaczego akcja kończy się w takim momencie? 😭🥺 Teraz będę o tym myśleć aż do następnego rozdziału.

    Odpowiedz

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

:błeee:  :płaku:  :WeiMądruś:  :zonk:  :NieNie: 
:AAAA:  :ależeco:  :blabla:  :ugh:  :cooo: 
:ekscytacja:  :facepalm:  :patriarcha:  :muahaha:  :złamaneserce: 
:szok:  :przestań:  :zachwyt:  :zachwyt2: