Lin Qiushi posiedział jeszcze chwilę, po czym wstał, żeby odejść. Cheng Qianli spoglądał na niego, wyraźnie nie chcąc, by sobie poszedł.
– Już wychodzisz? Nie zostaniesz na obiad? Moja mama zaraz wróci…
Wyraz twarzy Lin Qiushi stał się nieco zirytowany.
– Twoja mama wyrzuci mnie, jak tylko mnie zobaczy!
Który rodzic byłby zadowolony, widząc w domu dziwaka? Tylko Cheng Qianli, ten mały głupek z pustą głową, przyjąłby do domu zupełnie obcego człowieka i zaprosił go na kolację.
– Ale nie sądzę, żebyś był złym człowiekiem. – Wyraz twarzy nastolatka był bardzo poważny. – Niczego nie ukradłeś…
Lin Qiushi, obserwując go, wyciągnął rękę i uszczypnął go w policzek, pozostawiając na skórze jaskrawoczerwony ślad.
– Po co mnie uszczypnąłeś? – prychnął zdziwiony Cheng Qianli.
– Żeby cię trochę obudzić. Nie przyprowadzaj ludzi bez powodu do domu. – Spojrzał na zegarek i ruszył w stronę drzwi. – Muszę iść.
Cheng Qianli naprawdę myślał, że od pierwszego wejrzenia nawiązał więź z tą osobą, więc teraz, gdy Lin Qiushi odchodził, był wręcz smutny.
– Gdzie mieszkasz? Mogę wpaść, kiedy tylko będę miał czas?
Lin Qiushi się uśmiechnął.
– Nie, jeśli będzie okazja, to cię znajdę…
A jeśli nie, to może po prostu będzie musiał całkowicie zapomnieć o Cheng Qianlim.
Choć chłopak chciał powiedzieć jeszcze więcej, Lin Qiushi już przepychał się przez drzwi. Wyglądało na to, że spieszył się, i choć czuł się sentymentalnie, jego kroki nie zatrzymały się ani na chwilę.
Oczywiście on też chciał z nim dłużej porozmawiać, ale nie miał wyjścia, bo zbliżała się godzina odlotu. Nie chciał spędzić nocy w obcym mieście. I tak został już dłużej, niż planował, a jeśli zostanie jeszcze trochę, na pewno spóźni się na samolot. W pośpiechu wezwał taksówkę i pojechał na lotnisko.
Jednak po przybyciu na miejsce przywitała go straszna wiadomość – jest opóźnienie ze względu na pogodę.
Spóźnienia były powszechne, ale Lin Qiushi nie mógł sobie pozwolić na coś takiego.
Zarezerwowany lot miał być o siódmej wieczorem i gdyby wszystko poszło zgodnie z planem, dotarłby do rodzinnego miasta około dziesiątej. Doliczając jeszcze drogę powrotną, byłby w mieszkaniu około północy – czas i tak był napięty.
Teraz lotnisko poinformowało go, że samolot będzie opóźniony i wyglądało na to, że nie wystartuje przez dłuższy czas. Siedząc w terminalu, Lin Qiushi z niepokojem obserwował przesuwającą się wskazówkę zegara.
Kiedy w końcu upewnił się, że tego dnia nie uda mu się wrócić, Lin Qiushi wstał z miejsca. Było już pięć po ósmej i wciąż nie było żadnych wieści. Wyglądało na to, że było mu pisane spędzić noc w tym mieście.
Lin Qiushi westchnął i zaciągnął bagaż z powrotem do centrum miasta. Musiał znaleźć odpowiedni hotel.
Nie mógł zatrzymać się na zbyt wysokim piętrze, by jak najszybciej zejść na dół bez pomocy windy. Najlepiej by było, gdyby hotel miał wiele wyjść, a im prostszy układ pomieszczeń, tym lepiej.
Po ponad godzinnych poszukiwaniach Lin Qiushi zameldował się w zajeździe niedaleko lotniska około dziesiątej wieczorem. Wystrój nie był zachwycający, ale przynajmniej budynek nie był zbyt wysoki – miał tylko trzy piętra, a jeśli ktoś chciał zejść na dół, mógł skorzystać również ze schodów ewakuacyjnych. Lin Qiushi wziął klucz do pokoju i schował bagaż w środku. Następnie po prostu przygotował plecak.
W międzyczasie napisał i zredagował kilka wiadomości, które chciał wysłać do Ruan Nanzhu. Ich treść sprowadzała się do poinformowania partnera, że wszystko u niego w porządku, i zapytania o jego sytuację. Wspomniał też o Cheng Qianlim i Tan Zaozao, nie zapominając oczywiście o Li Dongyuanie – choć ten nie dogadywał się najlepiej z Ruan Nanzhu za jego życia.
Mając już gotowe teksty, Lin Qiushi spokojnie czekał na wieczór.
Siedział w obcym mieście, obserwując ciemniejące niebo. Jasne słońce zniknęło za horyzontem, pozostawiając jedynie olśniewający zachód. Nad miastem pojawił się również pył gwiazd i księżyca, a powietrze wciąż było gorące.
Lin Qiushi zszedł na dół i kupił sobie loda na patyku. Zjadł go, siedząc w oknie i obserwując przechodniów. Wiedział, że gdy wybije północ, wszyscy na zewnątrz znikną, a on przeniesie się do innego świata, więc z jeszcze większą nostalgią patrzył na tę żywą scenę.
Słodycz rozlała się po jego języku i przypomniała Lin Qiushiemu cukierki, które Ruan Nanzhu lubił wkładać mu do ust. Spuścił wzrok i otworzył wiadomość, którą dostał wczoraj, a kąciki jego ust uniosły się w uśmiechu.
Tik, tok, tik, tok. Wskazówka godzinowa spotkała się ze wskazówką minutową i wybiła północ.
Świat zdawał się nagle ucichnąć, gdy wkroczył w inny wymiar.
Gdy wybiła dwunasta, Lin Qiushi wysłał wiadomości do Ruan Nanzhu i w tym samym czasie otrzymał smsa od niego. Głaz leżący na sercu Lin Qiushiego w końcu zniknął – szybko przeczytał treść, upewniając się, że z Ruan Nanzhu wszystko w porządku.
I właśnie wtedy, gdy Lin Qiushi czytał, ktoś głośno zapukał do drzwi, niczym strzał z pistoletu oznajmiający początek wyścigu.
Bam, bam, bam, bam, bam. Pukający zdawał się mieć ochotę wyważyć drzwi, waląc tak mocno, że całe zadrżały od wibracji.
Przez wizjer dostrzegł osobę stojącą na zewnątrz. Widok był zniekształcony, ale zdecydowanie był to mężczyzna. Wyglądał zupełnie normalnie i miał ludzką sylwetkę. Spoglądał jednak na Lin Qiushiego z przenikliwą złością w oczach i choć na pierwszy rzut oka wydawał się obcy, Lin Qiushi i tak go rozpoznał. To był ktoś, kogo Ruan Nanzhu zabił w sanatorium Waverly Hills – Jiang Yingrui.
Lin Qiushi pomógł ukryć metodę morderstwa, przez co Jiang Yingrui nie mógł dowiedzieć się, w jaki sposób zginął, a co za tym idzie, nigdy nie zdołał dokonać zemsty za drzwiami.
– Otwórz drzwi, otwórz drzwi! – warknął Jiang Yingrui z wściekłością. – Otwórz natychmiast!
Oczywiście Lin Qiushi nie miał zamiaru spełniać jego rozkazu. Odwrócił się, a jego wzrok padł na okno.
Otworzył je, a pod nim znajdowała się markiza. Jeśli chciał się stąd wydostać, musiał tylko zejść na nią, a potem zeskoczyć na dół.
Widząc, że nie otworzy drzwi, Jiang Yingrui wybuchnął upiornym śmiechem. Odwrócił się i na chwilę wyszedł, ale kiedy wrócił, w dłoni trzymał tabliczkę z numerem pokoju. Lin Qiushi doskonale znał numer na tej tabliczce – 502. To był przeklęty numer pokoju, a ktokolwiek w nim mieszkał, był skazany na śmierć.
Widząc to Lin Qiushi nie wahał się dłużej i wyskoczył.
Dokładnie w tym samym momencie Jiang Yingrui umieścił kartę z numerem na drzwiach, a wnętrze pokoju zaczęło się zmieniać. Krwawe ślady wykwitły na ścianach.
Lin Qiushi wyskoczył z okna na markizę i gdy miał już wykonać drugi skok, poczuł, jak coś ciągnie go za koszulę. Szarpnięcie zatrzymało go na chwilę i choć trwało tylko sekundę, wystarczyło, by uratować mu życie – ponieważ zwłoki kobiety roztrzaskały się dokładnie w miejscu, w którym powinien wylądować. Trup miał na sobie fartuch pielęgniarki i choć był całkowicie zmasakrowany, to i tak gwałtownie podniósł się na nogi. Lin Qiushi wciągnął powietrze i obejrzał się za siebie. Ku swojemu zaskoczeniu zobaczył bladą dziewczynkę siedzącą w oknie i uśmiechającą się do niego.
Lin Qiushi natychmiast ją rozpoznał. To był duch, któremu kiedyś pomógł, mała panna Satchan.
– Dziękuję – powiedział do niej.
Satchan nic nie powiedziała, tylko wskazała palcem na ścianę. Na niej pojawił się rząd krwawych słów, układając się w fatalny tekst jej piosenki. Lin Qiushi tylko rzucił na niego okiem.
– Przepraszam, naprawdę jestem analfabetą – powiedział stanowczo. Satchan milczała. Westchnął. – Może poszukasz tego gościa, który stał pod moim pokojem? To absolwent Ligii Bluszczowej.
Wskazał na Jiang Yingruiego, która najwyraźniej wciąż stał w drzwiach, czekając, aż coś się mu stanie. Na te słowa Satchan rzeczywiście obejrzała się za siebie, a na jej twarzy malował się zamyślony wyraz.
Lin Qiushi obserwował ją i pomyślał, że niektóre z duchów tutaj rzeczywiście są świadome. Miała nawet zdolność krytycznego myślenia.
Pielęgniarka wciąż walczyła o utrzymanie się na nogach, więc skorzystał z tego, by skoczyć z markizy i odejść w innym kierunku.
Po dwóch nocach Lin Qiushi czuł, że duchy atakują w interwałach i nie pojawiają się po prostu w niekończących się stadach. Na przykład, jeśli uda mu się uniknąć pierwszej fali ataków, będzie miał chwilę na oddech. Nie wiedział tylko, czy to samo dotyczy Ruan Nanzhu.
Choć Ruan Nanzhu zetknął się z wieloma ghulami i potworami, miał też wielu pomocnych towarzyszy. Lin Qiushi głęboko wierzył, że da sobie radę.
Szedł dalej drogą, czując, jak otula go warstwa wilgoci. Mgła była początkowo rzadka, ale stopniowo gęstniała, aż nawet przedmioty wokół niego stały się w niej niewyraźne.
Spośród mgły zaczęła wyłaniać się niewiarygodnie wysoka postać. Jej ramiona i nogi były długie i wężowate, a na głowie miała kultowy cylinder, który pozwolił Lin Qiushiemu natychmiast ją rozpoznać – to był slenderman.
Stał w gęstej mgle, podążając za Lin Qiushim z daleka, niczym polująca bestia, mogąca zaatakować go w każdej chwili. Mężczyzna mógł jedynie uciekać.
Mgła spowijała go niczym labirynt. Najgorsze było to, że nie znał tej okolicy i niespodziewanie się zgubił. Ścieżka, która powinna ciągnąć się pod jego stopami, nagle została zablokowana – tuż przed nim pojawił się rząd niskich, przysadzistych budynków.
Pomiędzy nimi była jedynie wąska alejka. Lin Qiushi spojrzał na czarny, smukły cień, który wciąż podążał za nim, i poczuł się, jakby był owcą prowadzoną przez wilki.
Nie mając innej drogi, spojrzał w zaułek, zacisnął zęby i wszedł do środka. Uliczka była wąska, pozwalając przejść tylko jednej osobie. Ścieżka pod jego stopami była nierówna, a u podnóża murów gromadziły się kałuże. Lin Qiushi nie chciał tu zostać długo, więc przyspieszył kroku. Obejrzał się za siebie i odkrył, że cień, który go śledził, zniknął.
Dlaczego nie podążał za nim? Gdy się nad tym zastanawiał, poczuł nagły dreszcz. Jego stopy zamarły w jednej chwili, a on powoli spojrzał w górę. Zobaczył nad głową nie ciemne, rozgwieżdżone niebo, lecz pustą, białą twarz.
Nie miała oczu, tylko ogromne usta i dwa rzędy białych zębów. To była twarz slendermana, a jego długie, wężowate nogi wznosiły się nad domami po obu stronach alejki. Z góry obserwował bladą twarz Lin Qiushiego i wyciągnął rękę w jego stronę…
Lin Qiushi wstrzymał oddech. Odwrócił się, żeby uciekać, ale slenderman był zbyt szybki – w następnej chwili został złapany przez parę suchych jak patyki rąk. Szarpnięty za szyję, niczym złapana lalka, bezradnie wierzgał w mocnym uścisku.
Usta slendermana rozwarły się w zadowolonym uśmiechu. Z dłonią wciąż dławiącą szyję mężczyzny, drugą ręką sięgnął na swoją głowę, zerwał cylinder i przyłożył go Lin Qiushiemu, który w ogóle nie mógł się ruszyć. Ludzka siła w starciu z potworem była jak siła jętki w starciu z drzewem. Chociaż doskonale wiedział, co się stanie, gdy na jego głowę zostanie włożony czarny cylinder, nie mógł nic na to poradzić.
Patrząc na zbliżający się kapelusz, poczuł nagle chłodną falę ze swojego plecaka. Przez chwilę myślał, że to jakaś przedśmiertna halucynacja, ale w następnej chwili slenderman wydał z siebie mrożący krew w żyłach krzyk. Lin Qiushi został uwolniony, a on sam upadł na podłogę, chwytając się za szyję i ciężko charcząc. Obok niego czarny dym utworzył kłęby przypominające dwoje dzieci, zanim ogarnął całe ciało potwora. Usłyszał ryk slendermana i przypominający dzwoneczek, dźwięczny śmiech małej dziewczynki.
Lin Qiushi nie miał czasu na myślenie. Rzucił się w zaułek z impetem, pospiesznie uciekając. Pobiegł w nieco bezpieczniejsze miejsce i w końcu przypomniał sobie, że scena, której był świadkiem, była mu znajoma. Po głębszym namyśle… czyż nie to właśnie wydarzyło się wcześniej, w świecie slendermana?
Lin Qiushi otworzył plecak i rzeczywiście zobaczył krwistoczerwony znak oznaczający ŚMIERĆ wypisany na drugiej stronie pamiętnika. Ten znak, podobnie jak poprzedni, został wykreślony – innymi słowy znów został uratowany przez notatnik. Poczuł ulgę, ale wciąż nie odważył się zostać tam na dłużej. Oparł się o ścianę i zmusił się do dalszego marszu.
Ponieważ został tak brutalnie przyduszony, Lin Qiushi nie mógł powstrzymać kaszlu. Jego telefon zawibrował w kieszeni i z sercem podskakującym z radości Lin Qiushi wyciągnął go, by zobaczyć sms od Ruan Nanzhu.
W wiadomości mężczyzna przesłał również zdjęcie w odpowiedzi na jego pytanie. Lin Qiushi zapytał go, jak wyglądała jego sytuacja w ciągu dnia.
Na zdjęciu był piękny, androgyniczny młody mężczyzna. Jego oczy nie zaznały jeszcze chłodu dojrzałości i patrzyły w obiektyw z uśmiechem – to był młody Ruan Nanzhu. Z telefonem w dłoni Lin Qiushi nie mógł powstrzymać się od uśmiechu. Jego palce sunęły po zdjęciu, aż musiał złożyć delikatny pocałunek na ekranie telefonu.
Dzienny Ruan Nanzhu zdawał się cofnąć do czasów, gdy po raz pierwszy zaczął przekraczać drzwi, wciąż w latach młodości. Jeśli tak było, to logiczne, że jego punktem wejścia była szkoła.
Przeczytał tekst dołączony do obrazka. Ruan Nanzhu zapytał go, czy mu się podoba.
Lin Qiushi: Kurewsko mi się podoba. Nadal jesteś tam zajęty?
Ruan Nanzhu: Dziś jest lepiej. Spotkałem się ze starszym, który wprowadził mnie do Obsydianu. A ty?
Lin Qiushi: Jeśli mam czas, żeby do ciebie napisać, to przecież nie mogę być zbyt zajęty, prawda?
Po napisaniu tego schował telefon. Choć cieszył się, że rozmawia z Ruan Nanzhu, nie mógł stracić przez to życia – znów usłyszał jakiś podejrzany dźwięk.
To był ciągły odgłos czegoś ciężkiego uderzającego o ziemię. Stojąc we mgle, zauważył na pobliskim budynku pielęgniarkę skaczącą z okna bez wytchnienia.
Jej ciało roztrzaskiwało się o ziemię, po czym powoli odzyskiwała siły i pojawiała się na kolejnym budynku. Nie powinno to mieć nic wspólnego z Lin Qiushim, ale nie dało się temu zaradzić – okna, z których skakała, były coraz bliżej miejsca, w którym stał. Nie wątpił ani przez sekundę, że gdyby tylko miała okazję, upadłaby prosto na niego, rozłupując go jak arbuza.
Slenderman ponownie pojawił się w tyle. Tylko tym razem Lin Qiushi wyciągnął wnioski z poprzedniej lekcji i unikał wąskich uliczek. Szedł chodnikiem, czując się jak pustynny wędrowiec szukający oazy. Jak okiem sięgnąć, rozciągał się tylko bezkresny piasek i rozpacz, a nigdzie nie było widać źródła wody.
Pieśń Satchan też dało się usłyszeć, raz blisko, raz daleko. Dodała i tak już mrocznemu wieczorowi nutę niesamowitości.
Jednak Lin Qiushi nie chciał się poddać. Wciąż miał tyle do zrobienia, a Ruan Nanzhu na niego czekał. Patrząc na nieustannie skaczącą pielęgniarkę, wpadł na pewien pomysł.
Lin Qiushi zmienił kierunek i poszedł w jej stronę.
Bam. Bam. Bam. Pielęgniarka kontynuowała swoje skoki. W ciemności Lin Qiushi widział jej połamane ciało. Wszyscy mówili, że skok z wysokości to najstraszniejsza śmierć ze wszystkich, i Lin Qiushi nie mógł się z tym nie zgodzić.
Czaszka pielęgniarki była roztrzaskana na kawałki, a jej ciało przypominało zdeformowaną plastelinę. Biel i czerwień mieszały się ze sobą, a Lin Qiushi widział nawet wystające z ciała śnieżnobiałe kości. Jednak w tym momencie ten widok był mu całkowicie obojętny, bo widział już zbyt wiele takich scen. Tym razem nawet nie mrugnął.
Kroki Lin Qiushiego zatrzymały się pod pewnym wieżowcem. Spojrzał za siebie, na slendermana, który wciąż za nim podążał, i pobieżnie oszacował odległość.
Nie wiedział, czy jego plan się powiedzie, ale do świtu wciąż było trochę czasu i nie mógł dłużej uciekać. Poza tym miał niejasne przeczucie, że mimo iż scenariusze za każdym razem wyglądały na ślepy zaułek, zawsze kryła się w nich jakaś deska ratunku.
Szedł dalej, a pielęgniarka wciąż skakała, z każdym skokiem coraz bardziej się do niego zbliżając. Slenderman również był coraz bliżej. Lin Qiushi zatrzymał się, spoglądając w jego stronę, a w myślach rozwiązywał bardzo ciekawe zadanie matematyczne.
Odległość między nimi malała w stałym tempie. Tempo, w jakim pielęgniarka zeskakiwała z budynków, również było stałe, a Lin Qiushi miał już w głowie odpowiedź na nurtujące go pytanie. Jego kroki się zatrzymały.
Slenderman nie zrozumiał, co takiego planuje. Zmasakrowana pielęgniarka wróciła na górę i skoczyła z kolejnego okna…
Lin Qiushi ścisnął plecak w ramionach i czekał na efekt jego planu.
Cień padł na głowę slendermana, a on jeszcze nie zdał sobie sprawy, co to oznacza, gdy nagle coś uderzyło go prosto w głowę. Dwa ghule starły się twarzą w twarz i w końcu wydarzył się scenariusz, na który Lin Qiushi czekał z niecierpliwością. Slenderman został przebity na wylot, a całe jego ciało osunęło się na ziemię. Krwawe zwłoki pielęgniarki zmieszały się z jego połamanymi kończynami.
Lin Qiushi usłyszała, jak slenderman wydał z siebie wściekły ryk – najwyraźniej nie umrze tak łatwo. Zaczął się odradzać, choć znacznie wolniej od pielęgniarki. Jedno z jego ramion zaciskało się kurczowo na jej czaszce, uniemożliwiając jej powrót do życia.
Pielęgniarka również zdawała się wpadać w złość. Zaczęła wydawać piski i szlochy, gdy jej ciało zlepiło się z ciałem slendermana.
Był to widok zarówno dziwny, jak i absurdalny. Lin Qiushi czuł, że powinien się uśmiechnąć, ale kiedy uniósł kąciki ust, odkrył, że nie potrafi.
Slenderman nie puścił głowy pielęgniarki, ale ta się nie poddawała. Pozbawiona części ciała odwróciła się jeszcze raz, weszła po schodach i zeskoczyła – uderzając po raz drugi w ciało potwora.
Dwa ghule zaczęły zaciekle ze sobą walczyć. Lin Qiushi otrzepał się z kurzu i odszedł.
Znalazł cichy kącik i, pochłonięty piosenką Satchan, odblokował telefon. Nie zobaczył jednak odpowiedzi od Ruan Nanzhu.
Był trochę zmęczony. Ramię wciąż go bolało, a od kilku dni nie przespał dobrze nocy. Siedział na poboczu i wpatrywał się w ekran telefonu. Chciał zadzwonić do partnera, by usłyszeć jego głos. Jednak się nie odważył. Bał się, że jeden telefon może kosztować Ruan Nanzhu życie.
Kiedy skończą się takie wieczory? Czy naprawdę istniały tu jakieś drzwi wyjściowe i klucz? Czy naprawdę mógł się stąd wydostać? Niezliczone myśli kłębiły się w głowie Lin Qiushiego, zalewając go mnóstwem emocji.
Do świtu pozostała jeszcze ponad godzina, ale mgła na niebie już się rozwiewała. Odgłos skaczącej pielęgniarki również ucichł, a kiedy Lin Qiushi podniósł wzrok, zobaczył Satchan stojącą przed nim i uśmiechającą się do niego.
Lin Qiushi spojrzał na nią pytającym spojrzeniem. Satchan uśmiechnęła się słodko. Twarz, która powinna być przerażająca, stała się dzięki temu uśmiechowi urocza. Podeszła do Lin Qiushiego, podając mu coś.
To było zdjęcie. Na zdjęciu była uśmiechnięta Satchan ze wszystkimi kolegami z klasy. To było jej najcenniejsze zdjęcie – Lin Qiushi dobrze je pamiętał.
Miał mgliste pojęcie, do czego Satchan zmierza. Zaśmiał się boleśnie. Nie sądził, że nadejdzie dzień, w którym duch przyniesie mu pocieszenie.
Satchan znów się do niego uśmiechnęła, a jej sylwetka zniknęła.
Lin Qiushi zakrył twarz dłońmi. Chciał tylko znów zobaczyć Ruan Nanzhu, żeby mogli się przytulić i razem przespać noc. Nie sądził jednak, że to, co było tak zwyczajne, stanie się tak nieskończenie trudne za tymi drzwiami.
Tłumaczenie: Ashi
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Rozdział 18
Rozdział 19
Rozdział 20
Rozdział 21
Rozdział 22
Rozdział 23
Rozdział 24
Rozdział 25
Rozdział 26
Rozdział 27
Rozdział 28
Rozdział 29
Rozdział 30
Rozdział 31
Rozdział 32
Tom II
Rozdział 33
Rozdział 34
Rozdział 35
Rozdział 36
Rozdział 37
Rozdział 38
Rozdział 39
Rozdział 40
Rozdział 41
Rozdział 42
Rozdział 43
Rozdział 44
Rozdział 45
Rozdział 46
Rozdział 47
Rozdział 48
Rozdział 49
Rozdział 50
Rozdział 51
Rozdział 52
Rozdział 53
Tom III
Rozdział 54
Rozdział 55
Rozdział 56
Rozdział 57
Rozdział 58
Rozdział 59
Rozdział 60
Rozdział 61
Rozdział 62
Rozdział 63
Rozdział 64
Rozdział 65
Rozdział 66
Rozdział 67
Rozdział 68
Rozdział 69
Rozdział 70
Rozdział 71
Rozdział 72
Rozdział 73
Rozdział 74
Rozdział 75
Rozdział 76
Rozdział 77
Tom IV
Rozdział 78
Rozdział 79
Rozdział 80
Rozdział 81
Rozdział 82
Rozdział 83
Rozdział 84
Rozdział 85
Rozdział 86
Rozdział 87
Rozdział 88
Rozdział 89
Rozdział 90
Rozdział 91
Rozdział 92
Rozdział 93
Rozdział 94
Rozdział 95
Tom V
Rozdział 96
Rozdział 97
Rozdział 98
Rozdział 99
Rozdział 100
Rozdział 101
Rozdział 102
Rozdział 103
Rozdział 104
Rozdział 105
Rozdział 106
Rozdział 107
Rozdział 108
Rozdział 109
Rozdział 110
Rozdział 111
Rozdział 112
Rozdział 113
Rozdział 114
Rozdział 115
Rozdział 116
Rozdział 117
Rozdział 118
Rozdział 119
Rozdział 120
Rozdział 121
Rozdział 122
Rozdział 123
Rozdział 124
Rozdział 126
Rozdział 126
Tom VI
Rozdział 127
Rozdział 128
Rozdział 129
Rozdział 130
Rozdział 131
Rozdział 132
Rozdział 133
Rozdział 134
Rozdział 135
Rozdział 136
Rozdział 137
Rozdział 138
Ekstra 1
Ekstra 2
Ekstra 3
Ekstra 4
Ekstra 5
Ekstra 6
Ekstra 7
Ekstra 8
Ekstra 9
Ekstra 10