Dzień. Lin Qiushi obudził się pełen energii. Umył się i zjadł śniadanie, po czym wziął Kasztana i usiadł na kanapie, żeby obejrzeć telewizję. Choć siedział w domu, jego serce już było w tamtej szkole. Zaczął analizować to, co Ruan Nanzhu powiedział mu wczoraj wieczorem o seniorze z Obsydianu i drzwiach.
Zanim zdążył cokolwiek ustalić, odebrał telefon od Wu Qiego, który zapytał, czy Lin Qiushi nadal będzie pracować. Jeśli nie, złoży za niego list rezygnacyjny.
– Nie będzie mnie. Proszę, zrezygnuj za mnie – odparł po prostu.
Wu Qi był nieco zszokowany, gdy to usłyszał, ponieważ Lin Qiushi zawsze był osobą odpowiedzialną. Wciąż istniały kwestie związane z jego pracą, które trzeba było dokończyć czy przekazać i myślał, że mimo wszystko przynajmniej z tym pomoże przed odejściem. Nigdy nie wyobrażał sobie, że Lin Qiushi odejdzie tak nagle i nawet nie zada sobie trudu, by osobiście złożyć rezygnację.
W odpowiedzi na szok Wu Qiego Lin Qiushi zareagował jedynie niezobowiązującym śmiechem. Prawda była taka, że ten świat wciąż wydawał mu się iluzoryczny i z tego powodu trudno mu było rozwinąć jakiekolwiek poczucie odpowiedzialności.
W domu zjadł i napił się, a potem wziął cudowną popołudniową drzemkę. Około szóstej wieczorem Lin Qiushi udał się do szkoły.
Dotarł na miejsce i jak zwykle wślizgnął się do środka. Lekcje właśnie się skończyły, więc patrzył, jak uczniowie z plecakami radośnie opuszczają teren szkoły. Był piątek i większość z nich nie miała następnego dnia zajęć. W porównaniu z normalnymi dniami, na ich twarzach malowała się odrobina dodatkowej radości. Im młodszy człowiek, tym prościej można było go uszczęśliwić. Jeden krótki weekend potrafił wywołać na ich twarzach tak promienne uśmiechy.
Lin Qiushi szedł spacerem, aż dotarł w pobliże torów, gdzie spotkał się poprzedniego wieczoru z Ruan Nanzhu.
Znalazł kamienną ławkę, na której usiadł, po czym wyjął cukierka z kieszeni i włożył go do ust. Zanim nadszedł wieczór, przez ostatnie kilka dni zawsze odczuwał lekki niepokój. Dziś jednak, gdy wiedział, że zobaczy Ruan Nanzhu, jego emocje były dość spokojne. Czuł nawet nutę oczekiwania.
Gdy wybiła godzina dwunasta, wszystko diametralnie się zmieniło. Na drugim końcu torów pojawiła się postać Ruan Nanzhu. Podszedł do Lin Qiushiego i nawet pomachał. Ten uśmiechnął się i spotkał się z nim w połowie drogi. Ich dłonie ponownie się splotły.
Dzisiejsza noc miała być szczególnie niebezpieczna. Ich drzwi nachodziły na siebie, co oznaczało, że upiorów i potworów będzie dwa razy więcej.
Jednak tak naprawdę, w pewnym sensie, nie było to aż tak straszne, ponieważ potwór z drzwi, o które Lin Qiushi bardzo się martwił – z tych z lampami z ludzkiego tłuszczu – zderzył się z duchem z jednych drzwi Ruan Nanzhu.
To był zupełny zbieg okoliczności. Początkowo gospodyni ich goniła, aż potykali się o własne nogi i próbowali ukryć. Jednak biegnąc i biegnąc, w pewnym momencie zdali sobie sprawę, że kobieta już ich nie goni. Gdy znaleźli się na wzniesieniu i spojrzeli w dół, dostrzegli gospodynię walczącą z plątaniną włosów.
– Co się tam dzieje? – Lin Qiushi, siedzący wysoko na budynku szkolnym, był całkowicie zdezorientowany tym, co widział.
Włosy zdawał się żyć, oplatając złowrogo ciało gospodyni, której długie ostrze było zupełnie bezużyteczne. Po prostu ryczała z wściekłości i tarzała się po ziemi.
– To chyba upiór, którego wkurzyłem w jednych drzwiach – powiedział Ruan Nanzhu. – Trochę nienawidzi kobiet, a mnie w szczególności.
– Nienawidzi cię? Czyż nie jesteś mężczyzną…?
Zamknął usta, zanim jeszcze skończył mówić, ponieważ przypomniał sobie, że najprawdopodobniej był w przebraniu. Ruan Nanzhu najwyraźniej wiedział, co chciał powiedzieć, więc rzucił mu spojrzenie, nie mówiąc ani słowa.
Lin Qiushi wzruszył ramionami.
– Najwyraźniej nie widziała zbyt dobrze.
Nie mieli pojęcia, który z upiorów zwyciężył. Liczba drzwi, przez które przeszedł Ruan Nanzhu, była sama w sobie wystarczająco duża, a teraz, gdy drzwi się nakładały, cała szkoła stała się praktycznie parkiem rozrywki dla duchów. Nawet idąc po chodniku, Lin Qiushi widział blade, białe ramiona wyciągające się z ziemi, by ich wciągnąć.
– Więc przez ile drzwi już przeszedłeś? – zapytał w końcu.
– Zanim się pojawiłeś, otwierałem średnio jedne drzwi co trzy dni. Sam policz.
Lin Qiushiego zatkało. Och, to nie było zbyt wiele. Tylko… kilkaset.
Potwory pojawiały się bez przerwy. Stali na rozdrożu pośrodku szkolnego boiska, a przed nimi była przerażająca lalka w czerwieni. Za nimi unosił się duch w bieli. Po ich prawej stronie sterczały ramiona, a po lewej stronie było pusto – ale ten nagrobek stojący na środku budził podejrzenia, jakkolwiek by na niego nie patrzeć.
Ostatecznie postanowili nie podążać żadną drogą. Poczekali, aż coś samo do nich przyjdzie.
Lin Qiushi początkowo wciąż bał się niektórych upiorów, ale później całkowicie zobojętniał. Byli kompletnie wyczerpani ucieczką przed śmiercią. Nie odważyli się nawet usiąść, gdy podkradli się do budynków szkolnych, i mogli jedynie opierać się o drzewa, by złapać oddech. Oczywiście, nawet odpoczywając, musieli uważać na gałęzie nad głowami, czy nie wiszą na nich jakieś żywe zwłoki, czy coś w tym stylu.
Dobrą stroną medalu było to, że choć liczba tych duchów była ogromna, nie były one szczególnie skomplikowane Musiało to wynikać z faktu, że Ruan Nanzhu trenował głównie w drzwiach niskiego poziomu. Gdyby robił to w drzwiach wyższego poziomu, Lin Qiushi uważał, że nie musieliby nawet biegać – mogliby po prostu siedzieć tam, gdzie byli i czekać na śmierć.
– Zmęczony? – zapytał Lin Qiushi.
– Nic mi nie jest. – Ruan Nanzhu otarł pot z policzków i spojrzał na zegarek. – Zostały dwie godziny.
Po chwili ciszy Lin Qiushi się zaśmiał.
– Prawda jest taka… że nie chcę, żeby nadszedł poranek.
W końcu o świcie wracali do swoich domów. Ruan Nanzhu odwzajemnił uśmiech.
Gdy tylko złapali oddech, wszystkie światła w budynku za nimi rozbłysły.
– Qiushi… – rozległ się głos.
Uśmiech zamarł na twarzy Lin Qiushiego. Ten głos zdecydowanie należał do dorosłego Ruan Nanzhu – niski i lekko ochrypły. Był bardzo piękny.
Jego towarzysz również usłyszał swój głos. Spojrzał na budynek z niezadowolonym wyrazem twarzy.
–Qiushi… Qiushi… – Ruan Nanzhu wciąż wołał z budynku. – Ta osoba to oszust, musisz być ostrożny…
Lin Qiushi spojrzał na młodszą wersję Ruan Nanzhu obok siebie. Kiedy ich spojrzenia się spotkały, w oczach młodzieńca pojawił się błysk złości.
– Nawet nie zdawałeś sobie sprawy, że jestem oszustem? – Ruan Nanzhu wspiął się na palce i ugryzł Lin Qiushiego w usta, nie za mocno i nie za delikatnie. – Więc co, chcesz tam wejść i go uratować? To musisz za to zapłacić, prawda?
Lin Qiushi spojrzał mu w oczy i westchnął.
– Czego więc chcesz?
– Hmm? Oczywiście chcę ciebie…
Lin Qiushi podniósł go tak, jakby podnosił uroczą lalkę.
– Musisz stać na palcach, żeby mnie pocałować i mówisz, że mnie pragniesz?
Ruan Nanzhu zacisnął zęby.
– Czy to bunt?! Postaw mnie…!
– Nie – zaśmiał się Lin Qiushi. – Czy nie chciałeś, żebym coś zapłacił? Zapłacę ci natychmiast.
– Zmieniłeś się!
– A ty nadal odstawiasz szopkę nawet w takiej chwili. Nie boisz się, że naprawdę zacznę wątpić w twoją tożsamość? – powiedział zirytowany Qiushi.
Ruan Nanzhu prychnął.
– Ten głos w środku brzmi okropnie, jak to możliwe, że to mój głos? Jeśli w to uwierzyłeś, to…
– To co zrobisz?
Ruan Nanzhu podszedł bliżej i wymamrotał prosto do jego ucha:
– Naprawdę porządnie cię zerżnę.
Lin Qiushi wpatrywał się w maleńkiego Ruan Nanzhu w swoich ramionach i nie mógł się powstrzymać – cały drżał z wysiłku, jaki wkładał w tłumienie śmiechu.
Ruan Nanzhu spojrzał na niego gniewnie.
– Z czego się śmiejesz?
– Nie… To nic takiego… Po prostu nie mów takich rzeczy z taką twarzą. Czuję się, jakbym popełniał przestępstwo.
Nawet gdy rozmawiali, imitacja głosu Ruan Nanzhu nie ustawała. Tylko teraz w głosie słychać było nutkę frustracji. Być może była ona zirytowana przez nich obu.
Kiedy Lin Qiushi podszedł do okna i zajrzał do środka. Rzeczywiście dostrzegł tam Ruan Nanzhu, a raczej kogoś, kto wyglądał dokładnie jak on. Siedział w klasie, zaplątany w gąszcz czarnych włosów. Kiedy zobaczył zbliżającego się Lin Qiushiego, jego wyraz twarzy ogarnęła panika.
– Qiushi, on nie jest prawdziwy! Nawet jeśli mi nie wierzysz, trzymaj się od niego z daleka…
– Wiesz, gdzie popełniłeś błąd? – zapytał Lin Qiushi, spoglądając na niego.
– O czym ty mówisz?
– Prawdziwy Ruan Nanzhu nie powiedziałby czegoś w stylu „nawet jeśli mi nie wierzysz”.
– Hmph. – Młodzieniec stojący obok nadął policzki, nadąsał się i powiedział: – Co to, do cholery, jest? W ogóle nie oddaje mojej istoty.
Gdy skończył mówić, fałszywy Ruan Nanzhu w pokoju zaczął się topić, a z jego ust wydobył się przeraźliwy jęk. Gdy Lin Qiushi zastanawiał się, które to drzwi, zobaczył dziwnie wyglądającą kobietę wypełzającą z tyłu. Wszystkie cztery jej kończyny były powyginane w dziwaczne kształty, a jej oczy były przerażająco ogromne i miały ciemnozielony połysk.
– Hako Onna? – Ruan Nanzhu od razu rozpoznał tę „starą kumpelę”, witając się: – Dawno się nie widzieliśmy.
Hako Onna wspięła się na parapet i przycisnęła bladą twarz do szyby, gniewnie na nich spoglądając. Było to trochę przerażające, ale mieli już za sobą cały wieczór takich dziwnych widoków, więc byli zupełnie niewzruszeni, a nawet mieli ochotę się trochę pośmiać.
– Budynek szkoły liczy się jako skrzynia? – zapytał Lin Qiushi. – W takim razie chodźmy, nie ma niczego, co zmusiłoby nas do jej otwarcia.
– Pewnie – przytaknął Ruan Nanzhu.
Odeszli tak po prostu, bez żadnych sentymentów. Po tym, zza ich pleców dobiegł głos Lin Qiushiego i prawdziwy Lin Qiushi pomyślał, że dobrze, że byli teraz razem, bo inaczej naprawdę można było się na to nabrać.
Później tej nocy spotkali kilka znajomych twarzy – na przykład Xiao Mei, która poświęciła się w drzwiach Hako Onny, i jej partnera.
Lin Qiushi i Ruan Nanzhu wpadli w tarapaty przy szkolnym stawie. To właśnie oni ich uratowali. Stali w pawilonie, obserwując się nawzajem. Xiao Mei wskazała na Ruan Nanzhu, szeroko otwierając oczy i usta.
– Zhu Meng, jesteś mężczyzną? I do tego dzieckiem?!
– Kto tu jest dzieckiem? Zmalałem tymczasowo! – warknął mężczyzna.
– Och. – Ton Xiao Mei był zdawkowy, jakby nie do końca wierzyła jego słowom.
Ruan Nanzhu miał jeszcze coś do powiedzenia, ale Lin Qiushi, stojąc obok niego, już chichotał z jego powodu.
– Nanzhu, wygląda na to, że twoje przebranie jest bardzo skuteczne. Może nawet duchy cię nie rozpoznają?
– Czego tu nie rozpoznać? – prychnął Ruan Nanzhu. – Jesteśmy tu tylko we dwóch. Niezależnie od tego, czy mnie rozpoznają, czy nie, czyż nie chcą nas po prostu zabić?
Te słowa naprawdę były rozsądne i nie dało się ich podważyć.
Lin Qiushi zapytał Xiao Mei, czy dobrze im się tu żyje, a ta uśmiechnęła się szeroko, obejmując chłopaka i mówiąc, że świetnie im się układa. Byli już małżeństwem i przygotowywali się na nadejście dziecka. Wkrótce mieli być trzyosobową rodziną…
Gdy Ruan Nanzhu to usłyszał, rzucił badawcze spojrzenie Lin Qiushiemu, który natychmiast podskoczył.
– Czego się tak na mnie gapisz? Nie mogę zajść w ciążę!
– Nie, to nie twoja wina. Będę musiał się bardziej postarać.
Xiao Mei przysłuchiwała się ich przekomarzaniom i powiedziała dokładnie to samo, co wcześniej powiedział Lin Qiushi.
– Łał, Qiushi, romansujesz z dzieciakiem w ten sposób? Wygląda na to, że popełniasz przestępstwo.
Lin Qiushiego zatkało. Dlaczego to on był tu przestępcą? Najwyraźniej padł ofiarą nękania!
Spotkanie z Xiao Mei było tylko przerywnikiem. Główną symfonią wieczoru pozostała ucieczka przed śmiercią. Bieg, bieg, bieg. Po prostu niekończący się bieg.
Choć dziś mieli pomoc starych przyjaciół, częstotliwość pojawiania się potworów znacznie wzrosła. Lin Qiushi miał pecha i został ranny od miecza, a Ruan Nanzhu spadł z dużej wysokości i kuśtykał. Choć ich obrażenia były dość poważne, wszystkie miały zniknąć wraz ze wschodem słońca.
Kiedy zbliżał się świt, nawet mimo swojej niezwykłej sprawności fizycznej, czuli się nieco przytłoczeni. Leżeli na podłodze, ledwo mogąc poruszać nogami.
– Myślę, że dziś świt jest trochę wcześniej. – Ruan Nanzhu oparł się o ramię towarzysza i spojrzał na jego zegarek.
– Naprawdę? – Lin Qiushi nie zauważył. Lekko przeczesywał niesforne włosy Ruan Nanzhu i odpowiedział bez zastanowienia.
– Tak. Wczoraj zasnąłem o 6:34… i wtedy nastał dzień.
– A teraz?
– Jest 6:21 – odparł Ruan Nanzhu, unosząc głowę, by spojrzeć w niebo. Obserwowali, jak w górze ponura czerń stopniowo bladła, a na lini horyzontu zaczęło pojawiać się delikatne światło. Powoli rozpraszało się nad warstwą chmur, barwiąc je na jaskrawoczerwony kolor świtu.
Ruan Nanzhu ciągle mówił, ale jego głos stawał się coraz cichszy. Szybko zasnął, opierając się o jego ramię. Lin Qiushi obserwował jego twarz, aż i on zapadł w głęboki sen.
Spędzili w ten sposób wiele nocy. Lin Qiushi i Ruan Nanzhu szybko przyzwyczaili się do szybkiego tempa wieczornych rozmów.
Tylko że wciąż nie mieli żadnego tropu odnośnie do klucza do jedenastych drzwi, bo praktycznie każdej nocy musieli stawiać czoła innemu scenariuszowi. Duchy i potwory wciąż ich atakowały i robiły wszystko, co możliwe, by pozbawić ich życia.
Był jednak i szczęśliwy znak: świt pojawiał się coraz wcześniej.
Cofnął się z szóstej trzydzieści do szóstej, a potem do piątej trzydzieści. Coraz bardziej skracały się chwile, które poświęcali na walkę o życie. Jednocześnie czas, w którym mogli się spotkać, również malał.
– A co jeśli pewnego dnia nie będę mógł tu przyjść? – To pytanie zadał nagle Lin Qiushi, tuż przed kolejnym świtem pół miesiąca później.
Ruan Nanzhu obserwował go.
– Jak to nie będziesz mógł przyjść?
– Noc robi się coraz krótsza, prawda? Czy te drzwi zaraz się skończą? – powiedział cicho. – A co, jeśli do końca próby nadal nie znajdziemy klucza? Wtedy po prostu zostaniemy w tych światach?
Ruan Nanzhu milczał. Nie mógł niczego obiecać Lin Qiushiemu, ponieważ on również nie znał odpowiedzi na pytanie.
– Co więc zrobimy? – zapytał Lin Qiushi.
– Nie martw się. Na pewno cię znajdę.
Lin Qiushi przyglądał mu się melancholijnie.
– Nic nas nie rozdzieli.
Podczas kolejnych nocy spotkali ponownie kilku starych przyjaciół, w tym Li Dongyuana czy kilku starszych kolegów Ruan Nanzhu z Obsydianu.
Kiedy Li Dongyuan zobaczył młodego Ruan Nanzhu, nie mógł powstrzymać się od żartów i omal nie doszło między nimi do bójki. W końcu Lin Qiushi błagał ich, żeby się otrząsnęli i nie odwalali czarnej roboty za upiory.
– Cholera jasna, ty przebierający się zboczeńcu! – krzyknął Li Dongyuan.
– Ha, czy ten, który lubi przebierających się za kobiety zboczeńców, nie jest jeszcze większym zboczeńcem? – odparł Ruan Nanzhu bez żadnych zahamowań.
Lin Qiushiego zatkało. Zachowują się jak dzieci!
Jeśli chodzi o seniorów z Obsydianu, traktowali Lin Qiushiego jak swojego szwagra, pytając go, czy Ruan Nanzhu dobrze się nim zaopiekował. Jeśli nie, to wystarczyło słowo, a dadzą mu nauczkę i lekcję. Jeden z nich nawet zachwycał się, jak bardzo Ruan Nanzhu jest już dorosły i w końcu wie, jak znaleźć partnera. Nostalgicznie wspominał też, jak bardzo był początkujący, kiedy dołączył do Obsydianu.
– Jak bardzo był zielony? – zapytał z ciekawością.
Starsza pani, która patrzyła na Ruan Nanzhu łagodnym wzrokiem, bez ogródek odpowiedziała:
– Był tak przestraszony w drugich drzwiach, że prawie się rozpłakał. Wyszedł ze łzami w oczach, jak mały kociak.
Lin Qiushi rzucił ukradkowe spojrzenie Ruan Nanzhu, który stał obok niego zupełnie beznamiętnie, i pomyślał, że małego kotka nigdzie nie było już widać i był tu już tylko dorosły tygrys – upływ czasu naprawdę go skrzywdził.
Kiedy Ruan Nanzhu zobaczył jego minę, od razu domyślił się, o czym rozmawiają.
– Co mu powiedziałaś, siostro Zhou?
Kobieta zasłoniła usta i zachichotała.
– Cóż, musiałam trochę powspominać twoją młodość, prawda?
– Wspominaj, jeśli chcesz, ale czy możesz przyjrzeć się naszej obecnej sytuacji?
Z powodu innego upiora, siostra Zhou zaprowadziła ich wcześniej do łazienki, więc teraz byli stłoczeni we trójkę w jednej kabinie. Szczerze mówiąc, tej kobiecie należy się uznanie za to, że miała czas powspominać wspaniałą młodość Ruan Nanzhu.
– Nie mamy nic do roboty, prawda? Jeszcze jej tu nie ma. Och, chwila, już jest, już jest. Nic nie mówcie. Pamiętajcie, żeby podnieść też stopy, ta rzecz uwielbia odcinać stopy.
Następnie wpełzła na ścianę i czekała.
Widząc tak dziwny widok, Lin Qiushi przez chwilę nie wiedział, co powiedzieć. Nie miał też czasu na zastanowienie, bo usłyszał dziwne dźwięki dochodzące zza drzwi łazienki. Usiadł na sedesie i uniósł stopy, następnie kazał Ruan Nanzhu usiąść na sobie.
Ghul na zewnątrz zbliżał się coraz bardziej, lustrując kabiny po kolei. Zanim dotarł do nich, Lin Qiushi zobaczyła lśniącą kosę wdzierającą się przez drzwi i zaczynającą ciąć przestrzeń pod jego stopami. Niewątpliwie, gdyby stali, ich stóp już by nie było. Upiór przeszukał całą łazienkę, nie znajdując ich. Dopiero wtedy Lin Qiushi odetchnął głęboko i ponownie się skupił na innych sprawach.
Wcześniej był zbyt zdenerwowany, żeby to zauważyć, ale teraz uświadomił sobie, jak blisko jest Ruan Nanzhu. Gdyby tylko lekko opuścił głowę, ich nosy mogłyby się ze sobą zetknąć.
Gdy kroki ghula ucichły, siostra Zhou zaczęła się śmiać.
– Och, wy dwaj, nie karmcie mnie teraz tą psią karmą!
Lin Qiushi uśmiechnął się zawstydzony, ale niezadowolony Ruan Nanzhu uszczypnął go w brodę i pochylił się, by ją pocałować. Potem spojrzał na prowokująco na kobietę.
– Siostro Zhou, masz już kogoś?
– Dość tego!
– Jesteś wciąż singielką, prawda?
Kobieta milczała.
– Zaledwie kilka dni temu widziałem brata Yu i zapytał mnie, czy masz partnera. Powiedział, że jedyną osobą w Obsydianie, o którą martwił się najbardziej, jesteś ty…
– Jestem zajęta, muszę iść.
I tak po prostu wyszła, wspinając się po ścianach i wychodząc z łazienki.
Widok, który powinien być przerażający, był dziwnie zabawny, gdy dotyczył kogoś znajomego. Ruan Nanzhu posunął się o krok dalej, wołając:
– Nie odchodź, jeśli tak odejdziesz, co mam powiedzieć bratu Yu, kiedy znowu zobaczę go za kilka dni? Ile to już lat? Siostro Zhou… Naprawdę poszłaś?
Obserwując ich interakcję, Lin Qiushi nie mógł powstrzymać się od serdecznego śmiechu, choć poczuł też ucisk w sercu.
To prawdopodobnie była prawdziwa osobowość Ruan Nanzhu. Lin Qiushi zastanawiał się kiedyś, dlaczego istniała tak duża różnica między osobowościami Ruan Nanzhu wewnątrz i na zewnątrz drzwi, ale teraz, kiedy o tym myślał, Ruan Nanzhu prawdopodobnie stopniowo i mozolnie niszczył swoje wesołe „ja”.
Jako przywódca Obsydianu musiał być silny i opanowany. I tak Ruan Nanzhu się zmienił. Kiedyś był radosnym dzieciakiem, ale teraz wszystkie jego cechy charakteru uległy zniszczeniu i stał się tym nieustępliwym mężczyzną.
Patrząc na niego, Lin Qiushi nie mógł się powstrzymać od pocałowania małego kosmyka włosów z tyłu jego głowy.
– Nanzhu.
Ruan Nanzhu wciąż się uśmiechał, a kąciki jego ust były po prostu zbyt urocze.
– Tak?
– Nie sądzę, żeby to zadziałało.
– Co nie zadziała? – Ruan Nanzhu był zdumiony.
Lin Qiushi objął go i powiedział:
– Chyba za bardzo cię lubię. To w ogóle nie zadziała.
Ruan Nanzhu zamarł.
– Co mam zrobić? Czy możesz mi pomóc? Czy możesz znaleźć sposób, żebym przestał cię tak lubić?
Ruan Nanzhu zdawał się przez chwilę nad tym rozmyślać, zanim oznajmił:
– Nie sądzę, żeby dało się coś z tym zrobić. Jest świetnie. To naturalne, że tak mnie lubisz.
– Tak? – powiedział Lin Qiushi.
– Tak. – Ruan Nanzhu wyjrzał przez okno, a w jego głosie pobrzmiewała nuta samotności. – Szkoda, że już tak późno.
Gdy nadszedł ranek, musieli się rozstać.
– Racja, zaraz będzie świt. – Lin Qiushi wciąż nie mógł znieść myśli o puszczeniu osoby, którą trzymał w ramionach, a wręcz pragnął, by ta przerażająca noc trwała.
Tłumaczenie: Ashi
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Rozdział 18
Rozdział 19
Rozdział 20
Rozdział 21
Rozdział 22
Rozdział 23
Rozdział 24
Rozdział 25
Rozdział 26
Rozdział 27
Rozdział 28
Rozdział 29
Rozdział 30
Rozdział 31
Rozdział 32
Tom II
Rozdział 33
Rozdział 34
Rozdział 35
Rozdział 36
Rozdział 37
Rozdział 38
Rozdział 39
Rozdział 40
Rozdział 41
Rozdział 42
Rozdział 43
Rozdział 44
Rozdział 45
Rozdział 46
Rozdział 47
Rozdział 48
Rozdział 49
Rozdział 50
Rozdział 51
Rozdział 52
Rozdział 53
Tom III
Rozdział 54
Rozdział 55
Rozdział 56
Rozdział 57
Rozdział 58
Rozdział 59
Rozdział 60
Rozdział 61
Rozdział 62
Rozdział 63
Rozdział 64
Rozdział 65
Rozdział 66
Rozdział 67
Rozdział 68
Rozdział 69
Rozdział 70
Rozdział 71
Rozdział 72
Rozdział 73
Rozdział 74
Rozdział 75
Rozdział 76
Rozdział 77
Tom IV
Rozdział 78
Rozdział 79
Rozdział 80
Rozdział 81
Rozdział 82
Rozdział 83
Rozdział 84
Rozdział 85
Rozdział 86
Rozdział 87
Rozdział 88
Rozdział 89
Rozdział 90
Rozdział 91
Rozdział 92
Rozdział 93
Rozdział 94
Rozdział 95
Tom V
Rozdział 96
Rozdział 97
Rozdział 98
Rozdział 99
Rozdział 100
Rozdział 101
Rozdział 102
Rozdział 103
Rozdział 104
Rozdział 105
Rozdział 106
Rozdział 107
Rozdział 108
Rozdział 109
Rozdział 110
Rozdział 111
Rozdział 112
Rozdział 113
Rozdział 114
Rozdział 115
Rozdział 116
Rozdział 117
Rozdział 118
Rozdział 119
Rozdział 120
Rozdział 121
Rozdział 122
Rozdział 123
Rozdział 124
Rozdział 126
Rozdział 126
Tom VI
Rozdział 127
Rozdział 128
Rozdział 129
Rozdział 130
Rozdział 131
Rozdział 132
Rozdział 133
Rozdział 134
Rozdział 135
Rozdział 136
Rozdział 137
Rozdział 138
Ekstra 1
Ekstra 2
Ekstra 3
Ekstra 4
Ekstra 5
Ekstra 6
Ekstra 7
Ekstra 8
Ekstra 9
Ekstra 10