Kaleidoscope of Death

Rozdział 36 – Północ26 min. lektury

Ruan Nanzhu zawsze był wyczulony na otoczenie, więc nie było tak, że nie zauważył dziwnego zachowania Xu Jin. Mimo to udawał, że o niczym nie wie i po prostu siedział obojętnie przy stole. Jego wyraz twarzy nie zmienił się ani trochę przez cały czas. Po skończonej kolacji dał znak Lin Qiushiemu, przywołując go do odległego kąta.

Co się stało? – zapytał Lin Qiushi.

Coś może się wydarzyć tej nocy. Bądź czujny – przestrzegł Ruan Nanzhu. – I koniecznie mnie obudź, jeśli zasnę zbyt głęboko.

Co się stało? – zastanawiał się Lin Qiushi. – Czy to ma związek z Xu Jin?

Nie mogąc udzielić jednoznacznej odpowiedzi, Ruan Nanzhu ogólnikowo odparł:

To tylko spekulacja.

Och, okej. – Lin Qiushi skinął głową, nie nalegając. – Będę ostrożny.

Atmosfera w pokoju tej nocy była niepokojąca. Jak przestraszony szczeniak, Cheng Qianli skulił się pod kołdrą, nie śmiejąc sprawiać więcej kłopotów. Ruan Nanzhu, jak zwykle, zasnął wcześnie. Tylko Lin Qiushi został sam, niespokojny i wpatrzony w ciemność, walcząc o to, by choć na chwilę zasnąć.

Mimo że zamknął oczy, nie mógł być bardziej rozbudzony. W ciszy nocy jego uszy były jeszcze bardziej wrażliwe na hałas. Delikatny ruch liści i trawy, chłodny wiatr, a nawet migoczące światło księżyca – słyszał wszystko. To, czego doświadczał, było trudne do opisania słowami. Każdy dźwięk, który uchwycił, był jak element rozbitej układanki, powoli składany w całość, pozwalając mu namalować w umyśle cały krajobraz.

Jednak ten stan spokoju wkrótce został zakłócony.

Nagły szelest rozerwał mu bębenki w uszach, przerywając spokojny obraz malujący się w jego wyobraźni.

W środku nocy, gdy wszystko wydawało się spać, nagłe dźwięki zawsze były odrobinę złowieszcze. Wyraźnie usłyszał, jak ktoś zszedł z łóżka i zaczął się czołgać w stronę drzwi. Deski podłogowe skrzypiały pod ciężarem tej osoby, a chwilę później otworzyły się drzwi.

Lin Qiushi otworzył oczy i zobaczył, że Xu Jin opuszcza pokój.

Nanzhu. Nanzhu. – Lin Qiushi delikatnie potrząsnął Ruan Nanzhu, próbując obudzić go z głębokiego snu, jednak ten pozostał nieruchomy. Wyglądał jakby był śpiączce, a nie tylko spał. Potrząsnął nim jeszcze kilka razy, ale Ruan Nanzhu nadal nie zareagował. Rezygnując z dalszych prób, Lin Qiushi zamiast tego zawołał Cheng Qianliego, ale ten najwyraźniej też spał jak zabity.

Jeśli będzie zwlekał dłużej, może stracić z oczu Xu Jin. Po chwili wahania wstał i postanowił zbadać sprawę sam, narażając się na ryzyko. Szybko włożył buty i ostrożnie podążył za kobietą.

Xu Jin przeszła długim korytarzem i wyszła z bambusowej chaty, w której obecnie przebywali. Sądząc po kierunku, w którym podążała, wydawało się, że zapuszcza się głęboko w dzicz.

Nie ośmielając się pójść za nią do ciemnej dżungli o tak nieludzkiej porze, Lin Qiushi po prostu obserwował ją z daleka.

Gdy tylko dotarła do skraju dżungli, zatrzymała się i podniosła głowę, patrząc na promienny księżyc w pełni i nagle zaczęła się rozbierać.

Mężczyzna był oszołomiony tą sceną. Na pewno nie spodziewał się, że Xu Jin wyjdzie na zewnątrz tylko po to, żeby się rozebrać.

Najpierw zdjęła kurtkę, potem koszulkę i spodnie, a na końcu bieliznę. Jej śnieżnobiała skóra była teraz w pełni odsłonięta, lśniąc w bladym świetle księżyca jak kość słoniowa i emanując kuszącym blaskiem. To był taki surrealistyczny widok. Ale oczywiście, dżentelmen Lin Qiushi nie odważył się dalej na nią patrzeć. Nie widzę zła, nie słyszę zła. Gdy tylko zaczęła zdejmować ubranie, mężczyzna natychmiast odwrócił wzrok – a przynajmniej dopóki z jej strony nie dobiegł ostry dźwięk.

To był odgłos rozrywanego materiału, przypominający odczepiany rzep. Zdziwiony Lin Qiushi natychmiast rzucił na nią okiem, ale to jedno spojrzenie sprawiło, że krew zamarzła mu w żyłach.

Xu Jin wciąż się rozbierała. Jednak po zdjęciu wszystkich ubrań zaczęła zdzierać z siebie skórę.

Mocno chwyciła się za włosy i brutalnie pociągnęła, stopniowo rozrywając skórę od czubka głowy, przez szyję, aż do torsu. Jej pierwotnie gładka skóra została zmasakrowana na jego oczach, przekształcając się w makabryczną potworność. Jej szkarłatne mięśnie, różowe tkanki i zakrwawione mięso zwisały z białych kości, które wystawały spod wilgotnych organów.

Rozebrała się całkowicie, zamieniając się w krwistoczerwone, pozbawione skóry stworzenie. Wydawało się, że wyczuła przerażone spojrzenie Lin Qiushi, ponieważ gwałtownie odwróciła głowę i uśmiechnęła się złośliwie w jego kierunku. Jaskrawy uśmiech rozdzielił jej ohydną twarz na dwie części, a mięsiste usta rozwarły się szeroko pod niewyobrażalnym kątem. Lin Qiushi wyraźnie widział wnętrze jej ust, zarówno jej zakrwawione zęby, jak i szkarłatny język.

Gdyby to było wcześniej, Lin Qiushi stałby całkowicie sparaliżowany na miejscu na widok tego makabrycznego widoku. Jednak doświadczenie kilku przerażających wydarzeń poprawiło jego tolerancję i teraz był wystarczająco opanowany, aby wytrzymać ten widok. Mimo to całe jego ciało zesztywniało z powodu przytłaczającego strachu pochłaniającego jego serce.

Starsza siostro. Starsza siostro. – Radosne chichoty wylewały się z upiornej paszczy potwora. Przechyliła głowę na bok i powoli przesunęła nogi w stronę kryjówki mężczyzny. – Gdzie jesteś? Gdzie jesteś?

Lin Qiushi nie odważył się tu zostać dłużej. Obrócił się na piętach i pobiegł jak szalony.

Uciekł z powrotem do bambusowych chat i po powrocie do swojego pokoju zaczął agresywnie uderzać Ruan Nanzhu. Jednak ten był martwy dla świata i bez względu na to, jak mocno Lin Qiushi go bił, nie reagował.

Tymczasem odgłos lepkich kroków dotarł do korytarza na zewnątrz.

Łup, Łup, Łup. Bezskórny potwór mocno uderzył w drzwi. Upadła na ziemię, a jej szalone spojrzenie skierowało się do środka pokoju przez szparę między drzwiami a podłogą. – Otwórz drzwi. Otwórz drzwi.

Lin Qiushi zaczynał poważnie żałować swojej przeklętej ciekawości.

Na szczęście uporczywe walenie po chwili ustało. Lin Qiushi właśnie się rozluźnił i odetchnął z ulgą, gdy nagle od strony okna coś zaczęło się tłuc. Natychmiast przekręcił głowę, tylko po to, by zobaczyć, jak to okropne stworzenie próbuje wpełznąć przez okno.

Och, kurwa! – Nie mógł powstrzymać się od głośnego przekleństwa. Lin Qiushi odsunął się, starając się trzymać jak najdalej od okna.

Xu Jin z łatwością wlazła do środka. Leżała na podłodze ich pokoju, rozkładając szeroko ręce i macając dookoła.

Widząc to, Lin Qiushi wpadł na pewną myśl i szybko wrócił do łóżka.

Gdzie jesteś? Gdzie jesteś… – Choć to był głos Xu Jin, to i tak przenikliwe dreszcze przebiegły mu po kręgosłupie. Nadal leżąc na brzuchu, stworzenie kręciło się po podłodze. Ociężale podpełzło do łóżka Lin Qiushiego, ale wyglądało na to, że nie jest w stanie ustać na dwóch nogach. Jej krwistoczerwone, pozbawione skóry ręce mogły jedynie bezcelowo macać przestrzeń pod jego łóżkiem.

Lin Qiushi był zadowolony, że jego spekulacje okazały się słuszne. Kiedy on i Cheng Qianli spali razem, rano zobaczyli krwawe odciski dłoni na podłodze. Teraz zrozumiał, że to nie dlatego, że potwór był miłosierny. Po prostu nie był w stanie ich sięgnąć!

Istota pod łóżkiem wściekle uderzała dłońmi w deski raz po raz. Jej mrożący krew w żyłach głos był tuż obok. Lin Qiushiego od tego stworzenia dzieliła tylko cienka, drewniana rama. Nieustannie drapała i uderzała w drewniany słupek zakrwawionymi paznokciami, wydając przy tym ostre piski. W tym tempie na pewno do rana wydłubie dziurę.

Lin Qiushi zamknął oczy i udawał, że nic nie słyszy.

Kto wiedział, jak długo trwały te niepokojące dźwięki. Kiedy wszystko się uspokoiło, pierwsze oznaki świtu już dawno pojawiły się na horyzoncie.

Xu Jin wkrótce wróciła do pokoju, mając na sobie świeżą, białą skórę.

Ruan Nanzhu, którego obudził dopiero jasny blask słońca, podniósł rękę i przetarł oczy. Następnie odwrócił się, by powitać towarzysza.

Dobrze spałeś? – Głos Lin Qiushiego był nieco napięty, a jego twarz wyczerpana.

Tak. – Nadal lekko zdezorientowany po przebudzeniu, Ruan Nanzhu nie odzyskał jeszcze pełnej świadomości. Jednak po zobaczeniu ponurego wyrazu twarzy Lin Qiushiego, otrząsnął się. – Co się stało? – Jego towarzysz ledwo otworzył usta, zanim Ruan Nanzhu natychmiast zdał sobie sprawę. – Coś się wydarzyło w nocy, prawda?

Lin Qiushi rzucił ukradkowe spojrzenie na Xu Jin, która spokojnie spała w łóżku, po czym zniżył głos do szeptu:

Powiem ci, kiedy wyjdziemy.

Ruan Nanzhu energicznie skinął głową.

Cicho wyszli z łóżka i poszli znaleźć odosobnione miejsce. Gdy upewnili się, że nikt nie podsłuchuje, Lin Qiushi opowiedział Ruan Nanzhu, co widział i słyszał wczoraj wieczorem.

Słuchając opowieści, Ruan Nanzhu zmarszczył brwi, jego usta utworzyły prostą linię.

Dlaczego mnie nie obudziłeś?

Próbowałem i to kilka razy. Ani drgnąłeś.

Och – wyszeptał Ruan Nanzhu. – Cóż, wygląda na to, że nasz domysł był poprawny.

Xu Jin była najwyraźniej młodszą siostrą szukającą swojej starszej siostry. Teraz, gdy mieli w już w garści brązowy klucz, pozostało im doprowadzić do ich ponownego spotkania. Jeśli tylko postąpią zgodnie ze scenariuszem, drzwi powinny pojawić się natychmiast.

O co właściwie chodzi z Xu Jin? Czy ona w ogóle zdaje sobie sprawę ze swojej tożsamości? – Lin Qiushi był tym nieco zdziwiony i nie mógł pojąć sytuacji. Pomyślał, że jeśli Xu Jin świadomie wiedziała, że nie jest człowiekiem, a mimo to wykazywała tak realistyczne reakcje, to naprawdę była przerażająco uzdolnioną aktorką. Jednak jeśli nie wiedziała, jak można było wytłumaczyć wydarzenia, które miały miejsce wczoraj w nocy?

Być może staje się młodszą siostrą tylko w pewnych okolicznościach – wywnioskował Ruan Nanzhu. – Na przykład może się przemieniać tylko w nocy. Czy pamiętasz coś, co przykuło twoją uwagę wczoraj wieczorem?

Lin Qiushi zastanowił się przez chwilę, zanim w końcu przypomniał sobie coś, co szczególnie się wtedy wyróżniało.

Wczoraj wieczorem była pełnia księżyca. – Łatwo mógł sobie przypomnieć ten szczegół, ponieważ księżyc tej nocy był niezwykle jasny. Można było nawet odnieść wrażenie, jakby był dzień. Nie potrzebował żadnego źródła światła, gdy podążał za Xu Jin, ponieważ wyraźnie wszystko widział.

Hmm. – Ruan Nanzhu się zamyślił. – Rozumiem.

Rozmawiali ze sobą jeszcze chwilę, po czym wrócili do jadalni.

Jedno po drugim pozostali wstali z łóżek, aby zjeść śniadanie. Siedząc cierpliwie, Lin Qiushi czekał w jadalni, gdy wkrótce dostrzegł, że w ich stronę idą Cheng Qianli i Xu Jin.

Nawet nie zwracając uwagi na chłopaka, Lin Qiushi skupił się na Xu Jin. Wyglądała, jakby się całkiem nieźle wyspała. Ciężko było sobie wyobrazić, że to ona była potworem, który pełzał pół nocy po podłodze.

Znowu widziałem te krwawe odciski dłoni – wymamrotał Cheng Qianli z przerażeniem, głośno siorbiąc owsiankę. – Wy też je widzieliście?

Tak – odparł Lin Qiushi.

Ale najzabawniejsze jest to, że nie słyszałem żadnych dźwięków. Co to do cholery jest? To coś nie wejdzie do naszych łóżek, prawda? – Jeszcze dziś rano wstał z łóżka, tylko po to, by ujrzeć pełno przerażających, krwistoczerwonych odcisków dłoni pokrywających całą podłogę ich pokoju. Wyglądało to tak, jakby coś czołgało się po podłodze. To było po prostu przerażające, tak delikatnie mówiąc. Nie chciał nawet myśleć o tym, co wydarzyło się po tym, gdy poszli spać, nie wspominając o tej strasznej bestii, której nawet nie wykryli.

Kto wie – powiedział Ruan Nanzhu. – Jeśli jesteś taki ciekawy, to może jutro wieczorem będziesz czuwać?

Nie, dziękuję. – Cheng Qianli natychmiast odmówił, a jego twarz pobladła.

Chociaż Lin Qiushi doskonale zdawał sobie sprawę z tego, co się dzieje, nie mógł nic powiedzieć. Kiedy obserwował Xu Jin, odkrył, że kobieta zachowywała się tak jak zawsze, nawet gdy Cheng Qianli opowiadał o swoich odkryciach. Wręcz przeciwnie, jej ciało gwałtownie drżało, a ona sama wydawała się naprawdę przerażona.

Dziś znów odwiedzamy świątynię – oświadczył Ruan Nanzhu. – Miejmy nadzieję, że nic złego się nie wydarzy.

Miejmy nadzieję. – Lin Qiushi ponuro skinął głową.

Tak jak poprzednio, przewodniczka szybko się pojawiła i zaprowadziła ich do celu.

To był trzeci raz, kiedy przybyli do tej świątyni. Na razie nikt nie był ani przerażony, ani zaciekawiony – raczej byli nieco zdenerwowani, zmęczeni i zirytowani. Szczerze mówiąc, wszyscy chcieli opuścić to miejsce tak szybko, jak to możliwe.

Ale tym razem nie mogli nie zauważyć czegoś uderzająco innego. W przeciwieństwie do poprzednich wizyt nie grała żadna muzyka. Większość nie wiedziała, dlaczego tak się działo, ale czteroosobowa grupa Lin Qiushiego dobrze znała powód. Kościany flet, na którym ktoś grał tamte melodie, był bezpiecznie schowany w jednej z ich toreb.

Czy powinniśmy spróbować zabrać Xu Jin na dach i zobaczyć, co się stanie? – zaproponował lekko niepewnie Lin Qiushi.

To prawdopodobnie najlepszy pomysł – odpowiedział Ruan Nanzhu.

I tak zaczęli omawiać swoje plany ponownego wejścia na dach. Xu Jin bez słowa ich słuchała, ale kiedy się dowiedziała, że wliczają ją, nagle zaczęła się buntować, stanowczo odmawiając.

Nie chcę iść. Tak bardzo się boję. – Wybuchając niekończącymi się łzami, Xu Jin gorączkowo potrząsnęła głową. – Naprawdę nie chcę iść. Nie zmuszajcie mnie do tego…

Dlaczego nie chcesz iść? – zapytał niezwykle łagodnie Ruan Nanzhu. Ku zdziwieniu pozostałych nie brzmiał ani dominująco, ani niesympatycznie, co było dość niecodzienne.

Boję się. – Xu Jin czknęła, a łzy spływały jej po policzkach. – Czuję, że jeśli pójdę na górę… to umrę.

Lin Qiushi otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale powstrzymał się, widząc, że Ruan Nanzhu skinął głową na znak zrozumienia.

Jeśli tak czujesz, nie musisz iść na górę.

Xu Jin odetchnęła z ulgą.

Lin Qiushi z pewnością nie spodziewał się, że Ruan Nanzhu tak łatwo ustąpi. Raczej zdezorientowany, postanowił zapytać go o tę decyzję, gdy tylko nadarzy się okazja.

Zgodnie z tym, jak rozwija się oryginalna historia, powinna być bardzo chętna wejść na górę. Jednak widząc, jak mocno się opiera, z pewnością stoi za tym inny powód – wyjaśnił Ruan Nanzhu.

Jeszcze jeden powód? – powtórzył Lin Qiushi zdezorientowany.

Nie mam żadnych domysłów.

Zagubieni w myślach, siedzieli w świątyni, robiąc burzę mózgów w poszukiwaniu jakichkolwiek możliwych wskazówek lub wyjaśnień i próbowali zrozumieć, co dokładnie przegapili. Tymczasem Cheng Qianli i Xu Jin wędrowali wokół budynku.

Po pewnym czasie Cheng Qianli nagle do nich podbiegł i powiedział, że coś znalazł.

O co chodzi? – Ruan Nanzhu spojrzał na niego.

Pamiętasz, jak ostatnio widzieliśmy wiele małych pokoi z posągami w środku, ale wszystkie były zamknięte? Cóż, znalazłem inne niewielkie pomieszczenie, a drzwi są otwarte…

Wszedłeś do środka i zajrzałeś?

Cheng Qianli, drapiąc się po głowie, uśmiechnął się nieśmiało.

Nie odważyłem się.

To zamknij te drzwi.

Czy nie powinniśmy wejść do środka i się temu przyjrzeć? – Zniżył głos, aby Xu Jin nie mogła podsłuchać. – Zauważyłem, że za statuą były malowidła ścienne.

Ta kultura najwyraźniej używała murali jako głównego środka dokumentowania ważnych wydarzeń, sposobu na zachowanie historii i podtrzymywanie tradycji. Gdyby udało im się znaleźć ich więcej, być może byliby w stanie odkryć, dlaczego Xu Jin stanowczo odmawiała pójścia na dach.

Lin Qiushi i Ruan Nanzhu wymienili spojrzenia, po czym wstali i poklepali się po pośladkach, by otrzepać się z kurzu.

Chodźmy to zobaczyć.

Ruan Nanzhu skinął głową.

Szybkim krokiem ruszyli w kierunku pokoju, który wskazał Cheng Qianli.

Pomieszczenie było dość wąskie i mogło pomieścić tylko około pięciu czy sześciu osób, gdyby się do siebie przytuliły. Z tego powodu Cheng Qianli i Xu Jin zostali na zewnątrz, podczas gdy Ruan Nanzhu i Lin Qiushi weszli do środka. Posąg okryty szkarłatną tkaniną stał w samym centrum pomieszczenia. Po zarysie jego postaci można było stwierdzić, że jest to po prostu Budda lub coś podobnego. Ruan Nanzhu go zignorował, obchodząc go, by podejść do ściany.

Rzeczywiście, na najdalszej ścianie znajdował się mural. Jednak nie mogli nic z niego zrozumieć, ponieważ był to po prostu zlepek nieczytelnych bazgrołów i tajemniczych symboli. Całkowicie oszołomiony Lin Qiushi przechylił głowę w kompletnym zmieszaniu. U jego boku Ruan Nanzhu zmarszczył brwi w skupieniu.

Lin Qiushi nie odważył się mu przeszkadzać, więc po prostu obserwował pomieszczenie. Pokój był bardzo mały i nie było tam wiele do zobaczenia. Właściwie to jedyną rzeczą, która prawdopodobnie była warta uwagi, była statua pokryta szkarłatnym materiałem. Miała mniej więcej wysokość człowieka i stała na samym środku.

Lin Qiushi miał właśnie odwrócić wzrok, gdy zamarł i roztargniony zamrugał. Na początku myślał, że jego oczy płatają mu figle, więc energicznie je potarł. Jednak po wielu mrugnięciach i potarciach zdał sobie sprawę, że wcale sobie tego nie wyobraził – chociaż było to prawie niezauważalne, posąg przed nim faktycznie się poruszał!

Nanzhu. – Lin Qiushi, nie mrugając, lekko poklepał dłoń towarzysza. – Chodźmy.

Uwaga Ruana Nanzhu była nadal całkowicie skupiona na muralu.

Chcę się mu jeszcze przez chwilę przyjrzeć.

Lin Qiushi wpadł na pomysł i spokojnie go przekonał:

Co powiesz na to, żebym zrobił mu zdjęcie telefonem, a ty w głównej sali mu się na spokojnie przyjrzysz? – Mówiąc to, zauważył, że czerwona tkanina na szczycie posągu lekko zafalowała, jakby coś miało zaraz spod niej wyskoczyć.

Ruan Nanzhu w końcu zauważył jego dziwne zachowanie. Przesunął zmrużonymi oczami po pokoju i wykrywszy, że coś jest nie tak, energicznie skinął głową i odszedł.

Lin Qiushi odetchnął z ulgą.

Gdy tylko opuścili pomieszczenie, posąg zaczął się intensywnie trząść. Tuż przed tym, jak Lin Qiushi zamknął za nimi drzwi, szkarłatna tkanina spadła na ziemię.

Pod krwistoczerwonym materiałem znajdował się jeden z oskórowanych potworów, które widzieli wcześniej w głównej sali świątyni. Ohydne stworzenie ściskało w dłoni długi, ostry nóż, a jego pierwotnie sztywne ciało zaczęło wiotczeć.

Kurczę! Dzięki Bogu, że akurat wyszliśmy. – Lin Qiushi był zlany zimnym potem i przerażony prawie do nieprzytomności.

Poczekaj chwilę… – Cheng Qianli zdawał się właśnie coś odkryć, a w jego głosie słychać było przeraźliwy strach. – Od kiedy wszystkie zamki w pokojach na tym korytarzu są otwarte?

Lin Qiushi był zaskoczony. Rozejrzał się wokół, tylko po to, by odkryć, że wszystkie kłódki były rozrzucone po podłodze. Wyglądało to tak, jakby ktoś celowo pootwierał drzwi. Szybko zrobił krok do przodu i podniósł leżący zamek, obracając go. Jego twarz natychmiast pociemniała, a nastrój się pogorszył.

Ktoś zniszczył go siłą.

Coraz głośniej było słychać szelest materiału. Lin Qiushi rozejrzał się dookoła, aby znaleźć źródło hałasu i odkrył, że trzy lub cztery kolejne szmaty spadły na ziemię, odsłaniając groteskowe potwory. Oczywiście to nie stworzenia same w sobie przykuły ich uwagę, ale długie, błyszczące ostrza w ich rękach.

Gdyby zostali nimi zaatakowani, bez wątpienia zostaliby nabici na nie jak świnie na szaszłyki.

Odwrócili się na pięcie i pobiegli jak szaleni, próbując uciec z tego miejsca tak szybko, jak to możliwe. Po drodze wpadli na kilka innych osób z grupy, które powitały ich jakby nigdy nic. Wkrótce wszyscy zebrali się w głównej sali. Niektórzy załamywali się, gdy drżącymi głosami opisywali to, czego byli świadkami, wskazując w kierunku korytarza.

Czy po prostu będziemy tu czekać na śmierć? – krzyknął ktoś z tłumu, chcąc opuścić tę świątynię.

Zapomniałeś o tej osobie, która wcześniej uciekła? – odparł ktoś inny.

Ale teraz nie pada…

Cała sala wypełniona była wrzawą.

Wkrótce czas na zastanowienie im się wyczerpał, ponieważ idące powoli potwory zbliżyły się prawie niezauważenie. Ruan Nanzhu zdał sobie sprawę, że w tej sytuacji dzieje się coś bardzo nie tak, więc nie tracąc ani chwili, krzyknął:

Uciekajcie! Wynoście się z tej świątyni!

Jego współlokatorzy nawet się nie wahali, biegnąc za nim.

Niektórzy z pozostałych pospiesznie wyszli na zewnątrz, ale byli i tacy, którzy się zawahali, nagle przypominając sobie młodzieńca o blond włosach, którego żywcem zarżnął deszcz ostrzy.

Niestety, ta chwila wahania była ich zgubą. Ci, którzy nie opuścili świątyni natychmiast, zostali schwytani przez te maszkary.

Właśnie w tym momencie ludzie, którym udało się uciec na zewnątrz, w końcu zdali sobie sprawę, do czego służyły długie, ostre noże w rękach potworów – w rzeczywistości były to narzędzia służące do obdzierania ze skóry.

Ostrza błyskały w słońcu, przebijając szczyty ich czaszek. Niesamowicie powoli wbijały się głębiej, stopniowo rozłupując ich głowy, rozdzierając tkankę i zdzierając skórę. Żałosne krzyki towarzyszyły makabrycznemu widokowi odsłoniętego surowego ciała i szkarłatnych wnętrzności.

Aaaaahhhhhhhhhhhhh! – Rozpaczliwe krzyki wyrwały się z ust mężczyzny i kobiety, którzy zostali schwytani przez te potwory. Darli się, dopóki nie pozdzierali sobie gardeł do krwi i nie ochrypli. Histerycznie walczyli o życie, ale byli całkowicie unieruchomieni, niezdolni do ucieczki przed uporczywymi atakami stworzeń. Dopiero gdy ostatni skrawek skóry został z nich zdarty, wzięli ostatni oddech i poddali się śmierci.

Tłum na zewnątrz zamarł, widząc tę przerażającą scenę.

Skóra… daj mi skórę… daj mi… moją młodszą siostrzyczkę… – Głos dziewczyny dobiegał z dachu świątyni. Z najciemniejszych głębin budowli, gdzie nie sięgały oczy tłumu, wyłoniła się para zakrwawionych rąk. Dłonie delikatnie pieściły świeżo zdartą skórę i przysuwając ją bliżej. Wyglądało to tak, jakby stworzenie czegoś szukało, ale wkrótce rzuciło cienką skórę na ziemię z obrzydzeniem.

Nie moja. Nie moja… – Głos stawał się ostrzejszy i bardziej szalony, przebijając się przez bębenki uszne tłumu. Słuchanie go było nie do zniesienia.

Po tym, jak pozostała w świątyni para ludzi została żywcem obdarta ze skóry, ich ciała pocięto na kawałki. W tym momencie Lin Qiushi w końcu zrozumiał, skąd wzięły się skrawki mięsa na drewnianej platformie.

Potwory, które właśnie zabiły dwie osoby, odwróciły głowy i przymrużyły oczy, patrząc na tłum na zewnątrz.

Wszyscy wstrzymali oddech i wpatrywali się w ciemne, złowrogie źrenice stworzeń. Dusiła ich niepewność i poczucie ucisku. Lin Qiushi wyczuł nawet unoszący się w powietrzu odór moczu – ktoś ze strachu zsikał się w spodnie.

Zgrzyyyt. Dźwięk ostrego noża przesuwającego się po podłodze był dla ich uszu aż nader wymowny. W końcu jeden z obecnych nie mógł już znieść tego terroru i wrzeszcząc wściekle uciekł do dżungli.

Chociaż reszta ani drgnęła, głęboki strach w ich oczach ujawniał ich aktualne emocje. Drżąc, Cheng Qianli ze smutkiem zapytał, czy potwory wyjdą i zabiją również ich wszystkich.

Uspokój się i się nie martw. Nie mogą zabić wszystkich na raz – odparł Rean Nanzhu.

Nie spodziewali się, że istoty nagle zatrzymają się na skraju świątyni. Wyglądało, jakby przeszkodziła im niewidzialna bariera. Widząc, że nie mogą zrobić kroku na zewnątrz, odsunęli się od wyjścia i zaczęli wędrować dookoła.

Wszyscy odetchnęli z ulgą na ten widok.

Wygląda na to, że nie mogą opuścić świątyni – zauważył Lin Qiushi. – Z wyjątkiem momentu, gdy… pada deszcz.

Wygląda na to, że tak. – Brwi Ruana Nanzhu pozostały zmarszczone. Spojrzał na Xu Jin. – Musieliśmy przeoczyć coś ważnego.

Coś ważnego? – powtórzył Lin Qiushi. – Coś ważnego… – W jego umyśle pojawiła się myśl i szeroko otworzył oczy ze zdziwienia. – Czy nie zapomnieliśmy zabrać tego bębna?

Jeśli starsza siostra była uwięziona w świątyni, oznaczało to, że jej skóra została zdarta, aby zrobić z niej bęben. Co więcej, bęben rzekomo znajdował się w rękach młodszej siostry. A skoro tak, to czy szukając młodszej siostry, szukała w rzeczywistości swojej własnej skóry?

Tsk, zapomniałem o bębnie. – Ruan Nanzhu cmoknął językiem. – Nie jestem w formie. Nawet skupić się nie potrafię. – Niespodziewanie zapomniał o czymś tak ważnym. Pomyśleć, że kiedy odeszli, żaden z nich nie miał na tyle rozumu, żeby zabrać ze sobą bęben.

Wszystko w porządku. To nie twoja wina – powiedział Lin Qiushi. – W końcu nikt z nas nie wie, jakie są warunki śmierci. Możliwe, że umarlibyśmy, gdybyśmy go zabrali.

Ruan Nanzhu po prostu pokręcił głową i się już nie odzywał.

Po tym, jak dwóch ich członków zostało żywcem obdartych ze skóry, nikt nie chciał ponownie wejść do świątyni. Kto wiedział, czy te potwory wciąż kręcą się w środku, czyhając na nich?

Wszyscy siedzieli na schodkach z ponurymi minami, w milczeniu oczekując na przybycie przewodniczki.

Mężczyzna, który rozpaczliwie wybiegł w dżunglę, wkrótce wrócił do świątyni. Ale wydawał się być w jakimś transie, jakby był nieco roztargniony. Mamrotał bez przerwy niezrozumiale i jak szaleniec rozglądał się wte i wewte.

Wyglądało na to, że ten incydent bardzo źle wpłynął na wszystkich.

Lin Qiushi radził sobie całkiem nieźle, zarówno psychicznie, jak i fizycznie. Od czasu do czasu rozmawiał z Cheng Qianlim, aby rozładować napięcie. Xu Jin przez długi czas nie wydała z siebie ani jednego dźwięku. Jej martwe oczy po prostu spoglądały w dal. Cheng Qianli nawet się do niej zwrócił, ale było tak, jakby nic nie usłyszała.

Gdyby wydarzyło się to wcześniej, Lin Qiushi prawdopodobnie pomyślałby, że ze strachu jej odwaliło, a ten incydent odcisnął na niej wielkie piętno, ale po wszystkim, co wydarzyło się poprzedniej nocy, myślał inaczej.

Czy Xu Jin była naprawdę przerażona? Czy naprawdę bała się tych potworów, czy czegoś innego?

Oczywiście, w tym momencie nie znał odpowiedzi na te pytania.

Przewodniczka przybyła punktualnie. Jej twarz pozostała tak neutralna jak zawsze, gdy zobaczyła, że jest ich o dwie osoby mniej. Z szerokim uśmiechem na twarzy poprowadziła wszystkich w drogę powrotną.

Prawie wszyscy odmówili zjedzenia kolacji. Wielu po prostu wróciło do swoich sypialni wcześniej, żeby się położyć.

W przeciwieństwie do innych, Li Dongyuan ani trochę nie przejmował się tym, co się wydarzyło. Spokojnie zjadł posiłek i poprosił Ruan Nanzhu, aby wyszedł z nim na małą pogawędkę.

Nikt nie wiedział, o czym rozmawiali, ale gdy wrócili, ich twarze były o wiele spokojniejsze.

Śpijcie dobrze. – Ruan Nanzhu życzył im dobrej nocy, zanim położył się spać. – Najlepiej nie budzić się dziś w nocy.

Lin Qiushi skinął głową.

Dobranoc. – Cheng Qianli ziewnął i zamknął oczy.

Dobranoc. – Lin Qiushi zgasił światło, pogrążając pokój w ciemności.

Tłumaczenie: Ashi

Tom I Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Rozdział 18
Rozdział 19
Rozdział 20
Rozdział 21
Rozdział 22
Rozdział 23
Rozdział 24
Rozdział 25
Rozdział 26
Rozdział 27
Rozdział 28
Rozdział 29
Rozdział 30
Rozdział 31
Rozdział 32

Tom II
Rozdział 33
Rozdział 34
Rozdział 35
Rozdział 36
Rozdział 37
Rozdział 38
Rozdział 39
Rozdział 40
Rozdział 41
Rozdział 42
Rozdział 43
Rozdział 44
Rozdział 45
Rozdział 46
Rozdział 47
Rozdział 48
Rozdział 49
Rozdział 50
Rozdział 51
Rozdział 52
Rozdział 53

Tom III
Rozdział 54
Rozdział 55
Rozdział 56
Rozdział 57
Rozdział 58
Rozdział 59
Rozdział 60
Rozdział 61
Rozdział 62
Rozdział 63
Rozdział 64
Rozdział 65
Rozdział 66
Rozdział 67
Rozdział 68
Rozdział 69
Rozdział 70
Rozdział 71
Rozdział 72
Rozdział 73
Rozdział 74
Rozdział 75
Rozdział 76
Rozdział 77

Tom IV
Rozdział 78
Rozdział 79
Rozdział 80
Rozdział 81
Rozdział 82
Rozdział 83
Rozdział 84
Rozdział 85
Rozdział 86
Rozdział 87
Rozdział 88
Rozdział 89
Rozdział 90
Rozdział 91
Rozdział 92
Rozdział 93
Rozdział 94
Rozdział 95

Tom V
Rozdział 96
Rozdział 97
Rozdział 98
Rozdział 99
Rozdział 100
Rozdział 101
Rozdział 102
Rozdział 103
Rozdział 104
Rozdział 105
Rozdział 106
Rozdział 107
Rozdział 108
Rozdział 109
Rozdział 110
Rozdział 111
Rozdział 112
Rozdział 113
Rozdział 114
Rozdział 115
Rozdział 116
Rozdział 117
Rozdział 118
Rozdział 119
Rozdział 120
Rozdział 121
Rozdział 122
Rozdział 123
Rozdział 124
Rozdział 126
Rozdział 126

Tom VI
Rozdział 127
Rozdział 128
Rozdział 129
Rozdział 130
Rozdział 131
Rozdział 132
Rozdział 133
Rozdział 134
Rozdział 135
Rozdział 136
Rozdział 137
Rozdział 138
Ekstra 1
Ekstra 2
Ekstra 3
Ekstra 4
Ekstra 5
Ekstra 6
Ekstra 7
Ekstra 8
Ekstra 9
Ekstra 10

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

:błeee:  :płaku:  :WeiMądruś:  :zonk:  :NieNie: 
:AAAA:  :ależeco:  :blabla:  :ugh:  :cooo: 
:ekscytacja:  :facepalm:  :patriarcha:  :muahaha:  :złamaneserce: 
:szok:  :przestań:  :zachwyt:  :zachwyt2: