Lin Qiushi przypuszczał, że najprawdopodobniej klucz będzie powiązany z gabinetem. Ruan Nanzhu myślał tak samo, więc po prostu czekali, aż zapadnie noc.
Widząc ich opanowanie, Feng Yongle także stłumił swój narastający niepokój.
Ten długi, pokręcony dzień w końcu się skończył. Gdy wskazówka zegara wskazała ósmą, słońce zanurzyło się za horyzontem, pozostawiając sanatorium całkowicie pogrążone w ciemności.
Tym razem o godzinie ósmej nie było słychać stukania wysokich obcasów. Zamiast tego Lin Qiushi usłyszał okropny krzyk mężczyzny, dochodzący z dość bliska. Lin Qiushi znał ten krzyk. To był Jiang Yingrui – a raczej dyrektor.
Stojący przy oknie Feng Yongle, wystawił głowę na zewnątrz, gdy to usłyszał.
– Spójrzcie na to… – powiedział cicho.
Lin Qiushi poszedł i zobaczył, co jest na zewnątrz.
U stóp budynku znowu widać było zakrwawioną i połamaną pielęgniarkę. Ciągnęła niezidentyfikowane zwłoki trzymane w dłoni, powoli przechodząc pod ich oknem i w końcu wchodząc po schodach.
Choć po ubraniu nie można było rozpoznać zwłok, zdecydowanie był to dyrektor.
Lin Qiushi usłyszał płacz dziecka i spojrzał na Ruan Nanzhu, lecz zobaczył jego spokojny wyraz twarzy, jakby mężczyzna nic nie słyszał. Po chwili wahania mu o tym powiedział.
Ruan Nanzhu przeczytał słowa, które wpisał na telefonie, i na chwilę zamilkł w zamyśleniu.
– Pójdę poszukać klucza w gabinecie. Czekajcie na mnie przy drzwiach do tunelu.
Słysząc to, Lin Qiushi pokręcił głową na znak dezaprobaty: Idę z tobą.
– W takim razie ja też pójdę – powiedział niezręcznie Feng Yongle. Widok dwóch kobiet podejmujących dla niego takie ryzyko był trudny do zniesienia.
Ale kto by pomyślał, że Ruan Nanzhu po prostu spojrzy na niego i powie:
– Możesz po prostu iść do tunelu.
Czy Feng Yongle sobie to wyobraził? Czy w głosie Ruan Baijie rzeczywiście dało się usłyszeć zniesmaczenie?
Próbował powiedzieć coś jeszcze, ale wtedy Ruan Nanzhu pomachał, złapał Lin Qiushiego i po prostu odszedł, pozostawiając go tam, gdzie stał. Mężczyzna nie wiedział, czy ma się śmiać, czy płakać.
Ruan Nanzhu i Lin Qiushi weszli na szóste piętro.
Dzisiejszy dzień był zupełnie inny niż poprzednie. Pielęgniarka nie biegała już po korytarzach i nie skakała bez końca z budynku. Wydawało się, że znalazła to, czego chciała, więc była spokojna.
Szybko podeszli do drzwi gabinetu.
W środku było ciemno, cicho i raczej nie działo się nic dziwnego. Ruan Nanzhu sięgnął po klamkę i lekkim pociągnięciem otworzył drzwi. Wszedł, poklepując ścianę w poszukiwaniu przełącznika światła.
Światła zapaliły się, oświetlając wszystko w całym pokoju. Po kilku sekundach przyzwyczajania się do jasności Lin Qiushi zobaczył, że ostatnia ramka rzeczywiście została wypełniona.
Jednak zdjęcie nie było portretem, lecz przedstawiało parę.
Mężczyzna miał na sobie fartuch lekarza, a kobieta uniform pielęgniarki. Jego wyraz twarzy był nieco sztywny, ale uśmiech kobiety był słodki i pełen satysfakcji.
Ruan Nanzhu spojrzał na ramkę, po czym sięgnął po krzesło. Była zawieszona dość wysoko, więc bez tego nie dało się jej dosięgnąć.
Spojrzenie Lin Qiushiego padło na resztę pokoju. Nagle zauważył, że jedna z szuflad została otwarta, więc powoli się do niej zbliżył.
Ciało niemowlęcia wciąż znajdowało się w tej otwartej szufladzie. Wpatrując się w martwe dziecko, Lin Qiushi coś sobie przypomniał. Gdy dyrektor wczoraj uciekał przed pielęgniarką, wydawał się przywiązywać dużą wagę do tego ciała. Czy mogło mieć jakieś zastosowanie…?
Po chwili wahania sięgnął do środka i podniósł martwe dziecko.
W tym samym momencie Ruan Nanzhu zdjął ramę. Odwracając ją, zobaczyli klucz zwisający z tyłu.
Wyraz twarzy Ruan Nanzhu natychmiast się rozpogodził, gdy potwierdził, że ich przypuszczenie było prawidłowe. Szybko wyjął klucz i zaczął odwieszać ramkę. W tym momencie pojawił się poważny problem – nie dało się jej ponownie zawiesić.
Coś, co miało być łatwe, stało się niemożliwym zadaniem. Ramka wielokrotnie zsuwała się ze ściany, a wyraz twarzy Ruan Nanzhu stawał się coraz bardziej ponury.
Lin Qiushi zauważył zmianę atmosfery w pokoju. W chwili, gdy zdjęto ramkę, inne portrety zaczęły się powoli poruszać. Najpierw były to tylko spojrzenia, potem mimika, aż w końcu wyciągnęli ręce, żądni wydostania się ze swoich ram.
Jeśli chodzi o zdjęcie w rękach Ruan Nanzhu, uśmiechy dyrektora i pielęgniarki stały się bardzo promienne. Zmiany te nastąpiły w ciągu zaledwie sekundy. Ruan Nanzhu szybko to zauważył, jego wyraz twarzy zmienił się drastycznie i przestał próbować ponownie zawiesić ramkę.
– Coś jest nie tak, chodźmy! – krzyknął, po czym odwrócił się i rzucił do ucieczki.
Lin Qiushi był tuż za nim.
Wybiegli z biura i pobiegli w stronę schodów.
Jednak Lin Qiushi odkrył coś dziwnego. Schody, które kiedyś były prostą trasą do pokonania, nagle stały się nieskończone. Zakręcały i zakręcały, a oni jakby biegali w kółko.
Ruan Nanzhu się zatrzymał i zmarszczył brwi.
– Jesteśmy uwięzieni.
Zanim Lin Qiushi zdążył się odezwać, zobaczył przed sobą na schodach niewyraźną postać. Na początku pomyślał, że jest tylko jedna, ale bardzo szybko odkrył, że jest ich więcej — wszystkie postacie z portretów wyszły ze swoich ramek. Stali na końcu korytarza, uśmiechając się do nich szeroko. Z czarnymi oczami i czerwonymi, rozdziawionymi ustami, wcale nie wyglądali jak ludzie, ale jak twarze z papier mâché.
Dreszcz przebiegł po plecach Lin Qiushiego.
Ruan Nanzhu wziął głęboki oddech, powoli wyciągnął z kieszeni krwistoczerwoną bransoletkę z jadeitu i mu ją podał.
– Załóż to.
Lin Qiushi spojrzał na niego.
– Co to?
– Coś, co może uratować raz życie. – W jego oczach pojawił się rzadki niepokój, a Lin Qiushi wyraźnie wyczuł, że ich sytuacja wcale nie była dobra.
– A co z tobą?
– Mam swoje własne metody. – Podał Lin Qiushiemu klucz. – Uciekniemy. Ty idź prosto na dół.
Lin Qiushi obserwował twarz Ruan Nanzhu i zapytał ponownie:
– A co z tobą?
– Prawdopodobnie nie umrę – odparł po chwili milczenia mężczyzna.
Powiedział prawdopodobnie, nie na pewno.
– Nie, nie idę sam – powiedział stanowczo Lin Qiushi, wpatrując się w niego uważnie.
Na te słowa Ruan Nanzh drgnął.
– Nie idę sam – powiedział Lin Qiushi. – Musimy iść razem.
– Nie bądź uparty. – Miał zamiar zacząć go przekonywać, ale postacie zaczęły się zbliżać.
Byli szybcy i w mgnieniu oka stanęli bezpośrednio przed nimi. W tym momencie Lin Qiushi nagle się poruszył. Włożył rękę do torby i wyciągnął trupa dziecka, którego wcześniej wyciągnął z szuflady.
To był bardzo nagły ruch. Lin Qiushi tak naprawdę nie wiedział, czy to zadziała, i po prostu poddał się instynktowi.
Sylwetki górujące nad nim i Ruan Nanzhu nagle się rozproszyły. Choć ich oczy były tylko ciemnymi dziurami, Lin Qiushi dostrzegł na ich twarzach wyraz strachu. Te istoty rzeczywiście bały się tego dziecka… Serce Lin Qiushiego podskoczyło z radości.
Ruan Nanzhu również to widział, jednak nie mając czasu na zastanawianie się nad szczegółami, złapał Lin Qiushiego za rękę i pobiegł prosto w tłum, rzucając się do przodu.
Tym razem postacie nie ośmieliły się stanąć im na drodze.
Lin Qiushi odetchnął z ulgą i zrozumiał, że udało im się wydostać z kolejnej poważnej opresji.
Schody znów były normalne, ale sytuacja wokół nich zrobiła się dziwna. Gęsty zapach krwi unosił się w powietrzu, a gdy przebiegli przez czwarte piętro, zobaczyli świeżą czerwień rozpryskującą się na podłodze korytarza. Wymienili się spojrzeniami i dostrzegli w swoich oczach wyraz niepokoju. To samo chodziło im po głowie – miejmy nadzieję, że z Feng Yongle jest wszystko w porządku.
Sanatorium zaczynało budzić się do życia. Wszyscy pacjenci, którzy już spali w swoich pokojach, wyszli i zaczęli atakować się nawzajem.
Przechodząc przez drugie piętro, Lin Qiushi zobaczył, jak jeden pacjent pchnął drugiego na ziemię, a następnie się na niego rzucił, by ugryźć go w gardło. Słysząc ich kroki, pierwszy pacjent uniósł zakrwawioną twarz i uśmiechnął się do nich.
Podobne rzeczy działy się wszędzie. To było tak, jakby cała złośliwość i uraza w sanatorium zostały uwolnione w tym samym czasie.
W końcu dotarli na miejsce spotkania z Feng Yongle. Widząc ich przybycie, mężczyzna był tak podekscytowany, że niemal podskoczył. Wyglądał, jakby został lekko ranny, widać było zadrapanie na policzku.
– Wreszcie jesteście! Byłem tak cholernie przestraszony, ci pacjenci wariują…!
– Idziemy!
Feng Yongle skinął głową.
Potwierdzili w ciągu dnia, że metalowe drzwi były na końcu korytarza, niedaleko miejsca, w którym teraz przebywali. Musieliby po prostu przejść przez korytarz wypełniony workami na ciała.
W dzień było w porządku, ale teraz, gdy weszli do tunelu, odkryli, że worki zaczęły się poruszać. Niektórym trupom udało się nawet wydłubać dziury w workach, wyciągając przerażające blade ramiona i macając dookoła, mając nadzieję, że złapią przechodniów.
Ruan Nanzhu objął prowadzenie, omijając te ręce. Lin Qiushi podążał tuż za nim. Twarz Feng Yongle pobielała, ale przynajmniej nie został w tyle. Wszyscy trzej byli bardzo ostrożni, robiąc co w ich mocy, aby uniknąć wszystkich tych upiornych rąk.
W rzeczywistości trudno było ich całkowicie uniknąć, bo worki były wszędzie. Nawet musieli iść po miękkich ciałach trupów.
To było naprawdę okropne uczucie. Na czole Lin Qiushiego pojawiła się warstwa zimnego potu.
– Kurwa…! –Feng Yongle, który szedł jako ostatni, nagle głośno zaklął. Lin Qiushi odwrócił się, by spojrzeć i zobaczył, że został złapany za nogę.
Ręka zacisnęła się mocno. Feng Yongle prawie upadł, jąkając się, gdy powiedział:
– Zo… Zostałem złapany…
Zaczął się szamotać z całych sił, ale ta ręka była jak metalowy kajdan, niemożliwa do złamania.
Lin Qiushi spojrzał na Ruan Nanzhu i zobaczył, jak ten marszczy brwi. Lin Qiushi spędził trzy sekundy w niezdecydowaniu, zanim determinacja wypełniła jego twarz, i wyciągnął scyzoryk. Był bardzo ostry. Ruan Nanzhu sam go dla niego wybrał i powiedział, że może przeciąć stal jak błoto…
Lin Qiushi podsunął nóż do Feng Yongle, a ten wpatrywał się w niego szeroko otwartymi oczami.
– Qiu… Qiuqiu… Co robisz… – Widok normalnie łagodnej młodej kobiety z nożem w ręku, patrzącej na ciebie z tak pustym wyrazem twarzy, był dziwnie przerażający.
Lin Qiushi zignorował go i przykucnął.
– Nie… nie odcinaj mi nogi…! – Feng Yongle zaczynał właśnie zawodzić, gdy poczuł, że nacisk na jego stopę słabnie. Spojrzał w dół i zobaczył, że Lin Qiushi jednym uderzeniem odciął dłoń, która go trzymała i teraz patrzył na niego wzrokiem pełnym współczucia dla jego niskiego ilorazu inteligencji.
Feng Yongle zaśmiał się niezręcznie.
– Haha, żartowałem.
Gdybyś tak się nie darł, to może bym uwierzył – pomyślał Lin Qiushi.
Tymczasem Ruan Nanzhu otworzył już metalowe drzwi. Pchnięcie ich ukazało słabo oświetloną ścieżkę.
– Szybko, chodźcie!
Po otwarciu drzwi ciała stawały się coraz bardziej niespokojne. Lin Qiushi i Feng Yongle przyspieszyli kroku i w końcu dotarli do końca tunelu.
Tym razem Feng Yongle nie przejmował się dżentelmeńskim zachowaniem i po prostu wpadł przez drzwi, pożegnawszy się z Ruan Nanzhu.
– Chodź, idziemy.
Lin Qiushi skinął głową. Po przejściu przez drzwi spojrzał na drugi koniec tunelu. Zobaczył tam pielęgniarkę, patrzącą na nich z pustym wyrazem twarzy. Dyrektor stał u jej boku, z intensywną niechęcią w spojrzeniu. To był przerażający widok… Zbyt łatwo było sobie wyobrazić, co stanie się z ludźmi, którzy jeszcze tu nie dotarli, gdy spotkają się z tymi dwoma ghulami przy wejściu. Lin Qiushi odwrócił wzrok i podążył za Ruan Nanzhu do drzwi. Po długim spacerze tunelem wrócili do rzeczywistości.
Lin Qiushi ponownie pojawił się w rezydencji i przez chwilę miał wrażenie, że przeskoczył pomiędzy światami.
Kasztan akurat przechodził obok. Miauknął do niego parę razy, a nawet otarł się łebkiem o jego nogi. To wtedy Lin Qiushi naprawdę się ocknął, a radość rozkwitła na jego twarzy.
– Kasztan! W końcu pozwalasz tacie cię przytulić!
Radośnie podniósł Kasztana, przekręcił go na plecy, odsłaniając futrzasty, biały brzuch i zakopał w nim twarz.
Ruan Nanzhu, schodząc po schodach i wchodząc do jadalni, zobaczył Lin Qiushiego w takiej właśnie pozycji. Zamarł na chwilę, ale bardzo szybko się otrząsnął.
– Qiushi.
Mężczyzna był wciąż zafascynowany zapachem swojego kota, dopóki Ruan Nanzhu nie zawołał go ponownie.
– Hmm? Co się dzieje? – Lin Qiushi w końcu podniósł głowę.
Była wiosna, pora linienia Kasztana. Kiedy mężczyzna spojrzał w górę, na jego twarzy zostało mnóstwo białych kłaczków. Ruan Nanzhu podszedł i delikatnie odgarnął białe futro.
– W końcu stamtąd wyszliśmy. – Westchnął z ulgą, czując wyczerpanie w całym ciele.
– Mhm. Odpocznij – powiedział Ruan Nanzhu. – I zajrzyj do torby.
Lin Qiushi skinął głową i otworzył plecak. Kiedy jednak zobaczył, co było w środku, mrugnął zdziwiony.
W środku wciąż znajdowało się ciało dziecka, które zabrał z gabinetu. Tylko teraz stało się całkowicie czarne.
– Więc był to użyteczny rekwizyt.
Mówiąc o rekwizytach, Lin Qiushi przypomniał sobie czerwoną bransoletkę, którą dał mu Ruan Nanzhu. Nie przyjrzał się jej za dobrze, ale teraz zobaczył, że została wyrzeźbiona z krwawego jadeitu. Była naprawdę śliczna, poprzecinana ciemniejszymi żyłkami i plamkami – to był ewidentnie niezwykły towar.
Zdjął bransoletkę i oddał ją Ruan Nanzhu.
– Och, pozwól, że ci ją oddam. Ta bransoletka jest bardzo ładna.
– To prawda, jest ładna. Gdyby nie należała wcześniej do zmarłej osoby, to bym ci ją dał do noszenia – odparł spokojnie Ruan Nanzhu, biorąc od niego przedmiot.
Lin Qiushi się zaśmiał.
– Nie jestem dziewczyną, dlaczego miałbym to nosić? – Nie interesowały go dodatki i takie tam.
Jednak Ruan Nanzhu tylko uniósł brew.
– Nie jesteś?
Lin Qiushi dopiero wtedy przypomniał sobie, że nadal jest w przebraniu.
– Co zrobimy z tym trupem? Po prostu zostawimy go w spokoju? – zapytał, wzdychając.
– W domu jest gabinet z kilkoma sejfami w środku. Zazwyczaj powinieneś trzymać takie rzeczy zamknięte i zabrać je ze sobą, gdy wchodzisz przez drzwi.
Lin Qiushi przechylił głowę.
– Tylko ciekawe, co to takiego robi…
– Nie wiem, ale na pewno się przyda.
Tak jak w przypadku dziennika, pewnie dopiero później uda się ustalić szczegóły. Lin Qiushi skinął głową na znak zrozumienia i wrócił do swojego pokoju. Zdjął ubranie, wziął prysznic, a następnie, siedząc w sypialni, otworzył forum.
Wchodzenie na drzwi wysokiego poziomu z tak dużą częstotliwością było wyczerpujące, a przynajmniej Lin Qiushi tak się czuł. Nie wiedział, jak Ruan Nanzhu to robił.
Dopiero po całonocnym odpoczynku poczuł się lepiej. Następnego dnia Cheng Qianli zapytał go, jak się czuł tym razem w drzwiach.
– Chyba dobrze. Spotkaliśmy kogoś bardzo podobnego do ciebie.
– Podobnego do mnie? Czyli jakiego?
– Kogoś mądrego i uroczego?
Cheng Qianli spoglądał na niego podejrzliwie.
– Naprawdę? Kłamiesz, prawda? Chociaż tak, jestem mądry i uroczy.
– Hahaha.
Ruan Nanzhu wspomniał wcześniej, że im bliżej był ostatnich drzwi, tym dokładniej będzie czuł, kiedy pojawią się następne. Przy dziesiątych drzwiach wiedziałeś to nawet co do minuty i sekundy. To mogło być uważane za rodzaj życzliwości ze strony drzwi – przynajmniej miałeś dużo czasu, aby się wcześniej przygotować.
Po wyjściu z tych drzwi Lin Qiushi poświęcił kilka dni na przemyślenia. Trzeciego dnia udał się do Ruan Nanzhu i wyraził chęć rozmowy.
Ruan Nanzhu najwyraźniej rozmawiał o czymś z kimś przez internet. Unosząc brodę, gestem wskazał Lin Qiushiemu, żeby usiadł.
– Mów.
– Właściwie… Już od jakiegoś czasu chciałem się dowiedzieć, czy ktoś w ogóle przeżył dwunaste drzwi?
Dłonie Ruan Nanzhu, stukające w klawiaturę, zamarły.
– Nawet ktoś tak dobry jak ty jest dopiero na dziesiątych drzwiach – powiedział Lin Qiushi. – Czy spotkałeś kogoś, kto przeżył dwunaste?
– Nie.
Lin Qiushi był zaskoczony.
– Nawet nie znam nikogo, kto by kogoś takiego spotkał. – Jego ton był spokojny, choć wszystkie jego słowa były dość szokujące. – Ale to jedyna możliwość, jaką należy rozważyć. To jedyna droga, którą należy podążać.
Lin Qiushi milczał.
– Jesteś odporny. To dobrze – powiedział Ruan Nanzhu. – Jednak nie każdy może tak łatwo zaakceptować prawdę jak ty, więc muszą mieć jakiś cel.
I wszyscy po cichu za cel postawili sobie dwanaście drzwi. Głęboko wierzyli, że po tym czeka na nich nowe życie.
– I nie ma na to żadnego dowodu?
– Każdemu innemu powiedziałbym, że jest. Ale ciebie nie chcę okłamywać. – Zamknął laptopa, odwrócił się i spojrzał na Lin Qiushiego, uważnie mu się przyglądając. – Jesteś świetnym partnerem.
Patrząc w oczy Ruan Nanzhu, Lin Qiushi poczuł się nieco skrępowany.
To spojrzenie było zbyt głębokie – kryło w sobie tak wiele, że Lin Qiushi nawet nie wiedział, jak je zrozumieć.
– Czy oni wszyscy wiedzą? – zapytał w końcu.
– Niektórzy wiedzą, niektórzy nie. – Machnął niedbale dłonią. – Co to ma za znaczenie? Tak czy inaczej, tak spędzamy nasze dni.
Musieli przejść przez wszystkie drzwi, niezależnie od tego, czy chcieli, czy nie.
Lin Qiushi tak naprawdę nie sądził, że Ruan Nanzhu będzie z nim tak szczery. Myślał, że przynajmniej znajdzie jakąś wymówkę, ale zamiast tego usłyszał szczerą prawdę.
Lin Qiushi zaśmiał się, trochę zbolały.
– Czy ty mnie trochę nie przeceniasz?
Ruan Nanzhu mrugnął.
– A mylę się?
Lin Qiushi milczał.
Nie, Ruan Nanzhu się nie mylił. Właściwie odpowiedź na to pytanie nie była aż tak ważna. Lin Qiushi po prostu był ciekawy.
– Cheng Yixie właśnie wchodzi do swoich dziewiątych drzwi.
Lin Qiushi był zaskoczony.
– Muszę z nim pójść – kontynuował Ruan Nanzhu. – Rozważałem, czy zabrać cię ze sobą.
Lin Qiushi przeszedł już szóste drzwi. Jeśli udałoby mu się przeżyć dziewiąte drzwi Cheng Yixiego, to przeskoczyłby od razu przez swoje siódme i ósme.
– Czy podjąłeś już decyzję?
– Nie – odpowiedział Ruan Nanzhu. – W każdym razie jeszcze nie. A ty co o tym myślisz?
Lin Qiushi zastanowił się chwilę, po czym odpowiedział szczerze:
– Nie wiem.
Słysząc jego odpowiedź Ruan Nanzhu się uśmiechnął.
– Qiushi, bardzo cię lubię. Dobrze nam się współpracuje, jesteśmy jak para stworzona w niebie.
Powiedział to całkiem otwarcie i Lin Qiushi nie widział w tym nic złego – sam też był naprawdę zadowolony ze współpracy z Ruan Nanzhu.
– No dobrze – powiedział Ruan Nanzhu. – Odpocznij trochę.
Lin Qiushi skinął głową, wstał i wyszedł.
Chociaż Ruan Nanzhu poruszał ten temat już wiele razy, to Lin Qiushi i tak nie miał zbyt dużego poczucia własnej wyjątkowości. Zrozumiał ją dopiero gdy ich najświeższemu członkowi, Qin Budaowi, przydarzył się pewien incydent.
Pierwszym, który na niego trafił, był Lin Qiushi. Tego dnia obudził się w środku nocy i zszedł na dół w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. Gdy jednak dotarł do drzwi, usłyszał dochodzące ze środka odgłosy żarłocznego mlaskania.
Lin Qiushi nie włączył światła. Zamiast tego cicho wszedł do kuchni i zobaczył, w słabym świetle księżyca, Qin Budaia kucającego w kącie.
W dłoni trzymał duży kawałek surowego mięsa. Głowę miał spuszczoną i wściekle żuł „zdobycz”. Nie słyszał nawet, jak zbliża Lin Qiushi, pochłonięty tym aktem całym sercem i duszą.
Ta scena była zbyt szokująca. Lin Qiushi miał wrażenie, że wciąż może być w drzwiach. Na szczęście to była tylko chwilowa iluzja. Zawahał się, ale mimo to otworzył usta i zawołał:
– Qin Budai…?
Ruchy mężczyzny zatrzymały się, a jego wyraz twarzy zamarł. Powoli podnosząc głowę, zobaczył Lin Qiushiego stojącego w drzwiach.
W chwili, gdy ich oczy się spotkały, Lin Qiushi miał wrażenie, że kucająca w kącie istota nie była człowiekiem, lecz dzikim zwierzęciem.
Jednak szybko Qin Budai odzyskał przytomność. Powoli wstał i odrzucił mięso na bok.
– Pozwól, że wyjaśnię… – powiedział, zbliżając się do niego.
Lin Qiushi chciał się cofnąć, ale powstrzymał ten instynkt, pozwalając, by Qin Budai stanął przed nim.
– Nie chcę tego robić, ale nie mogę się powstrzymać. – Oblizał usta, zatrzymując wzrok na długiej, bladej szyi Lin Qiushiego, zanim spojrzał w dół. – Naprawdę… naprawdę nie mogę już dłużej się powstrzymać.
Tłumaczenie: Ashi
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Rozdział 18
Rozdział 19
Rozdział 20
Rozdział 21
Rozdział 22
Rozdział 23
Rozdział 24
Rozdział 25
Rozdział 26
Rozdział 27
Rozdział 28
Rozdział 29
Rozdział 30
Rozdział 31
Rozdział 32
Tom II
Rozdział 33
Rozdział 34
Rozdział 35
Rozdział 36
Rozdział 37
Rozdział 38
Rozdział 39
Rozdział 40
Rozdział 41
Rozdział 42
Rozdział 43
Rozdział 44
Rozdział 45
Rozdział 46
Rozdział 47
Rozdział 48
Rozdział 49
Rozdział 50
Rozdział 51
Rozdział 52
Rozdział 53
Tom III
Rozdział 54
Rozdział 55
Rozdział 56
Rozdział 57
Rozdział 58
Rozdział 59
Rozdział 60
Rozdział 61
Rozdział 62
Rozdział 63
Rozdział 64
Rozdział 65
Rozdział 66
Rozdział 67
Rozdział 68
Rozdział 69
Rozdział 70
Rozdział 71
Rozdział 72
Rozdział 73
Rozdział 74
Rozdział 75
Rozdział 76
Rozdział 77
Tom IV
Rozdział 78
Rozdział 79
Rozdział 80
Rozdział 81
Rozdział 82
Rozdział 83
Rozdział 84
Rozdział 85
Rozdział 86
Rozdział 87
Rozdział 88
Rozdział 89
Rozdział 90
Rozdział 91
Rozdział 92
Rozdział 93
Rozdział 94
Rozdział 95
Tom V
Rozdział 96
Rozdział 97
Rozdział 98
Rozdział 99
Rozdział 100
Rozdział 101
Rozdział 102
Rozdział 103
Rozdział 104
Rozdział 105
Rozdział 106
Rozdział 107
Rozdział 108
Rozdział 109
Rozdział 110
Rozdział 111
Rozdział 112
Rozdział 113
Rozdział 114
Rozdział 115
Rozdział 116
Rozdział 117
Rozdział 118
Rozdział 119
Rozdział 120
Rozdział 121
Rozdział 122
Rozdział 123
Rozdział 124
Rozdział 126
Rozdział 126
Tom VI
Rozdział 127
Rozdział 128
Rozdział 129
Rozdział 130
Rozdział 131
Rozdział 132
Rozdział 133
Rozdział 134
Rozdział 135
Rozdział 136
Rozdział 137
Rozdział 138
Ekstra 1
Ekstra 2
Ekstra 3
Ekstra 4
Ekstra 5
Ekstra 6
Ekstra 7
Ekstra 8
Ekstra 9
Ekstra 10