Ruan Nanzhu wyjął telefon z kieszeni i otworzył zdjęcia zrobione w świątyni. Podał go Lin Xingping.
– Patrz, nawet zrobiliśmy kilka zdjęć… Naprawdę znaleźliśmy coś w świątyni!
Lin Xingping miała duże doświadczenie, a jej mina nie zdradzała żadnej reakcji.
– Och? Znalazłaś coś w świątyni? Co takiego?
– Czy nie było już ciemno, kiedy wróciliśmy wczoraj? Naprawdę myślałam, że umrę – powiedział Ruan Nanzhu. – Ale odkryliśmy, że po modlitwie w świątyni… krople deszczu nie spadają na ciało!
– Co? – Oczy Cue Xueyiego się rozszerzyły. – Czy to prawda?
– Oczywiście, że to prawda. – Ruan Nanzhu spojrzał w niebo. – A może, jak dziś w nocy będzie padać, to wam zademonstrujemy?
– Jasne. – Lin Xingping się uśmiechnęła. – O której godzinie dotarliście do świątyni?
– Jakoś koło jedenastej – odpowiedział Ruan Nanzhu, nieco zawstydzony. – Jestem słaba i chodzę dość wolno. Kiedy tam dotarliśmy, było już późno. Naprawdę myśleliśmy, że nie damy rady.
– Ale daliście radę – skłamała Lin Xingping z uśmiechem. – Wróciliście, prawda?
– Powinniśmy powiedzieć o tym pozostałym? – zapytał Ruan Nanzhu. – Żeby się pomodlili i nie musieli się już martwić deszczem? Wtedy będziemy mogli szukać wskazówek w deszczowe dni!
– Jeszcze nie. – Lin Xingping pospiesznie ją zatrzymała. – Najpierw sprawdzimy to dzisiaj, żeby się upewnić, że się nie pomyliłaś. Jeśli nie masz racji, będzie to kosztować życie wielu ludzi. Jesteś pewna, że teraz nie zmokniesz?
– Jestem pewna. – Ruan Nanzhu skinął głową na potwierdzenie.
– Dobrze. Rozumiem, zaraz to sprawdzimy – powiedziała Lin Xingping.
Najwyraźniej byli bardzo zainteresowani tą świątynią, choć wciąż żywili pewne podejrzenia. Po tym, jak Lin Xingping i Cue Xueyi wyszli za drzwi, kontynuowali cichą rozmowę.
– Czy oni mówią prawdę? – zapytał Cue Xueyi. – Jeśli kłamią, to będą kłamać do jutra, aż umrą.
– Prawdopodobnie mówią prawdę. Widziałeś zdjęcia na ich telefonie? – zapytała Lin Xingping. – Nie możemy czekać do jutra. Zmarli już chyba wszyscy, których zmoczył deszcz. Jutro może nie być żadnej lalki. Jeśli będzie dalej padać, utkniemy na dziedzińcu.
Cue Xueyi najwyraźniej uznał to za logiczne, więc w milczeniu zgodził się sprawdzić świątynię, zgodnie z sugestią Lin Xingping.
– Musimy to zobaczyć – powiedziała Lin Xingping. – Ta świątynia jest ważna…
– To zbyt niebezpieczne, żeby tak po prostu iść. Co jeśli nie zdążymy wrócić przed deszczem? – Cue Xueyi wciąż martwił się o bezpieczeństwo.
– Przez ostatnie dwa dni nigdy nie padało przed 17:30. Jeśli wrócimy przed tą godziną, wszystko będzie dobrze. – Lin Xingping była o tym przekonana. – Wczoraj byli tam o jedenastej, my na pewno dotrzemy wcześniej… Jeśli nam się nie uda, będzie jasne, że kłamią. – Rzeczywiście, w ich oczach byli silniejsi od słabeusza Ruan Nanzhu, bez względu na wszystko.
– Jeśli nie stracimy tam zbyt wiele czasu, na pewno zdążymy wrócić – analizowała Lin Xingping. – Wchodząc do drzwi, trzeba podejmować ryzyko.
Po wysłuchaniu argumentów Lin Xingping Cue Xueyi nie powiedział nic więcej, najwyraźniej przekonany jej logiką.
To Gu Yuansi wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć. Kiedy Lin Xingping to zauważyła, powiedziała do niego:
– Jeśli nie chcesz iść, to zostań. I tak nie jesteś w wystarczająco dobrej formie, żeby dotrzymać nam kroku, tylko nas spowolnisz.
– Dobra, dobra, to nie pójdę. – Gu Yuansi nawet nie musiał się zmuszać, jego stopy natychmiast się zatrzymały. – Wracajcie szybko.
Lin Xingping prychnęła, po czym odwróciła się i odeszła z Cue Xueyim.
Dopiero gdy oboje opuścili podwórze, Lin Qiushi przestał podsłuchiwać ich rozmowę. Zobaczył, jak Gu Yuansi przywlókł się z powrotem i obdarzył ich lekkim uśmiechem. Ruan Nanzhu i Lin Qiushi go zignorowali. Wyraźnie niemile widziany, wrócił do swojego pokoju.
– Rozdałeś te karteczki? – zapytał Lin Qiushi.
– Mhm – potwierdził Ruan Nanzhu.
– Dawałeś je bezpośrednio, czy wsuwałeś ludziom do kieszeni? – Lin Qiushi był ciekaw reakcji innych ludzi.
– Do kieszeni – powiedział Ruan Nanzhu. – Ale wszyscy powinni już je zobaczyć. – Z brodą w dłoni, przechylił głowę, zerkając na teru teru bozu wiszące na korytarzu. – Już najwyższy czas.
– Tak. – Lin Qiushi wstał, stanął pod teru teru bozu i sięgnął, żeby go zdjąć. Lalka była ciężka i przez cienką białą tkaninę wyczuwał rysy twarzy. To nieprzyjemne uczucie, w połączeniu ze wspomnieniem okropnego zawodzenia, jakie ta głowa wydawała w nocy, sprawiło, że Lin Qiushi szybko ją odłożył na bok.
– Zaczynam – powiedział Ruan Nanzhu.
Lin Qiushi skinął głową.
– Teru teru bozu, teru bozu. Daj nam jutro słoneczny dzień. Tak jak wymarzone czasem niebo, jeśli będzie słońce dam ci złoty dzwonek. Teru teru bozu, teru bozu. Daj nam jutro słoneczny dzień. Jeśli spełnisz me życzenie, będziemy pić dużo słodkiego sake. Teru teru bozu, teru bozu. Daj nam jutro słoneczny dzień. Ale jeśli będą chmury i będziesz płakać, wtedy utnę ci twoją głowę – wyrecytował.
W chwili, gdy wybrzmiały jego słowa, spadł oczekiwany deszcz i to wręcz wiadrami. Czarne chmury burzowe natychmiast spowiły niebo, a krople deszczu wielkości ziarnka grochu rozbijały się o ziemię.
Przenikliwy dźwięk opadów obezwładnił słuch Lin Qiushiego. Milczeli, po prostu czekając.
Kilka minut później w drzwiach dziedzińca pojawiły się dwie przemoczone postacie. Widząc je, Lin Qiushi szybko powiesił lalkę z powrotem.
Gdy teru teru bozu wrócił na korytarz, niebo natychmiast się przejaśniło. Przejście między tymi dwoma zjawiskami pogodowymi było płynne.
– Kurwa, kurwa, kurwa… – Przemoczony od stóp do głów deszczówką Cue Xueyi wyglądał jak utopiony szczur. Zatoczył się na dziedziniec, próbując się osuszyć. – Dlaczego… dlaczego nagle spadł deszcz…
Mówiąc to, zobaczył Ruan Nanzhu i Lin Qiushiego stojących na korytarzu i wpadł we wściekłość.
– Czy to wy? Czy wy to zrobiliście… – Strach zdawał się uderzać mu do głowy, gdy zakasał rękawy i przygotował się do ataku.
Jakby Lin Qiushi mu na to pozwolił. Już miał go przechwycić, gdy usłyszał Ruan Nanzhu mówi ze łzami w oczach:
– Bracie Cue, spiesz się do świątyni z siostrą Lin. Może jeszcze się uratujecie! Pierwszego dnia też tak nagle spadł deszcz, ale nie sądziłam, że to się zdarzy i dzisiaj!
Twarze Cue Xueyiego i Lin Xingping, bielsze niż papier, nieco się wygładziły na te słowa. Lin Xingping ledwo zdołała się uśmiechnąć.
– T-tak… Może wciąż jest nadzieja.
Cue Xueyi trząsł się na całym ciele, zły i przestraszony. Spojrzał groźnie na Ruan Nanzhu.
– Lepiej, żebyś nie kłamała, bo cię zabiję, jak wrócę dziś wieczorem. Chodź, Xingping, idziemy do świątyni. – Wydawał się przesadnie zdenerwowany, skoro wykrzyknął prawdziwe imię Lin Xingping za drzwiami.
Kobieta tego nie zauważyła i w pośpiechu odeszła wraz z Cue Xueyim. Ruan Nanzhu obserwował, jak ich postacie znikają za drzwiami.
– To wszystko, co mają? – Cmoknął cicho.
– Wcale nie są tacy kiepscy, po prostu jesteś za dobry. – Lin Xingping była całkiem sprytna. Nawet gdyby wierzyła, że głęboko w lesie znajduje się świątynia, nigdy nie zaryzykowałaby przejścia całej drogi. Bez względu na to, jak bardzo była ostrożna, nie mogła przewidzieć tej gwałtownej ulewy. Teraz najprawdopodobniej położyli swoją ostatnią nadzieję w świątyni na końcu lasu.
Bez żadnych nieoczekiwanych incydentów zmierzali ku śmierci. Śmierć Wu Qiego i jego dziewczyny została pomszczona, ale Lin Qiushi nie potrafił się cieszyć.
Przypomniał sobie widok Wu Qiego narzekającego, by bardziej dbał o swoje zdrowie i zrezygnował z pracy – i westchnął lekko, pragnąc uwolnić uwięziony w piersi oddech.
Ulewa nadeszła nagle i równie nagle minęła – ale z powodu wcześniejszych karteczek od Ruan Nanzhu, reszta grupy nie wyszła. Choć mieli wątpliwości, obserwowali na dziedzińcu, kiedy nadeszła burza. Deszcz zmył ich podejrzenia i potwierdził prawdziwość karteczek.
Chociaż niebo zaraz się przejaśniło, nikt nie odważył się wyjść na zewnątrz. Zamiast tego woleli zostać na sali, żeby zobaczyć, co się stanie.
Lin Qiushi i Ruan Nanzhu zaczęli omawiać sprawę świątyni.
– Dlaczego nie pójdziemy jej zobaczyć w deszczowy dzień? – zaproponował Ruan Nanzhu.
– Jasne – odpowiedział Lin Qiushi. – Ale po zobaczeniu tego posągu przypomniała mi się historia o pochodzeniu teru teru bozu, o której wspominałeś.
Sądząc po ubiorze posągu, wyglądał jak mnich. Czy to mógł być mnich, którego głowę ścięto w tej historii?
– Mhm… – powiedział Ruan Nanzhu. – Też miałem taką hipotezę. – Z brodą w dłoni, obserwował niebo na zewnątrz. – To wciąż drzwi na niskim poziomie i warunki śmierci nie są zbyt surowe. Nie musimy się spieszyć. – Poza tym, dostali przydatny rekwizyt, choć znaleźli go jedynie dzięki własnym umiejętnościom.
Lin Qiushi skinął głową.
Gdy rozmawiali, podeszła Xiao Cha, która wcześniej kłóciła się z Lin Xingping. Pierwsze słowa, które wypowiedział, brzmiały:
– Widziałam, jak zdejmowaliście lalkę.
Ruan Nanzhu i Lin Qiushi odwrócili się, żeby na nią spojrzeć.
– A ja myślałam, że to wy dwoje jesteście oszukiwani – zaśmiała się Xiao Cha. – Ale cicha woda brzegi rwie, co?
– Xiaoyu nie rozumie, co mówisz. – Ruan Nanzhu powrócił do swojej rutyny obrzydzania innym życia, opierając się o ramiona Lin Qiushiego i jęcząc głosem wywołującym gęsią skórkę. – Kochanie, ta osoba mówi naprawdę dziwne rzeczy!
– Czy nie możesz mówić jak normalny człowiek?
– Xiaoyu normalnie tak mówi.
– …jaki normalny człowiek tak mówi?
Ruan Nanzhu zaczął jęczeć.
Lin Qiushi słuchał jego narzekania, patrząc na kwitnącą wiśnię na podwórku, i nagle przypomniała mu się pewna zwrotka: Wzdłuż brzegu jeziora, pod drzewami, lekka bryza tańczyła z kwiatami. Jak mleczna droga w noc linią długą gwiazd migoczących rozjaśnia mroki1…
Xiao Cha była na tyle zniechęcona, że aż się prawie udławiła, ale udało jej się stłumić chęć odwrócenia się i odejścia.
– Ile wskazówek znaleźliście? Jeśli naprawdę znajdziecie drzwi, dacie mi znać wcześniej? Mam wskazówkę dotyczącą klucza!
– Nic nie znaleźliśmy. – Ruan Nanzhu mrugnął oczami i kontynuował zabawę z biedną dziewczyną. – Drzwi są straszne, Xiaoyu nie chce ich znaleźć.
– Ten kawałek papieru jest od ciebie, prawda? – powiedziała wkurzona Xoao Cha.
Lin Qiushi i Ruan Nanzhu przybrali zupełnie niewinne miny. W końcu Xiao Cha nie wytrzymała i wstała, żeby wyjść.
– Damy ci znać wcześniej, jeśli znajdziemy – powiedział w końcu Ruan Nanzhu.
– Dzięki. – Xiao Cha też nie była głupia i wiedziała, że Ruan Nanzhu i Lin Qiushi posiadają nadprzeciętne umiejętności, choć żadne z nich nie było szczególnie przyjemne dla oka. Lin Qiushi w szczególności zaliczał się do osób wręcz odrażająco brzydkich – prawdę mówiąc, bez potrzeby wolałaby z nim nie rozmawiać.
– Wygląda na to, że ta panna w ogóle się tobą nie przejmuje – żartował Ruan Nanzhu w ramionach Lin Qiushiego. – Nie poświęciła ci ani jednego spojrzenia…”
Lin Qiushi milczał. Ruan Nanzhu, ostrzegam cię, bądź miły…
Z powodu nagłej ulewy nikt nie odważył się wyjść przez cały dzień. Oni również zostali, by nie wydawać się podejrzani.
Około piątej po południu pogoda zaczęła się pogarszać. Było to mniej więcej zgodne z przewidywaniami Lin Xingping. Niebo ponownie zmieniło się ze słonecznego na zachmurzone, szykując się do deszczu.
Kiedy krople deszczu zaczęły uderzać w ziemię, Lin Xingping i Cue Xueyi wciąż nie wrócili. Nie było to zaskakujące. W końcu i tak już zostali zmoczeni w ciągu dnia, więc kolejny raz nie robił większej różnicy. Poza tym, jeśli dziś nie znajdą rozwiązania, jutro na korytarzu prawdopodobnie zawisną ich głowy.
Około ósmej wieczorem Lin Qiushi w końcu usłyszał pospieszne kroki dochodzące zza drzwi na dziedziniec. Przeplatały się z ciężkim dyszeniem, jakby dana osoba napotkała coś niezwykle przerażającego.
Lin Qiushi uchylił odrobinę drzwi i zobaczył Lin Xingping stojącą w drzwiach z twarzą bladą jak spuchnięty trup. Cue Xueyiego, który zawsze był obok niej, nigdzie nie było widać. Jej wzrok padł na szparę w drzwiach Lin Qiushiego i ich spojrzenia się spotkały.
Lin Qiushi bardzo spokojnie udawał, że jej nie widzi i cicho zamknął drzwi. Spojrzał na Ruan Nanzhu.
– Wróciła.
– Och – powiedział Ruan Nanzhu. – Zarygluj drzwi. Nie wpuszczaj jej.
Lin Qiushi skinął głową.
Chwilę później zza drzwi dobiegły odgłosy uderzeń. Głos Lin Xingping był szorstki. Waliła w drzwi, krzycząc:
– Xiao Xiaoyu, wyłaź stąd! Jak śmiesz! Jak śmiesz mnie okłamywać. Powiedz to. Powiedz to! To ty to zrobiłaś, prawda?
– Siostro Lin, co ty mówisz? Jakże cię okłamaliśmy? Czy na końcu gaju nie było żadnej świątyni? – odparł Ruan Nanzhu spokojnie.
– A co z tego, że jest tam świątynia? – warknęła Lin Xingping. – Modliłam się tam, ale deszcz i tak na mnie padał!
– No cóż, nie wiem – powiedział Ruan Nanzhu. – W przeciwieństwie do was nie zmokliśmy przed wizytą w świątyni. Wy już zmokliście, zanim tam doszliście, więc nie wiedziałam, co się stanie. Może mi opowiesz?
Lin Xingping zaczęła ich głośno przeklinać, potępiać w ostrych słowach i powtarzać, że Ruan Nanzhu ją okłamał.
– Jak cię okłamałam? – zapytał Ruan Nanzhu. – To ty nam powiedziałeś o tej świątyni. Poszliśmy tylko ją sprawdzić, tak jak ty nam kazałaś. Skądś wiedziałaś, że głęboko w lesie jest świątynia, prawda?
W tym momencie Lin Xingping musiałaby być głupia, żeby nie zdać sobie sprawy, że Ruan Nanzhu i Lin Qiushi to wilki w owczej skórze. Krzyczała jeszcze przez chwilę, ale ją ignorowali. W końcu upadła tuż przed drzwiami i zaczęła głośno płakać.
Gdyby to ktokolwiek inny płakał tak żałośnie, Lin Qiushi mógłby poczuć odrobinę współczucia. Ale wobec Lin Xingping nie miał go ani odrobinę.
Ta grupa ludzi nigdy nie miała ani krzty przyzwoitości. Mieli niezliczone życia na sumieniu – dopiero gdy to samo spadło na nich, wiedzieli, jakie to uczucie.
– Chcę zadać jej kilka pytań – powiedział cicho Lin Qiushi.
– Spróbuj – powiedział Ruan Nanzhu. – Jeśli nie zapytasz teraz, później nie będzie okazji.
– Znasz He Shuangyę? – Lin Qiushi odezwał się do Lin Xingping przez drzwi.
W chwili, gdy kobieta usłyszała to imię, jej szlochanie ustało i zapadła dziwna cisza.
– Znasz ją, prawda? Znasz nie tylko He Shuangyę, ale także Wu Qiego. Lin Xingping, czy nadal uważasz, że twoja śmierć jest niesprawiedliwa?
Potrzebowała chwili, żeby znów się odezwać, jakby pytanie ją uciszyło.
– To dlatego, że była głupia. Zasłużyła na śmierć! – wydusiła w końcu.
– Tak – mruknął Ruan Nanzhu, uśmiechając się. – Jesteś głupia, więc zasługujesz na śmierć.
Lin Xingping zamilkła. Potem na zewnątrz znów rozległ się płacz, a ona powiedziała:
– Błagam cię, proszę, uratuj mnie. Nie chcę umierać, nie chcę umierać…
– Kto chce umrzeć? – Ton Lin Qiushiego był bardzo spokojny. – Może He Shuangya myślała to samo, zanim umarła. Nazwijmy to po prostu rekompensatą, co?
Jednak bez względu na to, jak logiczne byłyby te uzasadnienia, były one zupełnie nieistotne dla osoby skazanej na śmierć.
Płacz Lin Xingping trwał do północy, aż stopniowo został stłumiony przez ulewny deszcz. Lin Qiushi siedział przy drzwiach, nie śpiąc. Zanim usłyszał dobiegającą z zewnątrz dziecięcą rymowankę, kobieta zniknęła.
Lin Qiushi lekko uchylił drzwi, aż zobaczył na dziedzińcu dzieci, od których dochodziły hałasy. Wśród nich było kilka bezgłowych ciał. Trzymały się za ręce, otaczając Lin Xingping, która klęczała pośrodku. Zadały ostatnie pytanie w wierszyku: „Kto jest teraz za tobą?”.
Cokolwiek odpowiedziała Lin Xingping, Lin Qiushi nic nie usłyszał. Widział jedynie, jak szyja kobiety przechyliła się na bok, a potem jej głowa opadła z głuchym łoskotem. Zatoczyła się po podłodze, zanim znieruchomiała.
Teru teru bozu, który wczoraj wisiał na korytarzu, znów zaczął krzyczeć. Całe podwórko wypełniła niesamowita atmosfera, trudna do opisania.
Lin Qiushi wrócił do łóżka dopiero po potwierdzeniu śmierci Lin Xingping.
Wpatrywał się w sufit oszołomiony, dopóki Ruan Nanzhu nie wtulił się w jego ramiona.
– O co chodzi? – zapytał go mężczyzna.
– Nie sądziłem, że Wu Qi się w to wmiesza. – Lin Qiushi pomyślał, że nie ma potrzeby ukrywać przed Ruan Nanzhu, co go dręczy. – On… był dobrym człowiekiem. Wesołym i życzliwym, inaczej nie zaprzyjaźniłby się z kimś, kogo tak trudno się do siebie przekonać.
– Mh. – Ruan Nanzhu słuchał w milczeniu, wiedząc, że Lin Qiushi potrzebuje się wygadać.
– Nie sądzę, żebym był dobrym przyjacielem. Kiedy coś mi się stało, nie pomyślałem, żeby mu powiedzieć. Kiedy coś mu się stało, nie pomyślałem, żeby zapytać.
– To nie twoja wina. Nie da się ochronić wszystkich.
Lin Qiushi spojrzał na Ruan Nanzhu.
– A ty? Dasz radę wszystkich ochronić?
– Ja? – Mężczyzna milczał przez chwilę. – Ja też nie mogę ich chronić. – Jego wzrok opadł, a głos się zniżył. – Wszedłem przez dziesiąte drzwi z przyjacielem. Wyszedłem. On nie.
Lin Qiushi pamiętał, jak wyglądał Ruan Nanzhu, kiedy wyszedł ze swoich dziesiątych drzwi – jakby był kompletnie zdruzgotany. Nawet po kilku miesiącach hospitalizacji, nawet po opuszczeniu szpitala długo nie wracał do siebie.
– Ale i tak dobrze sobie radzisz – powiedział Lin Qiushi. – Bez ciebie mógłbym nawet nie przejść przez pierwsze drzwi.
– Czy to nie ja powinienem cię pocieszać? Jak to możliwe, że to ty mnie pocieszasz teraz? – powiedział zirytowany Ruan Nanzhu.
Lin Qiushi nie mógł powstrzymać się od śmiechu.
Nigdy wcześniej nie byli tak emocjonalni, to było po prostu przypadkowe wyznanie. Po przespanej nocy musieli wstać następnego dnia pełni energii, by uporać się ze sprawami za drzwiami. Obaj leżeli w pościeli, najpierw mówił jeden, potem drugi. I tak po prostu zasnęli.
Następny dzień był piękny i słoneczny. Teru teru bozu na korytarzu po raz kolejny zyskał nowy wygląd. Aby mieć pewność, Ruan Nanzhu zdjął go, otworzył i przyjrzał się głowie owiniętej w środku.
To rzeczywiście była Lin Xingping, która zmarła zeszłej nocy. Jej głowa była oddzielona od ciała, a oczy wciąż otwarte, wyglądające na niezaspokojone.
Szkoda tylko, że nawet po śmierci nie wiedziała, jak doszło do tego ulewnego deszczu, nie wspominając już o tym, co zrobili Lin Qiushi i Ruan Nanzhu, przez co nie miała szansy stać się mściwym duchem i mogła jedynie umrzeć niezadowolona.
He Shuangya prawdopodobnie doświadczyła dokładnie tego samego. Wiedziała, że ktoś okrada ją z drzwi, ale nie miała pojęcia, w którą pułapkę wpadła.
– Chodźmy dziś do świątyni – powiedział Ruan Nanzhu. – Jak będzie padać.
– Dobra. – Lin Qiushi skinął głową na znak zgody.
Mężczyzna owinął głowę Lin Xingping białym materiałem i raz jeszcze wyrecytował długą dziecięcą rymowankę.
Po tym znów zaczęło padać. Ruan Nanzhu wyjął z torby parasol z papieru olejowego, otworzył go i z uśmiechem podał Lin Qiushiemu.
– Chodźmy.
Lin Qiushi wziął parasol i zaczęli iść w stronę bambusowego gaju.
1. Fragment wiersza Wędrowałem jak chmura samotna Williama Wordswortha.
Tłumaczenie: Ashi
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Rozdział 18
Rozdział 19
Rozdział 20
Rozdział 21
Rozdział 22
Rozdział 23
Rozdział 24
Rozdział 25
Rozdział 26
Rozdział 27
Rozdział 28
Rozdział 29
Rozdział 30
Rozdział 31
Rozdział 32
Tom II
Rozdział 33
Rozdział 34
Rozdział 35
Rozdział 36
Rozdział 37
Rozdział 38
Rozdział 39
Rozdział 40
Rozdział 41
Rozdział 42
Rozdział 43
Rozdział 44
Rozdział 45
Rozdział 46
Rozdział 47
Rozdział 48
Rozdział 49
Rozdział 50
Rozdział 51
Rozdział 52
Rozdział 53
Tom III
Rozdział 54
Rozdział 55
Rozdział 56
Rozdział 57
Rozdział 58
Rozdział 59
Rozdział 60
Rozdział 61
Rozdział 62
Rozdział 63
Rozdział 64
Rozdział 65
Rozdział 66
Rozdział 67
Rozdział 68
Rozdział 69
Rozdział 70
Rozdział 71
Rozdział 72
Rozdział 73
Rozdział 74
Rozdział 75
Rozdział 76
Rozdział 77
Tom IV
Rozdział 78
Rozdział 79
Rozdział 80
Rozdział 81
Rozdział 82
Rozdział 83
Rozdział 84
Rozdział 85
Rozdział 86
Rozdział 87
Rozdział 88
Rozdział 89
Rozdział 90
Rozdział 91
Rozdział 92
Rozdział 93
Rozdział 94
Rozdział 95
Tom V
Rozdział 96
Rozdział 97
Rozdział 98
Rozdział 99
Rozdział 100
Rozdział 101
Rozdział 102
Rozdział 103
Rozdział 104
Rozdział 105
Rozdział 106
Rozdział 107
Rozdział 108
Rozdział 109
Rozdział 110
Rozdział 111
Rozdział 112
Rozdział 113
Rozdział 114
Rozdział 115
Rozdział 116
Rozdział 117
Rozdział 118
Rozdział 119
Rozdział 120
Rozdział 121
Rozdział 122
Rozdział 123
Rozdział 124
Rozdział 126
Rozdział 126
Tom VI
Rozdział 127
Rozdział 128
Rozdział 129
Rozdział 130
Rozdział 131
Rozdział 132
Rozdział 133
Rozdział 134
Rozdział 135
Rozdział 136
Rozdział 137
Rozdział 138
Ekstra 1
Ekstra 2
Ekstra 3
Ekstra 4
Ekstra 5
Ekstra 6
Ekstra 7
Ekstra 8
Ekstra 9
Ekstra 10