Kaleidoscope of Death

Rozdział 131 – Duchy18 min. lektury

Za drzwiami windy znajdował się mroczny korytarz, który niczym nie różnił się od normalnej klatki. Mimo to w powietrzu unosił się słaby, ale dobrze rozpoznawalny zapach krwi. Przypominał on Lin Qiushiemu, że sprawy nie są tak proste, jak się wydawało.

Zrobił krok naprzód, chcąc jak najszybciej stamtąd wyjść. Jednak tuż za rogiem zobaczył przed sobą trzy identyczne dziewczynki w sukienkach.

Stały wokół ogromnego tortu urodzinowego, w który wbito gęstwiny białych świeczek. Tort zdawał się być na skraju roztopienia, a czerwony płyn, który z niego kapał, był właśnie źródłem zapachu, który czuł. Co gorsza, na wierzchu znajdowała się odcięta głowa kobiety. Jej oczy pozostały otwarte, obserwując Lin Qiushiego i nie godząc się na swój los – głowa nawet mrugnęła do niego okiem.

Obraz był groteskowy i przerażający. Widząc to, Lin Qiushi przypomniał sobie drzwi ze wskazówką Ptak-straszydło. Bez wątpienia to były trojaczki, które spotkał kiedyś za drzwiami…

Stały w wejściu, odwracając głowy w jego stronę. Na ich twarzach pojawiły się sztywne uśmiechy, a z ich ust wydobyła się krótka piosenka urodzinowa. Jedna z dziewczynek powoli uniosła rękę, wskazała na czubek jego głowy i powiedziała:

Braciszku, czy nie zjesz z nami ciasta?

Słysząc jej pytanie, Lin Qiushi nie odważył się odpowiedzieć. Odwrócił się i ruszył w stronę innego wyjścia. Dobrze, że trojaczki tylko patrzyły, jak odchodzi, nie mając zamiaru go ścigać.

Lin Qiushi pobiegł szybko. Dotarcie do drzwi zajęło mu chwilę, ale gdy już miał wyjść, przypomniał sobie, co zrobiła jedna z trojaczków – wskazała na czubek jego głowy. Co oznaczał ten gest? Czy coś mogło być na suficie?

Szczerze mówiąc, w takich okolicznościach nikt nie byłby zadowolony z patrzenia w sufit. Mimo to Lin Qiushi wyciągnął komórkę, włączył latarkę i powoli spojrzał w górę, kierując strumień światła w stronę sufitu. Poruszał się powoli, gotowy do ucieczki w każdej chwili, ale odetchnął z ulgą, widząc całkowicie pustą połać bieli. Nic nad nim nie było…

Widząc to, schował telefon, westchnął i skierował się ku wyjściu z budynku. Jednak tuż przed wyjściem z holu, nagle poczuł trudne do opisania słowami uczucie niebezpieczeństwa. Lin Qiushi instynktownie cofnął się o krok. I właśnie w tym momencie ciało spadło z góry, uderzając o ziemię nieopodal jego stóp. Było oczywiste, że gdyby się nie cofnął, to byłoby po nim.

Ciało spadło z góry, połamało się i rozbryzgnęło na boki. Czaszka wyglądała jak arbuz, który został rzucony o ziemię. Sądząc po przedmiocie trzymanym przez trupa w dłoni, był to ten sam człowiek, który rozwalił mu drzwi siekierą. Lin Qiushi nie wiedział, dlaczego spadł.

Ominął zwłoki, szybko wychodząc z bloku. Przeszedł przez żwirową ścieżkę i rzucił okiem na okno swojego mieszkania. Tam zobaczył skuloną ludzką postać powoli schodzącą z góry, nie zważając na grawitację. W słabym świetle dochodzącym z korytarzy Lin Qiushi ledwo rozpoznał, kim była ta osoba… to była Wang Xiaoyi, której czaszka została rozłupana na pół. Kobieta powoli zsunęła się ze ściany, prosto tam, gdzie leżały zwłoki Cheng Wena, zanurzając twarz w jego ciele i zaczynając żuć, niczym zwierzę, które wyczuło świeży posiłek.

Lin Qiushi rzucił tylko jedno spojrzenie, zanim się odwrócił. Być może to od upału, a może od intensywności wydarzeń, ale całe jego ciało było spocone. Pot spływał mu po brodzie, gdy szedł przez osiedle, chłonąc otoczenie. Przez chwilę poczuł się oszołomiony. Czuł, że nie ma tu bezpiecznego miejsca, a z każdego zacienionego kąta mógł wyłonić się potwór.

Skierował się do wyjścia z osiedla i ku swojemu zaskoczeniu zobaczył dwie osoby stojące nieopodal bramy. Lin Qiushi zobaczył ich twarze, a nawet wyraźnie pamiętał ich imiona – Xiong Qi, Xiao Ke. To były dwie z osób, które spotkał już za pierwszymi drzwiami.

Xiong Qi i Xiao Ke również go zauważyli, machając do niego z daleka i wołając:

Szybko, chodź tutaj!

Kroki Lin Qiushiego były niepewne. Nie mógł być pewien, czy te dwie osoby, które się tu pojawiły, były duchami, czy nie.

Baijie kazała nam po ciebie przyjechać – zawołał Xiao Ke. – Tutaj jest zbyt niebezpiecznie. Kazała nam cię do niej zabrać…

Lin Qiushi zaczął marszczyć brwi. Obejrzał się za siebie, ale Wang Xiaoyi i Cheng Wen zniknęli w mroku nocy. Ciemne, czarne bloki mieszkalne wciąż jednak emanowały silnym niepokojem. Lin Qiushi podszedł bliżej, ale wciąż zachowywał dystans

Baijie was po mnie przysłała? – zapytał Lin Qiushi Xiao Ke.

Tak – przytaknęła kobieta. – Nie chciała, żeby ci się coś stało, więc wysłała nas specjalnie.

Gdzie ona teraz jest?

Ona? Jest w domu i czeka, aż wrócimy – odpowiedziała Xiao Ke. – Wsiadaj. Wyjaśnimy ci wszystko w samochodzie. – Potem otworzyła drzwi samochodu i gestem wskazała, żeby szybko wsiadał.

Lin Qiushi podszedł do drzwi samochodu i zajrzał do środka.

Xiao Ke wciąż go poganiała z tyłu i wydawała się bardzo spieszyć. Lin Qiushi jednak coś zauważył i jego stopa, uniesiona w połowie drogi do wejścia do samochodu, nagle się zatrzymała.

Co się z tobą dzieje? – zapytała Xiao Ke. – To coś nadchodzi, przestań tracić czas.

Jeśli naprawdę przyszliście na prośbę Baijie, to musicie znać jej prawdziwe imię? – Lin Qiushi cofnął stopę. Z oczami wbitymi w ziemię, powoli zaczął się cofać.

Xiao Ke zmarszczyła brwi.

Znam jej prawdziwe imię, ale nie mogę go tu wypowiedzieć. Ktoś inny je usłyszy. Pospiesz się już… – Jednak kiedy zobaczyła nieruchomego Lin Qiushiego, jej głos stawał się coraz bardziej gniewny, aż w końcu ryknęła: – Mówię ci, żebyś wsiadał! Nie zostało dużo czasu!

Gdy tylko to zobaczył, odwrócił się i uciekł, ignorując krzyki Xiao Ke i Xiong Qiego. Dziewczyna mogła tylko patrzeć, jak Lin Qiushi odchodzi, a z jej ust wydobył się ostry pisk. Gdy tylko skręcił za róg, na drugim końcu ulicy pojawił się wielki cień.

To była gigantyczna kobieta. Jej sylwetka była dziwna, a w dłoniach trzymała długi topór. Powoli zbliżała się do Xiao Ke i Xiong Qiego.

Wyglądali na pogrążonych w przerażeniu i rozpaczy. Pospiesznie wsiedli do samochodu, próbując go uruchomić i odjechać, ale w tym momencie samochód zamienił się w papierową masę. Siedząc w środku, oczywiście nie mogli wysiąść.

Kobieta podeszła do nich i uniosła topór wysoko nad głowę. Następnie opuściła go, rozłupując Xiao Ke na pół. Następnie padło na Xiong Qiego. Oboje byli przecięci w pasach, a z ich ust wydobywały się przeraźliwe jęki. Jednak nie umierali. Kontynuowali walkę na ziemi.

Lin Qiushi schował się w kącie i obserwował to wszystko. Zakrył usta dłonią, bojąc się, że dźwięk jego oddechu będzie zbyt głośny i przyciągnie uwagę gigantycznej kobiety. Ten potwór uformował się z religijnej statuy w starej świątyni, w pierwszych drzwiach Lin Qiushiego. Po zabiciu tych dwojga rozejrzała się dookoła. Nie mogąc jednak go dostrzec, wzięła topór i odeszła.

Przedzieleni na pół nie umarli. Leżeli na asfaltowej drodze, lamentując. Xiao Ke rzucała najzjadliwszymi przekleństwami najwyraźniej skierowanymi w stronę Lin Qiushiego.

Lin Qiushi nie wiedział, co stało się z tą parą za drzwiami po jego wyjściu, ale jak teraz o tym myślał, to raczej nie byli dobroczyńcami. Wydawali się raczej weteranami, którzy zbliżają się do nowicjuszy z ukrytymi motywami. Na szczęście Lin Qiushi spotkał Ruan Nanzhu i udało mu się tego uniknąć. Co do ich losu, nie znał szczegółów…

Powodem, dla którego odkrył, że coś jest nie tak z Xiao Ke, było to, że widział tylko swój cień. Stali pod tą samą latarnią, co on, ale nie rzucali żadnego cienia. To właśnie dało mu sygnał do ucieczki, dzięki czemu zdołał uniknąć całej tej tragedii.

Właśnie w tym momencie Lin Qiushi lepiej zrozumiał, co oznaczało hasło „Brak rozwiązania”. Drzwi naprawdę nie miały rozwiązania. Ścieżka do życia mogła być najdrobniejszym szczegółem, a jednak to był sposób na przetrwanie. Oczywiście, to, czy uda im się go odkryć, zależało od ich własnego szczęścia.

Lin Qiushi stał w miejscu, nie wiedząc, dokąd iść. Wiedział jednak, że powinien się ruszyć, bo piosenka urodzinowa stawała się coraz głośniejsza i wyraźniejsza, szybko zbliżając się do niego.

Wstał więc i ostrożnie wybiegł z kryjówki. Obejrzał się i rzeczywiście zobaczył trojaczki pchające ciasto i zmierzające w jego stronę. Głowa leżąca na wierzchu tortu zatoczyła powolny krąg i posłała mu nienawistne spojrzenie.

Jednak był już przyzwyczajony do takiego spojrzenia. Odwzajemnił je beznamiętnie, a nawet z lekką nutą pogardy.

Mimo to trojaczki zaczęły chichotać. Stanęły nieopodal i patrzyły, jak Lin Qiushi ponownie znika w ciemnościach na drugim końcu ulicy. Wspinając się na palce, przytuliły głowę ze szczytu tortu i pocałowały ją, radośnie wołając: „mama, mama, mama”.

Szedł po asfalcie, a drogę oświetlało jedynie słabe światło latarni ulicznych. Otaczające go, normalnie tętniące życiem sklepy były zamknięte. Czuł się, jakby znalazł się w zupełnie innym świecie, w którym istniały tylko śmierć i groza.

Długo wpatrywał się w telefon. Chciał zadzwonić do Ruan Nanzhu i zapytać, jak się czuje, ale jednocześnie martwił się, że znajduje się w krytycznej sytuacji i przez niego mógłby stracić życie. Po chwili namysłu wysłał mu wiadomość.

Minęło trochę czasu, zanim druga strona odpowiedziała: Bawię się w chowanego z czymś dziwnym.

Choć jego słowa były nonszalanckie, łatwo było odczytać śmiercionośną intencję między wierszami. Lin Qiushi zaśmiał się boleśnie.

Zabawa w chowanego? Które to drzwi?

Ruan Nanzhu: Drugie.

Lin Qiushi: Jaką miałeś wskazówkę?

Ruan Nanzhu: Wskazówka brzmiała… zabawa w chowanego.

Kilka prostych słów sprawiło, że zimny pot ponownie oblał mu plecy. Zaczął się nawet denerwować. Tak bardzo chciał natychmiast stanąć u boku Ruan Nanzhu i doświadczyć wszystkiego razem z nim! Trudno było jednak zrealizować taki zamiar w takiej chwili. Lin Qiushi spojrzał na zegarek i zobaczył, że jest druga w nocy – do świtu pozostały jeszcze trzy do czterech godzin.

Nadchodzi. Muszę iść, kochanie, kocham cię – to był ostatni sms, jaki Ruan Nanzhu wysłał tej nocy.

Czytając tę wiadomość, Lin Qiushiego poczuł, jak jego serce przepełnił niepokój. Nie wiedział jednak, gdzie jest Ruan Nanzhu ani przez co przechodzi. Był całkowicie bezradny i nie mógł nic zrobić.

Szedł dalej. Wydawało się, że droga się nie kończy, aż do momentu, gdy dotarł do skrzyżowania. Z daleka dostrzegł osobę kucającą na środku. Stała do niego tyłem z opuszczoną głową, wypełniając czymś rozpalony piec.

Kiedy Lin Qiushi ją zobaczył, nie odważył się podejść zbyt blisko. Obserwując ją z daleka, odkrył, że paliła papierowe pieniądze za zmarłych.

Cienki papier, spalony na popiół, wznosił się spiralnie w górę ku atramentowemu nocnemu niebu. Przygotowując się do drzwi, Lin Qiushi poznał wiele ludowych podań i legend. Wiedział, że spalone na popiół papierowe pieniądze, mogły mieć różne znaczenie. Na przykład, jeśli dym utworzył spiralę, to docierały do ludzi z piekieł.

Gdy niepewnie obserwował tę scenę i rozważał, czy zawrócić, usłyszał za sobą przerażające kroki.

Obejrzał się, w mroku nocy dostrzegając nadchodzącą z drugiego końca drogi gigantyczną postać. Była podświetlona od tyłu i choć nie można jej było wyraźnie dostrzec, sądząc po sylwetce, była to kobieta, która wcześniej przecięła jego byłych znajomych na pół.

Okolica była pusta i nie miał się za czym schować. Nie mając innego wyjścia, Lin Qiushi mógł tylko iść naprzód, trzymając się ściany i próbując przejść przez skrzyżowanie.

Idąc, uważnie obserwował staruszka palącego kadzidło na środku drogi. Prawdopodobnie widział tę osobę już wcześniej, ale minęło tyle czasu, że nie pamiętał zbyt dokładnie.

Gdy miał już przejść przez skrzyżowanie, zobaczył, jak starzec wsadza rękę w płonący żar. Jego ciało natychmiast zaczęło się zwęglać. Lin Qiushi jednak usłyszał ciche słowa, które wypowiadał.

Umarli, umarli… tylko umarli mogą uciec – mruknął, a chwilę później całe jego ciało zamieniło się w zwęglone zwłoki.

Podążający za nim potwór zdawał się wyczuć dziwny zapach i przyspieszył kroku. Był ogromny i czasami ostrze topora, który trzymał w ręku, zahaczało o ziemię, więc co chwila słychać było odgłos metalu ocierającego się o kamień.

Lin Qiushi nie odważył się tu dłużej zatrzymywać, pędząc przed siebie z pełną prędkością. Biegnąc, nie zapominał o obserwowaniu otoczenia i w ten sposób odkrył, że coś się wokół niego zmienia.

Na drzwiach sklepów pojawiły się białe lampiony i wieńce z kwiatów, zupełnie jak na nabożeństwie żałobnym. Tym, co zatrzymało kroki Lin Qiushiego, była czarna trumna postawiona na poboczu drogi. Pojawiła się nagle, leżąc prosto i schludnie na chodniku.

Potwór najwyraźniej wyczuł jego obecność i rzucił się ku niemu. Gdyby kontynuował z tą samą prędkością, Lin Qiushi zostałaby doścignięty w ciągu kilku minut.

Dysząc, wpatrywał się w czarną trumnę przed sobą. W jego głowie zrodził się szalony pomysł. Wiedział, że nie ma czasu na wahanie, więc podszedł prosto do trumny i z całej siły otworzył wieko.

Myślał, że będzie pusta. Dopiero po jej otwarciu odkrył, że w środku znajdują się zwłoki. O dziwo, wydawały mu się znajome, jakby już je gdzieś widział – ale Lin Qiushi nie przejmował się tym zbytnio. Zacisnął zęby i wpełzł do środka, zamykając wieko.

Bam, bam, bam.

Przez trumnę Lin Qiushi słyszała, jak kroki potwora zbliżają się coraz bardziej, aż w końcu zatrzymały się gdzieś w pobliżu. Nos wielkiej kobiety drgał, gdy próbowała wywęszyć w powietrzu, w którą stronę odeszła jej ofiara.

Miał wrażenie, że poczuła jakiś zapach, który przerwał jej poszukiwania. Z cichym, dziwnym okrzykiem odeszła, a jej kroki ucichły w oddali.

Lin Qiushi leżał w trumnie, z niemal zastygłym wyrazem twarzy. Wydawało się, że trup był dość świeży, bo ciało było wciąż miękkie, a nawet niosło ze sobą resztki ciepła. Lin Qiushi w duchu skandował „przepraszam, przepraszam”, czekając, aż dźwięki na zewnątrz ucichną.

Gdy już miał podnieść wieko trumny, poczuł, że ktoś nagle chwycił go za ramię. Lin Qiushi prawie krzyknął, ale wtedy inna ręka zakryła mu usta, uciszając go.

Jeszcze nie odeszła.

Trup rzeczywiście przemówił. Choć mówił cicho, oczy Lin Qiushiego i tak rozszerzyły się, gdy usłyszał ten głos – znał jego brzmienie aż za dobrze, to był Li Dongyuan!

Wnętrze trumny było zbyt ciemne i nic nie widział. Był mocno trzymany przez zwłoki, które wypowiadały się dokładnie jak Li Dongyuan, a jego serce biło tak mocno, że miał wrażenie, że zaraz wyskoczy mu z gardła.

Jeszcze nie odeszła – powtórzyła ta osoba. Lin Qiushi tym razem zrozumiał, że nie powinien się wyrywać.

Cisza trwała jeszcze jakieś dziesięć minut, aż usłyszał wściekły ryk kobiety. Miał wrażenie, że rozległ się tuż zza cienkiego wieka, więc było oczywiste, że to coś jest blisko – jakby było praktycznie tuż obok. Gdyby Lin Qiushi wyszedł z trumny wcześniej, prawdopodobnie zostałby poćwiartowany, tak jak wcześniej Xiong Qi i Xiao Ke.

Głos kobiety stawał się coraz bardziej odległy. Ciało trzymające go od tyłu również go puściło, a Lin Qiushi otworzył wieko trumny. W końcu zobaczył twarz osoby leżącej obok niego – to był właśnie ten Li Dongyuan, który powinien już nie żyć.

Kopę lat. – Kąciki oczu Li Dongyuana powędrowały w górę, gdy uśmiechnął się do niego.

Lin Qiushi wpatrywał się w niego intensywnie, jakby chciał samą siłą woli zmienić jego rysy twarzy.

Czemu tak na mnie patrzysz? – Li Dongyuan również usiadł w trumnie i poprawił włosy. – Właśnie cię uratowałem, wiesz? Nie zamierzasz mi podziękować?

Ty przecież…

Nie żyję. – Chociaż Lin Qiushi nie dokończył, Li Dongyuan już domyślił się, co chciał powiedzieć, i zaśmiał się serdecznie. – Nie żyję.

Lin Qiushi patrzył na niego z powątpiewaniem, ale umarły po prostu chwycił go za rękę i przycisnął ją do piersi. Rzeczywiście, panowała tam cisza, nie czuć było bicia serca.

Naprawdę nie żyjesz? – Lin Qiushi otarł twarz dłonią. – To dlaczego tu jesteś? Co to w ogóle za miejsce?

Choć Li Dongyuan słyszał pytania Lin Qiushiego, tylko się uśmiechnął, nie odpowiadając. Wskazał palcem nad głową i powiedział:

Do świtu jeszcze trochę czasu. Chcesz się trochę przespać?

Gdzie niby? W trumnie?

Spanie w trumnie jest bezpieczniejsze niż całe twoje bieganie.

Lin Qiushi chciał coś jeszcze powiedzieć, ale znów usłyszał odgłos kroków. Tym razem, bez pomocy Li Dongyuana, sam zamknął wieko.

W ciemności ich spojrzenia się spotkały. Lin Qiushi miał zbyt wiele pytań, które chciał zadać. Chciał zapytać o sytuację, w jakiej się znaleźli, ale Li Dongyuan nie wydawał się chętny do odpowiedzi na żadne z tych pytań.

Wiem, o co chcesz zapytać – powiedział Li Dongyuan. – Ale nie mogę ci udzielić odpowiedzi, bo sam tak naprawdę nie rozumiem.

Czy pamiętasz swoją śmierć? – zapytał Lin Qiushi.

Oczywiście, że tak – powiedział Li Dongyuan. – Pamiętam nawet, jak wyskoczyłem z budynku. – W jego głosie pobrzmiewała nuta samotności. – Ale kto wie, jak się czuje ta dziewczyna.

Zhuang Rujiao? – zapytał Lin Qiushi. – Świetnie jej idzie. Przejęła od ciebie Białego Jelenia.

Po chwili ciszy Li Dongyuan roześmiał się gorzko.

Jak to możliwe?

Obserwowanie, jak dorasta młoda dziewczyna pozostająca pod jego opieką, nie było wcale radosnym doświadczeniem, ponieważ rozwój wiązał się nieuchronnie z bolesną ceną.

Znów ucichli. Lin Qiushi wpatrywał się w wieko trumny nad swoją głową, nie mogąc oderwać od niego wzroku. Nie odważył się powiedzieć zbyt wiele, bo ta istota wciąż krążyła wokół.

Czas upływał sekundami, minutami. Była prawie piąta i świt zdawał się nieunikniony. Lin Qiushiego ogarnęła senność. Chciał zachować przytomność, ale nigdy nie czuł tak silnej potrzeby snu.

Śpij – rozległ się głos Li Dongyuana. – Do zobaczenia jutro wieczorem.

Lin Qiushi zamknął oczy i zapadł w głęboki sen.

Kiedy się obudził, niebo było już jasne. Wstał i zobaczył, że leży we własnym łóżku, a Kasztan na poduszce obok niego, obserwując go grzecznie.

Nie było żadnych potworów ani krwi. Drzwi od mieszkania też były w idealnym stanie. Wszystko, co wydarzyło się poprzedniej nocy, było niczym dziwny koszmar. Lin Qiushi głęboko odetchnął, sięgnął po telefon i ponownie wybrał numer.

Po kilku sekundach oczekiwania po drugiej stronie rozległ się zupełnie niespodziewany dźwięk. Numer telefonu, z którym udało mu się połączyć w nocy, znów został odłączony. Przejrzał wiadomości i również nie znalazł ich wczorajszej rozmowy.

Dobrze – powiedział do siebie Lin Qiushi. – Do zobaczenia wieczorem.

Tłumaczenie: Ashi

Tom I Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Rozdział 18
Rozdział 19
Rozdział 20
Rozdział 21
Rozdział 22
Rozdział 23
Rozdział 24
Rozdział 25
Rozdział 26
Rozdział 27
Rozdział 28
Rozdział 29
Rozdział 30
Rozdział 31
Rozdział 32

Tom II
Rozdział 33
Rozdział 34
Rozdział 35
Rozdział 36
Rozdział 37
Rozdział 38
Rozdział 39
Rozdział 40
Rozdział 41
Rozdział 42
Rozdział 43
Rozdział 44
Rozdział 45
Rozdział 46
Rozdział 47
Rozdział 48
Rozdział 49
Rozdział 50
Rozdział 51
Rozdział 52
Rozdział 53

Tom III
Rozdział 54
Rozdział 55
Rozdział 56
Rozdział 57
Rozdział 58
Rozdział 59
Rozdział 60
Rozdział 61
Rozdział 62
Rozdział 63
Rozdział 64
Rozdział 65
Rozdział 66
Rozdział 67
Rozdział 68
Rozdział 69
Rozdział 70
Rozdział 71
Rozdział 72
Rozdział 73
Rozdział 74
Rozdział 75
Rozdział 76
Rozdział 77

Tom IV
Rozdział 78
Rozdział 79
Rozdział 80
Rozdział 81
Rozdział 82
Rozdział 83
Rozdział 84
Rozdział 85
Rozdział 86
Rozdział 87
Rozdział 88
Rozdział 89
Rozdział 90
Rozdział 91
Rozdział 92
Rozdział 93
Rozdział 94
Rozdział 95

Tom V
Rozdział 96
Rozdział 97
Rozdział 98
Rozdział 99
Rozdział 100
Rozdział 101
Rozdział 102
Rozdział 103
Rozdział 104
Rozdział 105
Rozdział 106
Rozdział 107
Rozdział 108
Rozdział 109
Rozdział 110
Rozdział 111
Rozdział 112
Rozdział 113
Rozdział 114
Rozdział 115
Rozdział 116
Rozdział 117
Rozdział 118
Rozdział 119
Rozdział 120
Rozdział 121
Rozdział 122
Rozdział 123
Rozdział 124
Rozdział 126
Rozdział 126

Tom VI
Rozdział 127
Rozdział 128
Rozdział 129
Rozdział 130
Rozdział 131
Rozdział 132
Rozdział 133
Rozdział 134
Rozdział 135
Rozdział 136
Rozdział 137
Rozdział 138
Ekstra 1
Ekstra 2
Ekstra 3
Ekstra 4
Ekstra 5
Ekstra 6
Ekstra 7
Ekstra 8
Ekstra 9
Ekstra 10

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

:błeee:  :płaku:  :WeiMądruś:  :zonk:  :NieNie: 
:AAAA:  :ależeco:  :blabla:  :ugh:  :cooo: 
:ekscytacja:  :facepalm:  :patriarcha:  :muahaha:  :złamaneserce: 
:szok:  :przestań:  :zachwyt:  :zachwyt2: