Po wielu długich nocach Lin Qiushi i Ruan Nanzhu nadal nie poczynili postępów w zdobyciu klucza.
Jednocześnie jednak odkryli, że wieczory stają się coraz krótsze. Najpierw trwały sześć godzin, potem pięć, potem cztery… Ta zmiana nie była początkowo oczywista, ale z czasem stawała się coraz bardziej widoczna. Przeszukali całą szkołę, odwiedzając nawet niektóre z bardziej osobliwych miejsc, ale wszystkie wskazówki dotyczące klucza zdawały się zaginąć i nie mogli znaleźć żadnego tropu.
Gdyby mieli brać przykład z poprzednich drzwi, to skracające się noce byłyby ukrytym limitem czasowym. Jeśli nie znajdą klucza, czy zostaną tu po prostu uwięzieni? To było to, czego Lin Qiushi obawiał się najbardziej – rozłąki z Ruan Nanzhu i tego, że już nigdy się nie zobaczą.
To samo dotyczyło Ruan Nanzhu, ale wszystkie ich wysiłki praktycznie nic nie dały. Poza ciągłym pojawianiem się duchów, ich wieczory nie miały żadnych innych zasad. Pojawiające się potwory i demony również się zmieniały, a oni byli coraz bardziej zaniepokojeni coraz krótszymi nocami.
– Dziś widzieliśmy tylko trzy potwory. – Tego dnia, o świcie, Ruan Nanzhu miał w ustach cukierka i analizował sytuację. – Częstotliwość ich pojawiania się spada, a wraz z nią poziom trudności.
Kilka dni temu liczba potworów osiągnęła apogeum. Tej nocy odnieśli poważne obrażenia, a Lin Qiushi omal nie stracił życia. Jednak od tego dnia ich ilość gwałtownie spadła. Początkowo myślał, że to drzwi okazują litość, ale dzięki analizie Ruan Nanzhu zdali sobie sprawę, że widzieli już istoty ze wszystkich swoich drzwi. W tym momencie zaczęły pojawiać się duchy z drzwi, w których trenowali przed jedenastymi.
– Czy to dobrze? – zapytał Lin Qiushi, obserwując Ruan Nanzhu. – Czy to dobrze?
Powinno być dobrze. Potworów było coraz mniej, co oznaczało, że zagrożenie również malało. Mimo to Lin Qiushi nie potrafił się zmusić do szczęścia.
– Nie wiem. – Ton Ruan Nanzhu był nieco przygnębiony. – Nie jestem też pewny, czy te drzwi w ogóle mają klucz. Może „Brak rozwiązania” z podpowiedzi, którą dostaliśmy, ma jakieś głębsze znaczenie, którego nie rozumiemy?
Tylko nie mieli pojęcia, co to może znaczyć.
Lin Qiushi i Ruan Nanzhu się objęli. Świt, który powinien symbolizować nadzieję, stał się ciężki.
Znów prawie nastał ranek i musieli się rozstać. W obliczu coraz krótszych nocy Lin Qiushi zaczął się martwić, że nie zobaczą się następnego wieczoru.
Ruan Nanzhu również wyraźnie się martwił, choć nic o tym nie powiedział. Ścisnął tylko mocno Lin Qiushiego. Przytulili się do siebie, a ich cienie zlały się w jeden na ziemi.
Zza horyzontu wychynęły promienie słońca. Lin Qiushi próbował oprzeć się tej przemożnej senności, ale ostatecznie mu się nie udało. Zasnął głęboko, a oddech Ruan Nanzhu również się wyrównał.
W miarę jak ich wieczory stawały się coraz spokojniejsze, dni stawały się coraz trudniejsze do zniesienia. Po przebudzeniu Lin Qiushi wstał z łóżka i długo siedział w milczeniu przy oknie. Potem podszedł do biurka i zaczął skrupulatnie coś zapisywać.
Nagle ktoś zapukał do drzwi. Lin Qiushi poszedł otworzyć i zobaczył po drugiej stronie Wu Qiego niosącego jedzenie i piwo.
– Wszystko w porządku, Qiushi? – Wu Qi obserwował go z niepokojem. – Nie widziałem cię od ponad miesiąca i nie odbierasz telefonu.
– Nic mi nie jest – powiedział Lin Qiushi. – Jestem po prostu czymś zajęty.
Wu Qi wszedł i zobaczył otwarty notatnik na stole.
– Co piszesz? – zapytał dziwnie.
– Po prostu zapisuje rzeczy – odpowiedział Lin Qiushi. Prawda była taka, że chciał zapisać wszystko, czego on i Ruan Nanzhu doświadczyli… bał się, że pewnego dnia o tym zapomni.
Podobnie jak Ruan Nanzhu zapomniał o swoim starszym koledze.
Lin Qiushi szybko sprzątnął ze stołu, a Wu Qi postawił jedzenie. Zmartwiony obserwował Lin Qiushiego
– Siedzisz w domu już ponad miesiąc. Co się, do cholery, stało? Nie możesz mi powiedzieć? Martwię się o ciebie.
– Nic się nie stało.
Wu Qi nie mógł nic zrobić, jeśli Lin Qiushi nie chciał o tym rozmawiać, więc westchnął i powiedział, żeby nie dał się nabrać na żadną piramidę finansową ani nic takiego, że organizacje te z biegiem lat stają się coraz sprytniejsze i że jeśli coś się dzieje, to naprawdę powinien komuś o tym powiedzieć…
Lin Qiushi słuchał narzekań kolegi i wcale się tym nie przejmował. Wręcz przeciwnie, w jego sercu pojawiła się nostalgia. W świecie rzeczywistym, po śmierci Wu Qiego, od bardzo dawna nie spotkał nikogo, kto by się o niego troszczył w taki sposób.
Gdy mężczyzna mówił, Lin Qiushi pił. Atmosfera między nimi była harmonijna.
Około dziewiątej wieczorem przyjaciel odszedł. Lin Qiushi obserwował go i westchnął lekko. Prawda była taka, że gdyby nie miał Ruan Nanzhu, pozostanie na tym świecie nie wydawałoby się aż tak złe. Jednak skoro miał Ruan Nanzhu, Lin Qiushi nie pragnął niczego bardziej, niż opuścić te drzwi. Gdy wybiła godzina dwunasta, Lin Qiushi nie mógł się doczekać, aż znów się spotkają.
Tym razem jednak szkoła nie kryła żadnych duchów, tylko pusty kampus pogrążony w ciemności. Głośny śpiew owadów towarzyszył im przez cały czas i na pierwszy rzut oka wyglądało to zupełnie jak zwykła szkoła.
– Widziałem mojego przyjaciela – odezwał się Ruan Nanzhu, idący ręka w rękę z Lin Qiushim po szkolnym dziedzińcu. – No wiesz, tego, który zginął w prawdziwym świecie.
– Byliście blisko? – zapytał Lin Qiushi.
– Mhm – powiedział Ruan Nanzhu. – Dorastaliśmy razem, ale zginął w wypadku samochodowym przed moimi pierwszymi drzwiami.
Lin Qiushi natychmiast pomyślał o Wu Qim.
– Nie sądziłem, że zobaczę go na tym świecie. On wciąż żyje… i ma się dobrze.
Lin Qiushi milczał. Jego głos był nieco ochrypły, gdy w końcu wypowiedział na głos najgłębszy lęk w swoim sercu:
– Nanzhu, czy to możliwe, że te drzwi w ogóle nie mają klucza?
Ruan Nanzhu przestał oddychać.
– Czy naprawdę istnieją dwunaste drzwi? – zapytał Lin Qiushi. – Czy naprawdę możemy stąd wyjść?
Dłoń, która trzymała jego własną, zacisnęła się mocniej.
– Nasza wskazówka to „Brak rozwiązania”. Co to, u licha, znaczy?
Początkowo myśleli, że to próba, ale po odkryciu, że bez względu na to, co zrobią, nie znajdą żadnych wskazówek dotyczących klucza, wpadli na inną, o wiele bardziej przerażającą możliwość. Brak rozwiązania… a co, jeśli chodziło o istnienie klucza?
To były drzwi bez klucza. Nigdy nie będą mogli wyjść.
Ruan Nanzhu również pomyślał o tym samym, co Lin Qiushi, i gdy spojrzał na swojego ukochanego, w jego ciemnych oczach pojawił się cień melancholii.
– Ciągle myślę o tym twoim seniorze. – W tak spokojny wieczór Lin Qiushi powinien się cieszyć, ale po prostu nie potrafił się uśmiechnąć. Bez uciekania przed duchami mieli więcej czasu na rozmyślanie o przyszłości, ale im więcej myśleli, tym bardziej ogarniała ich rozpacz. – Wszyscy o nim zapomnieli. Czy my też zapomnimy o sobie nawzajem?
Na słowa Lin Qiushiego Ruan Nanzhu nagle wpadł w złość.
– Nie zapomnę o tobie! – warknął.
Wstał i niczym uwięzione zwierzę zaczął krążyć w kółko.
– Klucz musi być gdzieś ukryty, tylko jeszcze go nie znaleźliśmy. Musimy trochę bardziej się postarać…
Lin Qiushi wyciągnął rękę i objął go. Pocałował w policzek.
– Dobrze. Będziemy szukać dalej.
Krzewy, drzewa, każdy budynek. Nawet w stawie – przeszukiwali każdy zakątek szkoły, aż słońce znów wzeszło.
Tego dnia noc trwała tylko dwie godziny. Kiedy ogarnęła ich senność, Ruan Nanzhu chwycił Lin Qiushiego, bliski załamania nerwowego. Ich przepowiednia się sprawdziła. Wieczory stawały się coraz krótsze, aż w końcu noce mogły zniknąć całkowicie. A kiedy już znikną, nigdy więcej się nie zobaczą.
– Nie, nie idę spać. – Ruan Nanzhu prawie nie mógł już utrzymać oczu otwartych, ale wciąż się nie poddawał. Próbował uszczypnąć się w ramię, żeby nie zasnąć, ale wszystko na próżno. Zasnął.
Wzrok Lin Qiushiego utkwiony był w jego śpiącej twarzy, a jego ramiona odmawiały posłuszeństwa. Przerażająca senność przenikała jego umysł, aż w końcu i on został zmuszony do snu.
Następnego ranka był słoneczny dzień.
Lin Qiushi wstał z łóżka i zaczął pisać przy biurku. Notatnik przed nim był niemal zapełniony gęsto zapisanymi słowami. Było w nim wszystko, od spotkania z Ruan Nanzhu po każdego jego słowo. Kasztan zamiauczał u jego boku, po czym wskoczył mu na kolana. Dał Lin Qiushiemu ciepło swojego ciała, ale gdy ten wpatrywał się w notatnik przed sobą, poczuł nagłą falę ogromnego, nieopisanego bólu.
Chciał tylko umrzeć razem z Ruan Nanzhu. Nie sądził, że spełnienie tego ostatniego życzenia będzie tak trudne.
W notatniku był każdy, najmniejszy szczegół, który ich dotyczył, ale jeśli naprawdę by zapomniał, to jakie znaczenie miały te wszystkie drobiazgi? Lin Qiushi ukrył twarz w dłoniach.
Kolejna noc. Tym razem mieli tylko godzinę.
Wydawało się, że to już ostatnie odliczanie, a drzwi dawały im szansę na ostatnie pożegnanie.
– Klucz musi istnieć! – Ruan Nanzhu chwycił go za rękę. – Nie możemy się poddać, musimy stąd wyjść… Qiushi, nawet jeśli noce znikną, nie poddawajmy się? Proszę!
– Oczywiście.
Irytacja Ruan Nanzhu osiągnęła punkt kulminacyjny – po raz pierwszy aż tak stracił nad sobą kontrolę.
– Nie chcę, żebyśmy byli rozdzieleni, nie chcę, żebyśmy byli rozdzieleni, Qiushi…
Lin Qiushi go obserwował, po czym podszedł, by dać mu pocieszający pocałunek, aż Ruan Nanzhu w końcu się uspokoił. Uśmiechnął się i pogłaskał jego policzek kciukiem.
– Aj, nie mogę tego zrobić. Wyglądasz tak młodo, że czuję się, jakbym popełniał przestępstwo.
Ruan Nanzhu nie mógł się śmiać. Wydawało mu się, że w jego oczach pływa płynne światło, ale po bliższym przyjrzeniu się, wcale nie przypominało wody. Wyglądało raczej jak zamarznięty lód.
– Nie poddam się. Zdecydowanie będę dalej szukał klucza – powiedział Lin Qiushi. – Będę cię nadal szukał… Nie poddam się…
Znowu się w siebie wtulili.
– Podoba ci się dzień? – zapytał Lin Qiushi.
– Nie – powiedział Ruan Nanzhu. – W ciągu dnia dzieje się wiele rzeczy… ale… ciebie tam nie ma.
Lin Qiushi głaskał go po włosach. Jego palce przeczesywały pasma, a sposób, w jaki na niego patrzył, był pełen miłości rodzica patrzącego na swoje dziecko.
– Miałbyś o wiele lepsze życie.
Ruan Nanzhu nie był taki sam jak on. Miał rodziców i brata. Gdyby nie drzwi, było oczywiste, że byłby o wiele szczęśliwszy. Nie musiałby stawiać czoła śmierci i nie straciłby tylu ukochanych przyjaciół.
– Ale ciebie tam nie ma – rozpaczał Ruan Nanzhu. – Lin Qiushi, nie rozumiesz? Każdy świat bez ciebie jest fałszywy!
Lin Qiushi uważnie go obserwował. Chciał opanować własne emocje i nadal go pocieszać, ale odkrył, że po prostu nie daje rady. Minęła już godzina. Nie mogli nawet być pewni, czy zobaczą się jutro.
– Nie… – Lin Qiushi chciał coś powiedzieć, ale zdołał wypowiedzieć tylko jedno słowo, zanim łzy zaczęły płynąć. Otarł je szorstką dłonią. – Nie chcę się z tobą żegnać.
Ruan Nanzhu przycisnął usta do oczu Lin Qiushiego, całując łzy.
– W takim razie nie pożegnamy się.
– Cieszę się, że cię poznałem – powiedział Lin Qiushi. – W ogóle się już nie boję tych potworów, ani trochę.
Siedzieli pod nocnym niebem, a nad ich głowami była rzeka gwiazd. Chłodny wiatr muskał ich policzki, a wokół nich rozbrzmiewało jedynie ciche brzęczenie owadów.
Jakby to był po prostu kolejny spokojny wieczór, a oni byli po prostu parą zakochanych na randce, zwierzających się sobie nawzajem.
– Nigdy się nie poddam. Musimy wyjść… – Ruan Nanzhu musiał robić się senny, bo jego głos stawał się coraz cichszy. – Lin Qiushi, ty też musisz wyjść…
– Dobrze – odparł Lin Qiushi. – Na pewno nam się uda.
Gdy tylko to powiedział, podobnie jak Ruan Nanzhu, nie mógł powstrzymać się od zamknięcia oczu. Obaj zasnęli głęboko.
To był ostatni raz, kiedy Lin Qiushi widział Ruan Nanzhu nocą.
Gdy następnego dnia wybiła godzina dwunasta, a on, jak zwykle, ukrywał się na szkolnym dziedzińcu, Ruan Nanzhu nie było nigdzie widać.
Jego partner zniknął. Zniknął w cichy, samotny wieczór. Zniknął w innej linii czasu.
Choć domyślił się już wszystkiego po coraz krótszych nocach, Lin Qiushi i tak kompletnie się załamał. Przebiegł przez całą szkołę, krzycząc imię Ruan Nanzhu, aż ochroniarze go wyrzucili.
Stojąc przed szkołą, zadzwonił pod numer Ruan Nanzhu, ale okazało się, że połączenie nie zostało nawiązane – mężczyzna po prostu zniknął.
Lin Qiushi skulił się na krawężniku i zakrył dłońmi zalaną łzami twarz.
Sam nie wiedział, jak minęła reszta wieczoru. Wiedział tylko, że kiedy odzyskał przytomność, leżał w szpitalnym łóżku cały obolały. Wu Qi siedział obok niego, obserwując go z troską.
– Qiushi, wszystko w porządku? – Ton głosu Wu Qiego był niezwykle ostrożny, jakby bał się, że urazi i tak już wrażliwe nerwy przyjaciela.
– W porządku. – Lin Qiushi wpatrywał się w śnieżnobiały sufit nad głową. – Wszystko w porządku.
Wu Qi zaczął mówić, ale się powstrzymał. Najwyraźniej Lin Qiushi nie był w dobrym stanie. Zanim trafił do szpitala, próbował włamać się do szkoły i walczył z ochroną, zanim policja go tu przywiozła…
Lin Qiushi odwrócił głowę i spojrzał na kolegę. Jego wzrok był nieziemsko dziwny, jakby patrzył na jakiegoś potwora. Widząc to, Wu Qi poczuł dreszcze.
– Qiushi? – zawołał cicho.
– Czy jesteś prawdziwy? – zapytał Lin Qiushi. – Czy jesteś tylko halucynacją, mającą na celu zapewnienie komfortu?
Wu Qi, zdumiony, nie mógł usiedzieć spokojnie.
– Qiushi, czy jesteś bardzo zestresowany?
Czy się stresował? A może naprawdę zwariował? Nie. Nie zwariował. To ten świat zwariował.
Po tygodniu spędzonym w szpitalu Lin Qiushi wymknął się do domu, nie informując o tym Wu Qiego. Pierwszą rzeczą, jaką zrobił po powrocie do mieszkania, było wyjęcie notatnika, w którym trzymał swoje zapiski, i dokładne przeczytanie każdego zanotowanego tam szczegółu.
Musiał pamiętać. Musiał pamiętać.
Być może senior Ruan Nanzhu nigdy nawet nie przeszedł jedenastych drzwi, więc to oczywiste, że nie mógł nic wiedzieć o dwunastych. Na zawsze utknął za tymi drzwiami. Wszyscy na zewnątrz zaczęli o nim zapominać, rzeczy takie jak jego twarz i imię znikały. Tylko najbliżsi pamiętali, że mieli takiego starszego kolegę.
Jednak może po jakimś czasie całkiem zostanie zapomniany. Tak właśnie pomyślał Lin Qiushi, ściskając kartki zeszytu palcami.
Od tamtego wieczoru ani razu nie powrócił do tamtych ciemnych nocy. Jego noce stały się ciche i spokojne, słychać było jedynie brzęczenie owadów. Duchy zniknęły, a wraz z nimi odszedł jego ukochany.
Zaczął przeszukiwać wszystkie dostępne informacje na temat Ruan Nanzhu. Kiedy Wu Qi dowiedział się, co robi, pomyślał, że przechodzi jakieś załamanie nerwowe. Jednak potem przekonał się, że jego przyjaciel jest spokojny, tak spokojny, że Lin Qiushi w ogóle nie wyglądał na uciekiniera z psychiatryka. I tak, nie mając innego wyjścia, Wu Qi mógł tylko pozwolić mu kontynuować. Potajemnie poprosił nawet kogoś o pomoc w odszukaniu imienia Ruan Nanzhu w bazie danych Biura Bezpieczeństwa Publicznego. Ku swojemu zaskoczeniu, rzeczywiście coś znalazł.
– Ruan Nanzhu to prawdziwa osoba. – Wu Qi przekazał tę nowinę Lin Qiushiemu. – Nawet mieszka w naszym mieście. Jest profesorem fizyki na uniwersytecie…
Początkowo Lin Qiushi myślał, że przyjaciel żartuje. Jednak gdy potwierdził, że Wu Qi jest całkowicie poważny, przez dłuższą chwilę był kompletnie oszołomiony.
Następnego dnia pośpieszył do szkoły, o której wspomniał przyjaciel i faktycznie go zobaczył.
Było to tuż między zajęciami. Lin Qiushi zobaczył mężczyznę w okularach idącego wąską ścieżką. Był wysoki, ubrany w prostą koszulę zapinaną na guziki i właśnie wysiadł z samochodu. Twarz mężczyzny wyglądała dokładnie jak twarz Ruan Nanzhu. Tyle że w porównaniu z chłodną i powściągliwą aurą jego Ruan Nanzhu, ten mężczyzna wyglądał o wiele łagodniej i wydawał się łatwiejszy w obejściu.
W chwili, gdy Lin Qiushi go zobaczył, wstrzymał oddech. Zawahał się, ale mimo to rzucił się naprzód, ostrożnie wołając:
– Ruan Nanzhu?
Słysząc to, mężczyzna się odwrócił. Zobaczył Lin Qiushiego, ale w jego spojrzeniu nie było ciepła.
– Kim pan jest? – zapytał z wahaniem.
– Nie poznajesz mnie?
Mężczyzna zmarszczył brwi i pokręcił głową.
– Przepraszam, nie przypominam sobie, żebym cię wcześniej widział.
Lin Qiushi milczał. Przez chwilę wpatrywał się w oczy mężczyzny, po czym się odwrócił.
– Przepraszam, pomyliłem pana z kimś.
Mężczyzna zadrżał, chcąc powiedzieć coś jeszcze, ale Lin Qiushi odszedł zbyt szybko. Jak mógł trafić na niewłaściwą osobę? A jeśli trafił na niewłaściwą osobę, to skąd i tak znał jego imię?
Lin Qiushi nie miał ochoty na tuszowanie sprawy. Dotarł do wyjścia z terenu uniwersytetu i zaczął otwierać cukierka, trzymając głowę nisko. Jego ruchy były nieco nerwowe. Wpychał cukierki do ust jeden po drugim, próbując znaleźć ukojenie w znajomej słodyczy.
Ostatecznie poniósł porażkę. Słodycze nie wystarczyły, by go pocieszyć. Jego emocje po raz kolejny sięgnęły zenitu.
Za każdym razem – jeśli sprawa dotyczyła Ruan Nanzhu – Lin Qiushi miał trudności z przemyśleniem wszystkiego w spokojny sposób. Tym razem było tak samo.
Dlaczego Ruan Nanzhu nagle pojawił się w ciągu dnia? Co to oznaczało? Czy coś mogło się stać po jego stronie? Lin Qiushi głośno rozgryzł cukierka. Odwrócił się, by spojrzeć na uniwersytet.
Była to uczelnia ciesząca się uznaniem w całym kraju, znana z wydziałów nauk ścisłych, technicznych, inżynieryjnych i matematycznych (STEM). Bycie profesorem fizyki na takiej uczelni – szczególnie w wieku Ruan Nanzhu – musiało oznaczać, że odniósł ogromny sukces akademicki.
Lin Qiushi pomyślał, że być może tak wyglądałoby jego życie, gdyby nie natknął się na te drzwi – ze sławą, osiągnięciami i całym życiem przed sobą.
Powoli podniósł się z ziemi. Prawdopodobnie z powodu niedoboru żelaza jego ciało nie przestawało się trząść i o mało nie upadł. To był idealny świat. Z wyjątkiem Lin Qiushiego, wszyscy inni mieli szczęśliwe życie.
Powlókł się do domu, padając na łóżko. Kasztan wskoczył mu na grzbiet, miaucząc i miaucząc, żeby Lin Qiushi poszedł go nakarmić. Pogłaskał miękkie futerko kota, patrząc na jego piękne niczym klejnoty oczy. W mgnieniu oka zasnął.
Dźwięk kurantów o północy wyrwał Lin Qiushiego ze snu. Wstał z łóżka i spojrzał na zegar ścienny wiszący nieopodal.
Choć wieczorami nie mógł już przebywać w tej samej czasoprzestrzeni co Ruan Nanzhu, wciąż budził się codziennie punktualnie o godzinie dwunastej, a w uszach dźwięczały mu kuranty.
Czy naprawdę mógł nigdy nie opuścić tych drzwi? Czy Ruan Nanzhu nie powiedział, że drzwi nie mają ślepych zaułków? A może w jedenastych drzwiach nie było żadnych zasad?
Mając taką myśl w głowie, Lin Qiushi ponownie wybrał numer telefonu Ruan Nanzhu.
Przepraszamy, ale numer, pod który dzwonisz, nie jest aktywny. Proszę sprawdzić numer i zadzwonić ponownie. Przepraszamy, ale numer, pod który dzwonisz, nie jest aktywny. Proszę sprawdzić numer i zadzwonić ponownie…
Zimny, mechaniczny głos dobiegł z drugiego końca linii. Lin Qiushi siedział w swoim mieszkaniu, otoczony przerażającą ciszą. Na ścianie przed nim wisiał tylko tykający zegar. Jego wzrok padł na niego, obserwując wahadło kołyszące się w przód i w tył z każdym tyknięciem. Wskazówka godzinowa minęła już dwunastą i zmierzała ku pierwszej.
Lin Qiushi patrzył na zegar, ale nagle przypomniał sobie korytarz, który widział, wchodząc przez drzwi. Po obu stronach korytarza było dwanaście metalowych drzwi. Dlaczego akurat dwanaście? Wyglądało na to, że nigdy nie zastanawiali się nad tym pytaniem.
Jego wzrok ponownie powędrował w stronę zegara. Na tarczy zobaczył dwanaście cyfr wytłoczonych na czarno. Nagle w jego umyśle pojawiła się dziwna myśl.
Lin Qiushi wstał i podszedł do zegara.
To był zupełnie zwyczajny zegar. Stał w tym pokoju, odkąd Lin Qiushi go wynajął. Bił co godzinę, od pierwszej do dwunastej… Ding-dong, ding-dong. Jego bicie było jasne i wyraźne, przypominając Lin Qiushiemu, że czas nieustannie posuwa się naprzód.
Lin Qiushi zdjął zegar. Ponieważ wisiał tak długo, na jego tarczy osiadła warstwa kurzu. Chwycił chusteczkę, żeby go wyczyścić, a następnie ostrożnie zdjął pokrywę.
Nie chciał tego, co było pod pokrywką. Wpatrywał się w skomplikowane wnętrze, które odsłonił, i po chwili zastanowienia nacisnął pokrętło, powoli obracając je do tyłu…
Wskazówka zaczęła się obracać przeciwnie do ruchu wskazówek zegara. Przesunęła się po liczbie dwanaście, a kiedy wskazała na liczbę jedenaście, Lin Qiushi zatrzymał ją – na jego oczach zaczęły pojawiać się złożone obrazy. Na jednym z nich piękny mężczyzna w damskim stroju uśmiechał się do niego promiennie i mówił: „Lin Qiushi, bardzo cię lubię”. Potem pojawiły się sceny, które znał już lepiej – niektóre z nich wciąż pamiętał, inne były niewyraźne. Wszystkie jednak wyświetlały się niczym pokaz slajdów w jego umyśle.
Kiedy wspomnienia ustały, palce Lin Qiushiego zadrżały, a wskazówka godzinowa przesunęła się na liczbę dziesięć. Ujrzał wtedy świat Hako Onny.
Po tym Lin Qiushi stracił kontrolę. Wskazówki zegara zaczęły powoli się obracać, a niezliczone wspomnienia napłynęły do jego mózgu. Poczuł silny ból w głowie i mimowolnie rozluźnił uścisk, pozwalając zegarowi upaść na podłogę.
– Aaach!
Zakrył głowę dłońmi. Lin Qiushi miał wrażenie, jakby ktoś zainstalował w nim gigantyczny kalejdoskop ze światem drzwi w środku. Widział niezliczone potwory i demony, widział martwych przyjaciół – widział Ruan Nanzhu.
Ruan Nanzhu, którego zobaczył, obdarzył go promiennym uśmiechem i wyciągnął do niego rękę.
Cześć, nazywam się Ruan Baijie.
Obrazy się przekrzywiły i ujrzał kolejną wersję Ruan Nanzhu. Jego wyraz twarzy był chłodny, gdy na niego spojrzał.
Witamy w Obsydianie.
Lin Qiushi nie wiedział, jak długo to trwało. Zanim straszliwy ból opuścił jego głowę, niebo na zewnątrz już pociemniało.
Wokół panowała cisza. Zdołał się podnieść, potykając się i podchodząc do przewróconego zegara. Podniósł go.
Gdy tylko to zrobił, coś wypadło z tarczy zegara. Bam. Upadło na podłogę z głośnym brzękiem.
Lin Qiushi pomyślał na początku, że zegar się zepsuł, ale gdy spojrzał w dół i zobaczył przedmiot, który wylądował u jego stóp, znieruchomiał ze zdziwienia..
Z tarczy zegarka wypadły dwa zielono-miedziane klucze.
Patrząc na nie, Lin Qiushi wziął głęboki oddech. Uspokoił umysł, po czym pochylił się i je podniósł.
Były niemal identyczne. Jedyną różnicą była ledwo widoczna linia tekstu wygrawerowana na ich powierzchni.
Klucze były początkowo zimne, ale gdy wziął je do ręki, to wręcz zaczęły parzyć. Przyjrzał się im uważnie i przeczytał dwa słowa wypisane na jednym z nich: Iluzoryczne Życie. Na drugim widniały kolejne dwa słowa: Autentyczna Śmierć.
Iluzoryczne życie, autentyczna śmierć? Trzymał je w zamyśleniu. Nie mógł zrozumieć, co te cztery słowa znaczą razem. Potarł palcami metalową powierzchnię i gdy już miał na nie spojrzeć ponownie, poczuł nagły dreszcz chłodu w dłoni. Wtedy klucz, na którym widniał napis Iluzoryczne Życie, rozsypał się w jego dłoni na pył… i została mu tylko Autentyczna Śmierć.
Autentyczna śmierć? Lin Qiushi coś sobie przypomniał. Mocno ściskając klucz, pobiegł do drzwi. Potem, po głębokim oddechu, uroczyście je otworzył.
Za nimi pojawił się znajomy korytarz. W środku było dwanaście czarnych metalowych drzwi – jedenaście z nich było zapieczętowane. Tylko ostatnie stały samotnie na końcu korytarza.
Lin Qiushi wyszedł na korytarz i zobaczył wiszącą na dwunastych drzwiach dużą czarną kłódkę. Potem spojrzał z powrotem na klucz w swojej dłoni.
W tym momencie zrozumiał prawdziwe znaczenie słów „iluzoryczny” i „autentyczny”.
Świat, w którym się znajdował, był iluzją. Wszystko w środku działo się tak, jakby drzwi nie istniały. Każdy, kto umarł za drzwiami, mógł powrócić do życia w inny sposób. Mieszkali i żyli jak gdyby nigdy nic i gdyby Lin Qiushi zechciał, mógłby zacząć wszystko od nowa razem z nimi.
Jeśli chodzi o drugi klucz, to słowo „autentyczna” sugerowało, że mógłby powrócić do swojego pierwotnego świata. Dwunaste drzwi były pytaniem wielokrotnego wyboru, a decyzja znajdowała się w jego rękach
Mógł zostać w tym świecie i spotkać Ruan Nanzhu, która go nie znał. Mógł też odejść. Jednak gdyby odszedł, pojawiłoby się przed nim dodatkowe pytanie: co wybierze Ruan Nanzhu? Czy znalazł klucz? A jeśli znajdzie klucz i wybierze iluzję, to czy nigdy więcej go nie zobaczy?
Lin Qiushi kurczowo trzymał klucz w dłoni.
Spojrzał w tył, na korytarz za sobą. Każde zamknięte drzwi w tym korytarzu zawierały wspomnienia powiązane z Obsydianem. Może nie wszystkie były dobre, ale były prawdziwe.
Ale co wybrałby Ruan Nanzhu?
Rodzina Lin Qiushiego była odległa i nie miał zbyt wielu przyjaciół. Jedyną osobą, z którą czuł się naprawdę związany, był Ruan Nanzhu. Jednak sytuacja Ruan Nanzhu była inna. Gdyby nie drzwi, mógłby utrzymać dobre relacje z rodziną biologiczną. Nie mógł stracić tylu przyjaciół…
Lin Qiushi zaczął się śmiać z bólem. W końcu zrozumiał, dlaczego prawie nikt nie mówił o dwunastych drzwiach. Bo tak naprawdę nie istniały.
Po doświadczeniu niezliczonych koszmarnych krain widok prawdziwego raju ukazującego się na twoich oczach był pokusą, której trudno było się oprzeć.
Zastanowił się przez chwilę, ale właściwie to wiedział, co zrobi. Każdy świat bez Ruan Nanzhu był dla niego fałszywy. Nie musiał się ani chwili wahać, zanim podjął decyzję.
Lin Qiushi się uśmiechnął. Przetarł twarz dłonią, jakby próbował coś wytrzeć. Trzymał w dłoni klucz i włożył go w kłódkę wiszącą na metalowych drzwiach.
Z trzaskiem się otworzyła, a przed jego oczami pojawiła się ścieżka wypełniona jasnym, białym światłem.
Lin Qiushi obejrzał się na korytarz za sobą.
– Do zobaczenia.
Następnie wszedł do środka.
Korytarz przed nim był dłuższy niż jakikolwiek, którym kiedykolwiek szedł. Otaczające go światło miało zaskakująco uspokajający wpływ. Szedł dalej, aż dotarł do końca. Widok przed nim zawirował i w końcu dostrzegł znajomą scenę.
Lin Qiushi wrócił do swojego prawdziwego życia. Siedział na łóżku w sypialni Ruan Nanzhu. Gdy tylko wrócił, pierwszą rzeczą, jaką zrobił, było rozejrzenie się za partnerem, ale nigdzie nie mógł znaleźć postaci, która powinna się pojawić.
Lin Qiushi zbiegł na dół i dostrzegł Ye Niao na sofie w salonie. Podszedł i zapytał:
– Ye Niao? Widziałeś Ruan Nanzhu?
– Wyszedłeś z drzwi! – wykrzyknął chłopak na jego widok.
– Tak, widziałeś Ruan Nanzhu?
– Siostrzyczka Lu przygotowała dla ciebie jedzenie!
Lin Qiushi milczał.
– Skoro już wyszedłeś, to naturalnie musimy to uczcić…
– Ye Niao?
– Hmm?
– Czy nie chcesz mnie zapytać o jedenaste drzwi?
Słysząc słowa Lin Qiushiego, Ye Niao przybrał oszołomiony wyraz twarzy.
– Co powiedziałeś? Nie słyszałem.
– Nie chcesz wiedzieć, co jest za jedenastymi drzwiami?
Powtórzył to samo, ale stwierdził, że to daremne, ponieważ zdziwienie Ye Niao nie zniknęło – wręcz przeciwnie, było jeszcze gorzej.
– Qiushi, co mówisz?
Lin Qiushi zamknął usta. Zacisnął zęby i odezwał się ochryple:
– Czy… znasz Ruan Nanzhu?
Wyraz twarzy Ye Niao na chwilę zamarł, po czym spojrzał na niego i ostrożnie pokręcił głową.
– Nie, nie znam – powiedział Ye Niao. – Kim… jest Ruan Nanzhu?
Dotknięty falą zawrotów głowy, Lin Qiushi omal nie upadł na ziemię. Udało mu się jednak złapać kanapy i utrzymać równowagę.
– Nie znasz Ruan Nanzhu? Kto więc jest przywódcą Obsydianu?
– No przecież ty – odparł Ye Niao z niepokojem. – Qiushi… czy… wszystko w porządku?
Lin Qiushi stał bez ruchu przez długi czas. Nagle pobiegł na górę, cały czas będąc obserwowanym przez przerażonego chłopaka. Poszedł do sypialni Ruan Nanzhu i zaczął gorączkowo szukać śladu jego istnienia, ale bezskutecznie.
Widać było, że w tym pokoju mieszkała tylko jedna osoba – on sam. Ruan Nanzhu stała się kimś, kto nie istniał.
Lin Qiushi stał bez ruchu na środku pokoju. Pomyślał o czymś i zbiegł na dół, wołając do Ye Niao:
– Ye Niao, które drzwi przeszedłem?
Spojrzenie Ye Niao, uparcie wbite w Lin Qiushiego, stawało się coraz bardziej przerażone.
– Dwunaste – odparł ostrożnie. Długa cisza. – Czy wszystko w porządku?
Jednak Lin Qiushi zaczął się śmiać. Śmiał się tak głośno, że łzy same popłynęły mu z oczu. Machając ręką przez cały czas, wytoczył się z salonu.
Przywódca Obsydianu cały i zdrowy wyszedł z dwunastych drzwi. To, co powinno być okazją do świętowania, w rzeczywistości rzuciło dziwny cień na organizację. Wszyscy myśleli, że coś było nie tak z umysłem Lin Qiushiego – szok był zbyt wielki, a on sam wymyślił osobę, która tak naprawdę nie istniała.
Wieczorem Lin Qiushi zrobił sobie przerwę. Dopiero następnego dnia, gdy już wszystko ogarnął, poszedł do Ye Niao, żeby porównać swoje notatki z rzeczywistością.
Później Lin Qiushi odkrył, że z wyjątkiem Ruan Nanzhu, wszystkie jego wspomnienia były prawdziwe.
Tan Zaozao i Cheng Qianli naprawdę umarli, a Cheng Yixie opuścił Obsydian. Wszyscy inni zostali zrekrutowani przez Lin Qiushiego, łącznie z Chen Feiem, Lu Yanxue i Yi Manmanem. To on stał u podstaw Obsydianu. Był nawet dobrym przyjacielem Bai Minga.
W tym momencie nie był już pewien, czy rzeczywiście wymyślił sobie Ruan Nanzhu, czy też drzwi po prostu wymazały jego istnienie.
Istniała jeszcze inna możliwość – Ruan Nanzhu był jego dwunastymi drzwiami, nieszczęściem jego serca.
Zgodnie z logiką, po przejściu przez dwunaste drzwi, powinien był skupić na sobie uwagę wszystkich, ponieważ udało mu się przez nie przejść. Najdziwniejsze było to, że jego istnienie jakby zostało przyćmione. Przypomniał sobie seniora, o którym Ruan Nanzhu tak mgliście wspominał.
Ye Niao i reszta zaczęli nieświadomie ignorować jego istnienie. Nawet gdy był tuż obok nich, zdawało się, że go nie widzą, a nikt nawet nie podszedł, żeby zapytać go o drzwi.
Lin Qiushi uważał to wszystko za absurdalne – tak absurdalne, że aż śmieszne. Następnego dnia udał się do domu Ruan Nanzhu, żeby go poszukać, ale okazało się, że nie ma nikogo takiego.
Ruan Nanzhu nie istniał. Wszyscy udzielali mu tej samej odpowiedzi.
Jednak Lin Qiushi w to nie uwierzył. Wyprowadził się z Obsydianu i wrócił do swojego mieszkania.
Członkowie grupy próbowali początkowo go od tego odwieść, ale już się zdecydował. Powiedział im tylko, żeby po przekroczeniu drzwi nie kierowali się złymi intencjami, bo inaczej z pewnością spotka ich zasłużona kara. Prawdopodobnie dlatego, że jego słowa były niejasne, udało mu się przekazać tę krótką wskazówkę. Jednak nawet jeśli go usłyszeli, nikt nie zadał pytania, na które czekał najbardziej: „Czego doświadczyłeś za dwunastymi drzwiami?”.
Prawdopodobnie w celu uniemożliwienia wycieku zawartości drzwi istniała pewna metoda szyfrowania. Lin Qiushi uznał to za całkiem zabawne, ale kiedy uniósł kąciki ust, zdał sobie sprawę, że nie może się uśmiechnąć.
Jego jedynym źródłem pocieszenia po wyjściu za drzwi była ogromna suma środków na koncie bankowym. Wydał sporo pieniędzy i kupił mieszkanie, które kiedyś wynajmował. Zabierając ze sobą Kasztana, wprowadził się z powrotem i odnowił je, aby wyglądało dokładnie tak samo jak wcześniej. Jakby pewnego dnia, kiedy otworzy oczy, mógł zobaczyć dokładnie to samo, co za pierwszym razem – Ruan Nanzhu siedzącego przy jego łóżku i mówiącego mu „dzień dobry”.
Lin Qiushi myślał, że nawet jeśli cały świat zapomni o Ruan Nanzhu, on będzie pamiętał. To była jego obietnica. Być może ostatecznie mężczyzna wybrał iluzoryczny świat za drzwiami, porzucając go w zimnej, brutalnej rzeczywistości. Mimo to wciąż go kochał i nie potrafił go za nic winić.
Czas płynął dalej. Niezauważenie minął ponad rok, odkąd ostatni raz odwiedził świat za drzwiami.
Lin Qiushi przeszedł już długi okres emocjonalnej adaptacji, począwszy od poszukiwań jakichkolwiek śladów istnienia Ruan Nanzhu, aż po zaakceptowanie okrutnej prawdy.
Przez pierwszy miesiąc nie mógł spać, bo za każdym razem, gdy zamykał oczy, zdawało mu się, że słyszy w uszach szept Ruan Nanzhu.
Poszedł do szkoły, do której kiedyś chodził i próbował nawet odszukać każdą osobę o imieniu Ruan Nanzhu w tym kraju. Wszystkie dowody jednak wskazywały jedną prawdę – że na całym świecie nie ma nikogo takiego.
Lin Qiushi myślał, że zwariuje z tego powodu, ale jakoś dał radę. Długimi, długimi wieczorami mógł tylko trzymać Kasztana i siedzieć przed telewizorem, oglądając powtórki wiadomości i mając nadzieję, że ktoś zapuka do jego drzwi.
Jednak wszystkie jego nadzieje legły w gruzach. Lin Qiushi również zaczął popadać w otępienie. Stracił wszelką radość z życia.
Aż pewnego dnia nagle odebrał telefon.
Numer należał do Ye Niao, a kiedy połączenie zostało odebrane, w głosie chłopaka słychać było ogromne podniecenie.
– Qiushi, brat Ruan wrócił!
Lin Qiushi zamarł na kilka sekund, gdy to usłyszał.
– Co powiedziałeś?
– Wrócił brat Ruan… – powiedział Ye Niao. – Wszędzie cię szuka!
Lin Qiushi szedł pieszo i ponieważ cała jego uwaga skupiła się na słowach Ye Niao, przypadkowo potknął się o kamień przy drodze. Jego telefon upadł z trzaskiem na ziemię, a kiedy go gwałtownie podniósł, zobaczył, że ekran pokrywa gęsta sieć pęknięć, a połączenie, naturalnie, zostało przerwane.
– Kurwa! – Lin Qiushi nie mógł się powstrzymać od przekleństwa. Odwrócił się i złapał taksówkę, kierując się prosto do Obsydianu.
Jednak gdy dotarł do drzwi wejściowych, bał się wejść do środka. To było uczucie podobne do strachu, który towarzyszy tęsknocie za domem. Lin Qiushi był przerażony, że jego nadzieje po raz kolejny legną w gruzach.
Zwlekał jeszcze chwilę, zanim w końcu podjął decyzję. I gdy tylko uniósł rękę, żeby zadzwonić, drzwi przed nim otworzyły się z trzaskiem.
Ruan Nanzhu pojawił się przed nim. Gdy tylko zobaczył Lin Qiushiego, wyciągnął rękę i mocno go przytulił. Ściskał go tak mocno, jakby pragnął tylko wciągnąć go w swoje ciało.
– Przepraszam – powiedział. – Spóźniłem się.
Lin Qiushi też nie wiedział, co powiedzieć. Wtulił twarz w ramię Ruan Nanzhu, wdychając zapach, który należał tylko do niego.
– Jak to możliwe, że dopiero teraz wróciłeś?! Tak długo zajęło ci znalezienie klucza?! – wydusił z siebie w końcu.
Ruan Nanzhu roześmiał się boleśnie.
– Nie sądziłem, że będzie ukryty w zegarze.
Miał jeszcze wiele do powiedzenia, ale Ruan Nanzhu pierwszy pochylił głowę i wszystkie ich słowa zamilkły w delikatnym pocałunku.
Lin Qiushi czuł, że traci siły.
– Myślałem, że już nigdy nie wrócisz – wymamrotał.
Ruan Nanzhu obserwował go.
– Myślałem, że wybrałeś iluzoryczny świat – dodał Lin Qiushi. – Myślałem, że po tym wszystkim zostanę całkiem sam.
– Już mówiłem – powiedział Ruan Nanzhu. – Każdy świat bez ciebie jest fałszywy.
– Ale ja byłem w tamtym świecie. – Lin Qiushi spojrzał z powątpiewaniem na Ruan Nanzhu. – Nie poznałeś młodszego mnie?
– Nie.
Jego odpowiedź była ostra i w gruncie rzeczy wzbudziła jeszcze większe podejrzenia Lin Qiushiego. W tym momencie w końcu zrozumiał, dlaczego Ruan Nanzhu czuł zazdrość nawet wobec swojego młodszego odpowiednika.
– Nanzhu, naprawdę jesteś kimś wyjątkowym! Kazałeś mi czekać na siebie tak długo!
Ruan Nanzhu pośpieszył z przeprosinami i zapytał Lin Qiushiego, co wydarzyło się w ciągu ostatniego roku.
– Najpierw znajdźmy jakieś miejsce, w którym będziemy mogli zjeść. Jestem głodny.
Ruan Nanzhu skinął głową.
Pojechali więc do pobliskiej restauracji. Nie chodziło o to, że nie chcieli rozmawiać z resztą Obsydianu, ale każde ich słowo prawdopodobnie zostałoby bezlitośnie uciszone przez drzwi. To uczucie bycia ignorowanym było naprawdę nieprzyjemne, więc zamiast tego lepszym rozwiązaniem było znalezienie miejsca, gdzie mogliby porozmawiać w cztery oczy.
Lin Qiushi opisał wydarzenia minionego roku w kilku słowach, lecz mimo to Ruan Nanzhu wyczuł między wierszami, jak trudny był dla niego ten czas.
– Przepraszam, naprawdę kazałem ci długo czekać. – Ruan Nanzhu pocałował koniuszki palców Lin Qiushiego, prosząc ukochanego o wybaczenie.
Szczerze mówiąc, zanim zobaczył Ruan Nanzhu, żywił wiele uraz. Jednak teraz cała jego złość i uraza rozwiały się w mgnieniu oka.
– Najważniejsze, że wróciłeś.
– Zawsze wrócę.
Lin Qiushi się uśmiechnął.
Jedli i rozmawiali. Słuchał opowieści Ruan Nanzhu o tym, co wydarzyło się za drzwiami. Rzeczywiście poszedł szukać młodego Lin Qiushiego i nawet się zaprzyjaźnili. Jednak i tak postanowił odejść, gdy znalazł klucz.
Lin Qiushi wciąż popijał alkohol.
– Wiesz, po twoim zniknięciu nikt cię nie pamiętał. Nikt oprócz mnie… Naprawdę myślałem, że tracę rozum.
Ruan Nanzhu uśmiechnął się lekko.
– Myślałem nawet, że jesteś moimi dwunastymi drzwiami – powiedział Lin Qiushi. – Prawie mi odbiło.
Ruan Nanzhu napełnił jego szklankę większą ilością alkoholu.
– Nie ma pośpiechu. Mamy jeszcze mnóstwo czasu.
W oczach Lin Qiushiego pojawił się lekki błysk łez.
– Dobrze, że wróciłeś.
– Tak. – Ruan Nanzhu ścisnął jego palce. – Wróciłem.
Tej nocy Lin Qiushi nie pamiętał, jak wrócili do domu, wiedział tylko, że kiedy obudził się następnego ranka, był cały obolały. Widząc mężczyznę śpiącego obok niego, bez trudu domyślił się, co zaszło między nimi.
Wpatrywał się w twarz śpiącego Ruan Nanzhu i bardzo ostrożnie wyciągnął palec, żeby dotknąć jego policzka. Po upewnieniu się, że czuje ciepło ciała na czubku palca, odetchnął głęboko z ulgą.
To nie był sen. Ruan Nanzhu naprawdę wrócił. Lin Qiushi nie mógł się powstrzymać. Wyciągnął papierosa spod koszuli i zaczął powoli palić.
Ruan Nanzhu obudził się i mruknął:
– Dlaczego znowu zacząłeś palić, przecież rzuciłeś…
Sięgnął w górę i wyjął papierosa z ust Lin Qiushiego, wrzucając go do popielniczki obok siebie. Potem pocałował go w kącik ust.
– Nie mogłem się powstrzymać… – powiedział Lin Qiushi. – Ale teraz, kiedy wróciłeś, nie będę już palił.
Ruan Nanzhu usiadł i zaczął się ubierać.
– Co chcesz zjeść?
– Cokolwiek.
Leniwie przesunął palcem po ekranie telefonu i obserwował, jak Ruan Nanzhu z gołym torsem zmierza do kuchni, aby przygotować mu śniadanie.
Ziewnął i z przyzwyczajenia zalogował się na forum drzwi. Stwierdził jednak, że dzisiejsze logowanie było wyjątkowo trudne. Cudem udało mu się dostać na forum, ale wszędzie widział praktycznie jeden temat. „Dlaczego dwunaste drzwi są zapieczętowane?”. „Myślałem, że źle widziałem, ale dwunaste drzwi naprawdę są zapieczętowane? Czy to jakiś błąd, czy co?”. „O mój Boże, czy to oznacza, że w przyszłości będziemy mieli o jedne drzwi mniej do przejścia?”.
Lin Qiushi zmarszczył brwi i gdy już miał się wczytać dokładniej, Ruan Nanzhu oparł się o framugę drzwi.
– Chcesz jajka na miękko?
– Brzmi nieźle…
Ruan Nanzhu przechylił głowę.
– Na co się gapisz? Ładniejsze ode mnie? – Podszedł i wyrwał telefon z rąk partnera.
– Oczywiście, że nikt nie jest ładniejszy od ciebie – powiedział Lin Qiushi. – Nasz Mengmeng jest naturalnie najpiękniejszy.
Ruan Nanzhu uśmiechnął się szeroko. Oblizał wargi Lin Qiushiego i wyszeptał:
– Znowu jestem głodny.
– Ach…?!
Zanim zdążył zareagować, Ruan Nanzhu pchnął go z powrotem na łóżko.
Nieważne. Dopóki Ruan Nanzhu wrócił, wszystko było w porządku. Nic innego nie zaprzątało jego głowy.
Tłumaczenie: Ashi
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Rozdział 18
Rozdział 19
Rozdział 20
Rozdział 21
Rozdział 22
Rozdział 23
Rozdział 24
Rozdział 25
Rozdział 26
Rozdział 27
Rozdział 28
Rozdział 29
Rozdział 30
Rozdział 31
Rozdział 32
Tom II
Rozdział 33
Rozdział 34
Rozdział 35
Rozdział 36
Rozdział 37
Rozdział 38
Rozdział 39
Rozdział 40
Rozdział 41
Rozdział 42
Rozdział 43
Rozdział 44
Rozdział 45
Rozdział 46
Rozdział 47
Rozdział 48
Rozdział 49
Rozdział 50
Rozdział 51
Rozdział 52
Rozdział 53
Tom III
Rozdział 54
Rozdział 55
Rozdział 56
Rozdział 57
Rozdział 58
Rozdział 59
Rozdział 60
Rozdział 61
Rozdział 62
Rozdział 63
Rozdział 64
Rozdział 65
Rozdział 66
Rozdział 67
Rozdział 68
Rozdział 69
Rozdział 70
Rozdział 71
Rozdział 72
Rozdział 73
Rozdział 74
Rozdział 75
Rozdział 76
Rozdział 77
Tom IV
Rozdział 78
Rozdział 79
Rozdział 80
Rozdział 81
Rozdział 82
Rozdział 83
Rozdział 84
Rozdział 85
Rozdział 86
Rozdział 87
Rozdział 88
Rozdział 89
Rozdział 90
Rozdział 91
Rozdział 92
Rozdział 93
Rozdział 94
Rozdział 95
Tom V
Rozdział 96
Rozdział 97
Rozdział 98
Rozdział 99
Rozdział 100
Rozdział 101
Rozdział 102
Rozdział 103
Rozdział 104
Rozdział 105
Rozdział 106
Rozdział 107
Rozdział 108
Rozdział 109
Rozdział 110
Rozdział 111
Rozdział 112
Rozdział 113
Rozdział 114
Rozdział 115
Rozdział 116
Rozdział 117
Rozdział 118
Rozdział 119
Rozdział 120
Rozdział 121
Rozdział 122
Rozdział 123
Rozdział 124
Rozdział 126
Rozdział 126
Tom VI
Rozdział 127
Rozdział 128
Rozdział 129
Rozdział 130
Rozdział 131
Rozdział 132
Rozdział 133
Rozdział 134
Rozdział 135
Rozdział 136
Rozdział 137
Rozdział 138
Ekstra 1
Ekstra 2
Ekstra 3
Ekstra 4
Ekstra 5
Ekstra 6
Ekstra 7
Ekstra 8
Ekstra 9
Ekstra 10