Dzięki wczorajszemu wydarzeniu wszyscy byli dziś mniej poruszeni widokiem teru teru bozu.
Lin Xingping początkowo chciała zrobić to samo, co wczoraj, i rozkazać komuś go zdjąć. Jednak zatrzymała ją młoda kobieta, która najwyraźniej nazywała się Xiao Cha i należała do tych bardziej trzeźwo myślących nowicjuszek. Wydawała się krytyczna wobec władczej Lin Xingping.
– Nie róbcie tego. W ogóle nie wiemy, co ta lalka robi. Co jeśli osoba, która ją zdejmie, zostanie przeklęta?
– Nic się nie stało osobie, która wczoraj ją ściągnęła, prawda? – broniła się Lin Xingping.
Xiao Cha prychnęła.
– Kto wie? A co jeśli jeszcze do niego to nie dotarło? Może się to zdarzyć za kilka dni.
– Jak możesz tak mówić… – Kobieta zrobiła obrażoną minę, że została tak oczerniona. – Dlaczego przedstawiasz moje dobre intencje jako złe?
Xiao Cha nie miała ochoty na zbędne dyskusje.
– To może przyniosę ci stołek i sama ją zdejmiesz, jeśli chcesz być tą dobrą?
Gdy Lin Xingping kontynuowała kłótnię, Cue Xueyi, widząc pogorszenie sytuacji, pospieszył z odegraniem roli rozjemcy.
– Dobra, przestańcie się kłócić, wszyscy jesteśmy drużyną, po co te nieprzyjemności? Nie musimy tego zdejmować. I tak już nie żyje, więc możemy go tak zostawić.
Wściekła Lin Xingping odwróciła się i odeszła.
Xiao Cha splunęła na ziemię i zaklęła. Jej zadziorność zdecydowanie dorównywała Ruan Baijie z dawnych lat. Po kłótni zauważyła, że Lin Qiuhi się w nią wpatruje. Spojrzała agresywnie w jego stronę.
– Na co się gapisz? Nigdy wcześniej nie widziałeś piękności? – syknęła, po czym natychmiast odeszła.
– Łał, to pierwszy raz, kiedy ktoś tak cię potraktował – powiedział Ruan Nanzhu z absolutną radością z cudzego nieszczęścia.
Lin Qiushi milczał. To zdecydowanie była prawda.
Ruan Nanzhu spojrzał na przyjaciela, po czym westchnął głęboko.
– To przez tę twarz. To całkowicie jej wina.
Dość już tego, ile razy musisz to powtarzać? Jak brzydki jestem? – pomyślał Lin Qiushi.
Łazienki w tym świecie nie miały luster. Byli tu już dwa dni, a on wciąż nie wiedział, jak wygląda.
Widząc bezradną minę Lin Qiushiego, Ruan Nanzhu zastanowił się chwilę, zanim wyciągnął telefon z jego kieszeni i włączył przednią kamerę.
– No sam zobacz.
Lin Qiushi wziął telefon i zobaczył twarz, którą bardzo trudno było opisać – proste określenie „brzydka” było zupełnie nieadekwatne. Wystarczyło powiedzieć, że widząc swoją twarz, natychmiast zablokował telefon i w końcu w pełni zrozumiał wyrazy obrzydzenia na twarzach wszystkich wokół. Bez słowa spojrzał na Ruan Nanzhu.
Dłonie Ruan Nanzhu uniosły się ku niebu.
– Nie wiedziałem, że w środku też będziesz taki brzydki.
– Skrzywdziłem twoje oczy. – To był poważny cios dla jego wzroku.
Ruan Nanzhu się zaśmiał.
– Chodź, zjemy śniadanie i poszukamy wskazówek, zanim niebo pociemnieje.
– Okej. – Lin Qiushi skinął głową.
Zjedli śniadanie w jadalni – nazywali to śniadaniem, ale zbliżała się godzina jedenasta.
Dziś Lin Xingping z entuzjazmem zaprosiła Lin Qiushiego i Ruan Nanzhu, mówiąc, że odkryli las bambusowy w górach otaczających miasto i że jest tam kamienna ścieżka, choć nie wiedzą, dokąd ona prowadzi. Ruan Nanzhu posłuchał jej opowieści, ale z uśmiechem odpowiedział, że najpierw chcą się rozejrzeć po dziedzińcu.
– Co tu jeszcze można zobaczyć? – zapytał niecierpliwie Cue Xueyi. – Większość już obejrzeliśmy, powinniście iść z nami…
– Ale chodzenie jest takie męczące. – Ruan Nanzhu oparł się o bok Lin Qiushiego, a jego głos stał się słodki i ckliwy, gdy celowo zagruchał: – Wcale nie chcę chodzić.
Gdyby to powiedziała nieco ładniejsza dziewczyna, być może można by było na to spojrzeć z sympatią. Jednak w tym świecie Ruan Nanzhu nie można by nazwać ładną, więc w oczach Cue Xueyi malowała się wyraźna niechęć.
– Daj spokój, musisz to przezwyciężyć. – Lin Xingping nie zamierzała się poddawać.
– Przepraszam, ale nie możecie zmuszać mojej małej księżniczki. – Lin Qiushi uświadomił sobie, jak cudownie jest być brzydkim. Uniósł podbródek Ruan Nanzhu i wypowiedział słowa miłości prosto w jego twarz. – Zmuszanie mojej małej księżniczki do zbyt długiego chodzenia mi też zaszkodzi.
Oczywiste było, że słowa wypowiedziane przez Lin Qiushiego z taką twarzą były potężne. Wyraźnie widział, jak miny Cue Xueyego i Lin Xingping spochmurniały, a ich gardła się poruszyły, jakby próbowali powstrzymać mdłości.
– Rozumiecie to, prawda? – Lin Qiushi, nie szczędząc złośliwego humoru, nadal ich obrzydzał.
Lin Xingping ledwo zdołała się uśmiechnąć. Lin Qiushi podejrzewał, że nie wytrzyma dłużej.
Zamierzał kontynuować, ale Cue Xueyi odwrócił się gwałtownie i odszedł, nie mogąc już wytrzymać. Lin Xingping i Gu Yuansi poszli za nim. Chociaż to Gu Yuansi był tu pracodawcą, rzadko się odzywał. Był bardzo nieobecny i w sumie zauważyli go dopiero, gdy zaczął odchodzić.
Stojący na skraju dziedzińca Cue Xueyi prawdopodobnie pomyślał, że już nie słyszą i syknął do Lin Xingping:
– Dlaczego wybrałaś tak obrzydliwą osobę?
– Skąd miałam wiedzieć? – narzekała kobieta. – Online była normalna. Kto by pomyślał, że jej chłopak będzie tak odpychający?
– Kurwa – warknął Cue Xueyi. – Sama rozmowa z nim przyprawia mnie o wymioty.
– Mnie też…
Lin Qiushi słuchał ich niemal ze śmiechem. Nie sądził, że makijaż Ruan Nanzhu będzie miał taki efekt. Udało mu się całkowicie odwieść Lin Xingping od zaczepiania ich, oszczędzając im sporo kłopotów.
– Wyjdźmy później. Jest coś, co chcę potwierdzić.
– O co chodzi?
Znaleźli kamienną ławkę na podwórzu i usiedli.
– Pamiętasz, co widziałem wczoraj w nocy? – Ruan Nanzhu omiótł wzrokiem dziedziniec.
– Tę osobę z parasolem? – Lin Qiushi pamiętał, lecz nie był w stanie tego zobaczyć.
– Tak. – Ruan Nanzhu skinął głową. – Myślę, że ten parasol jest kluczem. – Po chwili namysłu dodał: – Chcę spróbować go znaleźć.
– Jasne. Ej, wczoraj wieczorem, skąd to wiedziałeś? – Lin Qiushi nagle przypomniał sobie, jak dziecko przyszło do nich po piłkę. – Że trzeba tej dziewczynce powiedzieć, że zamoczyła podłogę?
Ruan Nanzhu się roześmiał.
– Tylko zgadywałem. Nie wiedziałem, że to naprawdę zadziała.
– Zgadywałeś? – Lin Qiushi nie do końca mu wierzył.
– Naprawdę – odpowiedział leniwie Ruan Nanzhu. – To była nagła inspiracja od tej osoby z parasolem. – Przechylił głowę. – Kiedy ją zobaczyłem, pomyślałem, że naprawdę wygląda jak rodzic, pilnujący dzieci odrabiających lekcje…
Lin Qiushiego zatkało.
– A rodzice, cóż, nie lubią, gdy dzieci nie przestrzegają zasad. A już na pewno gdy brudzą podłogi…
Podczas ich rozmowy wszyscy powoli się oddalili. Dziedziniec opustoszał. Bez plusku deszczu, wiatr muskał dzwonki wietrzne, wyzwalając donośny brzęk. Ruan Nanzhu wstał z ławki i ruszył w stronę jednego z pomieszczeń.
– Czy już tam nie zaglądaliśmy? – Lin Qiushi przypomniał sobie, że przeszukali ten pokój pierwszego dnia.
– Tak, ale spójrzmy jeszcze raz.
Lin Qiushi nie próbował już go odwodzić od tego pomysłu i poszedł za nim.
Ten pokój należał do właściciela posiadłości. Jego układ był podobny do ich sypialni – jedno łóżko, szafa i brak zbędnych dekoracji.
Ruan Nanzhu wszedł do pokoju i zaczął się rozglądać. Lin Qiushi stał w drzwiach. Właśnie gdy przypomniał sobie scenę z zeszłej nocy, nagle poczuł dotyk na łydce. Spojrzał w dół i wszystkie włosy stanęły mu dęba. Brudna piłka do koszykówki powoli toczyła się obok jego stóp.
Jego wzrok podążał za piłką, aż w końcu dostrzegł w szczelinie pod podłogą parę ciemnych, czarnych oczu.
Podłogi tego budynku były puste pod spodem, bez drewnianych desek, które by je uszczelniały. Można było łatwo wpełznąć przez szczeliny po bokach… Oczywiście, ludzie normalnie by tego nie zrobili.
Oczy błysnęły, a gdy Lin Qiushi spojrzał ponownie, już ich nie było.
– Nanzhu… Myślę, że coś jest pod spodem.
Ruan Nanzhu wyszedł z pokoju.
– Co?
Lin Qiushi wskazał na swoje stopy.
– Wygląda na to, że coś jest pod podłogą.
– Co takiego?
– Para oczu… – Chociaż większość istot za drzwiami chciała go zabić, w rzeczywistości wciąż było kilka rozsądnych stworzeń. Jak to coś pod jego stopami. Z jakiegoś powodu czuł, że daje im jakąś wskazówkę. – Chcę zajrzeć pod podłogę.
– Pozwól mi – powiedział Ruan Nanzhu. – Sprawdzę to.
Wziął telefon przyjaciela, włączył latarkę i przygotował się do wejścia pod deski. Lin Qiushi wciąż był niespokojny.
– Sprawdźmy to razem, bo gdyby coś się tam stało, to nie ma jak stamtąd uciec – powiedział.
Jednak Ruan Nanzhu odmówił.
– Nie, ten parasol musi gdzieś tu być. Zostało tylko to miejsce pod podłogą do przeszukania.
Lin Qiushi wciąż chciał coś powiedzieć, ale Ruan Nanzhu po prostu wpełzł pod spód, zachowując stanowczość. Pozostało mu przykucnięcie na zewnątrz, a jego twarz wyrażała napięcie, gdy obserwował towarzysza, obawiając się, że coś się stanie.
Nagle dźwięk czołgania ustał. Wydawało się, że Ruan Nanzhu coś znalazł. Chwilę później z wnętrza dobiegł głos:
– Znalazłem.
– Co znalazłeś? Parasol?
– Mhm… Parasol i może coś jeszcze – odpowiedział Ruan Nanzhu. – Daj mi to najpierw wyjąć…
Kontynuował czołganie się z wielkim trudem i wyciągnął rzecz, którą znalazł pod deskami podłogi. Była to czarna, płócienna torba. Obok niej leżał prosty parasol z papieru olejowego. Wyglądał na bardzo stary i w kilku miejscach był nawet połatany materiałem.
Lin Qiushi wyciągnął rękę i pomógł przyjacielowi wstać, pytając:
– Co jest w torbie?
Ruan Nanzhu pokręcił głową.
– Nie wiem, otwórz. – Zawahał się. – To pewnie nic dobrego.
Skoro było tak ukryte, to oczywiście, nie mogło być niczym dobrym.
Lin Qiushi pochylił się i otworzył torbę, znajdując w środku mnóstwo zmiażdżonych i połamanych kości. Po ich strukturze rozpoznał, że należały do człowieka, zapewne do dziecka.
– To kości dzieci. – Słowa Ruan Nanzhu potwierdziły przypuszczenia Lin Qiushiego. Wydawał się bardziej doświadczony w odróżnianiu tych rzeczy i pobieżnie im się przyjrzał. – Więcej niż jeden komplet.
– Więcej niż jeden? – Lin Qiushi spojrzał na te kości i z jakiegoś powodu przypomniał sobie dzieci śpiewające wczoraj wieczorem na podwórku piosenkę o ptakach w klatkach. Czy te kości mogą mieć z nimi coś wspólnego? Zastanowił się przez chwilę.
– Wygląda na to, że nie ma tu żadnych czaszek…
– Masz rację, nie ma żadnych czaszek – powiedział Ruan Nanzhu. – Tylko kości z reszty ciała.
– Co mamy zrobić? Pochować ich? – zapytał Lin Qiushi.
– W ziemi zaznają spokoju. – Ruan Nanzhu odłożył torbę. – Chociaż mam wrażenie, że najważniejszej części tu nie ma – mówiąc to, spojrzał w górę na teru teru bozu wiszące na końcu korytarza.
To wciąż była ta za duża lalka, wisząca na bawełnianym sznurku w holu. Kołysała się na wietrze i gdyby nie wiedzieli, co jest w środku, mogliby uznać ten widok za kojący. Jednak gdy tylko Lin Qiushi przypomniał sobie tę mokrą od wody, białą ludzką głowę, poczuł ucisk w żołądku.
Znalazł łopatę w kącie podwórka, aby wykopać dół na kości. Ciało Ruan Nanzhu było słabe. Lin Qiushi nie mógł znieść tego, że się zmusza do wysiłku, więc kazał mu usiąść z boku. Szybko wykopał dół, a kiedy zakopywał kości, wciąż miał wrażenie, że coś go obserwuje, ale nawet po uważnym rozejrzeniu się, nie mógł znaleźć źródła tego odczucia.
Ruan Nanzhu siedział niedaleko i z pochyloną głową wpatrywał się w trzymany w dłoniach parasol z papieru olejowego.
Był całkiem zwyczajny, z konstrukcją wykonaną z bambusa. Całość miała delikatny odcień bieli, jakby była używana od bardzo dawna. Dzięki łatkom na papierze każda jego część emanowała starością. Ruan Nanzhu otworzył parasol i zauważył na nim krople wody.
– Ten parasol prawdopodobnie był używany niedawno, a może nawet… wczoraj wieczorem?
– Czy to było to, co widziałeś wczoraj w nocy?
– Możliwe – powiedział Ruan Nanzhu. – Ten parasol jest prawdopodobnie bardzo przydatny, ale potrzebujemy okazji, żeby go przetestować.
– Jak to zrobimy?
Ruan Nanzhu spojrzał w niebo.
– Cóż, parasole są przydatne tylko w deszczu.
Dzień znów zaczynał się robić szary. Po wczorajszym doświadczeniu wszyscy powinni wiedzieć, że wkrótce na pewno będzie padać. A jeśli złapie cię deszcz, wieczorem stajesz się teru teru bozu wiszącym na korytarzu.
Lin Qiushi ubił ziemię i odłożył łopatę na miejsce.
– Chodźmy. Powinni wkrótce wrócić.
– Chodźmy – przytaknął Ruan Nanzhu.
Obaj wrócili do budynku i wkrótce usłyszeli rozmowę dochodzącą z podwórza. To Lin Xingping i jego towarzysze wracali z poszukiwań na zewnątrz.
Lin Qiushi oczywiście usłyszał ich całą dyskusję.
Tego popołudnia Lin Xingping ponownie udała się z Cue Xueyi na ścieżkę, którą znaleźli w bambusowym lesie. Podążali nią w górę, ale nie udało im się dotrzeć do końca. Minęła im większość dnia i chociaż nie dotarli do celu, wszyscy troje cenili swoje życie i postanowili wrócić, bo gdyby w połowie drogi spadł deszcz, mieliby przechlapane.
Oczywiście natychmiast ucichli, gdy tylko odkryli Lin Qiushiego i Ruan Nanzhu siedzących nieopodal.
– Och, wy cały dzień tu siedzieliście? – zapytała Lin Xingping.
– Tak, nie czułam się najlepiej, więc mój ukochany został przy mnie cały dzień – mruknął słabo Ruan Nanzhu, wtulając się w objęcia Lin Qiushiego.
– Aha, dobrze – odparła Lin Xingping. – Dokonaliśmy wielkiego odkrycia. Jeśli jutro poczujesz się lepiej, możemy się rozdzielić i tam zajrzeć.
– Och? Jakiego odkrycia? – zapytał Lin Qiushi.
– Czy nie mówiłam wam o ścieżce, którą znaleźliśmy w bambusowym zagajniku? – Uśmiech Lin Xingping wyglądał bardzo szczerze, jakby naprawdę była liderką zespołu, która troszczy się o nowicjuszy. – Właśnie stamtąd wróciliśmy i naprawdę było coś godnego uwagi.
– Co takiego? – Ruan Nanzhu była ciekawa.
– Podwórko. – Lin Xingping westchnęła. – Szkoda, że było już za późno, kiedy tam dotarliśmy. Wróciliśmy, zanim zdążyliśmy to dokładnie sprawdzić. Jeśli wyruszycie jutro rano i będziecie tam wcześniej, może uda wam się znaleźć jakieś inne wskazówki.
– Po jaką cholerę im to mówisz? – wtrącił się Cue Xueyi. – Przecież siedzą w bezpiecznym schronieniu cały dzień, czyż nie chcą po prostu wygodnie poczekać na nasze odkrycia? Ludzie tacy są, a ty wciąż jesteś dla nich miła!
– Nie mów tak. Przecież jesteśmy kolegami z drużyny.
Jedno z nich grało dobrego policjanta, drugie złego – byli całkiem nieźle dobrani. Gdyby Lin Qiushi nie słyszał ich wcześniejszej rozmowy, mógłby im naprawdę uwierzyć. Spojrzał na Ruan Nanzhu.
– Siostrzyczko Lin, nie złość się. Po prostu źle się dziś czułam, jestem pewna, że jutro będzie dobrze. Mówiłaś o podwórku, prawda? Jutro pójdę to sprawdzić z moim chłopakiem i zobaczymy, czy coś tam znajdziemy.
– Mhm, dobrze – powiedziała Lin Xingping. – Właściwie jest jeszcze kilka miejsc, których nie sprawdziliśmy, jutro tam zajrzymy. W końcu w grupie siła, prawda? Tylko z pomocą wszystkich możemy się stąd wydostać szybciej.
Lin Qiushi skinął głową w odpowiedzi, a jego twarz wyrażała szczerość. Po tym przemówieniu Lin Xingping znów wyszła z towarzyszami. Ruan Nanzhu rzucił mu pełne ukrytego znaczenia spojrzenie, po czym obaj opuścili pomieszczenie i wrócili do swojego prywatnego pokoju.
Czyli Lin Xingping naprawdę zaczynała ich wrabiać. Przecież na tej ścieżce nic nie było. Jeśli naiwnie uwierzyliby w jej słowa i poszli tą drogą, mogli nie zdążyć wrócić przed deszczem. Gdyby do tego doszło, prawdopodobnie zawiśliby jako teru teru bozu.
Lin Xingping ewidentnie miała w tym wprawę. Nie zrobiłaby tego sama – Lin Qiushi i Ruan Nanzhu zginęliby z rąk potworów i nie mogliby stać się duchami, by się na nich zemścić.
– Niezła jest. – Ruan Nanzhu zaśmiał się chłodno. – Chociaż naprawdę jestem ciekawy, co jest na końcu tej drogi.
Lin Qiushi ponownie usłyszał odgłos deszczu uderzającego o ziemię. To, co początkowo było jedynie kapaniem, szybko przerodziło się w ulewę. Zerknął na zewnątrz i zobaczył podwórze ponownie spowite zasłoną opadów. Niebo było teraz szare, a cały świat pogrążył się w tym rytmicznym szumie.
– Pójdziemy tam jutro.
– Na tę ścieżkę?
– Mhm. – Ruan Nanzhu rozpoczął analizę. – To miasteczko jest małe. Sprawdziliśmy prawie wszystko i nie znaleźliśmy niczego szczególnego. Ta ścieżka może rzeczywiście prowadzić w jakieś ważne miejsce.
Lin Qiushi uznał słowa towarzysza za całkiem logiczne i skinął głową na znak zgody.
Siedzieli w pokoju, w ciszy czekając na nadejście nocy.
Około dziewiątej na zewnątrz zrobiło się zupełnie ciemno. Kilka latarenek wiszących w holu było zupełnie bezużytecznych – w strugach deszczu przypominały jedynie blask świetlików.
Światła w pokojach gasły jedno po drugim. Wszyscy szykowali się do snu. Ruan Nanzhu wyjął parasol i wstał.
Lin Qiushi powstrzymał go.
– Tym razem ja to zrobię – powiedział.
Jednak Ruan Nanzhu tylko się uśmiechnął.
– Nie podejmowałbym niepotrzebnego ryzyka. Mam zabezpieczenie.
– Ale… – Lin Qiushi przygryzł wargę.
Ruan Nanzhu machnął ręką, przerywając kolejne słowa przyjaciela. Jego ciemne oczy łagodnie spojrzały na Lin Qiushiego.
– Spokojnie. Wiem, co robię – powiedział, po czym cicho się zaśmiał. – Nie zrobię z mojego chłopaka wdowca.
Lin Qiushiego zatkało. Żartujesz nawet w takiej chwili?!
Jednak Ruan Nanzhu już wyszedł na korytarz. Otworzył parasol z papieru olejowego i ostrożnie wysunął się na deszcz.
Obserwując go, Lin Qiushi był tak zdenerwowany, że wstrzymał oddech. Aczkolwiek gdy Ruan Nanzhu dotarł do środka dziedzińca, wydarzyło się coś cudownego. Wszystkie krople deszczu wokół niego były odpychane przez jakąś niewidzialną siłę. Mężczyzna był jakby w próżni, do której nie mogła dotrzeć ani kapka wody.
– To naprawdę działa. – Ruan Nanzhu stał na deszczu, uśmiechając się.
Lin Qiushi zobaczył jego uśmiech i głęboko westchnął. Na szczęście nic się nie stało.
Ruan Nanzhu stał chwilę na deszczu, po czym wrócił na korytarz. Strzepnął wodę z parasola na bok, a następnie ręcznikiem, który wcześniej przygotował, wytarł papier olejowy. Wszedł do pokoju dopiero wtedy, gdy upewnił się, że żadne krople wody nie spadną na podłogę.
Ten parasol był ewidentnie ważny. Choć nie wiedzieli jeszcze, do czego służy ani dlaczego jest tak ważny, właśnie zyskali potwierdzenie. Lin Qiushi i Ruan Nanzhu mogli wychodzić na zewnątrz, gdy padał deszcz.
Tłumaczenie: Ashi
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Rozdział 18
Rozdział 19
Rozdział 20
Rozdział 21
Rozdział 22
Rozdział 23
Rozdział 24
Rozdział 25
Rozdział 26
Rozdział 27
Rozdział 28
Rozdział 29
Rozdział 30
Rozdział 31
Rozdział 32
Tom II
Rozdział 33
Rozdział 34
Rozdział 35
Rozdział 36
Rozdział 37
Rozdział 38
Rozdział 39
Rozdział 40
Rozdział 41
Rozdział 42
Rozdział 43
Rozdział 44
Rozdział 45
Rozdział 46
Rozdział 47
Rozdział 48
Rozdział 49
Rozdział 50
Rozdział 51
Rozdział 52
Rozdział 53
Tom III
Rozdział 54
Rozdział 55
Rozdział 56
Rozdział 57
Rozdział 58
Rozdział 59
Rozdział 60
Rozdział 61
Rozdział 62
Rozdział 63
Rozdział 64
Rozdział 65
Rozdział 66
Rozdział 67
Rozdział 68
Rozdział 69
Rozdział 70
Rozdział 71
Rozdział 72
Rozdział 73
Rozdział 74
Rozdział 75
Rozdział 76
Rozdział 77
Tom IV
Rozdział 78
Rozdział 79
Rozdział 80
Rozdział 81
Rozdział 82
Rozdział 83
Rozdział 84
Rozdział 85
Rozdział 86
Rozdział 87
Rozdział 88
Rozdział 89
Rozdział 90
Rozdział 91
Rozdział 92
Rozdział 93
Rozdział 94
Rozdział 95
Tom V
Rozdział 96
Rozdział 97
Rozdział 98
Rozdział 99
Rozdział 100
Rozdział 101
Rozdział 102
Rozdział 103
Rozdział 104
Rozdział 105
Rozdział 106
Rozdział 107
Rozdział 108
Rozdział 109
Rozdział 110
Rozdział 111
Rozdział 112
Rozdział 113
Rozdział 114
Rozdział 115
Rozdział 116
Rozdział 117
Rozdział 118
Rozdział 119
Rozdział 120
Rozdział 121
Rozdział 122
Rozdział 123
Rozdział 124
Rozdział 126
Rozdział 126
Tom VI
Rozdział 127
Rozdział 128
Rozdział 129
Rozdział 130
Rozdział 131
Rozdział 132
Rozdział 133
Rozdział 134
Rozdział 135
Rozdział 136
Rozdział 137
Rozdział 138
Ekstra 1
Ekstra 2
Ekstra 3
Ekstra 4
Ekstra 5
Ekstra 6
Ekstra 7
Ekstra 8
Ekstra 9
Ekstra 10