Kaleidoscope of Death

Rozdział 93 – Świątynia18 min. lektury

Po potwierdzeniu, że mogą użyć parasola, Ruan Nanzhu schował go w szufladzie w pokoju, a następnie wślizgnął się pod pościel Lin Qiushiego. Po wejściu przez te drzwi, jego ciało było stale zimne, najwyraźniej jako skutek odniesionych wcześniej obrażeń. Lin Qiushi pozwolił mu wtulić się w jego ramiona, przymknął oczy i zapadł w lekki sen.

Deszcz na zewnątrz padał o wiele za głośno, ale Lin Qiushi nie chciał zatykać uszu papierem z obawy, że coś przeoczy, więc nie spał najlepiej. Większość nocy przesypiał, wybudzając się co chwila.

Dzisiejsza noc nie była wyjątkiem. Zwinięty w jego ramionach Ruan Nanzhu szybko zasnął. Jednak gdy Lin Qiushi poczuł, że i on zasypia, wyrwał go z półsnu przeraźliwy krzyk.

– Co się stało? – Ruan Nanzhu również otworzył oczy. Wyraźnie usłyszał krzyk dochodzący z zewnątrz.

– Ktoś ma kłopoty – powiedział Lin Qiushi. Właściwie nie tylko usłyszał krzyk, a też coś toczącego się korytarzem, stukającego. Początkowo brzmiało to jak piłka do koszykówki, która uderzyła w ich drzwi zeszłej nocy, ale z czasem stało się cięższe.

Ruan Nanzhu wstał, podszedł do drzwi i delikatnie je uchylił. Lin Qiushi, stojący u jego boku, wyjrzał na zewnątrz. To w kącie na drugim końcu korytarza zobaczył źródło krzyku.

To był teru teru bozu. Z jakiegoś powodu zerwał się ze sznurka, spadł na ziemię i potoczył się przed siebie. Jego prymitywne rysy wykrzywiły się upiornie, a usta rozwarły się szeroko, wydając z siebie żałosny jęk.

– Boli, ratunku, ratunku… niech mi ktoś pomoże…

Lin Qiushi słyszał już ten głos. Po namyśle doszedł do wniosku, że należał do członka grupy, który zaginął drugiego dnia. Innymi słowy, to była ofiara, której wczoraj odcięto głowę i która została przemieniona w deszczową lalkę.

– Pomocy, pomocy… – Teru teru bozu wciąż zawodziło w holu, gdy na dziedzińcu znów rozbrzmiała piosenka. Dzieci pojawiły się w ciemności, trzymając się za ręce i znów odśpiewały mrożący krew w żyłach wierszyk.

– Dziura w wiklinie, dziura w wiklinie, ptak w klatce, kiedy wyjdziesz? O świcie. Żuraw i żółw się poślizgnęły…

Kręcili się dalej, otaczając osobę w środku. Ich młode głosy sprawiały, że deszczowa noc wydawała się jeszcze bardziej przerażająca.

Wyglądało na to, że inni również zostali obudzeni przez krzyki. W każdym razie Lin Qiushi słyszał co najmniej trzy lub cztery razy dźwięk cichego otwierania drzwi.

Teru teru bozu toczyło się nieubłaganie. Tuż przed tym, zanim do nich dotarło, Ruan Nanzhu, reagując błyskawicznie, natychmiast zamknął drzwi. Chwilę później zza drzwi dobiegł przeraźliwy krzyk:

– Ratunku, ratunku, gdzie jest moje ciało, gdzie jest moje ciało…

Lin Qiushi bardzo chciał odpowiedzieć „twoje ciało jest na dziedzińcu”, ale się nie odważył – kto wie, co by się stało, gdyby to zrobił.

Teru teru bozu, tak po prostu, toczył się i toczył, aż chyba w końcu w coś uderzył. Wszystkie dźwięki ucichły. Kiedy Lin Qiushi i Ruan Nanzhu ponownie ostrożnie otworzyli drzwi, wszelki ślad po nim zniknął, a jedyne, co pozostało, to dzieciaki radośnie bawiące się w deszczu.

– Ktoś chodził po korytarzu – powiedział nagle Lin Qiushi. Wyraźnie słyszał kroki dochodzące z korytarza, gdy krzyki teru teru bozu ucichły.

– Dokąd zmierzał?

– W stronę pokoju właściciela posiadłości. – Dobrze, że był tak wrażliwy na dźwięk, że bez patrzenia mógł pojąć więcej niż inni obserwatorzy.

– Aha. Rozumiem – odparł Ruan Nanzhu. – Chodźmy spać.

Mówienie to jedno, a rzeczywiste spanie to co innego. Lin Qiushi wciąż myślał o związku teru teru bozu z tym dziedzińcem, parasolem i dziećmi bawiącymi się na zewnątrz.

Dopiero gdy zbliżał się świt, udało mu się zdrzemnąć na chwilę, po czym usłyszał, że Ruan Nanzhu wstaje.

– Nie spałeś? – zapytał go towarzysz.

– Nie – odpowiedział Lin Qiushi. – Nie dałem rady zasnąć. – Jednak był wystarczająco energiczny, a po umyciu się zimną wodą w łazience poczuł się dość ożywiony. – Idziemy dzisiaj do bambusowego lasu?

– Pamiętasz jeszcze, jak brzmiała ta piosenka? – zapytał Ruan Nanzhu. – Dziura w wiklinie, dziura w wiklinie… – Przechylił głowę. – Właściwie w znanym mi oryginale pierwszy wers nie brzmi „dziura w wiklinie”, tylko „uwięziony ptak”. Jednak ma on sześć możliwych tłumaczeń i myślałem, że to tylko inna wersja, ale teraz nie jestem pewny…

– To raczej wskazówka? – dokończył Lin Qiushi.

– Tak, mała podpowiedź – powiedział Ruan Nanzhu. – W całym mieście jest tylko ten las bambusowy, który może mieć związek z wikliną. Musimy go dziś obejrzeć. – Wskazał na parasol w dłoni. – Skoro mamy parasol, nie ma problemu, żebyśmy wrócili trochę później.

Lin Qiushi skinął głową na znak zgody.

– Chodźmy.

Wczoraj widział, że bezpieczna przestrzeń wytworzona przez ten parasol może całkowicie pomieścić dwie osoby. Nie czułby się komfortowo, pozwalając Ruan Nanzhu iść samemu. W towarzystwie, gdyby coś się stało, mogliby przynajmniej zadbać o siebie nawzajem.

– Jasne. – Ruan Nanzhu skinął głową, zgadzając się na tę sugestię.

Poszli do jadalni na proste śniadanie. Na końcu holu zobaczyli wiszącego nowego teru teru bozu… Skąd wiedzieli, że jest nowy? Ponieważ te prymitywne rysy twarzy były nieco inne, jakby celowo inaczej narysowane, by dać im znać, że lalka została podmieniona.

Hałas ubiegłej nocy był wystarczająco głośny, by wszystkich wybudzić ze snu, a atmosfera w jadalni była przerażająco ciężka, chociaż Lin Xingping przywitała ich z właściwym sobie entuzjazmem.

Lin Qiushi przywitał się z nią obojętnie.

– Czy to nowa lalka? Kto będzie następny? Czy to tak, że każdy, na kogo spadnie deszcz, staje się ofiarą? – W grupie wszyscy o tym dyskutowali. Ruan Nanzhu i Lin Qiushi z kolei w ogóle nie chcieli rozmawiać. Te dwie osoby, z dwiema brzydkimi twarzami, z werwą karmiły się nawzajem, radośnie wzbudzając obrzydzenie u wszystkich innych.

Oczywiście najważniejsi wśród „wszystkich innych” byli Lin Xingping i spółka.

– Och, kochanie, masz ryż na ustach. – Ruan Nanzhu przysunął się bliżej i cmoknął Lin Qiushiego w kącik ust. – Jesteś taki nieostrożny.

– Tak, kochanie, gdybyś się mną nie opiekowała, nie wiedziałabym, jak żyć.

Lin Xingping prawdopodobnie nie mogła już wytrzymać i nagle zmieniła temat.

– Słyszeliście coś wczoraj wieczorem?

– Tak. – Ruan Nanzhu przybrał wyraz szoku i strachu. – Co to był za krzyk? To było takie przerażające… Nie mogłam spać przez resztę nocy.

W rzeczywistości przez resztę nocy jak zawsze spał jak zabity.

– Otworzyłam drzwi, żeby sprawdzić, co się dzieje, i zobaczyłam, że ta lalka pogody spadła na ziemię. Wrzeszczała i tarzała się, a w końcu nie wiem, gdzie się podziała – powiedziała Lin Xingping. – Musicie być ostrożni i trzymać się od tego z daleka…

– Tak, tak, dziękuję za przypomnienie. – Ruan Nanzhu podziękował jej z wdzięcznością.

– Poza tym, będziemy dzisiaj dalej szukać wskazówek. Idziecie z nami, czy do bambusowego lasu?

Zaraz po tym, jak Lin Xingping to powiedziała, Cue Xueyi dodał z boku:

– Po co nam oni? Nic nie zrobili. Jeśli tak to ma wyglądać, to niech dadzą nam spokój. Są bezużyteczni. Siostro Lin, przestań mnie przekonywać. Już wystarczająco długo byłaś dobrym człowiekiem. Nie możesz ich tak chronić.

Brzmiał całkiem rozsądnie. Zwykły nowicjusz mógłby się zawstydzić i zgodzić na wizytę w bambusowym lesie. Lin Qiushi musiał pochwalić ich metody.

– Dobrze, pójdę z moim ukochanym sprawdzić las – powiedziała potulnie Ruan Nanzhu, przymilając się Lin Xingping. – Nie bądź zła, na pewno się postaramy. Następnym razem musisz mnie zabrać ze sobą.

Lin Xingping się uśmiechnęła.

– Nie poddamy się, dopóki będziecie wystarczająco ciężko pracować.

Ruan Nanzhu uśmiechnął się z satysfakcją.

Lin Qiushi siedział obok niego w milczeniu, niby zawstydzony, i jadł śniadanie.

Xiao Cha, ta, która wczoraj skrytykowała Lin Xingping, zdawała się słyszeć ich rozmowę i patrzyła na tę kobietę, jakby miała coś do powiedzenia. Ostatecznie jednak milczała dalej, tylko lekko westchnęła.

To miało sens. Świat drzwi był pełen niebezpieczeństw. Przetrwanie samemu było wystarczająco trudne, kto miałby serce, żeby troszczyć się o innych?

Po posiłku wyszli razem. Lin Qiushi i Ruan Nanzhu zgodzili się obejrzeć las bambusowy i pod czujnym okiem Lin Xingping zabrali plecaki i poszli ścieżką.

– Hah, mam nadzieję, że nigdy nie wrócą – powiedział nienawistnie Cue Xueyi, obserwując ich z tyłu.

– Tak, też mam nadzieję, że nie wrócą. – Lin Xingping zerknęła na Gu Yuansiego, który od momentu, gdy przekroczyli próg, zachowywał się jak przerażona przepiórka. – Powinieneś się pospieszyć i przyzwyczaić do tego, co się dzieje za drzwiami. Nadal możesz liczyć na pomoc w drzwiach niższego poziomu, ale w tych wyższych możesz liczyć tylko na siebie.

Na te słowa Gu Yuansi zdołał parsknąć pozbawionym humoru śmiechem, skinął głową, ale nie odezwał się.

Lin Xingping również nie zastosowała się do rady. Nie każdy złodziej drzwi dołączał do ich organizacji. Ludzie tacy jak Gu Yuansi byli wyłącznie pracodawcami.

Lin Qiushi i jego towarzysz szli dalej wąską ścieżką otoczoną gęstym lasem bambusowym. Droga była pochyła. Idąc nią, zdawali się wspinać ku szczytowi góry. Ruan Nanzhu wciąż był słaby i po chwili się zmęczył. Lin Qiushi podniósł go i ruszyli dalej.

– Czy jestem ciężki? – zapytał mężczyzna, opierając podbródek na ramieniu Lin Qiushiego.

– Nie. – Lin Qiushi uniósł głowę, patrząc przed siebie. – Lekki jak piórko. Jeśli zawieje wiatr, naprawdę może cię porwać.

Ruan Nanzhu się roześmiał.

Ich spacer po tej ścieżce zdawał się nie mieć końca. Otaczający krajobraz był praktycznie identyczny, do tego stopnia, że Lin Qiushi miał wrażenie, jakby krążyli w kółko. Jednak zdolność obserwacji otoczenia przez Ruana Nanzhu była niesamowita.

– Nie kręcimy się w kółko – zaprzeczył. – Idziemy naprzód, choć wokół nas wygląda to mniej więcej tak samo…

– Ile jeszcze nim dotrzemy? – Lin Qiushi spojrzał w niebo. Słońce było już prawie w zenicie, czyli szli cały ranek.

– Nie wiem – powiedział Ruan Nanzhu. – Ale mamy parasol, więc się nie martw.

Na szczęście Lin Qiushi przeszedł już tyle drzwi, że jego sprawność fizyczna stała się nadzwyczajna, inaczej tak długa górska ścieżka z pewnością byłaby wyczerpująca. Teraz jednak wcale nie czuł się zmęczony, nawet niosąc dorosłego mężczyznę na plecach.

Szli dalej. I szli. Rozmawiali, idąc, aż wyczerpały się wszystkie tematy, a Ruan Nanzhu zaczął narzekać, że jeśli wkrótce tam nie dotrą, będzie musiał zacząć opowiadać bajki z przedszkola. Wtedy w końcu zobaczyli, że krajobraz się zmienia, a ścieżka pod ich stopami zakręciła.

– Wreszcie jesteśmy! – westchnął Ruan Nanzhu. – Właśnie miałem zacząć opowiadać historię o tym, jak walczyłem innym z dzieckiem o cukierki w przedszkolu i dostałem reprymendę od nauczycielki.

Lin Qiushi pomyślał: Właściwie to chciałbym o tym usłyszeć…, ale nie powiedział tego na głos. Podążając ścieżką za zakrętem, niespodziewanie dostrzegł zrujnowaną świątynię.

Sądząc po samym wyglądzie, wydawała się nieużywana od dłuższego czasu. Była kompletnie zniszczona, a obok niej znajdowała się studnia, która wyglądała na nietkniętą od lat i prawdopodobnie już wyschła.

Podszedł do wejścia i lekko pchnął drzwi świątyni.

Zgrzyt. Drzwi się otworzyły, ukazując przyćmione wnętrze. Lin Qiushi spojrzał w górę i nie mógł się powstrzymać od głębokiego wdechu.

Bo na suficie świątyni wisiała gęstwina teru teru bozu. Lalki te kołysały się na wietrze, a niezliczone głowy wisiały na suficie, uśmiechając się do nich osobliwie swoimi prymitywnymi ustami.

Lin Qiushi chciał skłamać i powiedzieć, że to zwykłe lalki. Sądząc jednak po ich rozmiarach, niemożliwe było, żeby to były zwykłe teru teru bozu. Prawdopodobnie były tego samego rodzaju, co te na ich dziedzińcu – wszystkie zostały wykonane z ludzkich głów.

– Tsk. – Ruan Nanzhu powoli wszedł do środka. – Pada, choć mają aż tyle lalek?

– Może działają tylko przez jeden dzień? I po użyciu… tracą moc… – To by wyjaśniało brak ustanowionego limitu czasowego w tych drzwiach. W rzeczywistości był, po prostu dobrze ukryty.

W tych drzwiach każde teru teru bozu oznaczało czyjeś życie. Jeśli chcieli, żeby świeciło słońce, musieli zrobić lalkę z głowy zmarłego. Jeśli nie mogli znaleźć parasola, a pogoda się nie poprawiła, czyż nie oznaczało to, że nigdy nie dotrą do tej świątyni…? Przynajmniej aż do momentu, gdy w drzwiach pozostał tylko jeden szczęśliwiec, który przeżył.

Weszli głębiej i zobaczyli posąg umieszczony na ołtarzu. Statua była stara i zniszczona, ale nie miała głowy.

Lin Qiushi przyjrzał się posągowi i zauważył stojący przed nim pojemnik przeznaczony na kadzidło. Sam posąg był ubrany trochę jak starożytny mnich – na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało zupełnie normalnie.

– Głowa zniknęła – mruknął Ruan Nanzhu.

– Myślisz, że jest w świątyni?

– Rozejrzyjmy się.

Świątynia nie była duża. Obeszli ją całą, ale nie znaleźli brakującej głowy. Wtedy Ruan Nanzhu spojrzał na posąg i nagle powiedział:

– A może weźmiemy jakąkolwiek głowę i ją przykleimy?

– …mówisz poważnie? – Zaraz potem dodał: – Okej, wiem, że żartujesz.

Zanim słowa zdążyły opuścić usta Ruan Nanzhu, Lin Qiushi je ukradł. Nieszczęśliwy mężczyzna rzucił mu więc gniewne spojrzenie.

Lin Qiushi wzruszył ramionami, dając do zrozumienia, że nie zrobił tego celowo.

– Linlin, zepsułeś się – ubolewał Ruan Nanzhu. – Ale nawet jeśli teraz jesteś złym chłopcem, to nadal mi się to podoba.

Lin Qiushiego zatkało. Wpatrywał się w twarz Ruan Nanzhu i właściwie zaczął tęsknić za jego prawdziwym zewnętrznym wyglądem…

Wyszli ze świątyni i kontynuowali rozglądanie się po okolicy. Lin Qiushi zauważył studnię nieopodal i podszedł bliżej. Nie odważył się jednak dojść do jej skraju i najpierw tylko wychylił głowę.

Jednak wyschnięta studnia była w środku zbyt ciemna, więc nic nie widział. Po chwili mrużenia oczu Lin Qiushi włączył latarkę w telefonie i sobie poświecił.

Jednak gdy snop światła padł w dół i wyraźnie zobaczył, co znajduje się na dnie studni, telefon niemal wypadł mu z ręki, tak wstrząsnął nim ten widok.

– O cholera – zaklął cicho Lin Qiushi, odwracając się i wołając przyjaciela. – Chodź tu i spójrz!

– Co się stało? – Ruan Nanzhu podszedł do Lin Qiushi i zajrzał do środka, dochodząc do tego samego wniosku. – O cholera.

Dno studni było całkowicie pokryte grubą warstwą zwłok. Już dawno zamieniły się w szkielety, ale wszystkie bez wyjątku nie miały głowy.

Rzeczą, która najbardziej wstrząsnęła Lin Qiushim, było ich ułożenie.

Zgodnie z normalną logiką, zwłoki wrzucone do studni powinny leżeć na kupie. Jednak te ciała były praktycznie przyklejone do ścian studni, wyciągając ręce w górę – wyglądały, jakby w każdej chwili mogły się wyczołgać na powierzchnię. Niewątpliwie, kiedy zostały tu wrzucone, nadal były zdolne do ruchu…

Lin Qiushi parsknął pozbawionym humoru śmiechem.

– Nie ożywią się, prawda?

– Nie martw się, nawet gdyby tak było, nie będą mieli zbyt wiele sił do walki. To tylko kupa szkieletów, rozwalą od jednego kopniaka – przeanalizował chłodno Ruan Nanzhu, pocierając podbródek.

Gdy tylko skończył mówić, z wnętrza studni dobiegł huk. Lin Qiushi zobaczył na własne oczy, jak szkielet, który wcześniej znajdował się na ścianie, rozsypuje się na drobne kosteczki.

– …cicho. Tamten cię słyszał.

– Mogą mnie słuchać, ile chcą. Gdyby mieli taką możliwość, już by się zemścili. Po co niby mają nas straszyć?

Lin Qiushi naprawdę podziwiał logikę Ruan Nanzhu… Bez skazy, absolutnie bezbłędna za każdym razem. Spojrzał na niebo.

– Czy uda nam się wrócić dziś w nocy?

– Musimy. Kto wie, co się stanie, jeśli tu przenocujemy? To nie jest bezpieczne – powiedział Ruan Nanzhu. – Daj mi swój telefon.

Lin Qiushi podał telefon, nie wiedząc, co chce zrobić. Obserwował, jak Ruan Nanzhu otwiera aparat i robi kilka zdjęć świątyni.

– Dlaczego robisz zdjęcia? – Lin Qiushi nie mógł zrozumieć.

– Żeby znaleźć jeszcze kilka lalek oczywiście. – Ruan Nanzhu zaczął się uśmiechać. – Chodź, wracamy.

W porządku. – Lin Qiushi skinął głową.

Wrócili na tę samą ścieżkę. Jak przewidział Ruan Nanzhu, gdy byli już nieco ponad w połowie drogi, niebo pociemniało. Wyjęli parasol i wkrótce krople deszczu wielkości ziarnka grochu zaczęły spadać z nieba, lądując na papierze olejowym. Parasol wytworzył wokół siebie próżnię. Ruan Nanzhu położył się na plecach Lin Qiushiego, mocno się go trzymając.

Około godziny ósmej wrócili do posiadłości.

Bez wątpienia Lin Xingping musiała być tak podekscytowana, że aż zakwitła, widząc, że nie udało im się wrócić. Kto wie, jak bardzo opadną im szczęki jutro rano, gdy zobaczą, że nic im się nie stało?

Lin Qiushi i Ruan Nanzhu wrócili do pokoju, umyli się, po czym położyli się do łóżek, czekając na nadejście poranka.

Tej nocy również usłyszeli krzyki teru teru bozu. Byli jednak na nie gotowi, więc zbytnio ich nie zaskoczyły.

Następnego dnia Ruan Nanzhu wyjął z torby notes, zanim poszli do jadalni. Podarł kartkę papieru na małe karteczki, a następnie napisał na nich kilka słów: dziś w ciągu dnia będzie padać, nie wychodźcie.

Lin Qiushi początkowo miał kilka pytań, ale w połączeniu ze zdjęciami, które Ruan Nanzhu zrobił wczoraj, szybko wszystko zrozumiał. Pochwalił go, mówiąc:

– Bardzo sprytne.

– Och, proszę cię. Brązowy medal, w najlepszym razie. Nie dasz mi nagrody?

– Jaką chcesz nagrodę?

– Może mnie pocałujesz?

Lin Qiushi wpatrywał się w niego przez chwilę, po czym wskazał palcem na swoją twarz.

– Jesteś pewien, że chcesz, żebym cię pocałował, kiedy tak wyglądam?

Ruan Nanzhu spojrzał na niego i zamilkł na chwilę.

– Dobra, nieważne. Wynagrodzisz mi to, kiedy będziemy na zewnątrz – powiedział w końcu.

Wzięli karteczki i poszli do jadalni. Na ich widok Lin Xingping uśmiechnęła się, choć mina Gu Yuansiego była nieco zdenerwowana.

– Jesteście! Jak poszło wczoraj? – zapytała kobieta.

– Całkiem nieźle! Dokonaliśmy wielkiego odkrycia – oświadczył Ruan Nanzhu. – Powiemy ci później!

Następnie Ruan Nanzhu z apetytem zjadł swój posiłek, kilka razy poszedł do łazienki i po drodze porozmawiał z kilkoma innymi osobami.

Kiedy wrócił, nie miał w kieszeni już ani jednej karteczki. Lin Qiushi nie miał pojęcia, jak to się stało.

Po posiłku znaleźli spokojniejsze miejsce. Ruan Nanzhu wydawał się pełen entuzjazmu, mówiąc:

– Naprawdę znaleźliśmy coś na końcu ścieżki wczoraj!

W oczach Lin Xingping pojawił się cień zaskoczenia, ale szybko go ukryła.

– Tak! Mówiliśmy ci, że coś tam jest.

– Tak, i nawet zrobiliśmy zdjęcia. – Ton Ruan Nanzhu był radosny. – Dzięki Bogu, że nam o tym powiedzieliście, jesteście naprawdę wspaniali!

Lin Qiushi wyraźnie zobaczył, że gdy tylko to powiedział, wyraz twarzy Cue Xueyiego drgnął.

Tłumaczenie: Ashi

Tom I Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Rozdział 18
Rozdział 19
Rozdział 20
Rozdział 21
Rozdział 22
Rozdział 23
Rozdział 24
Rozdział 25
Rozdział 26
Rozdział 27
Rozdział 28
Rozdział 29
Rozdział 30
Rozdział 31
Rozdział 32

Tom II
Rozdział 33
Rozdział 34
Rozdział 35
Rozdział 36
Rozdział 37
Rozdział 38
Rozdział 39
Rozdział 40
Rozdział 41
Rozdział 42
Rozdział 43
Rozdział 44
Rozdział 45
Rozdział 46
Rozdział 47
Rozdział 48
Rozdział 49
Rozdział 50
Rozdział 51
Rozdział 52
Rozdział 53

Tom III
Rozdział 54
Rozdział 55
Rozdział 56
Rozdział 57
Rozdział 58
Rozdział 59
Rozdział 60
Rozdział 61
Rozdział 62
Rozdział 63
Rozdział 64
Rozdział 65
Rozdział 66
Rozdział 67
Rozdział 68
Rozdział 69
Rozdział 70
Rozdział 71
Rozdział 72
Rozdział 73
Rozdział 74
Rozdział 75
Rozdział 76
Rozdział 77

Tom IV
Rozdział 78
Rozdział 79
Rozdział 80
Rozdział 81
Rozdział 82
Rozdział 83
Rozdział 84
Rozdział 85
Rozdział 86
Rozdział 87
Rozdział 88
Rozdział 89
Rozdział 90
Rozdział 91
Rozdział 92
Rozdział 93
Rozdział 94
Rozdział 95

Tom V
Rozdział 96
Rozdział 97
Rozdział 98
Rozdział 99
Rozdział 100
Rozdział 101
Rozdział 102
Rozdział 103
Rozdział 104
Rozdział 105
Rozdział 106
Rozdział 107
Rozdział 108
Rozdział 109
Rozdział 110
Rozdział 111
Rozdział 112
Rozdział 113
Rozdział 114
Rozdział 115
Rozdział 116
Rozdział 117
Rozdział 118
Rozdział 119
Rozdział 120
Rozdział 121
Rozdział 122
Rozdział 123
Rozdział 124
Rozdział 126
Rozdział 126

Tom VI
Rozdział 127
Rozdział 128
Rozdział 129
Rozdział 130
Rozdział 131
Rozdział 132
Rozdział 133
Rozdział 134
Rozdział 135
Rozdział 136
Rozdział 137
Rozdział 138
Ekstra 1
Ekstra 2
Ekstra 3
Ekstra 4
Ekstra 5
Ekstra 6
Ekstra 7
Ekstra 8
Ekstra 9
Ekstra 10

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

:błeee:  :płaku:  :WeiMądruś:  :zonk:  :NieNie: 
:AAAA:  :ależeco:  :blabla:  :ugh:  :cooo: 
:ekscytacja:  :facepalm:  :patriarcha:  :muahaha:  :złamaneserce: 
:szok:  :przestań:  :zachwyt:  :zachwyt2: