Kaleidoscope of Death

Rozdział 50 – Trzy lata temu21 min. lektury

Ko Shinobu nie chciał już więcej z nimi rozmawiać. Siedział w klasie i za nic w świecie nie chciał się stamtąd ruszyć. Nie było nic, co mogliby zrobić, poza przyjściem ponownie jutro, aby uniknąć zwracania uwagi innych NPC. Kiedy nadejdzie pora, będą szukać okazji, aby z nim porozmawiać. W końcu wydawał się mieć najważniejsze wskazówki.

– Wystarczy na dziś. Wróćmy wcześniej do naszych pokoi i odpocznijmy trochę – wyznał Ruan Nanzhu, ziewając. – Ja też jestem bardzo wyczerpana.

– W porządku. – Li Dongyuan nigdy nie sprzeciwiał się sugestiom Ruan Nanzhu, odkąd weszli do świata drzwi. Cokolwiek Ruan Nanzhu powiedział, robił to bez wahania. W pewnym sensie było to z jego strony bardzo uprzejme i dżentelmeńskie.

Zjedli coś prostego, po czym wrócili do budynku szkoły, lecz gdy dotarli do wejścia, zobaczyli nowicjuszkę chodzącą w kółko z przerażoną miną.

– Co się stało? – zapytał Lin Qiushi.

Kobieta wyjąkała, a w jej głosie słychać było głęboki niepokój:

– M-mój przyjaciel… nie wrócił.

– Dokąd szliście? – zapytał Ruan Nanzhu.

– Stary budynek szkoły – powiedziała kobieta. – Poszłam do łazienki, a po powrocie zobaczyłam, że go nie ma. Przeszukałam cały budynek, ale nie mogłam go znaleźć. Im dłużej tam byłam, tym bardziej się bałam, więc wyszłam.

– Zaginął w starym budynku szkoły? – Li Dongyuan przechylił głowę i spojrzał przez okno na ciemniejące niebo. – Nie ma sensu się spieszyć. Nie możemy szukać go po ciemku. Radziłbym, żebyś odpoczęła w nocy, a jutro pójdziemy z tobą i sprawdzimy.

Chociaż kobieta wyglądała na bardzo przestraszoną, skinęła głową. Wyglądało na to, że ona również nie była chętna na powrót do złowrogo wyglądającego starego budynku szkoły w takim momencie.

I tak wrócili do swoich pokoi, aby odpocząć.

Im więcej doświadczenia zdobywali w świecie za drzwiami, tym lepiej rozumieli, co oznaczało zniknięcie. Kiedy ktoś zaginął w miejscu pełnym śmiertelnych pułapek, szanse na przeżycie były zerowe. Wyglądało na to, że przyjaciel tej kobiety najprawdopodobniej już nie żył.

Leżąc w łóżkach, omawiali wskazówki, które zdobyli dzisiaj.

– Czy oni wkrótce nie przystąpią do egzaminów końcowych? – przypomniał Ruan Nanzhu.

– To prawda, ale dlaczego to przypominasz?

– Obecny semestr z pewnością nie jest zimowy. Temperatura jest umiarkowana, wręcz ciepła. To oznacza, że, nie zdają egzaminów kończących semestr, które zazwyczaj odbywają się przed feriami zimowymi.

Lin Qiushi nagle zrozumiał, co miał na myśli Ruan Nanzhu.

– Chodzi ci o to, że niedługo rozpoczną się egzaminy wstępne na studia?

– Dokładnie. Uważam, że to kluczowy moment. Gdy skończą się egzaminy, nie będą już uczniami tej szkoły.

W tym momencie trybiki w umyśle Xia Rubei zakliknęły.

– Więc egzamin końcowy jest tak naprawdę egzaminem wstępnym na studia. Czyli musimy zdążyć, nim się skończą? Co jeśli… co jeśli do tego czasu nadal nie będziemy w stanie znaleźć klucza?

Ruan Nanzhu się uśmiechnął.

– Są dwie możliwości. Pierwszy scenariusz jest taki, że czas cofnie się i przeżyjemy te ostatnie dni jeszcze raz. Drugi i bardziej prawdopodobny jest taki, że te nadprzyrodzone byty rozpoczną masakrę i zostawią przy życiu tylko jedną szczęśliwą duszę. Drzwi otworzą się same.

Obie wersje były okropne.

Xia Rubei nie odważyła się już nic więcej mówić, tylko zwinęła się w kłębek.

– Mengmeng, przez ile drzwi przeszłaś? – zapytał nagle Li Dongyuan. – Wydajesz się być strasznie doświadczona.

– Panie Meng, czy nikt pana nie uczył, że nigdy nie należy pytać kogoś o jego kartę atutową? – Ruan Nanzhu nawet nie starał się być uprzejmy. – Co więcej, bez względu na to, jak duże mam doświadczenie, nie byłabym w stanie równać się z przywódcą Białego Jelenia.

Li Dongyuan uniósł brew.

– To niekoniecznie musi być prawdą.

Po dyskusji poszli się zdrzemnąć.

Gdy oszołomiony patrzył na pryczę nad sobą, a jego myśli błądziły gdzie indziej, Lin Qiushi powoli zapadał w sen.

Spał spokojnie i nic nie śnił. Lin Qiushi miło przywitał poranek.

Obudzili się punktualnie o siódmej rano. Po szybkiej toalecie przygotowali się do towarzyszenia tamtej nowicjuszce, aby sprawdzić sytuację w starym budynku szkoły.

– Nazywam się Luo Xiaoyu. – Nowo przybyła nieśmiało się przedstawiła. Najwyraźniej miała za sobą nieprzespaną noc. Pod jej oczami wisiały ogromne cienie, a strach i niepokój był wyraźne w jej spojrzeniu. – Czyli myślicie, że on nie żyje…?

– Mniej więcej – odpowiedział Li Dongyuan. – Gdyby żył, nie spędziłby nocy w starym budynku szkoły.

Jego słowa były prawdą. Luo Xianyu objęła się ramionami, a zimny pot zlał całe jej ciało.

Dotarli do starego budynku szkoły i zobaczyli, że jego metalowe wrota wciąż były szeroko otwarte. Luo Xiaoyu powiedziała, że otworzyli je wczoraj, a kiedy wychodziła, przyparła je kamieniem, bojąc się, że jej przyjaciel zostanie zamknięty w środku. Nie spodziewała się, że wszystko pozostanie nietknięte, ale przynajmniej teraz byli pewni, że nikt nie opuścił budynku.

– Na którym piętrze straciliście wtedy kontakt? – zapytał Ruan Nanzhu.

– Na czwartym. – Luo Xiaoyu dobrze to pamiętała. – Na końcu czwartego piętra była sala lekcyjna. Wyglądało na to, że miała tam lekcje klasa 2-2.

Słysząc ostatnie zdanie, Lin Qiushi i Ruan Nanzhu wymienili spojrzenia w tym samym momencie.

– Chodźmy tam i rzućmy okiem – zaproponował Li Dongyuan.

Weszli na czwarte piętro. Idąc dalej, Lin Qiushi uważnie słuchał otoczenia, bojąc się usłyszeć ten sam dudniący dźwięk, co wcześniej, ponieważ oznaczałoby to, że Satchan jest w pobliżu. Jednak na szczęście dźwięk tym razem się nie pojawił, nawet po tym, jak dotarli na czwarte piętro.

Na końcu korytarza znajdowała się tabliczka, na której widniał napis „klasa druga” zapisany kanji. Przeszli obok okna i zobaczyli, co było w środku.

Sala nie była zbyt duża. Wszystko można było zobaczyć z zewnątrz na pierwszy rzut oka – biurka i krzesła stały w pustym pomieszczeniu, ale przyjaciela, o którym wspomniała Luo Xiaoyu, tam nie było.

– Nie tutaj – powiedział Li Dongyuan. – Może poszedł gdzie indziej. Dlaczego w ogóle się rozdzieliliście?

– Poszłam do łazienki, a kiedy wróciłam, jego już nie było. Potem już go nie widziałam… – wyjąkała nerwowo Luo Xiaoyu.

– Czy powinniśmy zajrzeć na inne piętra? – zasugerował Lin Qiushi.

– Nie widzę w tym nic złego. – Ruan Nanzhu skinął głową.

Gdy skierowali się w stronę schodów, za nimi rozległ się ogłuszający huk. Brzmiał, jakby coś spadło z góry i uderzyło mocno o ziemię.

Wszyscy podskoczyli na ten dźwięk. Kilka osób zaczęło szukać źródła dźwięku i bardzo szybko to zauważyli — dochodził z pustej klasy 2, którą widzieli wcześniej.

W klasie, w której poprzednio znajdowały się tylko ławki i krzesła, leżał teraz zakrwawiony trup. Wyglądało to tak, jakby spadł z sufitu, rozwalając stos starannie ustawionych ławek i krzeseł.

Widząc to, Luo Xiaoyu nie mogła powstrzymać się od krzyku. Xia Rubei była nieco bardziej opanowana, ponieważ zachowała ciszę, robiąc tylko kilka chwiejnych kroków do tyłu i zasłaniając usta drżącą dłonią.

– Wejdźmy i rzućmy okiem – powiedział Ruan Nanzhu, po czym wyciągnął spinkę do włosów, żeby otworzyć zamek.

Lin Qiushi stał z boku, przyzwyczajony do sposobu, w jaki pracował jego przyjaciel. Xia Rubei, jednocześnie ciekawa i przestraszona, kucnęła nieopodal z brodą opartą na kolanach i przyglądała się uważnie, wyglądając odrobinę uroczo.

Wkrótce rozległ się cichy klik, a kłódka upadła na ziemię z brzękiem. Ruan Nanzhu wszedł pierwszy i został powitany przez chaos.

Lin Qiushi, wchodząc za nim do klasy, szybko zauważył, że coś jest nie tak.

– Te rzeczy…

– Interesujące.

Wokół ciała leżało kilka książek, które z daleka wyglądały jak materiały dydaktyczne. Było niezwykle dziwnie widzieć, jak otaczają zwłoki.

Li Dongyuan miał jaja. Bez strachu podszedł do zwłok i podniósł jedną z książek.

– To podręczniki.

Lin Qiushi i Ruan Nanzhu dostrzegli przedmiot w dłoni Li Dongyuana, gdy podeszli bliżej. Bez wątpienia były to materiały dydaktyczne – każda z tych książek była podręcznikiem. Każda strona, którą zobaczyli, była oszpecona bazgrołami zapisanymi czerwonym tuszem i nienawistnymi, nieczytelnymi przekleństwami.

– Umrzyj. Umrzyj. Umrzyj.

Ruan Nanzhu pochylił się, by podnieść kolejny podręcznik. Krótko mówiąc, każda strona była pełna przekleństw. Mężczyzna zastanawiał się przez chwilę i przekartkował do pierwszej strony. Stojący tuż obok niego Lin Qiushi wyraźnie widział zapisane tam słowo: Sachiko. Pomyśleć, że te książki należały do Sachiko!

Ciało na środku klasy również nie miało nogi – wyglądało na to, że za tym mordem stała Sachiko. Tylko nie wiedzieli, jakich metod użyła tym razem, żeby zmusić tę osobę do przeczytania na głos zakazanej piosenki.

***

Nie Chenghe przybył do starego budynku szkoły z Luo Xiaoyu.

Kiedy dziewczyna poszła do toalety, po prostu stał obok klasy, czekając cierpliwie. Cały budynek był niepokojąco cichy. Na pustym korytarzu nawet najcichszy szept powodował jakieś echo.

Nie Chenghe spojrzał na niekończący się korytarz i poczuł się trochę przestraszony. Wyciągnął telefon, aby zagrać w kilka minigier i się uspokoić, gdy nagle jego wyraz twarzy zamarł, gdy usłyszał dziwne głosy. Dochodziły z sali, przypominając prywatne rozmowy między uczniami i sprawiając, że włosy stanęły mu dęba.

W budynku szkoły nie było ani żywej duszy, więc skąd te pogawędki? Głosy stawały się coraz głośniejsze, aż w końcu zamieniły się w ogłuszającą kakofonię dźwięków.

Nie Chenghe szedł wolnym krokiem, kierując się w stronę okna. Minął je i w końcu dotarł do źródła głosów – klasy przed nim.

Ku jego zaskoczeniu, to co pierwotnie powinno być pustą salą, nagle wypełniło się uczniami. Stali i siedzieli dookoła, dyskutując o czymś z podekscytowaniem.

Ten widok był zbyt przerażający. Nie Chenghe nie mógł się powstrzymać, żeby nie zrobić kilku kroków do tyłu. Gdy miał już wychodzić, uczniowie w klasie zaczęli śpiewać dziwną piosenkę:

– Satchan tak naprawdę nazywa się Sachiko, ale odkąd była mała, mówiła na siebie Satchan. Och, jakie to zabawne! Satchan naprawdę kocha banany, ale może zjeść tylko połowę swoich ulubionych bananów. Och, jakie to żałosne! Satchan odeszła w dalekie miejsce i wkrótce o mnie zapomni. Och, jaki jestem samotny, Satchan!.

Nie Chenghe nigdy wcześniej nie słyszał takiej piosenki. Sprawiła, że robiło mu się coraz zimniej, jakby właśnie panowała sroga zima. Chciał się odwrócić i uciec, ale nagle jego ciało zamarło na miejscu.

– Satchan tak naprawdę nazywa się Sachiko, ale odkąd była mała, mówiła na siebie Satchan. Och, jakie to zabawne! Satchan naprawdę kocha banany, ale może zjeść tylko połowę swoich ulubionych bananów. Och, jakie to żałosne! Satchan odeszła w dalekie miejsce i wkrótce o mnie zapomni. Och, jaki jestem samotny, Satchan! – Piosenka się powtórzyła, a uczniowie zauważyli obecność Nie Chenghe.

Odwrócili się i spojrzeli na niego przez okno. Teraz, wyraźnie ich widząc, Nie Chenghe zdał sobie sprawę, że nie mieli oczu. Zamiast nich były tylko dwa duże, czarne jak smoła otwory wydrążone w ich czaszkach. Te ziejące jamy, w połączeniu z upiornie bladymi twarzami, dowodziły, że ci uczniowie nie byli żywymi ludźmi.

Nie Chenghe zatoczył się kilka kroków do tyłu w przerażeniu. Szczęka mu opadła, gdy zobaczył, jak jedna uczennica skanduje jeszcze jeden wers:

– Straciłam nogi, więc czy nie dasz mi swoich? Straciłam nogi, więc czy nie dasz mi swoich?

Ostatni wers powtarzał się w kółko. Te wersy nie były już tekstem dziecięcej piosenki, ale klątwą diabła. Oczy Nie Chenghe zaczęły się mienić, jego usta lekko się rozchyliły i jakby zaczarowany, cicho wypowiedział:

– Straciłam nogi, więc czy nie dasz mi swoich?

W chwili, gdy te słowa wyszły z jego ust, cała klasa ucichła. Wszystkie te upiornie białe twarze rozpromieniły się dziwnymi, niesamowitymi uśmiechami.

Dopiero wtedy Nie Chenghe zdał sobie sprawę z tego, co zrobił. Powaga jego obecnej sytuacji uderzyła go i odwrócił się, by uciec, ale donośne dudnienie dochodzące z tyłu zatrzymało go w miejscu. Gorączkowo odwrócił się i zobaczył cień osoby stojącej na korytarzu. Gdy postać stopniowo się do niego zbliżała, jej śpiewny głos rozbrzmiewał echem w korytarzu:

– Straciłam nogi, więc czy nie dasz mi swoich?.

Nie Chenghe poczuł ostry ból przeszywający jego nogę i pochłonęła go ciemność.

***

Po wyjściu ze starego budynku szkoły chcieli poszukać Ko Shinobu, aby z nim porozmawiać.

Jednak biorąc pod uwagę jego wczorajsze zachowanie, Ruan Nanzhu zaproponował, żeby zatrzymać go przy bramie szkoły i zabrać w miejsce, gdzie nikt nie będzie zwracał na nich uwagi, aby móc szczegółowo wypytać go o wszystkie detale.

Li Dongyuan zgodził się na tę propozycję. Powiedział też, że jest z nich najsilniejszy i że tylko on może przyprowadzić do nich Ko Shinobu bez żadnej pomocy.

Lin Qiushi pomyślał, że na szczęście nie byli w prawdziwym świecie. W przeciwnym razie ich działania mogłyby zaalarmować ochronę, która by ich wyrzuciła.

Była już szósta po południu. Uczniowie skończyli zajęcia i powoli opuszczali teren szkoły.

W normalnej sytuacji trzecioklasiści nadal uczyli się sami w bibliotece wieczorami. Jednak być może z powodu incydentów, które miały tu miejsce, wszyscy opuścili ją przed godziną 19:00. Początkowo hałaśliwy teren szkoły wkrótce stał się jeszcze cichszy niż śmiertelnie cichy cmentarz.

Nie spuszczali wzroku z bram szkoły, lecz nawet po kilku godzinach Ko Shinobu się nie pojawił.

W końcu Xia Rubei nie mogła już dłużej się powstrzymywać i podejrzliwie zapytała:

– Przemknął się jakoś? Dlaczego do tej pory nie widzieliśmy Ko Shinobu?

– Niemożliwe, żebyśmy go przegapili. – Ruan Nanzhu był niezwykle pewny swojego wzroku. – W ogóle nie przyszedł.

– To może powinniśmy pójść do budynku lekcyjnego i rzucić okiem? – zasugerował Li Dongyuan.

– W porządku – powiedział Ruan Nanzhu. – Zaczekajcie tutaj. Pójdę tam z Yu Linlinem.

Lin Qiushi już miał powiedzieć „w porządku”, ale Li Dongyuan uśmiechnął się lekko i się wtrącił:

– Mengmeng, to nie byłoby szczególnie stosowne.

Ruan Nanzhu uniósł brew.

– Dlaczego nie miałoby to być stosowne?

– Co jeśli wpadniemy na Ko Shinobu przy bramie? Nie boisz się, że zataimy przed tobą informacje, które zdobędziemy?

Ruan Nanzhu rzucił okiem na Li Dongyuana. Było oczywiste, że mężczyzna używał siebie jako przykładu, ale w rzeczywistości martwił się, że to Ruan Nanzhu i Lin Qiushi będą ukrywać przed nimi informacje. W końcu byli z różnych organizacji, więc to naturalne, że się martwili.

– Może staniesz tu na straży z Xia Rubei, a my pójdziemy sprawdzić, co się dzieje. W ten sposób obie strony mogą być spokojne.

Ruan Nanzhu zastanawiał się nad tym przez chwilę i niespodziewanie zgodził się na sugestię Li Dongyuana.

– Brzmi dobrze. – Następnie odwrócił się, by spojrzeć na Lin Qiushiego. – Im szybciej odejdziesz, tym szybciej będziesz mógł wrócić.

Lin Qiushi skinął głową.

Ruszyli więc w stronę budynku szkoły, chcąc zobaczyć, gdzie poszedł Ko Shinobu. Po drodze Li Dongyuan pytał go o sprawy dotyczące Zhu Meng, o ich relacje oraz o pozycję Zhu Meng w Obsydianie. Lin Qiushi bezczelnie zbywał wszystkie jego pytania, nie zastanawiając się dwa razy, odpowiadając półsłówkami: „nie wiem”, „nie jestem pewien” i „nie rozumiem”.

Li Dongyuan nie był ani trochę zły, że został odprawiony w taki sposób. Uśmiechając się, spojrzał na Lin Qiushiego i powiedział:

– Dlaczego wy wszyscy z Obsydian jesteście tacy interesujący?

– Nie jesteśmy zbyt interesujący, po prostu przeciętni.

Dotarli na parter budynku lekcyjnego. W środku nikogo już prawie nie było, a jedynie w kilku salach wciąż paliły się światła. Wśród nich była klasa 3-3.

– Chodźmy tam i rozejrzyjmy się – powiedział Li Dongyuan.

Wspięli się po schodach i dotarli do klasy 3-3. Zbliżali się do pomieszczenia, gdy z wnętrza usłyszeli jakieś hałasy. Jeden z tych głosów wydawał się należeć do Ko Shinobu – wyglądało na to, że był w trakcie kłótni.

– Wiesz coś, prawda? – Głos był nieznany, ale brzmiał bardzo młodo. Jego właściciel był najprawdopodobniej uczniem.

– Niby co mam wiedzieć? Nic nie wiem. Nie szukaj mnie więcej. Gdy skończą się egzaminy, wszystko się skończy! – krzyknął Ko Shinobu, a jego głos był mocno wzburzony.

– Koniec?! Jak to możliwe?! A co jeśli pójdzie za nami na studia, co? Skąd możemy mieć pewność, że ta klątwa w ogóle się skończy?! – Głos drugiego ucznia stał się głośniejszy. Wydawał się być tak zrozpaczony, że aż zaciekle uderzył dłońmi w stół. – Naprawdę nic nie wiesz?

– Nie wiem! Nic nie wiem! – krzyknął zirytowany Ko Shinobu. – Gdybym wiedział, naprawdę myślisz, że po prostu patrzyłbym, jak wszyscy umierają?!

– To dlaczego nie jesteś martwy? Ty…Ty przeżyłeś jako jedyny!

Ko Shinobu wpadł we wściekłość. Z jego ust wylewały się wulgarne przekleństwa.

Co ty, kurwa, próbujesz powiedzieć?! – ryknął wściekle. – Co, do cholery, masz na myśli, mówiąc, że przeżyłem jako jedyny? Przecież też jesteś żywy!

– Gdyby nie to, co mi powiedziałeś, byłoby już po mnie. Teraz wszyscy nie żyją. Jaki pożytek jest z tego, że żyję? Powiem ci, Ko Shinobu – jeśli dowiem się, że ta sprawa w jakikolwiek sposób jest z tobą związana… – Głos stał się strasznie zimny i złowieszczy, wywołujący dreszcz strachu. – Przysięgam, że nigdy nie pozwolę ci się z tym uporać.

Ko Shinobu wybuchnął, klnąc jak wariat.

– Odejdź! Spierdalaj mi z oczu, ty cholerny zdrajco!

Ta osoba zaśmiała się zimno.

– Nie musisz mi mówić. Idę. A ty… dbaj o siebie. – Po tych słowach wybiegł z klasy i szybko zbiegł po schodach, nie zauważając Lin Qiushiego i Li Dongyuana, którzy kryli się za rogiem.

Ko Shinobu przeklął jeszcze kilka razy, zanim w końcu się uspokoił, wziął torbę i wyszedł z klasy.

Jednak kiedy zobaczył ich stojących na korytarzu, natychmiast jeszcze bardziej spochmurniał.

– Czego do cholery chcecie… Już powiedziałem, że nic nie wiem!

Li Dongyuan uśmiechnął się do niego słabo.

– Uczniu Ko, jeszcze nawet o nic cię nie prosiliśmy.

– Cóż, nie mam żadnych odpowiedzi na wasze pytania. Wyraźnie powiedziałem, że nic nie wiem… – odparł ostrożnie i po ponownym podkreśleniu tego faktu odwrócił się na pięcie, by odejść, ale Li Dongyuan złapał go za ramię.

– Co robisz?! – Uczeń wpadł w szał.

Uśmiech na twarzy Li Dongyuana przygasł.

– Dzieciaku, nie zmuszaj mnie do użycia siły.

– Ty…

– W tej szkole często dochodzi do zgonów, prawda? – przerwał mu Li Dongyuan. Oczy Ko Shinobu zrobiły się wielkie jak spodki. – Jeśli nagle znikniesz, myślisz, że uwierzą, że zabił cię człowiek czy duch?

Chłopak zamilkł. Oczywiste było, że słowa Li Dongyuana dotknęły czułego miejsca. Wydarzyło się mnóstwo rzeczy, ale żaden z tych tajemniczych incydentów nie został wyjaśniony. Można powiedzieć, że każdy tutaj wiedział, że na terenie szkoły dzieją się niewytłumaczalne rzeczy, znacznie wykraczające poza logikę i racjonalność.

Do tego miał szczególną tożsamość, a mianowicie był uczniem klasy, która była znana ze znikających uczniów. Nawet gdyby zaginął, szkoła po prostu uznałaby to za nadprzyrodzone zdarzenie, na które nie mogli nic poradzić.

– Dobra, co chcesz wiedzieć? – Ko Shinobu zmierzył Li Dongyuana spojrzeniem, a następnie przyjrzał się swojej sylwetce, zanim postanowił zrezygnować z walki. – Naprawdę nie wiem wiele!

Dopiero wtedy Li Dongyuan go puścił, na nowo przybierając swój łagodny uśmiech. Lin Qiushi w duchu zauważył, że Li Dongyuan zdecydowanie był bandytą. Chociaż wyglądał szczególnie łagodnie, kiedy się tak uśmiechał, był niewątpliwie ekspertem w grożeniu ludziom.

– Linlin, nie patrz tak na mnie. – Li Dongyuan wydawał się wiedzieć, co Lin Qiushi myśli. Nawet postarał się wyjaśnić. – Zazwyczaj taki nie jestem.

– Czyli zazwyczaj po prostu pomijasz groźby i przechodzisz do mówienia pięściami?

– Haha, twoje poczucie humoru jest naprawdę niezrównane.

Lin Qiushi nic więcej nie powiedział. Nawet nie zaprzeczył.

Ko Shinobu skrzyżował ręce na piersi w geście sprzeciwu, ostrożny i niechętny wobec rozmówców. Oświadczył:

– Pytaj szybko. Muszę jeszcze wrócić do domu.

– Jesteś z klasy 2-2? Tamten chłopak też z niej był, prawda? – zapytał Li Dongyuan.

– Tak – potwierdził Ko Shinobu. – On również jest z klasy 2.

– Ile osób z niej zostało?

– Tylko my dwaj.

– Wiesz więc, co przydarzyło się Sachiko?

Ko Shinobu nie potrafił ukryć strachu, który przemknął przez jego twarz na dźwięk tego imienia. Trzęsąc się gwałtownie w miejscu i zaciskając zęby, sztywno skinął głową.

– Opowiedz nam o tym. Wczoraj wspomniałeś, że ona nie jest kimś, kto powinien istnieć. Powiedz nam, co miałeś na myśli.

Ko Shinobu otarł zimny pot z czoła.

– Nie ma wiele do opowiedzenia. Kiedy była w naszej klasie, często ją prześladowano, a ci, którzy to robili… – ostrożnie wyjaśnił.

– Umarli, prawda? Tak jak nabazgrano w jej książkach – zgadł Li Dongyuan.

– Skąd o tym wiedziałeś? – Ko Shinobu spojrzał na Li Dongyuana z przerażeniem i niepokojem.

– To nie wszystko, o czym wiemy. – Li Dongyuan się zaśmiał. – Mając to na uwadze, zastanów się bardzo dokładnie nad swoimi następnymi słowami. Jeśli zauważymy jakiekolwiek rozbieżności między tym, co powiedziałeś, a tym, co wiemy… to nie obwiniaj nas za niegrzeczność.

Ko Shinobu przełknął z trudem ślinę.

– Wiesz, czasami ludzie są o wiele straszniejsi niż duchy – kontynuował Li Dongyuan. – Gdyby ta osoba, która jest teraz ze mną, zdecydowała się na jakiś ruch, myślę, że wszyscy na pewno wolelibyście umrzeć.

Li Dongyuan, czy Ruan Nanzhu zaraził cię swoimi dramatycznymi ciągotkami? – pomyślał Lin Qiushi. Zupełnie niespodziewanie mężczyzna postanowił odegrać scenę i dać Lin Qiushiemu rolę złoczyńcy, z którym nie wolno zadzierać.

– Czyż nie, Linlin? – Li Dongyuan miał nawet czelność spojrzeć na Lin Qiushiego, z niecierpliwością oczekując na jego odpowiedź.

– …To prawda.

Jakby tego było mało, ten skandaliczny Li Dongyuan nawet bezczelnie puścił do niego oko.

W pewnym sensie Li Dongyuan i Ruan Nanzhu byli dla siebie stworzeni.

A jednak, co było jeszcze smutniejsze w całej tej sytuacji, to fakt, że Ko Shinobu całkowicie uwierzył w słowa Li Dongyuana. Rzucił Lin Qiushiemu spojrzenie pełne czystego strachu i paniki, a nawet zrobił kilka kroków do tyłu. Z niepokojem nalegał:

– Naprawdę nie wiem wiele…

– Więc jak zginęła Sachiko? Dlaczego twoi koledzy z klasy zginęli, a ty żyjesz i masz się dobrze?

– Wszystko zaczęło się trzy lata temu…

Tłumaczenie: Ashi

Tom I Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Rozdział 18
Rozdział 19
Rozdział 20
Rozdział 21
Rozdział 22
Rozdział 23
Rozdział 24
Rozdział 25
Rozdział 26
Rozdział 27
Rozdział 28
Rozdział 29
Rozdział 30
Rozdział 31
Rozdział 32

Tom II
Rozdział 33
Rozdział 34
Rozdział 35
Rozdział 36
Rozdział 37
Rozdział 38
Rozdział 39
Rozdział 40
Rozdział 41
Rozdział 42
Rozdział 43
Rozdział 44
Rozdział 45
Rozdział 46
Rozdział 47
Rozdział 48
Rozdział 49
Rozdział 50
Rozdział 51
Rozdział 52
Rozdział 53

Tom III
Rozdział 54
Rozdział 55
Rozdział 56
Rozdział 57
Rozdział 58
Rozdział 59
Rozdział 60
Rozdział 61
Rozdział 62
Rozdział 63
Rozdział 64
Rozdział 65
Rozdział 66
Rozdział 67
Rozdział 68
Rozdział 69
Rozdział 70
Rozdział 71
Rozdział 72
Rozdział 73
Rozdział 74
Rozdział 75
Rozdział 76
Rozdział 77

Tom IV
Rozdział 78
Rozdział 79
Rozdział 80
Rozdział 81
Rozdział 82
Rozdział 83
Rozdział 84
Rozdział 85
Rozdział 86
Rozdział 87
Rozdział 88
Rozdział 89
Rozdział 90
Rozdział 91
Rozdział 92
Rozdział 93
Rozdział 94
Rozdział 95

Tom V
Rozdział 96
Rozdział 97
Rozdział 98
Rozdział 99
Rozdział 100
Rozdział 101
Rozdział 102
Rozdział 103
Rozdział 104
Rozdział 105
Rozdział 106
Rozdział 107
Rozdział 108
Rozdział 109
Rozdział 110
Rozdział 111
Rozdział 112
Rozdział 113
Rozdział 114
Rozdział 115
Rozdział 116
Rozdział 117
Rozdział 118
Rozdział 119
Rozdział 120
Rozdział 121
Rozdział 122
Rozdział 123
Rozdział 124
Rozdział 126
Rozdział 126

Tom VI
Rozdział 127
Rozdział 128
Rozdział 129
Rozdział 130
Rozdział 131
Rozdział 132
Rozdział 133
Rozdział 134
Rozdział 135
Rozdział 136
Rozdział 137
Rozdział 138
Ekstra 1
Ekstra 2
Ekstra 3
Ekstra 4
Ekstra 5
Ekstra 6
Ekstra 7
Ekstra 8
Ekstra 9
Ekstra 10

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

:błeee:  :płaku:  :WeiMądruś:  :zonk:  :NieNie: 
:AAAA:  :ależeco:  :blabla:  :ugh:  :cooo: 
:ekscytacja:  :facepalm:  :patriarcha:  :muahaha:  :złamaneserce: 
:szok:  :przestań:  :zachwyt:  :zachwyt2: