Potwory nie były najgorszymi rzeczami, z którymi trzeba było się zmierzyć za tymi drzwiami. Szczególnie trzeba było nawet uważać na towarzyszy, którzy nie wahali się zdradzić ich w każdej chwili. Na pierwszy rzut oka wszyscy wydawali się bliskimi partnerami, współpracującymi harmonijnie i wspierającymi się nawzajem – jednak w chwili, gdy doszło do nieoczekiwanego incydentu, to tak zwane bliskie partnerstwo mogło rozpaść się w mgnieniu oka.
Choć z zewnątrz słyszeli głos wołającej ich przewodniczki, nikt nie odważył się zrobić kroku. Nie mogli zapomnieć makabrycznej sceny, która rozegrała się na ich oczach zaledwie kilka minut wcześniej.
Ruan Nanzhu, wciąż wygodnie odpoczywając na plecach Lin Qiushiego, delikatnie poklepał go po ramieniu i rozkazał:
– Idź.
– Tak po prostu? Jesteś pewien?
– Teraz powinno być dobrze. Nic się nie stanie – zapewnił Ruan Nanzhu. – Właściwie to gorzej byłoby zostać tutaj. Nie powinniśmy spędzać tu nocy.
To stwierdzenie nie mogłoby być bardziej prawdziwe. Lin Qiushi zatrzymał się na chwilę, zastanawiając się.
– Lepiej będzie, jeśli najpierw sam wyjdę na zewnątrz. Przynajmniej wy będziecie bezpieczni, a jeśli coś mi się stanie, to ustalicie inny plan akcji – powiedział w końcu.
– Idziemy razem – stanowczo oświadczył Ruan Nanzhu. – Po prostu mi zaufaj.
Stając twarzą w twarz ze zdeterminowanym Ruan Nanzhu, Lin Qiushi nie miał innego wyjścia, jak się poddać. Zacisnął mocniej dłonie i ruszył w stronę wyjścia. Wychodząc ze świątyni z drugim mężczyzną na plecach, Lin Qiushi dostrzegł przewodniczkę stojącą dokładnie w tym samym miejscu, w którym wcześniej się z nimi rozstała, promieniejącą i energicznie machającą flagą.
– Zbierzcie się! Zbierzcie się szybko! – krzyknęła do nich przewodniczka. – Robi się ciemno. Musimy się spieszyć, zanim zajdzie słońce!
Lin Qiushi obejrzał uważnie otoczenie, tylko po to, by odkryć, że deszcz ostrzy, który spadł z nieba i przeharatał ziemię, niemal zniknął. Tylko roztrzaskane kości zostawione nieopodal wejścia udowodniły, że wszystko, czego był świadkiem, było prawdziwe.
Lin Qiushi stopniowo zbliżał się do przewodniczki. Było tak, jak powiedział Ruan Nanzhu – nic się nie wydarzyło. Cheng Qianli pośpiesznie podążał za nimi, nieustannie zerkając na zwłoki. Przesadny wyraz twarzy nastolatka był aż nazbyt znajomy. Miał dokładnie tę samą minę, co podczas oglądania horrorów i widać było, że sekundy dzieliły go od wydania z siebie wrzasku godnego wykastrowanego kurczaka.
Teraz jednak nie wydał z siebie ani jednego pisku. Nie licząc faktu, że cała twarz Cheng Qianliego płonęła czerwienią, a żyły wściekle pęczniały na czole i szyi, chłopakowi jakoś udało się wytrzymać tę makabryczną scenę i zatrzymać w sobie wrzaski i skrzeki.
Widząc, że nie doszło do żadnej nowej tragedii, reszta grupy również zaczęła opuszczać świątynię.
Przewodniczka wycieczki najwyraźniej nie zauważyła nic dziwnego. Uśmiechnęła się do nich i radośnie zapytała o ich dzień, mając nadzieję, że wszyscy bawią wyśmienicie. Próbowała też się dowiedzieć, czy mogli rozkoszować się i docenić niezwykłą atmosferę świątyni.
Wszyscy ją po prostu ignorowali. Nie przejmując się ich obojętnością, po prostu paplała dalej z wielkim entuzjazmem.
Gdy szli ścieżką z powrotem do swoich domków, niebo nad nimi stawało się coraz bardziej ponure, a uroczysta cisza zapanowała w głębi dżungli. Wściekłe podmuchy wiatru uderzały we flagi rozciągające się na czubkach drzew, zmuszając je do powiewania jak rozpostarte szeroko skrzydła odrażających potworów.
W drodze powrotnej nie doszło do żadnych wypadków. Bezpiecznie dotarli do bambusowych domów i napełnili żołądki bezsmakowym posiłkiem wieczornym.
Zanim odeszła, przewodniczka ustalił godzinę kolejnego spotkania, oczekując, że wszyscy będą obecni punktualnie o ósmej.
Meng Yu zapytał ją o miejsce, które jutro będą zwiedzać.
Przybierając tajemniczy wyraz twarzy, przewodniczka odparła jedynie, że ich następny cel jest szczególnie wyjątkowy.
– Będziesz wiedział, kiedy nadejdzie czas. Wszyscy muszą być punktualni. Wiatry na szczytach gór są dziś dość silne, więc najlepiej nie opuszczać swoich domów.
Jej przypomnienie było głośne i wyraźne, ale trafiło w próżnię.
Kolacja była mdła i trudna do przełknięcia. Ruan Nanzhu nie miał apetytu, ale mimo to próbował zmusić się do zjedzenia jak największej porcji. Od czasu, gdy przybył na ten świat, jego stan był okropny. W tym momencie wręcz emanował wyczerpaniem, wyglądając, jakby mógł zemdleć w każdej chwili.
Gdyby to była jakakolwiek inna osoba, która wyglądałaby tak samo chorowicie jak Ruan Nanzhu, ludzie albo apatycznie by ją ignorowali, albo poczuliby się całkowicie wyczerpani i zniechęceni samym patrzeniem na nią. Ale Ruan Nanzhu nie był przeciętny – jego twarz sama w sobie była niezwykle piękna. Nawet gdyby był chory aż do utraty przytomności, to przynajmniej nadal wyglądałby jak chorowita piękność, wywołując w innych poczucie troski.
Obok Xu Jin złośliwie zauważyła, że Ruan Nanzhu spał cały dzień.
– Łał, jak możesz być nadal taka śpiąca, skoro dzisiaj ciągle drzemałaś?
Ruan Nanzhu musnął brodą szyję Lin Qiushiego i czule zamruczał:
– Przepraszam. Moje ciało było bardzo słabe od dzieciństwa, więc wyrosłam na bardzo delikatną. Och, starszy bracie Linlin, wygląda na to, że cię zmartwiłam.
– Wcale nie…
Uch, na litość boską! Czy ta pieprzona para psów może dostać oddzielny pokój?! – pomyślała Xu Jin z marsową miną.
Mimo że posiłek był niesmaczny, Cheng Qianli pochłaniał jedzenie, aż jego żołądek był napęczniały i więcej by nie pomieścił. Uważał, że jeśli i tak miał umrzeć, wolałby zrobić to z pełnym brzuchem. Przynajmniej będzie w pełni zaspokojony w życiu pozagrobowym.
Lin Qiushiemu brakło słów, by wyrazić ogromny podziw, jaki czuł w tej chwili dla Cheng Qianliego. Szczerze mówiąc, ich kolacja była zbyt obrzydliwa, by ją zjeść w całości. Z każdym kęsem wola życia coraz bardziej kurczyła się w nicość. A jednak ten chłopak był tutaj, objadając się posiłkiem.
Po kolacji wszyscy rozeszli się do swoich pokoi, aby trochę odpocząć.
Ruan Nanzhu zapadł w sen natychmiast po położeniu głowy na poduszce. Lin Qiushi i Xu Jin nie mieli tak imponujących zdolności do spania, więc mogli tylko rozmawiać, dopóki sen ich nie zmógł.
Xu Jin krótko opowiedziała o swoim prawdziwym życiu. Okazało się, że jest po prostu zwykłą studentką, która niedługo powinna skończyć studia. Kiedy przechodziła przez ulicę, nagle została wciągnięta do świata drzwi. Na początku myślała, że śni, ale potem zdała sobie sprawę, że niemożliwe jest, aby sen był tak realistyczny i sprawiał, że doświadcza wszystkiego w prawdziwym życiu.
– Czy tutaj umrzemy? Bracie Linlin… – Z drżących ust Xu Jin wydobyły się jęki. – Jestem tak przestraszona.
Lin Qiushi oparł się o okno i westchnął.
– Nie wiem, więc nie mogę ci odpowiedzieć. Nie myśl o tym za dużo. Spróbuj szybko zasnąć.
Rzuciwszy okiem na Ruan Nanzhu, który spokojnie spał, Xu Jin zacisnęła zęby. Jej głos stał się wyższy, gdy zamruczała:
– Bracie Linlin…
– Hm?
– Zimno mi…
Lin Qiushiego zatkało. Cholera, Ruan Nanzhu, spójrz, jak psujesz taką słodką dziewczynę swoim złym wpływem! W zasadzie nauczyłeś ją, jak być niegrzeczną! Chociaż Lin Qiushi nie miał żadnego doświadczenia, jeśli chodzi o dziewczyny, nie był też głupi ani ślepy. Intencje Xu Jin były jasne jak słońce. Całkowicie bezradny, mógł tylko udawać ignorancję i głupio odpowiedzieć:
– Och, jest ci zimno? Może jeszcze jeden koc by pomógł?
Czy on naprawdę myśli, że sama bym na to nie wpadła, gdyby było mi naprawdę zimno?! Zacisnęła zęby i tupnęła nogą. Porzucając swoją skromność, bezczelnie zapytała:
– Jeśli to nie kłopot, czy mogę… eee, czy mogę się wcisnąć do ciebie?
Lin Qiushi spokojnie odmówił, nie mrugając nawet okiem.
– Nie, nie możesz się do mnie wcisnąć. Jesteś za gruba. Łóżko byłoby zbyt ciasne, a ja czułbym się przyduszony.
Xu Jin rzuciła kolejne spojrzenie na kruchego Ruan Nanzhu, który spał głęboko. Jej oczy przesunęły się po tej szczupłej, delikatnej sylwetce. Następnie spojrzała na siebie i nawet nie potrafiła zaprzeczyć.
– Czy nadal potrzebujesz koca?
Taplając się w rozpaczy i zniechęceniu, Xu Jin prychnęła:
– Nie, najwyraźniej jestem gruba, więc powinnam dać sobie radę.
Chociaż wiedział, że byłoby to podłe, Lin Qiushi nigdy nie chciał wybuchnąć śmiechem bardziej niż teraz. Świat za drzwiami był tak nieprzewidywalny i niebezpieczny, więc jak ludzie mogli mieć serce, by szukać romansu i zaczynać związek w tak ryzykownych okolicznościach? Poza tym, czy nie bali się, że nagle znikąd pojawiłby się krwiożerczy duch, jeśli zaczęliby się pieprzyć? To na pewno doprowadziłoby do takiej traumy, że niewątpliwie staliby się permanentnymi impotentami. Szczerze mówiąc, byłoby prawdziwym błogosławieństwem, gdyby czyjś penis nadal był w stanie się podnieść po doświadczeniu czegoś tak przerażającego…
Xu Jin prawdopodobnie przejrzała fasadę Lin Qiushiego i zauważyła osądzające myśli przebiegające przez jego umysł, ponieważ w końcu postanowiła się poddać. Rozpaczliwie próbując uniknąć wplątania się w jeszcze bardziej zawstydzającą i niezręczną sytuację, wdrapała się na łóżko i zamknęła oczy. Po chwili w pokoju rozległ się dźwięk miękkiego, miarowego oddechu, wskazujący, że śpi.
No cóż, szybko cię znokautowało… – pomyślał Lin Qiushi.
Następnie zamknął oczy i rozluźnił ciało tak bardzo, jak to było możliwe, i zanim się zorientował, zapadł w głęboki sen.
Strumień światła słonecznego wlewający się przez szklaną szybę obudził Lin Qiushiego. Pierwszą rzeczą, jaką zrobił po otwarciu oczu, było potwierdzenie, że jego towarzysze są nadal w pokoju, bezpieczni i zdrowi.
Ruan Nanzhu był całkowicie rozbudzony, siedział na łóżku i zrelaksowany czesał włosy. Pomimo usłyszenia, że Lin Qiushi się obudził, nie odwrócił się, by na niego spojrzeć.
– Dzień dobry.
– Dzień dobry – przywitał się Lin Qiushi.
– Wczoraj położyłam się wcześnie, ale później w nocy nic się nie wydarzyło, prawda? – drążył Ruan Nanzhu.
– Do niczego nie doszło – odpowiedział Lin Qiushi. – Na zewnątrz było bardzo cicho. Z dżungli nie dochodziły żadne dźwięki, a ja też nie słyszałem niczego dziwnego.
– Miałam na myśli sytuację między tobą a Xu Jin…
Lin Qiushi nie rozumiał, o co chodzi.
– Między mną a Xu Jin? Co niby miałoby się między nami wydarzyć? Czy to możliwe, że coś jest z nią nie tak? Czy coś się z nią stało? O co chodzi?
Ruan Nanzhu przez chwilę milczał, zanim zadał jedno pytanie:
– Dlaczego właściwie rozstałeś się ze swoją ostatnią dziewczyną?
–Dziewczyną? Nie mam… Nigdy nie miałem dziewczyny… – Od kiedy zaczął studiować projektowanie, stracił praktycznie cały kontakt ze społeczeństwem, ucinając wszelkie interakcje społeczne i szanse na związek. Był zbyt skupiony na godzeniu nauki i pracy, by poświęcać czas czemu innemu. W dni, kiedy musiał iść do szkoły, jeśli nie miał zajęć, to albo wykonywał inne zadania, albo odrabiał pracę domową, na dodatek każdego dnia pracował wieczorami. Cały jego czas pochłaniała szkoła i praca, więc gdzie miałby upchnąć chwilę na związek? W ogóle nie miał okazji zobaczyć dziewczyny, nie wspominając o próbach randkowania.
– Och, doskonale.
Z jakiegoś powodu Lin Qiushi czuł, że coś jest nie tak z subtelnym wyrazem twarzy Ruan Nanzhu.
Po umyciu dołączyli do pozostałych na śniadaniu.
Wszyscy byli niezwykle ciekawi, dokąd dziś zmierzają, ale mimo to niepokój ich nie opuszczał. W głębi duszy czuli, że dzisiejsza podróż będzie jeszcze bardziej niebezpieczna niż wczorajsza.
– Zbierzcie się w jak największe grupy – radził Meng Yu. – W ten sposób łatwiej będzie sobie poradzić, jeśli coś pójdzie nie tak.
Wczoraj zginęło dwóch mężczyzn i w tej chwili zostało jeszcze czternaście osób. Sporo przeżyło, ale z drugiej strony ich liczebność nie miała znaczenia w obliczu kłopotów. Wciąż wszyscy na raz mogliby ulec wypadkowi.
Cheng Qianli poklepał Lin Qiushiego po ramieniu i powiedział:
– Dzisiaj będę się ciebie trzymał.
Lin Qiushi mruknął na zgodę.
Przewodniczka przybyła punktualnie o ósmej. Ubrana w ten sam strój co wczoraj i z tym samym uśmiechniętym wyrazem twarzy, energicznie machała tą samą czerwoną flagą dookoła.
– Czy wszyscy już są? Jesteście podekscytowani kolejną przygodą? Gdy wszyscy będą gotowi i obecni, wyruszymy.
– Jesteśmy już wszyscy – potwierdził Meng Yu.
– No dobrze, to idziemy! – poinformowała kobieta. – Dzisiaj odwiedzimy bardzo, bardzo wyjątkowe miejsce. Gdy już tam dotrzemy, nie wolno nam robić zamieszania ani mówić zbyt głośno. Ważne jest, abyśmy szanowali lokalne zwyczaje.
Wszyscy skinęli głowami.
Widząc ich posłuszeństwo, przewodniczka uśmiechnęła się i oznajmiła:
– A teraz, bez zbędnych ceregieli, ruszajmy szybko!
Ze względu na fakt, że byli w środku dżungli, nie było innych środków transportu poza chodzeniem. Tym razem przewodniczka zabrał ich inną drogą – samotną ścieżką wijącą się w górach, otoczoną gęstymi drzewami i roślinnością.
Z wielkim trudem wszyscy brnęli za kobietą, gdyż ścieżka była strasznie trudna do przejścia pieszo. Nie minęło dużo czasu, zanim ktoś stracił siły i zaczął zostawać w tyle.
– Czy możemy zrobić sobie przerwę? – zawołała do przewodniczki jakaś osoba.
– Krótka przerwa jest w porządku. – Kobieta spojrzała na zegarek. – Ale musimy dotrzeć do celu przed południem.
– Dlaczego? – Mężczyzna był zdezorientowany. Przez łapczywe łapanie powietrza, zapytał: – Dlaczego przed południem…?
– Ponieważ wszyscy macie zwiedzać to miejsce przez sześć godzin. – Nie zmieniając wyrazu twarzy, cierpliwie wyjaśniła: – Jeśli nie dotrzecie do celu przed dwunastą, nie będziecie mieli innego wyjścia, jak wrócić, gdy zrobi się ciemno. – Gdy to powiedziała, na jej twarzy pojawił się złowieszczy uśmiech. – I wierzę, że nikt tutaj nie chciałby schodzić z tej góry nocą.
Na jej słowa wszystkim odpłynęły kolory z twarzy. Ci, którzy chcieli odpocząć, zacisnęli zęby i postanowili wytrwać, mimo bólu stóp i zmęczenia. W końcu stawką było tu ich życie.
Lin Qiushi obawiał się, że ciało Ruan Nanzhu nie wytrzyma długo tej wyczerpującej wspinaczki, więc niósł go na plecach przez resztę drogi. Na szczęście był lżejszy niż normalny mężczyzna, w przeciwnym razie Lin Qiushi nie byłby w stanie mu pomóc.
W każdym razie Ruan Nanzhu nadal potrafił przyciągnąć zazdrosne spojrzenia.
Gdy wszystko zostało powiedziane i zrobione, siła kobiety po prostu nie mogła się równać z siłą mężczyzny. Możliwość złapania długiej przerwy, będąc relaksująco niesionym na plecach, była czymś, czego każdy po prostu pragnął. Mogli tylko marzyć o tym, by znaleźć się w sytuacji Ruan Nanzhu.
Na szczęście, kiedy każdy z nich był już bliski śmierci ze zmęczenia, w końcu dotarli do zachwalanego przez przewodnika miejsca – stromych pagód skupionych obok siebie.
Wieże miały nie mniej niż dziesięć metrów wysokości i cztery metry szerokości i po prostu stały cicho pośród gęstej dżungli. Trudno było sobie wyobrazić, jak utalentowani byli rzemieślnicy, aby stworzyć tak majestatyczne budowle w tak niekorzystnym otoczeniu.
Wspaniałość tych pagód zadziwiła wszystkich i nikt nie wypowiedział ani jednego słowa. Podczas tej spokojnej ciszy zapomnieli o wszystkich swoich lękach. Było tak, jakby wszystkie niebezpieczeństwa i zmartwienia zniknęły w obliczu tak zapierającej dech w piersiach wspaniałości.
W końcu głos przewodniczki przywrócił ich do rzeczywistości.
– Wrócę, żeby was wszystkich odebrać za sześć godzin, gdy już zwiedzicie to miejsce. Tymczasem cieszcie się wizytą tutaj i doceniajcie egzotyczną atmosferę! – Po tych słowach odwróciła się na pięcie i odeszła, ginąc w głębi dżungli.
Patrząc na znikającą postać, Cheng Qianli nie mógł powstrzymać się od rzucania przekleństw w jej stronę, mówiąc, że to wielka szkoda, że znaleźli się w świecie drzwi. Gdyby nie ten fakt, to już dawno by tę przewodniczkę udusił.
– Podejdźmy i rzućmy okiem. – Lin Qiushi delikatnie postawił Ruan Nanzhu na ziemi i podążył za tłumem do skupiska pagód.
Każda z wież była innej wysokości. Jedynym podobieństwem między nimi były drewniane drzwi, zaryglowane zardzewiałymi zamkami.
– Co to za miejsce? Składa się tu ofiary? – Lin Qiushi był raczej zdezorientowany. – Wydawało mi się, że do tego służyła świątynia.
– Myślę, że to cmentarz – zauważył Ruan Nanzhu.
– Cmentarz? – Od razu przypomniał sobie drewnianą platformę, z której został wczoraj zepchnięty. – Czyli nie każdemu jest dany niebiański pochówek…
– Otwórzmy jedne drzwi i sprawdźmy, co jest w środku – zaproponował Ruan Nanzhu.
Następnie zakradł się do odosobnionego miejsca, wyciągnął spinkę do włosów i zabrał się do pracy.
Zardzewiały zamek nie stawiał oporu. Ruan Nanzhu pchnął drewniane drzwi, odsłaniając wnętrze pagody w kolorze kości słoniowej. Nie było w niej żadnego źródła światła, a powietrze wypełniał trudny do zniesienia odór. Lin Qiushi poświecił telefonem komórkowym i, jak się spodziewał, dostrzegł rozkładające się zwłoki.
– Wygląda na to, że to rzeczywiście grób. – Ruan Nanzhu w końcu mógł potwierdzić swoje przypuszczenie.
– W jakim celu nas tu przyprowadziła? Czy klucz nie jest ukryty w świątyni?
Ruan Nanzhu pokręcił głową, nie mówiąc ani słowa.
Zamknęli z powrotem drzwi i udali się na środek placu z pagodami. Tam Lin Qiushi przesunął wzrokiem po najwyższej wieży. Jej konstrukcja była dość osobliwa, co sprawiało, że wyróżniała się wśród mniejszych, mniej rzucających się w oczy budynków. Na szczycie tej pagody znajdowała się wspaniała rzeźba, nieco przypominająca dysk, pod którym widać było wzór obłoków. Nikt jednak nie wiedział, co takiego miała przedstawiać.
Wszyscy byli zachwyceni boską pagodą, po prostu nie mogli oderwać od niej oczu. Oczywiste było, że wierzyli, iż ta wieża zawiera istotne wskazówki dotyczące klucza do drzwi.
Pierwsza osoba, która dotarła do wejścia do pagody, zdała sobie sprawę, że drzwi do niej nie były zrobione z drewna jak inne. Zamiast tego wykonano je z kamienia. Co więcej, nie było na nich zamka i były lekko uchylone.
– Czy w tej wieży też jest trup? – zapytał ktoś z przerażeniem.
– Kto wie? – Nikt nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie.
Podczas gdy wszyscy byli nadal czujni, wahając się, czy wejść do środka, Lin Qiushi ponownie usłyszał słaby dźwięk bębnów. Wyraz jego twarzy natychmiast się zmienił i pośpiesznie wyszeptał coś do Ruan Nanzhu.
– Bębny? – powtórzył Ruan Nanzhu. – Tutaj?
– Dochodzą z daleka. – Spojrzał w górę na zamglone niebo. – Pamiętam, że to samo wydarzyło się wczoraj. Zaraz po tym, jak usłyszałem ten dźwięk, zaczął padać deszcz. Właściwie, zaczęły padać ostrza.
Ruan Nanzhu przymrużył oczy i rozejrzał się wokół.
– Wygląda na to, że nie mamy innego wyjścia, jak tylko wejść do wieży.
Obecnie znajdowali się w samym środku dżungli i byli otoczeni gęstą dziczą. Poza wnętrzem wieży nie było żadnego miejsca, w którym można by się ukryć lub schronić.
– Chodź. – Ruan Nanzhu wyciągnął rękę i otworzył kamienne drzwi.
– Wchodzicie? – dobiegł ich z oddali zaciekawiony głos Meng Yu.
– Tak – potwierdził obojętnie Ruan Nanzhu. – Czy to jest jakiś problem?
– Nie boisz się, że coś ci się stanie, gdy tylko wejdziesz do środka? – Meng Yu westchnął z litością. – Zachowujesz się zbyt lekkomyślnie…
– Jeśli się tak boisz, to możesz zostać na zewnątrz. – Ruan Nanzhu wskazał w górę na ponure niebo. – Jednak czuję, że wkrótce zacznie padać deszcz.
Usta Meng Yu drgnęły, a wyraz jego twarzy uległ niemal niezauważalnej zmianie.
Gdy inni usłyszeli, że może padać, od razu wpadli w panikę i wkrótce uroczystą atmosferę zakłóciły ich pełne strachu pogawędki. Tragiczna śmierć, którą wczoraj poniósł młody blondyn, wryła się w ich umysły. Nikt nie chciał znosić tortur powolnego cięcia na kawałki i stopniowego obdzierania żywcem ze skóry przez potok ostrzy.
Ruan Nanzhu otworzył ciężkie kamienne drzwi i kołysząc biodrami, wszedł do pagody.
Bez chwili wahania Lin Qiushi podążył za nim. Włączył latarkę, aby dokładnie ocenić sytuację w budynku. Ta konkretna wieża nie wyglądała na grobowiec, ponieważ w zasięgu wzroku nie było widać żadnych kości ani zwłok.
Widząc, że nic im się nie stało po wejściu, reszta tłumu rzuciła się do środka jedno po drugim.
– Ten budynek ma prawdopodobnie około ośmiu lub dziewięciu pięter – oszacował Ruan Nanzhu. – Skoro już tu jesteśmy, może pójdziemy na górę i się rozejrzymy? – Zatrzymał się. – Naprawdę chcę zobaczyć szczyt.
Lin Qiushi wiedział, że Ruan Nanzhu musiał mieć ku temu powód, więc bez wahania przystał na propozycję.
I tak we czworo rozpoczęli wspinaczkę.
Pozostali wyrazili dezaprobatę wobec ich działań. Rzeczywiście, w tak koszmarnym świecie, gdzie trzeba było być ostrożnym przy każdym kroku i nikt nie wiedział, czy jego następne działanie nie doprowadzi do śmierci, wydawało się, że najbezpieczniejszą opcją było nie robić absolutnie nic.
Ale jak głosi przysłowie: bez pracy nie ma kołaczy. Jeśli ktoś nie podejmie działania, to jak może znaleźć klucz? Przecież nikomu nie wpadnie magicznie w ręce. Jedynym sposobem było aktywne poszukiwanie go lub śmierć reszty uczestników.
Schody prowadzące na górę były tak wąskie, że mogła po nich przejść tylko jedna osoba na raz. Ruan Nanzhu objął prowadzenie, a Lin Qiushi szedł ostatni.
Kontynuując wspinaczkę na wieżę, zwracali uwagę na wszelkie zmiany sytuacji lub otoczenia.
– Poczekajcie, coś tu jest – powiedział nagle Ruan Nanzhu, zatrzymując pozostałych.
Wspięli się na ósme piętro i byli niedaleko dachu pagody. Lin Qiushi przesunął się na bok, żeby zobaczyć, co widział Ruan Nanzhu.
To był piękny bęben.
Umieszczono go na środku piętra, na widoku wszystkich. Jego korpus był w głębokim odcieniu karmazynu i został pieczołowicie ozdobiony. Chociaż był raczej prosty i nie miał wielu dekoracji, ktokolwiek na niego spojrzał, mógł dostrzec, jak dobrze go wykonano.
Wszyscy troje natychmiast pomyśleli o bębnie, o którym była mowa w pieśni ludowej, a ich miny stały się poważne. Xu Jin, która nie miała o tym pojęcia, bez reszty się nim zauroczyła. Roztargniona wymamrotała:
– Jaki piękny bęben, ach…
Ostrożnie podeszła do instrumentu i się w niego wpatrywała.
– Nie dotykaj go. – Ruan Nanzhu ją powstrzymał. – Coś jest nie tak z tym bębnem.
Xu Jin nie odpowiedziała. Wyglądało, jakby w tym momencie obsesja opanowała jej duszę.
– Czy wszystko w porządku? Xu Jin? – zawołał głośno Lin Qiushi, zauważywszy jej dziwne zachowanie.
Jednak Xu Jin nadal nie zwracała na nikogo uwagi. Wciąż skupiona na instrumencie, wyciągnęła rękę i delikatnie w niego uderzyła.
Badump – czysty dźwięk bębna rozbrzmiał im w uszach.
Lin Qiushi zamarł w szoku i nagle dostał silnych zawrotów głowy. Zamknął oczy i zakrył uszy. Całe jego ciało bolało niemiłosiernie, przez co prawie upadł na ziemię.
Próbując się uspokoić, Lin Qiushi wyciągnął rękę, aby oprzeć się o ścianę. Jednak w chwili, gdy jego palce jej dotknęły, krew zamarzła mu w żyłach.
Pod jego dłonią nie znajdowała się powierzchnia zrobiona z kamienia, lecz coś bardziej miękkiego i gumowatego – była to ludzka skóra.
Lin Qiushi gwałtownie wciągnął powietrze. Powoli otworzył oczy i się rozejrzał.
Kamienny mur zniknął, a na jego miejscu pojawiła się elastyczna skóra, wijąca się i pulsująca bez przerwy, jakby była żywa.
– Moja siostra była niema od dziecka. Moja siostra opuściła dom, gdy byłam młoda.
Wysoki głos małego dziecka rozbrzmiał za plecami Lin Qiushiego. Sztywno się odwrócił, tylko po to, by dostrzec stojącą nieopodal zakrwawioną dziewczynkę. Obdarto jej twarz ze skóry, odsłaniając surowe, różowe ciało i białe kości. Trzymała w ramionach piękny, szkarłatny bębenek, patrząc na niego w milczeniu. Jej czarne jak smoła, paciorkowate oczy przeszywały go na wskroś.
Słabo podniosła kościstą rękę, po czym opuściła ją ciężko na bęben. Robiła to raz za razem, plamiąc białą powierzchnię bębna krwawymi odciskami swoich dłoni, aż jego cała górna część zabarwiła się na czerwienią.
– Z oddali dochodzą odgłosy bębnienia. To moja siostra do mnie przemawia…
Nie słychać było końca piosenki. Dziewczynka nadal waliła w bęben, wlokąc się krok po kroku w stronę Lin Qiushiego, stopniowo zmniejszając dystans między nimi.
Jakby coś ugrzęzło mu w gardle, Lin Qiushi nie mógł wydobyć z siebie ani jednego dźwięku. Ani szeptu, ani krzyku, mógł tylko bezsilnie patrzeć, jak jej kościste dłonie sięgały po jego ciało… i przez nie przeszły.
W następnej chwili ciało Lin Qiushiego zadrżało, jakby uderzył w niego piorun. Scena przed jego oczami znów się zmieniła. Mała dziewczynka zniknęła, a on na powrót znalazł się w zimnej kamiennej wieży, a obok niego stały dwie znajome mu osoby.
– Lin Qiushi… – Cheng Qianli spojrzał na niego z czystym przerażeniem. – Yyy… co zrobiłeś…?
Lin Qiushi spojrzał w dół i zdał sobie sprawę, że położył dłoń na instrumencie. Tekstura bębna była bardzo miękka i elastyczna, dokładnie taka, jaką sobie wyobrażał. Z pewnością zrobiono go z ludzkiej skóry.
– Qiushi. – Głos Ruan Nanzhu przywrócił go do teraźniejszości. – Co widziałeś?
– Młodą dziewczynę. – Lin Qiushi ostrożnie odsunął rękę od bębna i niejasno odpowiedział: – Małą, obdartą ze skóry i zakrwawioną dziewczynkę… Co się przed chwilą stało?
– Powiem ci, co się stało! Nagle podbiegłeś do bębna jak szalony i uderzyłeś w niego – wyjaśnił drżącym głosem Cheng Qianli. – Próbowałem cię powstrzymać, ale moje starania były na nic!
– Uderzyłem w bęben? Co masz na myśli? Przecież to Xu Jin to zrobiła. – Dreszcz przebiegł po kręgosłupie Lin Qiushiego, gdy spojrzał ponownie na instrument. Chciał odsunąć się od niego tak daleko, jak to możliwe.
– Ona? O czym ty mówisz?! Nawet tu z nami nie przyszła! – odparł zdziwiony Cheng Qianli, a jego głos stał się o ton wyższy. – Przez cały czas była na dole.
Lin Qiushi zamilkł.
Ruan Nanzhu zdawał się coś rozumieć. Zrobił krok do przodu, delikatnie położył dłoń na ramieniu towarzysza i pocieszył:
– Nie martw się. Wszystko jest w porządku.
– Wszystko w porządku? Jak może być w porządku? – Lin Qiushi uśmiechnął się krzywo. Te iluzje najwyraźniej nie mogły być niczym innym, jak złym omenem.
– Uspokój się. Najpierw opowiedz nam, co zobaczyłeś.
Zamykając oczy, Lin Qiushi westchnął. Następnie zaczął przypominać sobie scenę, którą widział chwilę wcześniej.
– Ściany tej wieży zrobione były z ludzkiej skóry…
Tłumaczenie: Ashi
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Rozdział 18
Rozdział 19
Rozdział 20
Rozdział 21
Rozdział 22
Rozdział 23
Rozdział 24
Rozdział 25
Rozdział 26
Rozdział 27
Rozdział 28
Rozdział 29
Rozdział 30
Rozdział 31
Rozdział 32
Tom II
Rozdział 33
Rozdział 34
Rozdział 35
Rozdział 36
Rozdział 37
Rozdział 38
Rozdział 39
Rozdział 40
Rozdział 41
Rozdział 42
Rozdział 43
Rozdział 44
Rozdział 45
Rozdział 46
Rozdział 47
Rozdział 48
Rozdział 49
Rozdział 50
Rozdział 51
Rozdział 52
Rozdział 53
Tom III
Rozdział 54
Rozdział 55
Rozdział 56
Rozdział 57
Rozdział 58
Rozdział 59
Rozdział 60
Rozdział 61
Rozdział 62
Rozdział 63
Rozdział 64
Rozdział 65
Rozdział 66
Rozdział 67
Rozdział 68
Rozdział 69
Rozdział 70
Rozdział 71
Rozdział 72
Rozdział 73
Rozdział 74
Rozdział 75
Rozdział 76
Rozdział 77
Tom IV
Rozdział 78
Rozdział 79
Rozdział 80
Rozdział 81
Rozdział 82
Rozdział 83
Rozdział 84
Rozdział 85
Rozdział 86
Rozdział 87
Rozdział 88
Rozdział 89
Rozdział 90
Rozdział 91
Rozdział 92
Rozdział 93
Rozdział 94
Rozdział 95
Tom V
Rozdział 96
Rozdział 97
Rozdział 98
Rozdział 99
Rozdział 100
Rozdział 101
Rozdział 102
Rozdział 103
Rozdział 104
Rozdział 105
Rozdział 106
Rozdział 107
Rozdział 108
Rozdział 109
Rozdział 110
Rozdział 111
Rozdział 112
Rozdział 113
Rozdział 114
Rozdział 115
Rozdział 116
Rozdział 117
Rozdział 118
Rozdział 119
Rozdział 120
Rozdział 121
Rozdział 122
Rozdział 123
Rozdział 124
Rozdział 126
Rozdział 126
Tom VI
Rozdział 127
Rozdział 128
Rozdział 129
Rozdział 130
Rozdział 131
Rozdział 132
Rozdział 133
Rozdział 134
Rozdział 135
Rozdział 136
Rozdział 137
Rozdział 138
Ekstra 1
Ekstra 2
Ekstra 3
Ekstra 4
Ekstra 5
Ekstra 6
Ekstra 7
Ekstra 8
Ekstra 9
Ekstra 10