Gdy tylko Lin Qiushi wszedł do budynku, dostrzegł młodzieńca z marsową miną i jaskrawożółtymi włosami, który tupał ze złością nogą i machał ręką. Ubrany w alternatywny strój, a na dolnej wardze nosił srebrny pierścień. Już sam wygląd wskazywał, że jest przestępcą, jednym z wielu pozbawionych zasad bandytów uważanych za wyrzutki społeczeństwa. Dziki młodzieniec warczał i przeklinał, ale reszta tłumu po prostu patrzyła na niego obojętnie i z pogardą, jakby był w ich oczach po prostu nieistotnym klaunem.
Widząc Lin Qiushiego i towarzyszącą mu Xu Jin wchodzących do budynku, mężczyzna zdenerwował się jeszcze bardziej. Wyszczerzając zęby jak zwierzę w klatce, wskazał na nich i z fałszywą brawurą warknął:
– Czy wy też jesteście z tymi popaprańcami? Czego, do cholery, ode mnie chcecie? Chcecie mnie zaszantażować? Oszukać? Wypuśćcie mnie stąd, albo… albo… połamię wam, kurwa, karki!
Lin Qiushi był naprawdę rozbawiony, słysząc blef chłopaka.
– Czy nie powiedziałeś przed chwilą, że wezwiesz policję? A teraz grozisz, że nas zabijesz?
– Prosisz się o śmierć! – Twarz młodzieńca zarumieniła się jeszcze bardziej ze złości po usłyszeniu słów Lin Qiushiego. Absolutnie wściekły, ryknął: – Wygaduj dalej takie bzdury, a cię, kurwa, potnę! Nie wiesz, kim jestem, co?! Jak śmiesz tak do mnie mówić!
Nie zwracając już uwagi na chłopaka i jego groźby, Lin Qiushi od niechcenia omiótł wzrokiem tłum.
Jedno spojrzenie sprawiło, że serce zamarło mu w piersi. Za awanturującym się mężczyzną dostrzegł trzynaście osób – część z nich stała, część siedziała. A wraz z Lin Qiushim, Xu Jin i tym młodzieńcem, liczba ta wzrosła do szesnastu osób. To był pierwszy raz, kiedy widział tak wielką grupę. Trudno mu było sobie wyobrazić, jak trudny będzie ten świat.
Większość osób nie przejmowała się zamieszaniem. Po prostu ignorowali zrzędliwego młodzieńca i nie zawracali sobie nim głowy.
W końcu przemówienie mu do rozumu wydawało się trudne, więc dlaczego mieliby się tym przejmować? Nie było potrzeby marnować słów na martwego człowieka.
W trzynastoosobowej grupie było pięciu mężczyzn i osiem kobiet. Lin Qiushi szybko znalazł swoje cele – nastolatka stojącego na czele tłumu i kobietę siedzącą dyskretnie w kącie. Mimo że ich wygląd nie był znajomy, Lin Qiushi rozpoznał ich tożsamość po ubraniach, które mieli na sobie.
Kobietą była Ruan Nanzhu, a nastolatkiem Cheng Qianli.
Lin Qiushi, nic po sobie nie okazując, natychmiast się od nich odwrócił.
– Mówię do ciebie! Co to za brak szacunku?! – Żółtowłosy młodzieniec nagle wybuchnął, gdy zobaczył lekceważącą postawę Lin Qiushiego. Szybko wyciągnął nóż z kieszeni i wymachiwał nim w powietrzu. – Naprawdę prosisz się o śmierć, wiesz o tym?!
Kiedy to krzyknął, z głębi pomieszczenia rozległo się spokojne „No, no”. Niebawem dwie ręce zacisnęły się na ramionach młodzieńca, jakby próbując go uspokoić, a zza jego pleców dobiegł lekki, orzeźwiający męski głos:
– Przyjacielu, jesteś taki młody i powinieneś się dobrze bawić w tym wieku. Nie ma potrzeby tak się wściekać, prawda?
Lin Qiushi spojrzał na właściciela tego melodyjnego głosu i zobaczył przystojną twarz. Atrakcyjny mężczyzna uśmiechał się kojąco do chłopaka, a jego jedwabisty ton był bardzo delikatny.
– No więc, jaki jest problem? Opowiedz nam o tym powoli.
Nikt nie wiedział, co zrobił ten człowiek, ale młodzieniec nagle zbladł, jakby cała krew odpłynęła mu z twarzy. Zacisnął szczękę i drżąco schował nóż. Przez zaciśnięte zęby, cicho rzucił:
– Nie próbuj mnie oszukać.
Mężczyzna rozluźnił uścisk i zrobił krok do przodu. Następnie skierował uśmiech w stronę Lin Qiushiego i wyciągnął rękę.
– Nazywam się Meng Yu. To już czwarty raz, kiedy wchodzę przez drzwi.
Lin Qiushi przyjął wyciągniętą dłoń i ją uścisnął.
– Yu Linlin. To mój trzeci raz.
– Może usiądziesz? Byliśmy w trakcie omawiania sytuacji.
Lin Qiushi skinął głową.
Wyglądało na to, że Meng Yu przejął rolę lidera. Miał bardzo przyjazną i optymistyczną osobowość, a jego uśmiechy były niezwykle delikatne i pocieszające. Nic dziwnego, że posiadał silną, wpływową aurę, która przekonywała innych, że był urodzonym przywódcą.
Ruan Nanzhu, który zwykle pełnił rolę lidera, był tym razem strasznie cichy. Udając, że przypadkowo zajął miejsce obok niego, Lin Qiushi uważnie mu się przyjrzał, tylko po to, by odkryć, że wygląda na osłabionego i chorego.
– Czy wszystko w porządku, proszę pani? – Lin Qiushi zapytał zaniepokojony. – Czy źle się pani czuje?
Ruan Nanzhu lekko pokręcił głową, po czym uśmiechnął się słabo.
– To nic. Moje ciało zawsze było słabe, odkąd byłam dzieckiem. Dziękuję jednak za troskę.
– Jestem Yu Linlin.
– Zhu Meng.
– Miło cię poznać. – Następnie Lin Qiushi spojrzał przed siebie, odwracając wzrok, jakby zajmował się swoimi sprawami.
Ruan Nanzhu w tym świecie całkowicie różnił się od tego, jaki był w poprzednich dwóch. Wydawał się nieco niższy i wyglądał bardzo słabo, jakby mógł się przewrócić przy najmniejszym podmuchu wiatru. Chociaż jego twarz była nadal piękna jak zawsze, w tej chwili sprawiał wrażenie chorowitego.
Lin Qiushi podejrzewał, że ta zmiana nastąpiła dlatego, że Ruan Nanzhu wszedł przez drzwi, chociaż jeszcze w pełni nie wyzdrowiał.
– Czy wszyscy widzieliście tamtą kobietę na zewnątrz? – zapytał Meng Yu. – Jakiś czas temu zapytałem ją, co tu się dzieje, a ona odpowiedziała, że jest tylko przewodnikiem pomagającym naszej grupie. Wygląda na to, że jesteśmy turystami.
To wyglądało na tło ich kolejnego wyzwania.
– Turyści? – krzyknęła zdezorientowana dziewczyna stojąca w tłumie. – Jak długo będziemy podróżować?
– Nie sprecyzowała. Powiedziała tylko, że odwiedzimy wszystkie wyznaczone miejsca i lokalne atrakcje. Powinny być jakieś ograniczenia czasowe, ale na razie nie jest to do końca jasne.
– A co z noclegiem? – zapytał nagle Cheng Qianli. – Gdzie mielibyśmy mieszkać i spać?
Meng Yu podszedł do okna i wskazał na rząd małych bambusowych chatek położonych głęboko w dżungli.
– Tam.
Domki były rozstawione dość ciasno, zbudowane wokół gęstych zarośli i bujnej zieleni. Egzotyczne rośliny ozdobne, a także małe, przyciągające wzrok kwiaty, zdobiły okolicę. Lin Qiushi nie potrafił zidentyfikować, jakie to gatunki.
– Zdecydujmy, kto z kim będzie dzielił pokój – oznajmił Meng Yu. – Z pewnością nie możemy wszyscy mieszkać razem.
– Dlaczego nie możemy wszyscy spać razem? – Xu Jin, nowicjuszka, zastanawiała się z niepokojem. – Czy nie byłoby bezpieczniej, gdybyśmy się nie rozdzielali?
– Zasnęlibyśmy nagle wszyscy na raz, gdybyśmy zostali razem – odpowiedział Lin Qiushi. – Więc w grupie nie jest bezpieczniej.
– Och… – Chociaż Xu Jin nie mogła pojąć tej sytuacji, przestała próbować dotrzeć do sedna sprawy, ostatecznie decydując się pozostać bierną. Jej odpowiedź była o wiele lepsza niż reakcja żółtowłosego młodzieńca, który groził innym, jednocześnie żądając odpowiedzi. Xu Jin przynajmniej się starała, żeby nikogo nie urazić, nawet jeśli chciała wiedzieć więcej o tym, co się dzieje.
– Chociaż nie mamy teraz zbyt wielu informacji, prawdopodobnie dowiemy się czegoś rano – powiedział Meng Yu. – Tak czy inaczej, robi się późno. Powinniśmy iść spać.
I tak wszyscy od razu rozeszli się do małych bambusowych chatek.
Szesnaście osób tworzyło dość sporą grupę. Mimo że niebo było ciemne, a atmosfera tajemniczo upiorna, nikt się nie bał, ponieważ wszyscy szli razem.
Lin Qiushi skierował się w stronę bambusowych rezydencji, szybko je obejrzał i krótko przeanalizował konstrukcję domów.
W każdym znajdowały się trzy łóżka na piętrze, jedno przy oknie i dwa przy ścianie. Ponieważ pogoda była dość gorąca i wilgotna, gruba pościel była zbędna, więc na łóżkach leżały tylko cienkie koce.
Ich grupa liczyła szesnaście osób, więc podział łóżek i mieszkań stał się kwestią priorytetową. Meng Yu nie zdążył nawet otworzyć ust, gdy kilka dziewczyn podbiegło do niego i gorąco zaproponowało mu wspólne zamieszkanie.
– To zbyt krępujące, nie uważacie? – powiedział Meng Yu z bezradnym uśmiechem. – Co powiecie na to, żeby mężczyźni i kobiety mieszkali osobno?
– Czego tu się wstydzić, skoro możemy umrzeć? – Jedna z dziewczynek szczerze wyraziła swoje myśli. Zalotnie mruknęła: – Bracie Meng, naprawdę chcę z tobą mieszkać, dobrze? – Trzepocząc rzęsami, pochyliła się w stronę mężczyzny i objęła jego ramię, celowo przyciskając je do swojej pulchnej piersi.
Meng Yu zaśmiał się i powiedział:
– W porządku.
To był pierwszy raz, kiedy Lin Qiushi natknął się na taką scenę, ale jak się nad tym zastanowić, nie było to aż tak zaskakujące. Trzymanie się blisko kogoś, kto miał spore doświadczenie, zwiększało prawdopodobieństwo przeżycia.
– Czy mogę zamieszkać z tobą? – zawołał cicho Ruan Nanzhu. Powoli podszedł do Lin Qiushiego, jego mała twarz była blada i wyglądał, jakby miał zaraz się przewrócić. – Trochę się boję.
Lin Qiushi skinął głową i zgodził się bez wahania.
– Ja też chcę z tobą mieszkać. – Zawołała inna kobieta, ale Lin Qiushi natychmiast rozpoznał ten głos. Spojrzał na Xu Jin, tylko po to, by zobaczyć żałosny wyraz twarzy i łzawe oczy wpatrzone w niego błagalnie. Z drżącymi ustami dodała: – Yu Linlin, też trochę się boję.
Lin Qiushiego zatkało. Z jakiegoś powodu ja również jestem trochę przestraszony i czuję się nieswojo w związku z tą nieoczekiwaną sytuacją.
To było po prostu zbyt nagłe, aby Lin Qiushi mógł się do tego dostosować. Zawahał się na moment, ale pomyślał, że byłoby zbyt niegrzeczne i nienaturalne odmówić Xu Jin natychmiast po zaakceptowaniu Ruan Nanzhu, więc w końcu skinął głową i powiedział:
– Okej.
– Dziękuję. – Xu Jin uśmiechnęła się do niego. Następnie odwróciła się i od niechcenia rzuciła spojrzenie na Ruan Nanzhu, jakby go badając i oceniając jego umiejętności. Mężczyzna zauważył jej płonące spojrzenie i powoli wygiął usta w górę, kierując w jej stronę słaby, prowokujący uśmieszek.
Wydawało się, że między tymi dwiema „dziewczynami” zaistniało ciche porozumienie, jakby między sobą rywalizowały. Jednak Lin Qiushi, który był zbyt zajęty własnymi myślami o drzwiach, stał obok zupełnie nieświadomy tego, co działo się wokół niego.
Wkrótce się podzielono i każdy rozszedł się do swojego miejsca noclegu.
Lin Qiushi szybko się umył i poszedł do łóżka, żeby odpocząć. Jego posłanie było blisko okna, więc musiał po prostu odwrócić głowę, żeby spojrzeć na krajobraz na zewnątrz.
Noc o tej porze była dziwnie spokojna. Ogłuszająca cisza i absolutna ciemność ogarnęły świat. Nie było krzyków zwierząt ani ćwierkania owadów. Wszystko było przerażająco nieruchome.
Łóżko Ruan Nanzhu znajdowało się niedaleko jego posłania. Jeszcze nie zasnął – zamiast tego leżał na boku, cicho obserwując Lin Qiushiego.
Szczerze mówiąc, Lin Qiushi miał mu wiele do powiedzenia, ale musiał się powstrzymać ze względu na obecność Xu Jin.
– Dobranoc – szepnął Lin Qiushi.
– Dobranoc. – Kąciki oczu Ruan Nanzhu wygięły się w delikatnym uśmiechu.
***
W środku nocy, głęboko w mglistym lesie.
Lin Qiushi został wyrwany ze snu przez szeleszczące dźwięki z zewnątrz. Otworzył oczy w całkowitej ciemności i zauważył, że pozostali nadal spali.
Dźwięk był bardzo słaby, prawdopodobnie dochodził z głębi dżungli. Nie można go było wyraźnie usłyszeć przez gęstą mgłę i drzewa. Mimo to wrażliwe uszy Lin Qiushiego były w stanie go wychwycić.
Miał wrażenie, że jakaś dziewczyna śpiewa – nie, nie śpiewa, bardziej recytuje buddyjskie sutry. Na początku niewyraźne dźwięki brzmiały jak nieustanne, niespójne pomruki, ale z upływem sekund i wzrostem głośności stawały się coraz wyraźniejsze.
W tym momencie Lin Qiushi był już całkowicie rozbudzony i szybko usiadł na łóżku. Przez chwilę nie był pewny, czy nadal śni, czy to wszystko dzieje się naprawdę. Wyjrzał przez okno i dostrzegł kilka niewyraźnych postaci przez ponurą mgłę.
Cienie stały niepokojąco nieruchomo w lesie. Ledwo mógł dostrzec ich niewyraźne sylwetki.
Wpatrywał się w nieruchome postacie, gdy nagle poczuł, jak para rąk dotyka jego ramion. Wystraszony, odwrócił głowę, by stanąć twarzą w twarz z Ruan Nanzhu.
– Nie gap się. – Ruan Nanzhu oparł brodę na zgięciu szyi Lin Qiushiego. Jego głębokie, atramentowe oczy błyszczały jak światło gwiazd. Było tak, jakby mieścił się w nich cały wszechświat. – Nie zauważyłeś? Zbliżają się.
Lin Qiushi przez chwilę patrzył na niego bez wyrazu, ale wkrótce odkrył, że cokolwiek mówił Ruan Nanzhu, było to prawdą. Mgliste postacie zbliżały się do nich krok po kroku. Nie szły, ale ich zarys stawał się coraz wyraźniejszy z każdą minutą.
– Jestem trochę zmarznięta – powiedział Ruan Nanzhu. – Śpijmy razem. Obejmij mnie ramionami. – Jego głos brzmiał tak krucho, jakby nie miał siły. Lin Qiushi chwycił jego dłoń w swoją i odkrył, że jest lodowata.
– Źle się czujesz? – zapytał zaniepokojony Lin Qiushi.
– Moje ciało jest teraz dość słabe. – Oczy Ruana Nanzhu powoli się zamknęły. Wydawało się, że jest o kilka sekund od zaśnięcia. – To trochę niekomfortowe.
– W porządku. – Lin Qiushi wyciągnął rękę i delikatnie przyciągnął Ruan Nanzhu do siebie obejmując go troskliwie. Ku jego zaskoczeniu jego ciało było lekkie jak piórko, a skóra lodowata, jak trup pozbawiony ciepła.
Serce Lin Qiushiego bolało z rozpaczy. Przytulił go jeszcze mocniej i próbował ogrzać ciepłem swojego ciała.
Po chwili wyglądało na to, że Ruan Nanzhu poczuł się lepiej. W końcu zamknął oczy, zmarszczka na jego czole nieco się rozluźniła i zasnął głęboko.
Lin Qiushi nadal nasłuchiwał jakichkolwiek oznak ruchu na zewnątrz. Cichy szelest trwał przez chwilę, zanim ustał, pozostawiając jedynie spokojną ciszę. Doszedł do wniosku, że te cienie prawdopodobnie zniknęły. Przyciągnął Ruan Nanzhu bliżej do swojej piersi i zamknął oczy, w końcu zasypiając.
Następnego dnia Lin Qiushiego obudziły przeraźliwe krzyki Xu Jin.
Kobieta oskarżycielsko wskazał na nich drżącym palcem.
–Ty-ty… C-co… Jak… Dlaczego śpicie razem?!
Zanim Lin Qiushi zdążył odpowiedzieć, Ruan Nanzhu, który również został brutalnie obudzony, wtulił się mocniej w jego objęcia i mruknął:
– Nadal chcę spać…
Lin Qiushi instynktownie czule pogłaskał go po włosach i powiedział:
– Pośpij jeszcze chwilę, dobrze?
– Zimno…
– Nie martw się, ogrzeję cię.
Ruan Nanzhu naturalnie objął Lin Qiushiego w talii i ukrył twarz w jego piersi.
Oczy Xu Jin wyszły z orbit, widząc tę scenę. Cała zarumieniona, wyjąkała:
– Ty-ty… po prostu… jak to możliwe…
Ruan Nanzhu w końcu zorientował się, co się dzieje i całkowicie rozbudzony powoli wydostał się z objęć Lin Qiushiego. Przeczesując włosy ręką i poprawiając ubranie, uśmiechnął się szeroko.
– Poczułam się bardzo zmarznięta w środku nocy, więc trochę utrudniłam życie starszemu bratu Yu. Proszę, nie zrozum nas źle. Nic nie zrobiliśmy. – Następnie opuścił głowę i nieśmiało zakrył usta dłońmi.
Xu Jin nie odpowiedziała, ale jej wściekłe oczy wyrażały większość tego, co w sobie kisiła. Prawdopodobnie było to coś w tym stylu: „Cholera. Ta pieprzona suka działa mi na nerwy! Spali w jednym łóżku, ale ta szmata wciąż ma czelność uśmiechać się niewinnie i mówić, że do niczego nie doszło!”.
– Starszy brat Yu jest dobrym człowiekiem. – Ruan Nanzhu naprawdę wczuł się w swoją rolę. Nieśmiało spojrzał na Lin Qiushiego i natychmiast odwrócił wzrok, zanim oświadczył: – Nie powinnaś tego źle zrozumieć.
Nieświadomy Lin Qiushi, który został nazwany „dobrym człowiekiem”, nie zauważył starcia zaciekłych spojrzeń i cichej walki między Ruan Nanzhu i Xu Jin. Powiedział tylko:
– Zjedzmy śniadanie. Czyż nie ustaliliśmy wczoraj, że zbierzemy się o ósmej?
– Mhm – mruknął Ruan Nanzhu.
I tak umyli się i poszli zjeść śniadanie. Wkrótce dotarli do umówionego miejsca. Siedziało tam już kilka osób, czekając na resztę. Lin Qiushi rozejrzał się za Cheng Qianlim – odetchnął z ulgą dopiero po upewnieniu się, że chłopak jest bezpieczny i obecny.
Śniadanie było co najmniej niezwykłym doświadczeniem. Podano im chow mein o unikalnym kolorze, dziwnym zapachu i niecodziennym smaku. Lin Qiushiemu wystarczył mały kęs, aby zrozumieć, że podane mu kluski były po prostu niesmaczne. Jednak dla dobra swojego zdrowia i siły połknął każdy kęs, z ogromnym trudem kończąc posiłek.
Z drugiej strony Ruan Nanzhu, który normalnie jadł wszystko, czuł się raczej chory, więc naturalne było, że nie miał apetytu. Po spróbowaniu obrzydliwego jedzenia zrzędliwie odsunął talerz na bok.
Martwiąc się, że ciało mężczyzny nie wytrzyma dłużej, jeśli nic nie zje, Lin Qiushi poszedł do kuchni, aby znaleźć coś innego. Nieopodal wejścia do kuchni kobieta w średnim wieku wydawała się coś mielić. Lin Qiushi podszedł do niej i uprzejmie zadał jej kilka pytań.
Słysząc jego pytanie, kobieta wskazała na wiklinowy kosz stojący obok niej.
Lin Qiushi podszedł do wiklinowego koszyka, znajdując w nim trochę poobijanych jabłek. Doszedł do wniosku, że jabłka prawdopodobnie nie smakowały aż tak źle, mimo ich nieco nieestetycznego wyglądu, więc wziął kilka.
– Ciociu, co ty tam robisz? – zapytał z ciekawością, przyglądając się kobiecie.
Kobieta, pochylając głowę i nie odrywając wzroku od swojego zadania, odpowiedziała:
– Mąkę.
Lin Qiushi zerknął na to, co kobieta mieliła – rzeczywiście w środku znajdował się jakiś biały proszek, ale wyglądał podejrzanie.
Kiedy kobieta zauważyła jego zamyślone spojrzenie, nabrała trochę substancji do małej miseczki i podała mu ją z uśmiechem.
– Chcesz spróbować? Ta rzecz jest bardzo dobra dla ciała człowieka, zwłaszcza jeśli ktoś jest chory lub źle się czuje. Nawet mały łyk może przywrócić zdrowie.
Lin Qiushi odruchowo odrzucił jej hojną ofertę. Miał wrażenie, że nie powinien tego przyjmować.
Na szczęście nie nalegała. Pochyliła głowę i kontynuowała swoją pracę.
Kiedy wracał, zobaczył kobietę, która wczoraj stała przy wejściu do wioski. Miała na sobie kapelusz safari i trzymała w ręku czerwoną flagę. Naprawdę przypominała modelkę z przewodnika turystycznego.
– Wstawajcie, moi odkrywcy! Dzisiaj zabiorę wszystkich na zwiedzanie świątyni – ogłosiła z entuzjazmem kobieta. – Jest uważana za jeden z najwspanialszych budynków w tej okolicy i jestem pewna, że wszyscy będziecie zachwyceni jej elegancją od pierwszego spojrzenia. A teraz, bez zbędnych ceregieli, ruszajmy!
Po tych słowach machnęła flagą w powietrzu i dała znak tłumowi, aby podążył za nią. Wszyscy spojrzeli po sobie, po czym podnieśli się z krzeseł i poszli do drzwi.
Idąc w kierunku celu, kobieta przedstawiła tutejszą kulturę i tradycję. Powiedziała, że miejscowi wyznawali konkretną religię, w której wierzyli, że zmarli mogą zmartwychwstać. Mieli tendencję do pozostawania wiernymi tej religii, w rejonie panowało wiele ekscentrycznych i niezwykłych zwyczajów.
– Na przykład? – zastanawiał się Meng Yu.
Kobieta uśmiechnęła się tajemniczo i powiedziała:
– Dowiesz się tego w świątyni.
Poprowadziła wszystkich odludną drogą. Kręta ścieżka ciągnęła się daleko w głąb dżungli.
Wysokie drzewa po obu stronach ścieżki stawały się coraz dziwniejsze, im dalej brnęli szlakiem – niezliczone kolorowe paski były przywiązane do ich gałęzi. Kobieta wspomniała, że była to jedna z wielu ofiarnych praktyk wioski i że wielobarwne paski rzekomo działały jak latarnia morska, pomagając zmarłym duchom powrócić do domu. Gęste liście zasłaniały niemal całe światło słoneczne, pozostawiając jedynie cętkowane plamy światła na ziemi.
Lin Qiushi słuchał wykładu kobiety, jednak jego myśli błądziły gdzie indziej, przypominając sobie piosenkę, którą usłyszał.
Po około dwudziestu minutach marszu grupa była fizycznie wyczerpana. Xu Jin była przestraszona i uważała, że otoczenie jest strasznie dziwne, ale nie mogła się już dłużej powstrzymywać. Otwierając usta, znużona zapytała:
– Ile jeszcze to potrwa?
– Już prawie jesteśmy na miejscu.
Niedługo po tym, jak to powiedziała, z oddali dobiegła tajemnicza melodia. Lin Qiushi nigdy w życiu nie słyszał takich dźwięków. Muzyka brzmiała podobnie do tradycyjnego fletu, jednak była bardziej orzeźwiająca i przyjemniejsza dla ucha. Jednocześnie była dziwnie niepokojąca, przywołująca obraz sępa unoszącego się nad niebem i przynoszącego ze sobą wizję nieuchronnej śmierci.
Słysząc to, tłum ucichł.
Przewodniczka uśmiechnęła się do grupy i powiedziała:
– Zakładam, że wszyscy słyszeli ten dźwięk. Tę melodię można zagrać tylko na specjalnym instrumencie, który jest unikalny dla tego miejsca. Tak piękny dźwięk można usłyszeć tylko tutaj. Każdy musi uważnie słuchać i docenić ten moment.
Wkrótce ruszyli dalej. Lin Qiushi przez szpary między konarami w końcu dostrzegł budynek.
Wspaniała świątynia górowała przed ich oczami. Ogromne kamienie piętrzyły się ku niebu, tworząc wsparcie budynku, a zielone pnącza wiły się wokół niego. Styl był raczej prymitywny, tak prosty, jak to tylko możliwe.
Dodatkowo, obok świątyni wbite były niezliczone kolorowe flagi. Powiewały tam i z powrotem na wietrze, jakby w odpowiedzi na tę niesamowitą melodię.
Ruan Nanzhu nagle podszedł do Lin Qiushiego, zniżył głos i szepnął:
– Trzymaj się z daleka od tych flag.
– Co? – wykrztusił Lin Qiushi, lekko zaskoczony.
– Coś jest z nimi nie tak.
Po usłyszeniu ostrzeżenia Lin Qiushi obejrzał flagi, tylko po to, by zdać sobie sprawę, że rzeczywiście było w nich coś nienormalnego. Zrobiono je z grubego materiału. Nie przypominał żadnych tkanin ani szmat, był elastyczny i wyglądał na miękki… Nagle w jego umyśle pojawiła się myśl i poczuł dziwny ucisk w żołądku. Przełknął ślinę, a jego jabłko Adama podskoczyło w górę i w dół.
– Czy to możliwe, że to jest to, o czym myślę? – Lin Qiushi pomyślał o mrożącym krew w żyłach kontekście tej piosenki.
– Być może… – Ton Ruan Nanzhu był niepewny, pozostawiając miejsce na wątpliwości i spekulacje.
Przewodniczka zaprowadziła wszystkich do bram świątyni, a następnie się zatrzymała. Rozłożyła dłonie w kierunku budynku.
– Teraz każdy z was może samodzielnie zwiedzić świątynię. – Spojrzała na godzinę na zegarku. – Przed zapadnięciem zmroku przyjdę ponownie, aby zabrać wszystkich z powrotem do wioski. Cieszcie się wycieczką i rozkoszujcie egzotycznym widokiem. Ponadto uważajcie na swoje czyny i nie zachowujcie się nieodpowiedzialnie.
Po tych słowach przewodniczka obróciła się na pięcie i odmaszerowała z miejsca zdarzenia, zostawiając w tyle kilkanaście osób, które patrzyły na siebie z przerażeniem.
– Ta baba jest naprawdę dziwna i irytująca – zaczął marudzić porywczy blondyn. Gburowato splunął. – Możemy równie dobrze skorzystać z okazji i uciec…
–Dokąd niby chcesz uciec? – warknąl niecierpliwie stojący obok niego mężczyzna. – Mówiliśmy ci już kilka razy, że to nie jest normalny świat. Czy mógłbyś przestać mówić głupoty i chociaż raz posłuchać?
Młody mężczyzna również wydawał się nieco skonsternowany otoczeniem. Niemniej jednak zmusił się do szyderczego uśmiechu i prychnął pogardliwie:
– Nienormalny, jasne. Wiesz, co myślę? Myślę, że po prostu za bardzo się boisz, tchórzu.
Po usłyszeniu tej docinki pozostali przestali zwracać na niego uwagę. Po prostu odwrócili się i weszli do świątyni. Było oczywiste, że wszyscy skupili się wyłącznie na poszukiwaniu wskazówek odnośnie lokalizacji klucza i drzwi.
– Wejdźmy do środka. – Lin Qiushi przyjrzał się świątyni, po czym odwrócił się, by spojrzeć w stronę Ruan Nanzhu i Xu Jin, którzy stali za nim.
– Wygląda strasznie. – Usta Xu Jin zadrżały. Nie, całe jej ciało drżało. – Myślisz, że w środku będą potwory…?
Ruan Nanzhu kilka razy cicho chrząknął, zanim zaproponował:
– Skoro jesteś aż tak przestraszona, to może wejdziemy sami, a ty zostaniesz na zewnątrz?”
– Nie, nie, pójdę z wami – odmówiła gorączkowo Xu Jin. – Bardziej boję się zostać sama na zewnątrz.
– Chodźcie. – Lin Qushi stopniowo wspiął się po wysokich kamiennych schodach i wszedł do środka.
Ruan Nanzhu i Xu Jin podążali tuż za nim. Razem weszli do świątyni, dołączając do pozostałych.
Wnętrze świątyni było stosunkowo ciemne. Nie było okien, tylko kilka migoczących lamp naftowych ustawionych dookoła, które dawały słabe światło.
Gdy tylko Lin Qiushi wszedł, uderzyło go poczucie niespójności i osobliwości. Ukłuty tym niewytłumaczalnie dziwnym uczuciem, powiedział:
– Dźwięk instrumentu dochodził z drugiego piętra, prawda?
– Chyba tak – odparł Ruan Nanzhu.
– Chodźmy na górę i się rozejrzyjmy – zaproponował Lin Qiushi.
Ruan Nanzhu skinął głową na znak zgody.
Jednak bez względu na to, ile razy okrążali świątynię, pieczołowicie zaglądając w każdą szczelinę i niepozorne zakamarki, po prostu nie mogli znaleźć żadnych schodów, które zaprowadziłyby ich na górę.
Lin Qiushi nagle poczuł, że coś jest bardzo, ale to bardzo nie tak. Jego wyostrzony słuch podpowiedział mu przerażający fakt, tak wstrząsający, że nie mógł już dłużej przymykać na niego oka… Ta muzyka, zdecydowanie nie dochodziła z drugiego piętra. Nie, tak naprawdę dochodziła z sufitu. Tego czarnego jak smoła sufitu nad ich głowami, który zdawał się rozciągać bez końca w stronę nieba, tego sufitu przypominającego otchłań, do którego światło nie mogło dotrzeć…
Co dokładnie było tam na górze? Jak muzyka mogła dochodzić z góry?
Widząc sztywny wyraz twarzy Lin Qiushiego, Ruan Nanzhu uniósł brew i zapytał:
– O co chodzi?
Lin Qiushi skrzywił się lekko, odsłaniając zęby. Uśmiechnął się krzywo i zaśmiał się pusto, po czym ponuro wskazał w górę.
– Wygląda na to, że coś jest nad naszymi głowami…
Tłumaczenie: Ashi
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Rozdział 18
Rozdział 19
Rozdział 20
Rozdział 21
Rozdział 22
Rozdział 23
Rozdział 24
Rozdział 25
Rozdział 26
Rozdział 27
Rozdział 28
Rozdział 29
Rozdział 30
Rozdział 31
Rozdział 32
Tom II
Rozdział 33
Rozdział 34
Rozdział 35
Rozdział 36
Rozdział 37
Rozdział 38
Rozdział 39
Rozdział 40
Rozdział 41
Rozdział 42
Rozdział 43
Rozdział 44
Rozdział 45
Rozdział 46
Rozdział 47
Rozdział 48
Rozdział 49
Rozdział 50
Rozdział 51
Rozdział 52
Rozdział 53
Tom III
Rozdział 54
Rozdział 55
Rozdział 56
Rozdział 57
Rozdział 58
Rozdział 59
Rozdział 60
Rozdział 61
Rozdział 62
Rozdział 63
Rozdział 64
Rozdział 65
Rozdział 66
Rozdział 67
Rozdział 68
Rozdział 69
Rozdział 70
Rozdział 71
Rozdział 72
Rozdział 73
Rozdział 74
Rozdział 75
Rozdział 76
Rozdział 77
Tom IV
Rozdział 78
Rozdział 79
Rozdział 80
Rozdział 81
Rozdział 82
Rozdział 83
Rozdział 84
Rozdział 85
Rozdział 86
Rozdział 87
Rozdział 88
Rozdział 89
Rozdział 90
Rozdział 91
Rozdział 92
Rozdział 93
Rozdział 94
Rozdział 95
Tom V
Rozdział 96
Rozdział 97
Rozdział 98
Rozdział 99
Rozdział 100
Rozdział 101
Rozdział 102
Rozdział 103
Rozdział 104
Rozdział 105
Rozdział 106
Rozdział 107
Rozdział 108
Rozdział 109
Rozdział 110
Rozdział 111
Rozdział 112
Rozdział 113
Rozdział 114
Rozdział 115
Rozdział 116
Rozdział 117
Rozdział 118
Rozdział 119
Rozdział 120
Rozdział 121
Rozdział 122
Rozdział 123
Rozdział 124
Rozdział 126
Rozdział 126
Tom VI
Rozdział 127
Rozdział 128
Rozdział 129
Rozdział 130
Rozdział 131
Rozdział 132
Rozdział 133
Rozdział 134
Rozdział 135
Rozdział 136
Rozdział 137
Rozdział 138
Ekstra 1
Ekstra 2
Ekstra 3
Ekstra 4
Ekstra 5
Ekstra 6
Ekstra 7
Ekstra 8
Ekstra 9
Ekstra 10