Little Mushroom

Rozdział 219 min. lektury

Na dole rozległ się krzyk kobiety. Możliwe, że i ona zobaczyła robala.

Żuk powoli maszerował po szkle. Był wielkości dłoni, a na jego ośmiu cienkich nóżkach widoczne były guzki, które najwyraźniej odpowiadały za dobrą przyczepność. Aparat gębowy stanowiła długa rurka z białą ssawką na końcu. Długa, brązowa macka ciągnęła się za nim jak ogon, zostawiając na szybie ciemnobrązowy śluz. Wyglądał, jakby chciał wejść do środka.

Poeta wyciągnął rękę i wsunął palec w szparę między oknem a ościeżnicą.

To w porządku. Jest szczelne, nie wejdzie do środka.

Każde kolejne pokolenie jest gorsze od poprzedniego – oznajmił szef Shaw. – Im dłużej to trwa, tym jest brzydsze. Tak jak tamte robale.

To przez fuzję genów. – Poeta obserwował okno. – Im silniejsza fuzja, tym dziwniejszy wygląd i wyższy poziom skażenia. Znam naukowca, który powiedział, że wciąż nie odkryto, jak tak naprawdę dochodzi do infekcji.

Och – odparł szef Shaw. Jego ton był beznamiętny, choć w rzeczywistości starał się wcisnąć w kąt jak najbardziej oddalony od szyby. – Możesz zasłonić okno?

Chciałbym widzieć miasto. – Mężczyzna zasunął zasłony do połowy. Pokój skąpał się w ciemności, a sylwetka Poety wydawała się dziwnie smutna w tym ponurym świetle. – To… Nie wiem, jak długo przetrwa.

An Zhe wyjrzał przez okno. Pod ciemnym, porannym niebem rozciągało się szare miasto. Połowa skrywała się za delikatną białą mgłą, która znikała powoli wśród promieni powoli wschodzącego słońca. Kilka ogromnych, żelaznych struktur ukazało się jego oczom. Były wysokie, przeszywając niebo. Ludzkość zawsze posiadała różne dziwne urządzenia. Potrafiły zapewnić bezpieczeństwo bazy, jednak nie zawsze, tak jak i w tym wypadku.

Poeta odwrócił się do An Zhe.

W ogóle nie wyglądasz na przerażonego.

An Zhe wydął usta, nie wiedząc jak odpowiedzieć. Mężczyzna puścił zasłonę i się do niego uśmiechnął.

Jesteś naprawdę dziwny.

Tak?

Milczysz, tak jakby nie miało znaczenia, co się teraz wydarzy – powiedział Poeta. – W obecnych czasach mamy naprawdę niewielu ludzi z takim podejściem.

Może. – An Zhe się uśmiechnął. Grzyby i ludzie musieli się czymś różnić. Próbując zachowywać się bardziej ludzko, zapytał: – To co teraz robimy?

Poeta zastanowił się przez kilka minut, po czym odparł:

Modlimy się. Modlimy się, aby urządzenia rozpraszające nie zostały nieodwracalnie uszkodzone, a insekty i robaki były tylko bezmózgimi istotami, które żyją, powołując się na instynkt. A potem, żeby ta szyba była wystarczająco mocna, aby zbyt szybko jej nie rozbiły.

Gdy tylko skończył mówić, zza okna rozległ się monotonny dźwięk – stukot niezliczonych owadów uderzających w szkło. Szef Shaw łypnął ponuro na Poetę.

Modlę się, byś zaniemówił.

Poeta spanikował i szybko zasłonił okno.

Nie patrzcie.

Za późno – powiedział staruszek. – Nadchodzi chmara owadów.

W następnej chwili mina mu zrzedła.

Sprawdźcie szybko otwory wentylacyjne!

Tu jest jeden! – Poeta wskazał palcem.

Wszyscy spojrzeli na miejsce tuż nad głową An Zhe. Znajdowała się tam chroniona siatką dziura prowadząca na zewnątrz. Jednak ze względu na lata zaniedbania zardzewiała i wykruszyła się w jednym miejscu. Poeta szybko oderwał kawałek rękawa, podając materiał chłopakowi.

Zatkaj tę dziurę!

An Zhe wstał. Otwór nie był mały, więc wciąż zostało sporo przestrzeni, kiedy zwinął skrawek w kulkę i wepchnął go do środka.

To nie wystarczy.

Poeta oderwał kolejny kawałek, a An Zhe wziął go w drugą rękę i zaczął wciskać go w dziurę obok poprzedniego. Jego palec wskazujący nagle zaczął boleć. Zamarł na chwilę, po czym kontynuował, jakby nic się nie stało.

Po zablokowaniu otworu usiadł znowu na łóżku. Szef Shaw i Poeta zaczęli uważnie rozglądać się po pokoju za innymi szparami, a An Zhe przyjrzał się swojemu palcowi.

Na opuszku znajdowała się mała czerwona kropka. Tekstura skóry zamieniła się w białą grzybnię. Gdy jego towarzysze się odwrócili, szybko szarpnął za nią, odrywając ją od palca. Natychmiast pojawiła się nowa tkanka, formując ludzki palec pozbawiony ran. An Zhe nie wiedział, czy to było konieczne. Oderwana grzybnia wyglądała normalnie, ale nie miał innego wyjścia.

Nie ma więcej dziur – oznajmił Poeta.

Mm… – mruknął An Zhe.

Jednak dźwięk owadów uderzających o szybę wzmagał z sekundy na sekundę. Szkło trzęsło się, tak jakby w następnej chwili miało się roztrzaskać. Stojące w korytarzu radio wciąż przekazywało instrukcje, ale były to jedynie bzdury takie jak: „Zamknijcie drzwi i okna. Nie panikujcie”.

Poeta usiadł, a jego twarz była blada.

Słuchajcie boga.

Zamknij się! – krzyknął szef Shaw z poważną miną, po czym spojrzał na An Zhe.

Chłopak był zdziwiony.

O co chodzi?

Szybko, zadzwoń do swojego faceta.

– …?

***

Dzielnica Pierwsza, centrum rozpraszania.

Czarne urządzenie rozpraszające stało pod szarym niebem jak wielki kwiat rozkwitający w mieście. Samochód mknął drogą, mijając ostatnie budynki, podczas gdy cień rzucany przez instrument błyskawicznie się powiększał.

Jeśli centrum zostało zniszczone… – Rozległ się głos Lu Fenga. – To czy pozostałe urządzenia wciąż będą działać?

Możliwe, że przestaną – odparł po chwili milczenia naukowiec. – Funkcjonowanie rozpraszacza jest bardzo skomplikowane. By zapewnić pełną osłonę Miasta Zewnętrznego falami ultradźwiękowymi, intensywność i zakres wszystkich urządzeń są jednolite i nadawane zdalnie przez centrum rozpraszania. Jeśli zostało uszkodzone i w porę nie rozpoczęto procedur bezpieczeństwa, to obawiam się, że konsekwencje będą poważne. Lecz to tylko najgorszy z możliwych scenariuszy. Prawdopodobieństwo jest naprawdę nikłe. Rozpraszacz numer jeden obsługiwany przez centrum jest największym w Mieście Zewnętrznym. Nadawane przez niego fale są zbyt silne i mają negatywny wpływ na ludzkie ciało. Z tego powodu w Dzielnicy Pierwszej nikt nie mieszka na stałe, a w samym centrum nie znajduje się zbyt wielu pracowników. W przypadku niewystarczającej siły roboczej powód tymczasowego braku kontaktu może być inny. To niekoniecznie…

Mężczyzna nagle zamilkł, gdy jego oczy spojrzały przez szybę na urządzenie rozpraszające. Ponad sto lat temu w kwiecie ery pokoju liście się rozwijały, a ogrodnicy opryskiwali rośliny środkami owadobójczymi, by ochronić je przed pasożytami. W tej chwili po rozpraszaczu – czarnym kwiecie z szarymi, białymi, czarnymi i żółtymi wypustkami – pełzały ogromne robale. Nie, to nie były tylko one.

Oddech naukowca nagle gwałtownie zadrżał.

Nie… – wymamrotał. – Widzisz to, pułkowniku?

Lu Feng szarpnął za kierownicę. Samochód zrobił nagły zwrot na wąskiej drodze i pomknął z powrotem w stronę, z której nadjechał. Kierowcy towarzyszących im opancerzonych pojazdów mrugnęli ze złości światłami, ale w następnej chwili także gwałtownie zawrócili. Czarne owady wzniosły się z rozpraszacza jak fajerwerki. Ich opancerzone ciała uderzyły w tylne szyby, pomagając samochodom się rozpędzić.

Pułkownik ustawił głośność komunikatora na maksimum. Drżący głos operatora szybko rozległ się po wnętrzu.

Pułkowniku, awaryjna komunikacja z Dzielnicy Drugiej. Atak chmary owadów. Proszą o wsparcie.

Awaryjna komunikacja z Dzielnicy Trzeciej. Podczas ewakuacji odkryto ogromne ilości insektów. Proszą o wsparcie.

Awaryjna komunikacja ze stacji obronnej miasta.

Awaryjna komunikacja z ratusza.

Awaryjna komunikacja z Dzielnicy Ósmej…

Połącz mnie z Dzielnicą Ósmą – przerwał szybko Lu Feng. – Czy podziemny schron pomieści wszystkich mieszkańców?

Pułkowniku Lu! – Mówiący wciął mu się w pytanie. – Niewielka chmara komarów wleciała przez system wentylacji i mamy tu ponad dziesięć zainfekowanych osób! Prosimy o wsparcie Sądu Procesowego!

Po kilku sekundach milczenia Lu Feng rozkazał:

Zabijcie skażonych. Reszta niech się ukryje i czeka na wsparcie.

Rozłączył się.

Pułkowniku. – Rozległ się młody głos. – Zebraliśmy wszystkich sędziów. Po naszej stronie nie ma żadnych ofiar.

Zdecentralizujcie wsparcie dla każdej dzielnicy. Naszym priorytetem jest Ósma.

Tak jest.

Rozłączył się.

Pułkowniku – powiedział siedzący obok naukowiec, starając się uspokoić. – Powinniśmy wrócić do Głównego Miasta.

Do Głównego Miasta? – Głos Lu Fenga był miękki.

Znajduje się tam samodzielny system obronny i urządzenia rozpraszające, które zapewniają absolutne bezpieczeństwo.

Samochód zwolnił. Zbliżali się do skrzyżowania.

A co z Miastem Zewnętrznym?

Całe miasto poza bazą zostało narażone, a insekty mają przewagę fizyczną i są wszechobecne. Ryzyko jest większe niż w przypadku fali szczurów, która zaatakowała bazę Południowo-Wschodnią. – Naukowiec powoli się uspokoił. – Jesteś sędzią, ale w tym przypadku nie możesz nikogo uratować.

Mężczyzna miał wystarczająco dużo argumentów, by odzyskać rozsądek i pewność siebie. Nawet się uśmiechnął, mówiąc:

Nie ma sensu teraz jechać gdziekolwiek indziej. Nie zmniejszysz ilości ofiar. Wiesz, że mam rację. Nikogo nie ochronisz poza samym sobą.

W tej chwili rozległ się kolejny dźwięk komunikatora. Sytuacja była na tyle pilna, że Lu Feng ustawił go na tryb awaryjny, więc po trzech sekundach połączenie zostało automatycznie nawiązane. Jednak nie usłyszeli operatora.

Pułkowniku. – Głos mówiącego był wyraźny, wolniejszy od normalnego tonu Lu Fenga i pełen miękkiej lekkości. – Twoje rzeczy wciąż są ze mną.

Gdzie jesteś? – zapytał mężczyzna.

Obok budynku stacji obronnej miasta – odparł An Zhe. – …Owady uderzają o szybę.

Jego głos zatrząsł się pod koniec, tak jakby się bał. Lu Feng przekręcił kierownicę, jadąc wzdłuż jednej z dróg. Naukowiec spojrzał na zmianę kierunku, a jego oczy się rozszerzyły. Nagle zawołał:

Ty…!

Lu Feng zdawał się go nie słyszeć, odpowiadając jedynie do komunikatora:

Czekaj.

Tłumaczenie: Ashi

2 Comments

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

:błeee:  :płaku:  :WeiMądruś:  :zonk:  :NieNie: 
:AAAA:  :ależeco:  :blabla:  :ugh:  :cooo: 
:ekscytacja:  :facepalm:  :patriarcha:  :muahaha:  :złamaneserce: 
:szok:  :przestań:  :zachwyt:  :zachwyt2: