Little Mushroom

Rozdział 577 min. lektury

An Zhe zignorował pytanie Lu Fenga. Miał wrażenie, że ten znowu czepiał się jego słabości. To nie pierwszy raz, gdy mężczyzna powiedział coś takiego.

Choć to prawda, że nie byłby w stanie zainfekować całego Edenu. A nawet jednej osoby.

Jednak pomimo tego nie był w stanie zaakceptować, że jego kłamstwo wyszło na jaw, bo był słabiakiem. Wolałby, gdyby powodem było to, że nie potrafi kłamać albo że Lu Feng po prostu nie wierzy jego słowom. Pułkownik był bezlitosny.

Nie możesz tutaj spać – zadeklarował chłopak.

Och? – zaciekawił się Lu Feng.

Nie – powtórzył nadąsany An Zhe.

Dlaczego?

Chłopak odwrócił się do niego plecami, zajęty składaniem płaszcza. Nie chciał nic mówić, po prostu pragnął, by pułkownik zniknął z jego przestrzeni. Pomyślał przez chwilę, po czym ostrożnie wytłumaczył:

Możesz zostać skażony bezkontaktowo.

Och. – Ton Lu Fenga był cichy. – Pszczoła wciąż żyje.

An Zhe zaniemówił.

Skoro żyje, to dlaczego jest nieprzytomna? – zapytał pułkownik.

Tym razem chłopak postanowił nie otwierać ust, choćby miał umrzeć. Lu Feng potrafił odgadnąć sytuację nawet z najmniejszej dawki informacji. Jednak dzisiaj najwyraźniej postanowił nie utrudniać mu życia i powiedział tylko:

Stanę na warcie?

An Zhe mruknął, po czym zapytał:

Zimno ci?

Nie.

Chłopak zamknął oczy, przytulając mocno odznakę. Przesadził dzisiaj, więc zasnął bardzo szybko. Kilka godzin później obudziło go przeszywające zimno.

Incydent z polem magnetycznym spowodował, że wiatry słoneczne szalały przez kilka dni po ziemi, przez co atmosfera stała się o wiele cieńsza. Różnica temperatur pomiędzy dniem a nocą osiągnęła zatrważający poziom.

An Zhe zamarzał. Otworzył oczy i wstał, instynktownie rozglądając się za Lu Fengiem. Z łatwością zauważył siedzącego nieopodal pułkownika. Opierał się o kamień o dziwnym kształcie prawdopodobnie zerodowany przez wiatr, a przed nim leżała kupka gałęzi i liści uformowana w kształt rożka.

Chłopak potarł oczy, wziął płaszcz Lu Fenga i podszedł do pułkownika. Mężczyzna wcześniej przykrył go swoim odzieniem, więc miał na sobie tylko koszulę.

Zimno ci? – zapytał ponownie An Zhe, podając mu płaszcz

Nałóż go – odparł Lu Feng, bawiąc się zapalniczką. – Myślałem, że będziesz spał dłużej.

– …Ach?

Chodź ze mną pozbierać drewno na opał – powiedział mężczyzna, rzucając mu zapalniczkę.

Wyglądało na to, że spodziewał się, że zimno może obudzić chłopaka, więc planował zrobić ognisko. Jednak również myślał, że An Zhe będzie spał dłużej. Chłopak przetłumaczył rzadki eufemizm pułkownika na ludzki język i w końcu doszedł do wniosku, że tak naprawdę chciał powiedzieć „Jak możesz być bardziej zalotny niż sądziłem?”.

Bez słowa poszedł za mężczyzną. Przez jakiś czas słychać było tylko dźwięk ich kroków, wiatr i ryki potworów z oddali. Po drodze sporadycznie napotykali rosnące w dziczy w krzaki. Rośliny obumarły od wiatrów słonecznych i wyschły na wiór, przez co idealnie nadawały się na opał.

Szukałeś gałęzi? – zapytał An Zhe.

Nie. W okolicy są potwory, więc nie mogłem się za bardzo oddalić.

Och – odparł An Zhe. Chciał zapewnić mężczyznę, że większość potworów nie interesowała się grzybami, lecz zrozumiał, że Lu Feng go chronił. Trochę go to uszczęśliwiło.

Piaszczysta ziemia pustyni była bardzo miękka, więc pod stopami czuli tylko lekki opór. Pomimo tego An Zhe wciąż za bardzo nie mógł chodzić, więc Lu Feng nie pozwolił mu podążać za sobą krok w krok. Zamiast tego pułkownik upewnił się, że zawsze pozostawał w zasięgu jego wzroku, zbierając wokół gałęzie i składając je w ramionach chłopaka.

Gdy patyków było tyle, że An Zhe nie mógłby więcej utrzymać, Lu Feng powiedział:

Wystarczy.

Zaczęli wracać. W świetle księżyca wydmy falowały jak sterty śniegu, a widniejący w oddali wrak samolotu przypominał paskudną narośl. Nagle Lu Feng się zatrzymał, więc An Zhe również zamarł. Poczuł coś, co sprawiło, że dreszcze przebiegły mu po plecach. Ciszę przeszył dźwięk, lecz nie dało się go zbyt dobrze opisać. Wiedział, że Lu Feng także go usłyszał.

Szelest.

Szelest.

Szelest.

Przerażający dźwięk rozlegał się w nieregularnych odstępach. Był cichy, lecz bardzo wyraźny, jakby dzwoniło im w uszach. Pierwsze dwa interwały były długie, a ostatni niezwykle krótki.

Szelest.

Gdy dźwięk rozległ się ponownie, Lu Feng przycisnął ramię An Zhe. Położyli się na piasku, chowając za krzakami.

Szelest.

Ogromny cień pojawił się na skraju wydm pod jaskrawą zorzą. Miał mniej więcej owalny kształt, a struktura jego ciała nie była jednorodna. Naskórek był chropowaty, jak kłęby niedokładnie połączonych kawałków zgniłego mięsa. Gładki mięsak wystawał ze środka tego wielkiego cielska, a jego powierzchnia pokryta była gałkami ocznymi o różnych rozmiarach. Prawdopodobnie była to jego głowa. Niezliczone pary chudych i grubych nóg wyrastały spod spodu. Niektóre przypominały tylne łapy jaszczurek, inne odnóża owadów, a pozostałe ludzkie ramiona.

Poruszały się miarowo, wspierając ciężki ruch istoty na nierównej glebie i pozostawiając po sobie ślad o falistym kształcie szerokim na ponad pięć metrów na piasku. Monstrum pełzło równolegle do wraku samolotu. Z każdym ruchem szeleszczący dźwięk dochodził z jego ciała i rozchodził się równomiernie. Możliwe, że wydawał go organ wokalny istoty.

An Zhe wstrzymał oddech, obserwując, jak środek bestii się rozwarł, odsłaniając gębę pełną gęstych kłów i cierni.

Trzask.

Rozległ się przeszywający zgrzyt metalu pocierającego o metal, a następnie chaotyczne trzaski, gdy myśliwiec został kawałek po kawałku przeżuty i połknięty.

Bestia żarła wrak. Choć An Zhe dość długo mieszkał w Otchłani, to nigdy nie napotkał potworów żywiących się tworzywami sztucznymi. W końcu nie brakowało tam zepsutych pistoletów czy opancerzonych pojazdów, które straciły swoich właścicieli, lecz żadna istota nie zwracała na nie uwagi. Może ta bestia nie interesowała się metalem, lecz ciałami znajdujących się w środku pilotów. Można było sobie wyobrazić, że dla dziwnego stworzenia, które gryzło i połykało metal, ludzkie mięso i kości były równie łatwe do zjedzenia jak błoto.

Nie poświęcił też ani chwili na delektowanie się wrakiem, pożerając go w zaledwie pięć chapsów.

Szelest.

Paszcza została zamknięta i znowu rozległ się ten szeleszczący dźwięk. Potwór zwrócił się w stronę pszczoły śpiącej sto metrów dalej.

Chrup.

Cały owad został połknięty na raz. Oczy An Zhe się rozszerzyły, gdy obserwował, jak ciało bestii się rozciąga, a z grzbietu wyrasta para przezroczystych, metalowych skrzydeł. Zadrżały kilka razy, wydając dźwięk podobny do szelestu liści. Były podobne do tych, które niegdyś miała czarna pszczoła.

Szelest.

W następnej chwili wszystkie oczy na łbie istoty spojrzały w stronę An Zhe i Lu Fenga.

Tłumaczenie: Ashi

2 Comments

  1. Anonim

    Co zrobi grzybek z Lu Fenga to paskudztwo namierzyło ich :AAAA: Ashi ślicznie dziękuje za rozdział :ekscytacja: fajny prezent dostaliśmy od Was jeszcze raz ślicznie dziękuje :zachwyt2:

    Odpowiedz

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

:błeee:  :płaku:  :WeiMądruś:  :zonk:  :NieNie: 
:AAAA:  :ależeco:  :blabla:  :ugh:  :cooo: 
:ekscytacja:  :facepalm:  :patriarcha:  :muahaha:  :złamaneserce: 
:szok:  :przestań:  :zachwyt:  :zachwyt2: