Little Mushroom

Ekstra 3 – Letni dzień20 min. lektury

W Otchłani nastało lato.

Spoglądając w dół z Instytutu, można było dostrzec ogromne połacie zieleni z poprzecinane wieloma wzniesieniami i kotlinami, które wyglądały jak ocean połączony z jasnoniebieskim niebem. Wokół odległej góry krążyło stado czarnych, skrzydlatych potworów, wydających z siebie głośne piski.

Dźwięki razem z wiatrem dotarły na szczyt. W korytarzu liście dzikiego pnącza falowały, a jego białe płatki opadały na An Zhe. Chłopak uniósł dłoń, by jeden złapać, trzymając go w lewej ręce, a prawą dotykając końcówki rośliny.

Lu Feng pomógł mu otrzepać się z płatków. An Zhe to poczuł, więc natychmiast się odwrócił w stronę mężczyzny, podsuwając mu pod nos pnącze.

Spójrz.

Przed chwilą znalazł nowy pączek. Oczywiście nowy pączek, nawet jeśli byłby mały lub duży, czy też czarny lub biały, nie zainteresował pułkownika. Lu Feng po prostu pochylił się obojętnie, by pocałować go w czoło.

Tsk. – Stojący naprzeciwko nich doktor Ji wydał z siebie dźwięk przypominający podziw. Opierał się o parapet, a w lewej dłoni trzymał fiolkę z odczynnikiem.

W ostatniej bitwie o Bazę Północną stracił całe prawe ramię i nogę. Niezwykle cierpiał podczas swojej ostatniej rozmowy z Instytutem. Nie wiadomo, jak przeżył, pomimo ogromnej utraty krwi – można było to wyjaśnić jedynie bożą łaską.

Doktor Ji zgłosił się później do Instytutu. Jego mózg był cały, lecz w czasach, w których nie istniały protezy, brak kończyn wystarczał, by pozbawić naukowca szans. Nie przybył tutaj w celu kontynuowania badań, lecz z powodu ogromnego podziwu wobec Polly’ego Joana i pragnienia oddania swojego ciała nauce. Z pomocą tuzina podobnych ochotników udało im się ustalić sześć bezpiecznych do przekazania częstotliwości, z których jedna potrafiła zregenerować utracone części ciała.

W skrócie doktor Ji był jak nowo narodzony, choć wciąż nie przyzwyczaił się do nowych kończyn.

An Zhe odwrócił się, by sprawdzić, co robi. Mężczyzna obserwował Lu Fenga, po chwili wyciągając przed siebie dłonie i klaszcząc.

Widziałem to, pułkowniku Lu – oświadczył. – Gdybym tego nie zobaczył, to naprawdę wciąż bym myślał, że przez całe życie będziesz się zachowywał jak dżentelmen i wykwalifikowany ojciec. Teraz awansowałeś na brata.

Lu Feng ściągnął ostatni płatek z szyi An Zhe i zerknął na doktora Ji.

Ji Balan, przeceniłem twoją osobowość.

Dobra, dobra. – Mężczyzna uniósł dłonie w geście poddania. – To moja wina. Przeceniłem standardy moralne Sędziego.

Pułkownik nic nie powiedział.

Przyznaję, że się myliłem. To nie tak, że twoja osobowość jest zbyt szlachetna, po prostu moje standardy moralne są zerowe – tłumaczył się dalej doktor Ji, lecz w tym samym czasie przewrócił oczami.

Gdyby dano mi takiego dzieciaka… – Uśmiechnął się, robiąc dłonią jednoznaczny ruch. – Przywiązałbym go do łóżka i…

Lu Feng łypnął na niego chłodno.

– …zrobiłbym mu sekcję.

Mózg doktora Ji nie działa jak potrzeba. – Lu Feng opuścił głowę, by spojrzeć na An Zhe. – Rozważ terapię grzybnią.

To nie jest konieczne! – Mężczyzna był zszokowany. – Po prostu sobie pójdę.

Propozycja zamordowania doktora Ji nie zainteresowała An Zhe. Chłopak po prostu stanął na palcach i pocałował pułkownika w policzek.

Tsk – powtórzył doktor Ji.

Możesz iść – powiedział mu Lu Feng.

W ten sposób traktujesz swojego najlepszego przyjaciela?

Tak.

Nie jestem wystarczająco wykwalifikowany nawet by obserwować, jak bawicie się w dom? – Rozpacz była wyraźnie słyszalna w tonie doktora Ji.

Nie.

Słowa “bawić się w dom” wyraźnie przykuły uwagę An Zhe, który natychmiast spojrzał na Lu Fenga.

Jaki słodki. – Doktor Ji spojrzał na chłopaka, a w jego oczach błyszczało coś dziwnego. – Będziesz płakał na długo po zakończonej sekcji.

An Zhe zawsze miał wrażenie, że doktor zachowuje się, jakby został przez kogoś opętany. Może przez szefa Shaw?

Mężczyzna westchnął, z powrotem skupiając się na jasnoniebieskiej fiolce z odczynnikiem.

Pułkowniku Lu, naprawdę tego nie spróbujesz? – zapytał. – Ekstrakt 1014 nie ma żadnych skutków ubocznych. W połączeniu z drobną modulacją częstotliwości pola magnetycznego jeden z trzech obiektów testowych po iniekcji zyskał idealną nocną wizję. Sam to przyniosłeś miesiąc temu z Otchłani.

Promienie słońca przedarły się przez szpary między liśćmi, sprawiając, że płyn w oświetlonej fiolce zabłyszczał. Lu Feng zerknął na niego.

Widząc pełną oczekiwania minę doktora, An Zhe odpowiedział za pułkownika:

Nie chce.

Tsk. – Doktor Ji odwrócił się od nich i pogrzebał chwilę w komunikatorze. – Polly mnie wzywa. Do widzenia.

Do widzenia, doktorze – odparł An Zhe. Wiedział, że Lu Feng naprawdę nie chciał tego ekstraktu. Poza tym pułkownik nie potrzebował tych dziwnych ulepszeń czy umiejętności. Bez problemu przemieszczał się po Otchłani. Chłopak myślał przez dłuższą chwilę, a w tym czasie jego grzybnia owinęła się wokół pnącza, które tak mu się spodobało.

Nic nie jedz – ostrzegł Lu Feng, zauważając jego ruchy.

To da się przetrawić – obronił się An Zhe.

Wyciągnął grzybnię, by pokazać Lu Fengowi. Cienka wić sunęła po czarnym mankiecie munduru, formując na srebrnej zapince zielony listek, który drżał lekko na wietrze.

To była najnowsza rozrywka An Zhe. Próbował wiele rzeczy, odkąd odkrył, że może bezpiecznie połączyć się ze wszystkimi żywymi i martwymi przedmiotami – oprócz tych paskudnych. Raz udało mu się zamienić w bazie, wypełniając cały pokój i prawie dusząc pułkownika.

Jednak fuzja nie zawsze była bezpieczna. Tak jak wytłumaczył mu kiedyś Lu Feng, polimorficzne potwory czasem popełniały błędy podczas zmiany kształtu. Nie tak dawno na obiad zjadł kartoflankę. Z miłości do niej udał się do laboratorium, by połączyć się z małą bulwą ziemniaka. Nieoczekiwanie stracił przytomność, budząc się dopiero trzy godziny później. Polly wytłumaczył mu, że ziemniak i grzyb tak bardzo różniły się częstotliwością, że aż się odpychały. Tak samo było z wieloma innymi rzeczami. Choć rezultat prawie zawsze był dobry, to proces okrywała wieczna niepewność. Można było to porównać do rozpuszczania sodu metalicznego w wodzie – w trakcie dochodziło do eksplozji, jednak ostatecznie substancja ulegała rozpadowi.

Od tamtej pory Lu Feng powstrzymywał go przed jedzeniem wszystkiego, co popadnie, jednak An Zhe naprawdę chciał spróbować kawałek pnącza. Coś takiego nie skrzywdzi rośliny, a do tego nie była niczym nadzwyczajnym, a pięknym, kwitnącym pnączem.

Zadrapał lekko jego skórkę, obserwując, jak wypływa z niej lepka ciecz.

Było… cicho. Gdy grzybnia zanurzyła się w jasnozielonym soku, wiatr z Otchłani przeciął błękitne niebo. Pnącze porastające Instytut, słońce, księżyc, gwiazdy – wszystko błyszczało. An Zhe zamknął oczy, a jego ciało zdawało się rozciągać. Lu Feng był tuż obok niego, więc nie musiał się niczym martwić. Pozwolił mężczyźnie zanieść go na długą, drewnianą ławkę stojącą w ciemnozielonym korytarzu.

Możliwe, że nic mu nie było i pnącze było normalne. Lu Feng nie pozwolił mu go zjeść, lecz jednocześnie również go nie powstrzymał.

Spoczywał w ramionach pułkownika, trzymając go za rękę. Jego myśli się rozpierzchły, tak jakby unosił się w ciepłej wodzie.

Rosło tu od wielu lat, choć kiedyś nie miało kwiatów – oznajmił An Zhe. – Pewnego dnia przyleciały jakieś zwierzęta, przynosząc ze sobą pyłek, dzięki czemu pojawiły się białe kwiaty. Poczuło się bardzo pięknie i było szczęśliwe.

Wyszeptał emocje, które wyczuł od pnącza, wyciągając ramiona, by przytulić Lu Fenga. Wtulił się w niego mocno, pocierając głowę o szyję mężczyzny i czując chłodny dotyk srebrnych zapinek z frędzlami zdobiących pierś pułkownika. Czuł się bardzo komfortowo.

Mężczyzna mruknął na znak, że słucha.

Wspomnienia i emocje rośliny były proste, a niektórych nie dało się opisać ludzkim językiem. An Zhe szukał odpowiednich słów.

Chce mieć też niebieskie kwiaty. Dlatego… Mam nadzieję, że znowu przylecą ptaki, motyle albo pszczoły i je zapylą, by mogło zaowocować.

Nie miał nic więcej do powiedzenia. Lu Feng pogłaskał go po głowie, gdy nagle zapipczał jego komunikator. Podniósł go, a An Zhe spojrzał na ekran. Dzwonił do niego doktor Ji, który przed chwilą zostawił ich samych.

Na pewno nie zastanowisz się nad ekstraktem 1014? Twój przyjaciel naprawdę cię potrzebuje. Potrzebuje szczura laboratoryjnego.

Najwyraźniej wciąż nie odpuścił. An Zhe uśmiechnął się, obserwując, jak Lu Feng odpowiada:

Nie.

Dlaczego jesteś taki obojętny? Czy nocna wizja nie jest dobrą rzeczą? Nie potrzebujesz tego? Martwię się o twoje bezpieczeństwo za każdym razem, gdy wybierasz się do Otchłani. Jeśli przyjmiesz ekstrakt 1014, to trochę się uspokoję.

Po części miał rację.

Czy nie mamy łatwych w obsłudze okularów na podczerwień? – zastanawiał się Lu Feng.

No to rozważ ekstrakt 1015. To aksamitnie czarne skrzydła membranowe. Średnia rozpiętość wynosi 4,3 metra. Możesz dzięki nim latać i wyglądać przystojnie. Mam szczerą nadzieję, że będziesz mógł doświadczyć szybowania. Co ty na to?

Nie – odpowiedział Lu Feng.

Czasy się zmieniły, panie Sędzio – odparł szybko doktor i pomimo dzielącej ich odległości przez słuchawkę dało się wyczuć jego oburzenie. – Musisz zapomnieć o teorii ludzkiego pochodzenia, uwolnić się od stereotypów w sercu i przyjąć obce geny.

Nie, dziękuję – odpowiedź Lu Fenga wciąż była jednoznaczna i obojętna.

Coś jest z tobą nie tak. Nie potrzebujesz wsparcia psychologicznego?

Nie.

Jesteś beznadziejny! – wykrzyczał doktor. – Kiedy zostaniesz wyleczony ze swojego rodu i czystości moralnej? Sam się wygnałeś, lecz dlaczego jeszcze nie wróciłeś? Chcę cię polać ekstraktem.

Wyraźnie było słychać zły humor doktora. Zawsze taki był po nieudanej promocji swojego wynalazku.

Jestem normalny – odparł Lu Feng, wciąż zachowując spokój.

Wybierz 1014 albo 1015, a ci uwierzę.

Pułkownik milczał.

Widzisz, jesteś beznadziejnym przypadkiem.

Lu Feng zmarszczył lekko brwi. Po dłuższej chwili w końcu odpowiedział:

Paskudne.

Nastała krótka cisza.

Naprawdę jesteś niezły – odparł doktor.

Pułkownik się rozłączył. An Zhe trzymał komunikator, przyglądając mu się z uśmiechem. Uważał, że doktor powinien się tego spodziewać – w końcu sam już dawno to zrozumiał.

Po stworzeniu Dzwonu wiele osób dobrowolnie przyjęło pewne bezpieczne częstotliwości. Niektórym wyrosły skrzydła, a inni zyskali umiejętność fotosyntezy, choć oczywiście doszło do paru niegroźnych incydentów. Niektórzy nic nie otrzymali pomimo połączenia się z odpowiednią częstotliwością.

Jednak Lu Feng odmawiał. Oczywiście nie było to z powodu wspomnianego przez doktora – pułkownika naprawdę nie obchodziło skażenie rodowodu genami potworów. Prawdziwy powód był prosty.

Mężczyzna uważał, że te istoty były naprawdę paskudne. Był w stanie pokojowo żyć z ludźmi, którzy połączyli swoje geny z potworami, lecz zmuszenie go do tego samego było niemożliwe. Obrzydzało go to.

An Zhe odłożył komunikator na bok i przyjrzał się twarzy Lu Fenga. Pod tym kątem można było zobaczyć wszystkie szczegóły. Twarz pułkownika była niezapomniana, lecz niewielu przyglądało się dokładnie jej rysom. Większość ludzi nie miała odwagi nawet na niego spojrzeć.

Chłopak uważał, że jego brwi i oczy były najlepsze. Piękne i jasne, jak chłodny wiatr na szczytach gór w Otchłani. Wyciągnął dłoń, by dotknąć długich, wąskich brwi Sędziego. Podczas robienia jego lalki szef Shaw wielokrotnie spoglądał na głowę, na której były zamocowane tylko brwi i włosy, wzdychając z podziwem.

Niżej usytuowana były wąskie, ciemnozielone oczy w połowie zakryte rzęsami. An Zhe niewyraźnie widział własne odbicie w ich chłodnej tafli. Czuł, że jeśli się tak wygląda, to porzucenie paskudnych genów było całkowicie zrozumiałe.

Spojrzał na komunikator, widząc wiadomość od doktora: „W takim razie ja też jestem paskudny?”. Pułkownik mu nie odpisał.

An Zhe znowu odwrócił się do Lu Fenga, ponownie wtulając w jego ramiona. Nie wiedział dlaczego, po prostu chciał to zrobić. Czuł się trochę oszołomiony. Pułkownik przyciągnął go bliżej, pytając:

Co się stało?

Chłopak potrząsnął tylko głową. Nagle przypomniał sobie, że chciał o coś zapytać, jednak spoglądał tylko na towarzysza bez słowa.

Był grzybem, który często wcześnie kładł się spać i równie wcześnie wstawał. Jego oczy normalnie były ciemne i przejrzyste. Teraz różniły się od swojego zwykłego wyglądu. Były zamglone i wilgotne.

Lu Feng pochylił głowę i się przybliżył, słysząc cichy szept:

Też jestem heterogeniczny.

Tak – potwierdził mężczyzna. – Jesteś heterogeniczną istotką.

Myślisz, że grzyby są paskudne?

Ty jesteś w porządku. Biały jest ładny.

A co jeśli byłbym szarym grzybem?

To w porządku.

A czarnym grzybem?

To też w porządku.

A kolorowym?

Hmm. – Lu Feng spojrzał na niego beznamiętnie. – Dałbym ci białego grzyba do zjedzenia.

Ta osoba miała jedną, specyficzną cechę – im bardziej się z kogoś nabijał, tym poważniej wyglądał. Dlatego An Zhe równie beznamiętnie odparł:

Zjem ciebie.

Pułkownik zaśmiał się cicho i go podniósł, dzięki czemu znaleźli się twarzą w twarz. An Zhe poleciał do przodu, tak jakby nie miał kości, delikatnie dotykając czoła mężczyzny. Było to dziwne uczucie. Wiedział, że wciąż ma kompletny szkielet, lecz jednocześnie miał wrażenie, że zadomowiła się w nim pewna leniwość. Nie cofnął się. Nos Lu Fenga muskał go raz za razem, przez co zaswędział go policzek. Potarł go przez chwilę, po czym skrył twarz w ramieniu pułkownika. Lu Feng przytulił go mocniej i poczochrał jego włosy. Wyglądał, jakby się uśmiechał.

Komunikator pikał co chwilę. Najwyraźniej doktor Ji nieprzerwanie wysyłał pełne niepochlebnych określeń wiadomości. Pułkownik spojrzał na te wściekłe słowa, przypomniał sobie poprzednią rozmowę i zwrócił się do An Zhe:

Czy mam zbyt wysokie standardy moralne?

Ech? – Chłopak nie rozumiał pytania. Zastanowił się przez chwilę, po czym odparł: – Jesteś dobrą osobą.

Och.

An Zhe poczuł, że jego odpowiedź mogła być trochę zbyt pobieżna, więc dodał:

Jesteś dobry dla nas.

A dla ciebie?

Dla mnie… – zastanawiał się An Zhe. – Czasami nie jesteś zbyt dobry.

Zastanów się jeszcze raz.

Chłopak nic nie odpowiedział, na co Lu Feng znowu się zaśmiał. Cała jego pierś zadrżała od tego drobnego dźwięku. An Zhe był bardzo blisko, więc wyraźnie to czuł. Pułkownik nic więcej nie powiedział, pozwalając mu spokojnie myśleć.

Oczywiście Lu Feng był dla niego dobry. Rany były nieuniknione w Otchłani. Czasami lekko zadrapał się w ramię, a pułkownik podczas opatrywania go zachowywał się, jakby co najmniej złamał rękę. Gdy An Zhe pragnął coś zrobić, to go nie powstrzymywał. Gdy nie chciał lub na coś się nie zgadzał, nawet jeśli rzadko do tego dochodziło, to Lu Feng nigdy nie naciskał.

Jednak często droczył się z nim w drobnych kwestiach. Ujawnił swoje prawdziwe ja w chwili aresztowania An Zhe.

Był dobry także dla doktora Ji, choć codziennie się kłócili i byli wobec siebie sarkastyczni. A pozostali ludzie? Nie można było się przyczepić do sposobu, w jaki ich traktował.

Gdy coś niebezpiecznego przydarzyło się w Instytucie, Lu Feng kazał pozostałym opuścić pomieszczenie przed nim, nawet gdyby zmusiło go to do samotnej walki z zagrożeniem. Kiedy proszono go o pomoc, też nigdy nie odmawiał.

Jednak na nic więcej liczyć nie mogli. Poza pracą rozmawiał tylko z Pollym. Relacje pomiędzy mieszkańcami Instytutu były bardzo harmonijne. Wzajemnie płatane figle były dość powszechne, a oprócz tego wszyscy ze sobą ochoczo współpracowali. Sędzia oczywiście nigdy nie dołączał.

An Zhe uważał, że pułkownik tak długo trzymał dystans od innych, by ich chronić, że zapomniał, jak się integrować; a może po prostu nigdy się tego nie nauczył.

Możesz też trochę obniżyć wymagania wobec siebie – powiedział An Zhe.

W jaki sposób?

Chłopak wiedział, że Lu Feng chciał je obniżyć, więc odparł tylko:

Zastanowię się.

Okej.

Głos pułkownika był chłodny, lecz dało się w nim wyczuć nutę rozbawienia. Brzmiał bardzo młodo.

An Zhe uważał się za grzyba, który dopiero co dołączył do ludzkiego społeczeństwa i wciąż miał wiele rzeczy do poznania. Najwyraźniej to samo tyczyło się Lu Fenga. Dlatego chłopak dodał:

Na przykład jeśli chcesz zaprzyjaźnić się z innymi mieszkańcami Instytutu, możesz jeść z nimi obiad i przynosić im owoce z dziczy.

Możliwe, że ta metoda nie była odpowiednia dla Lu Fenga. Po prostu dawał przykład, który był łatwy do zrozumienia.

Nie chcę – odparł mężczyzna. – Jadam z tobą i również tobie przynoszę owoce.

To co innego.

Hę? – mruknął Lu Feng gardłowym tonem, którego używał zawsze, jak droczył się z An Zhe. – Niby jak?

Chłopak nie chciał z nim dłużej rozmawiać, więc ugryzł go w szyję. Miał wrażenie, że mogło go zaboleć, więc w ramach przeprosin po fakcie pocałował to miejsce.

Masz rację – śmiał się pułkownik.

An Zhe miał wrażenie, że od samego początku rozmawiali o dwóch różnych rzeczach. Chciał unieść swoje ciało, by znowu otrzeć się o policzek Lu Fenga, więc znowu oparł dłonie o ramiona mężczyzny i lekko się odchylił.

Nagle jego ciało bez powodu sflaczało. Nie był w stanie dłużej się utrzymać i poleciał do przodu, prosto na Lu Fenga. Mężczyzna go podtrzymał, pytając:

Co się stało?

An Zhe potrząsnął głową. Nie potrafił opisać, co teraz czuł. Pułkownik wyciągnął rękę, by dotknąć jego czoła, lecz nie było rozpalone. Chłopak trzymał się jego ramion, dysząc mocno.

Czuję się niekomfortowo… – wymamrotał.

W którym miejscu?

Owinął się wokół Lu Fenga. Nie był w stanie tego opisać za pomocą ludzkiego języka. Czuł się… jakby wzywał go sezon i czekał, aż coś się wydarzy. Ostatnim razem czuł się tak, gdy opuścił go zarodnik. Jednak teraz było inaczej.

Czy to oznaczało, że stworzy kolejną sporę i na nowo rozpocznie krąg obumierania i odrodzenia? Nie, to nie tak. Pragnął być blisko Lu Fenga, który chwycił jego dłoń. Ręka pułkownika była bardzo zimna, lecz w następnej chwili An Zhe coś zrozumiał – temperatura ciała mężczyzny była normalna i to on był rozpalony.

Otarł się o ramię Lu Fenga, potrząsając głową i zamykając oczy. Wtedy zobaczył kilka zamglonych scen.

Wiatr. Letni wiatr wiał z Otchłani. Dżungla była ciemnozielonym morzem falującym w jego powiewach. Świeże liście pnącza również lekko się poruszały tego lata. W końcu był to jego okres kwitnienia. Pomiędzy gęstym listowiem śnieżnobiałe kwiaty wyrastały jak grzyby po deszczu. Ich płatki zdobiły niebo.

Później nadeszła pora na czekanie. Czekać na co? Na ptaki, motyle. Co takiego mogły zrobić?

An Zhe sapnął niezadowolony. Źródłem problemu było pnącze. Zignorował ostrzeżenie Lu Fenga, pijąc soki z młodej gałązki, wywołujące te dziwne symptomy. To podobna sytuacja do tego, jak stracił przytomność na trzy godziny po zjedzeniu genów ziemniaka.

Mężczyzna uniósł jego głowę i delikatnie poklepał go po policzku.

An Zhe?

Chłopak był przytomny, lecz nie kontrolował własnego ciała. Lu Feng przesunął go odrobinę, by sprawdzić, jak się czuje, co tylko wzmogło jego dyskomfort. An Zhe wciąż leżał na pułkowniku, szepcząc:

Pnącze…

Boli cię?

An Zhe złapał zwisające w korytarzu pnącze i przysunął je do siebie.

Pnącze.

Lu Feng poczuł ulgę. Chłopak nie zachowywał się, jakby coś go bolało. Poklepał go po plecach. An Zhe mruknął, mocniej wtulając się w jego ramiona.

Mężczyzna spojrzał na kwitnące pnącze zwisające jak wodospad. Pomiędzy zielonymi liśćmi widać było białe budynki Instytutu. Na szczęście nie byli daleko od swojego pokoju. Wiatr niósł ze sobą lekko kwiecisty aromat, choć oprócz niego dało się wyczuć coś jeszcze, coś jak świeża trawa i białe kwiaty skąpane deszczem. Był jak rosnący grzyb. Po kilku deszczowych porach stawał się oddechem grzyba.

Sędzia westchnął i zmusił An Zhe do spojrzenia na niego. Mocno ściskając Lu Fenga, chłopak powoli uniósł wzrok. Drobne kropelki błyszczały na jego wilgotnych rzęsach.

Jesteś grzybem – przypomniał mu pułkownik. – Nie możesz jeść wszystkiego.

An Zhe spojrzał na pnącze. Wyglądało najzwyczajniej na świecie, jednak sprawiło mu aż taki dyskomfort. Jedynie bliskość była w stanie mu pomóc. Czuł się jak roślina czekająca na motyla.

Zmarszczył brwi i spojrzał z powrotem na Lu Fenga. Ich oczy się spotkały, po czym został znowu podniesiony.

Czy zapamiętasz ten raz?

__________________

Autor ma coś do powiedzenia:

Tym razem zapamięta.

Później wyłączyłam im światło. To wszystko na dzisiaj.

Tłumaczenie: Ashi

2 Comments

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

:błeee:  :płaku:  :WeiMądruś:  :zonk:  :NieNie: 
:AAAA:  :ależeco:  :blabla:  :ugh:  :cooo: 
:ekscytacja:  :facepalm:  :patriarcha:  :muahaha:  :złamaneserce: 
:szok:  :przestań:  :zachwyt:  :zachwyt2: