Little Mushroom

Rozdział 8416 min. lektury

An Zhe zapadł w drzemkę. Miał taki sen dawno temu, w dniu, w którym opuścił Lu Fenga. Czasami w biały dzień, kiedy nie spał, dopadały go majaki. Prawdopodobnie były to halucynacje umierającego człowieka. Nie wspominał o tym Polly’emu. Krwawy kaszel, wysoka gorączka i wszechobecny ból przysparzały starcowi wystarczająco dużo zmartwień. We śnie jego organizm rozdzielił się na dwie części. Jedna z nich znajdowała się w Górskim Instytucie Badawczym, a druga w jakimś nieznanym miejscu. Nie istniały tam ból ani ciężkie ludzkie ciało. 

We marzeniu sennym nie posiadał oczu, uszu ani ludzkiej świadomości. To uczucie przypominało stan, kiedy tkwił zakopany w nasiąkniętej deszczem ziemi po swoich narodzinach. Grzyby mają własne zmysły, których nie da się opisać ludzkim językiem.

Wiedział, że Lu Feng jest gdzieś pobliżu. To musiało być złudzenie po tym, jak go porzucił, lecz nie przeszkadzało mu to zbliżać się do pułkownika, kiedy spał. Sny nie zawsze były przyjemne. Czasami umieszczano go w zamkniętym pojemniku i zatapiano w lodowatym płynie. Na początku zawsze towarzyszył mu doktor Ji. Później był to Polly i wielu innych ludzi, którzy przychodzili i odchodzili. Nie miał nic do roboty. Gdy był przy nim Lu Feng, owijał się wokół niego. Gdy mężczyzny nie było, zanurzał się w płynie i rozmyślał nad swoim życiem.

Pojawiały się odległe wspomnienia związane z przebywaniem w ziemi w porze deszczowej lub zimą spędzoną w bazie. Kiedy tak rozmyślał o różnych rzeczach, lgnął do Lu Fenga. Palce mężczyzny dotykały jego grzybni. W końcu w ich relacji zapanował pokój i An Zhe nie chciał go utracić. W prawdziwym życiu nigdy nie mogliby tego zrobić.

Jednakże kiedy kilkaset razy przywołał swoje wspomnienia, sny już więcej nie przychodziły, postanowił więc się obudzić. Odkrył, że wciąż żyje. Kiedy teraz wspominał tamten dzień, nie pamiętał już emocjonalnych rozterek, które pozostawiły po sobie białą plamę.

Przypominał sobie jedynie, że stał przy drzwiach, a Lu Feng odwrócił się w jego stronę. Wokół rozkwitała wiosna. Patrzył na pułkownika i nie odważył się zrobić kroku naprzód. Miał zbyt wiele snów i zbyt wiele razy łowił księżyc w pełni.

Dopóki Sędzia do niego nie podszedł. An Zhe wiele razy płakał, kiedy go nie było. Myśl o pułkowniku wprawiała serce chłopaka w gwałtowne drżenie, ale w chwili, kiedy naprawdę go ujrzał, nie mógł powstrzymać uśmiechu.

Młodzieniec wyciągnął rękę, aby dotknąć drugiego mężczyzny. Czyżby trochę schudł? Nie był pewien, nie widzieli się zbyt długo, minęło wiele czasu.

Dopiero wtedy z jego oczu popłynęła strużka łez. Cofnął rękę i wpatrywał się w towarzysza, aż ten go przytulił i otarł łzy z jego policzków. Głowa chłopaka opadła na ramię Lu Fenga. Jego głos brzmiał ochryple, gdy wyszeptał imię mężczyzny.

To ja – powiedział pułkownik.

Pracownicy laboratorium złożyli im gratulacje. Polly potrafił nawet przywrócić do życia martwego człowieka. An Zhe nie był w stanie choćby wyobrazić sobie, jak to możliwe. Naukowcy używali wielu terminów, takich jak geny, częstotliwości i próbki. Słyszał je jak przez mgłę, ale ludzka technika była zbyt niesamowita, więc po prostu to zaakceptował.

Minęły trzy lata od kiedy wszedł do Klatki Simpsona, a otoczenie się uspokoiło. Era mieszania się genów zakończyła się wraz z nadejściem Dzwonu, a jego częstotliwość została rozesłana na cały świat. Nie było możliwości ocenić, czy dobrze się stało, ponieważ w tym momencie wszystkie przedmioty materialne zostały zainfekowane jedną częstotliwością i stały się stabilne. Ludzie już na zawsze pozostali ludźmi, a potwory potworami. Nawet jeśli przychodzili mutacje polimorficzne, nie tracili świadomości.

Po wielu eksperymentach i porównaniach Polly odkrył przyczynę tego stanu rzeczy. Częstotliwość określana przez Klatkę Simpsona była bliższa definicji materii samej w sobie.

Na przykład patrzący na jabłko i pomarańczę człowiek wiedział, czym są te owoce. Jednak jabłko nie wiedziało, że jest jabłkiem, a pomarańcza – że jest pomarańczą. Nigdy nie miały się o tym dowiedzieć, tylko ludzie mieli tę świadomość.

Tak jak grzyb nie znał swojego początku, a krótko żyjąca cykada nic nie wiedziała o porach roku, cechy biologiczne człowieka mogły być analizowane jedynie poprzez błędy w wyglądzie. Ludzie nie wiedzieli, z czego byli złożeni i co czyniło ich ludźmi. Ten system nie był dla nich zrozumiały.

Kiedy Klatka Simsona analizowała cząstki elementarne, przez krótką chwilę rozbłysło przed nimi nieistotne odbicie prawdy i ujrzeli kilka poszlak, które wskazały im prawdziwą definicję. Uchwycili kilka godnych uwagi częstotliwości. W symfonii wszechświata harmonia istot ludzkich wciąż była zakłócana nutami innych stworzeń. Tymczasem ten zdumiewający grzyb obdarzony własną świadomością posiadał stabilną częstotliwość, która mogła wytrzymać wszystko. Kiedy przekazano ją światu, nastąpił krótkotrwały pokój.

To jest prawdopodobieństwo – powiedział Polly Joan. – Prawdopodobieństwo to los, a życie jest przypadkiem.

An Zhe słuchał, a Lu Feng podał mu kawałek jabłka. Ugryzł świeżo zerwany owoc pełen słodkiego i lekko kwaskowatego soku. Młodzieniec zapomniał, co chciał powiedzieć, kiedy do jego ust trafił następny kawałek.

A co z pomarańczą? – zapytał. – Jaki jest jej smak?

Pułkownik kazał mu poczekać do jesieni. Polly zaprosił ich na jabłka i przyszłe pomarańcze.

Wracając do pokoju, chłopak skończył jeść swoją połówkę. Drugą pozostawił dla swojego towarzysza. Chciałby pokroić ją na kawałki, ale Sędzia nie pozwalał mu dotykać noża. Młodzieniec nie kłócił się z nim o takie sprawy. Gdyby nie fakt, że chodziło o Lu Fenga, to nie chciałoby mu się nawet kroić owocu. Czuł się śpiący. Nadszedł czas na drzemkę.

Jednak nie mógł zasnąć. Trzymał w ręku tablet i spoglądał na niego. Zapisał tam wszystkie dane, które znalazł w ciągu dziesięciu dni od czasu, kiedy się obudził. Elektroniczna wersja dziennika bazy, informacje skopiowane z komputera doktora Ji, instrukcje dla laboratorium skopiowane z komputera Polly’ego i wiele innych tego typu rzeczy.

Lu Feng usiadł obok niego. An Zhe pośpiesznie się odwrócił, aby nie zobaczył ekranu. Pułkownik zaśmiał się cicho i wsunął chłopakowi do ust resztę owocu. Jabłko było pyszne, a pułkownik był dla niego bardzo dobry, ale An Zhe nie chciał, żeby mężczyzna siedział obok niego i patrzył na te informacje. Zawsze był podejrzliwy i czuł, że Lu Feng obserwuje jego ekran.

Wkurzał go fakt, że gdy ledwo się obudził, odkrył, że pułkownik zajął jego dawny pokój w instytucie. Wszystko w tym miejscu było dokładnie takie samo jak wcześniej, ale zmienił się jego właściciel. Próbował skłonić mężczyznę, aby przeniósł się do pomieszczenia obok, jednak ten powiedział mu tylko:

Jeśli nie chcesz mieszkać ze mną w jednym pokoju, to wracaj spać do zbiornika z odżywką.

– …

Przez trzy lata charakter tego człowieka nie poprawił się nawet w najmniejszym stopniu. Pozostało mu tylko pogodzić się z faktem, że dzieli pokój, biurko i łóżko z pułkownikiem. W końcu An Zhe zrobił się do tego stopnia podejrzliwy, że nie mógł już przeglądać materiałów i ogarnęło go ogromne znużenie. Musiał się położyć.

To jest nudne. – Leżący obok niego na łóżku Lu Feng obejmował go od tyłu i patrzył leniwie na białe ściany. Głos pułkownika był lodowaty jak zamarznięty strumień. – Dokąd chcesz iść?

Myślę… – Chłopak wpatrywał się w ścianę z lekkim zakłopotaniem w oczach. Miał dokąd pójść. Było to miejsce, o którym oprócz niego wiedział tylko Lu Feng. Młodzieniec nigdy nie wspomniał o nim nawet Polly’emu. Wyszeptał: – Chcę znaleźć An Ze.

W jaskini, w której wszystko się zaczęło, kości An Ze wciąż na niego czekały. Miał mu wiele do powiedzenia. Pamiętał każde słowo, które od niego usłyszał. Młody mężczyzna uważał, że jego życie nie miało sensu. An Zhe chciał mu opowiedzieć o wydarzeniach w Bazie Północnej i o przyczynie powstania Dzwonu.

Gdyby nie spotkał Lu Fenga i An Ze, nic by się nie wydarzyło. Tak więc los zmieniał się pod wpływem niezliczonych zbiegów okoliczności. Jednakże Otchłań była tak ogromna, że nie potrafił znaleźć jaskini. Ponadto nikt nie chciał mu towarzyszyć w poszukiwaniach. Stały się niedościgłym marzeniem.

Nie potrafię jej znaleźć – mruknął. – Nic nie kojarzę, nic nie pamiętam.

Pójdę z tobą i poszukamy – szepnął mu do ucha pułkownik.

Oczy An Zhe się rozszerzyły.

Wszystko było jak sen. Następnego dnia po pożegnaniu z Pollym samolot transportowy zostawił ich pojazd opancerzony w środku Otchłani. Kapitanem był pilot PL1109. Zanim odleciał, przypomniał im jeszcze, aby pamiętali o poszukiwaniach Hubbarda i Tang Lana, którzy zniknęli po oblężeniu Instytutu przez potwory. Obecnie jedynym pewnym faktem było to, że Tang Lan wciąż żył, mimo że został poważnie ranny. Jego zwłok nie odnaleziono w promieniu szesnastu kilometrów.

Na serio podejrzewam, że wyleczyli rany, zgubili się, a potem złożyli jaja. – Kapitan wyciągnął ostateczne wnioski i odleciał samolotem transportowym.

Lu Feng otworzył drzwi pojazdu i spojrzał na swojego towarzysza. Ziemię pokrywała aksamitna trawa. An Zhe wpatrywał się w dal. Była późna wiosna i ciemna zieleń Otchłani rozciągała się jak okiem sięgnąć. Liście kołysały się na wietrze, a z daleka dobiegały głosy przelatujących ptaków. Znowu trafił w to miejsce.

Patrzył na Lu Fenga, który niespodziewanie postanowił mu towarzyszyć.

Czemu tu ze mną jesteś?

Mężczyzna uniósł brwi.

Nie chciałeś, żebym z tobą przyjechał?

To zajmie dużo czasu. Czy nie pracujesz dla ludzi?

Sąd Procesowy został rozwiązany – powiedział pułkownik, obserwując chłopaka. – Jeśli wybuchnie wojna albo będę potrzebny, wrócę do bazy. – W jego chłodnych zielonych oczach nie było bólu, nienawiści ani niczego innego. Wydawało się, że coś utracił i sprawiło mu to ulgę. An Zhe wyciągnął rękę, aby zdjąć liść, który spadł na ramię Lu Fenga i nagle znalazł się w objęciach mężczyzny.

Teraz chcę być z tobą. – W otaczającej ich ciszy rozległ się lekki głos pułkownika.

Dlaczego? – Chłopak obejmował barki towarzysza, opierając podbródek na jego ramieniu. Nie wyjaśnił, o co dokładnie pytał, ale czuł, że Lu Feng go zrozumiał. Nigdy nie musieli mówić zbyt wiele. An Zhe wiedział, że lubi pułkownika, ale nie miał pojęcia, dlaczego mężczyzna lubił jego.

Sędzia zrobił krok naprzód i plecy chłopaka oparły się o samochód. Podniósł głowę, aby spojrzeć na towarzysza. Oczy mężczyzny były tak samo spokojne i przenikliwe jak wtedy, gdy po raz pierwszy spotkali się u bram bazy.

Lu Feng patrzył na niego przez długi czas. Przez ostatnie trzy lata często marzył o tym dniu. Jego dusza tonęła wtedy w ciernistym bagnie, z którego nie był w stanie się wydostać. Podobnie było, kiedy spotkali się po raz pierwszy.

An Zhe był jednocześnie istotą ludzką, gatunkiem heterogenicznym i potworem. Powinien zostać zabity i oszczędzony. Reprezentował wszystko, czego nie dało się zdefiniować. Był najbardziej szaloną z możliwości, a jednocześnie w jego żyłach płynęła krew jak u wszystkich ludzi.

Dlaczego wszedłeś do Klatki Simpsona? – zapytał nagle Lu Feng.

Chłopak pomyślał przez chwilę i potrząsnął głową.

Nie wiem. – Po chwili dodał: – Więc ty też tego nie wiesz.

Wiem. – Pułkownik oparł głowę o czoło chłopaka. – Ponieważ jesteś małym grzybkiem – powiedział cicho.

Ta zdawkowa odpowiedź sprawiła, że młodzieniec uniósł oczy z niezadowoleniem. Zobaczył, jak zielone tęczówki wypełniają się jakimś ukrytym znaczeniem i jego wzrok złagodniał.

W Otchłani wszystko rosło. Młodzieniec pamiętał każde słowo, które wypowiedział Polly.

Wszechświat pogrążony był w nieustającym chaosie, a ludzka świadomość była niestabilnym rozbłyskiem światła. Historia została zapisana w księdze, lecz księga spłonęła. Częstotliwość pola magnetycznego była jak powiew chłodnego powietrza i mogła oprzeć się temu ognistemu żarowi. Częstotliwość An Zhe zmieniała papier w azbest, pozwalając mu przetrwać pomimo płomieni.

Jednakże pożar nadal szalał. Nieznane fluktuacje i nieprzewidywalne wstrząsy nadejdą ponownie. Być może w postaci wyższej temperatury lub przybiorą jeszcze inne kompletnie nieznane formy. Może to nastąpić w kolejnej sekundzie albo za 10000 lat. Jednak…

To nie miało znaczenia. Wszyscy otrzymali niespodziewaną szansę.

Oparł się o samochód i uśmiechnął do Lu Fenga. Mężczyzna nachylił się, by pocałować kącik oka młodzieńca. Odwrócił się i zaczął kalibrować kompas i nawigator.

Manipulował przy urządzeniach, podczas gdy An Zhe przeglądał wiadomości, w których jednak nie znalazł prawie nic nowego. W pięć minut przeczytał wszystkie i z trzaskiem zablokował ekran.

Pułkownik również skończył swoją pracę. Przybyli z południa. Przed nimi było jezioro, na wschodzie wyrastał gęsty las, a na zachodzie rozlewało się bagno.

Dokąd mamy iść? – zapytał Sędzia.

Nie wiem. – Nastawienie chłopaka było lekko pesymistyczne.

Idźmy na wschód – zasugerował lekko Lu Feng.

Czemu?

Mężczyzna odłożył nawigator.

Nie wiem, gdzie jest twoja jaskinia – wyjaśnił – ale pamiętam, gdzie widziałem cię po raz pierwszy.

Lepiej byłoby, gdyby tego nie powiedział. Po jego słowach nastrój An Zhe gwałtownie się pogorszył. Spojrzał na towarzysza z lekko zmarszczonymi brwiami, a jego oczy poczerwieniały, jakby miał się zaraz rozpłakać.

Pułkownika ogarnęło rzadkie u niego uczucie bezradności. Ujął twarz chłopaka w dłonie.

Co się stało?

W ogóle mnie nie lubisz. – An Zhe zmarszczył brwi.

Lubię cię.

Więc co z moim zarodnikiem? – Młodzieniec podniósł głos.

Pułkownik w ogóle nie poruszał tego tematu. Ten człowiek wcześniej bywał tak groźny, że An Zhe nie odważył się zapytać. Mógł jedynie przeglądać wiadomości, w nadziei, że dowie się, dokąd trafiła obojętna próbka. Nie znalazł jednak żadnej informacji. Dopiero gdy przewinął do końca, ujrzał artykuł o obojętnym ekstrakcie i widniejące przy nim zdjęcie szklanej butelki ze śnieżnobiałym zarodnikiem wielkości pestki głożyny.

Teraz Lu Feng trzymał język za zębami, a zarodnika nigdzie nie było. Istniała tylko jedna możliwość: był hodowany na rzeź.

Kiedy mężczyzna usłyszał to przypuszczenie, w jego oczach przemknął cień uśmiechu. An Zhe był tak wkurzony, że plątał się w słowach.

Im dłużej go trzymałeś, tym mniejszy się robił. – W jego oczach wezbrały łzy i prawie się rozpłakał. – A teraz nie żyje!

Nieprawda.

Jest martwy. – Chłopak złapał go za ramię. – Wcale nie jesteś dobrym człowiekiem – powiedział przez zaciśnięte gardło. – Oddaj mi go!

Nie płacz – uspokajał go Lu Feng. – Czym jest dla ciebie twój zarodnik?

Jest… – Młodzieniec próbował wyrazić to ludzkimi słowami, lecz ostatecznie potrafił tylko dokończyć: – Jest zarodnikiem.

Czy jest ważny?

Jest ważny. – An Zhe trząsł się ze złości. – Mogę umrzeć, ale muszę zasiać zarodnik. Myślałem, że będziesz go chronić, dlatego ci go dałem.

Jest ważniejszy niż twoje życie?

Tak.

Dla każdego stworzenia najważniejsze jest jego własne życie.

Zarodnik jest najważniejszą rzeczą – odparł bezlitośnie młodzieniec. – Nie jesteś grzybem.

Dobrze. – Głos Lu Fenga był wciąż łagodny. – Więc to twoje dziecko?

An Zhe przygryzł usta. W świecie grzybów nie było rodziców, dzieci, kochanków ani przyjaciół. Grzyby z Otchłani różniły się od innych. Jego związku z zarodnikiem nie dało się porównać do relacji międzyludzkich. Nie mógł powiedzieć, że to jego dziecko.

Dałem mu życie – oznajmił tylko.

A ja go wyhodowałem.

W ogóle o niego nie dbałeś.

Naprawdę? – zdziwił się mężczyzna. – Więc dlaczego, widząc cię w Latarni, aktywnie dryfował tylko do mnie?

Znowu mu przypomniał o tej starej historii. Młodzieniec nieustannie się zamartwiał, że zarodnik był hodowany na rzeź. Teraz nagle przypomniał sobie wcześniejsze zachowanie spory. Żadna z tych myśli nie była przyjemna. Nie wiedział, co powiedzieć.

Dałem mu życie – powtórzył tylko.

Pułkownik znowu się uśmiechnął.

Niebo nad nimi zawirowało.

An Zhe poczuł nacisk ciała drugiego mężczyzny. Palce Lu Fenga delikatnie prześlizgiwały się po jego brzuchu. Chłodne opuszki wywoływały dreszcz w najwrażliwszym i najdelikatniejszym miejscu.

Młodzieniec sapnął cicho.

Sędzia opuścił głowę i szepnął mu do ucha:

Zobaczmy, czy zdołasz dać życie następnemu.

Tłumaczenie: Dianthus

One Comment

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

:błeee:  :płaku:  :WeiMądruś:  :zonk:  :NieNie: 
:AAAA:  :ależeco:  :blabla:  :ugh:  :cooo: 
:ekscytacja:  :facepalm:  :patriarcha:  :muahaha:  :złamaneserce: 
:szok:  :przestań:  :zachwyt:  :zachwyt2: