Little Mushroom

Ekstra 2 – Róża18 min. lektury

Pierwsza róża, rok 2103

Nie mamy innego wyjścia. Wszystko na świecie pożera ludzkość, a nasza liczebność z dnia na dzień maleje, dziecko. – Pani Lu odpięła od piersi złotą odznakę w kształcie róży, położyła ją na dłoni i powoli zacisnęła palce. Czuła faliste, miękkie kształty płatków, jakby dotykała prawdziwej róży. – Wszyscy w tej epoce muszą złapać za każdą dostępną broń i walczyć. – Jej głos był delikatny jak szmer wody.

Jednak nic nie będziesz z tego miała, mamo.

Indywidualnie nikt na tym nie zyska. Korzyść odniesie cała ludzkość. Kiedy sytuacja stopniowo się poprawi, poszczególnym jednostkom również będzie się lepiej wiodło, nawet jeżeli nastąpi to setki lat później. Prawda jest taka, że kiedy ocalisz wszystkich, sama też będziesz ocalona. Mimo to nie możemy wykluczyć sytuacji, kiedy ratunek dla nas przyjdzie później, niż dla całej reszty – powiedziała. – Wtedy chwycimy za broń, aby walczyć.

Nadejdzie taki dzień, mamo?

Nadejdzie. – Jej głos był szokująco zdeterminowany. – Chyba… chyba że wszyscy polegniemy, zanim zostaniemy ocaleni. Zapamiętaj jedną rzecz, dziecko. W każdej sytuacji ludzie są stworzeni do wzajemnej miłości. Kochasz ich, dziecko?

Kocham.

Podała odznakę swojej młodej córce.

Druga róża, rok 2105

Rozległ się głośny huk. Ciężki przedmiot upadł na ziemię, a świat zawirował. Matka uderzyła ją w kark, aż ciężko upadła. Drzwi sypialni zamknęły się z łoskotem, a następnie dało się słyszeć odgłos przekręcanego klucza.

Powinna była zemdleć, ale w ostatniej chwili z kieszeni jej kurtki wysunął się błyszczący złoty przedmiot. Jego błysk przywrócił jej resztki świadomości. W uszach brzęczało, jakby obok przelatywał samolot. Poczuła ostry ból, jakby jej głowa została rozłupana na kawałki, a wszystkie kończyny były tak odrętwiałe, jakby je właśnie straciła. Wyciągnęła rękę i mocno chwyciła złotą odznakę róży, łapiąc oddech.

Nie pozwoliła sobie zemdleć. Miała łagodny temperament, ale siłą woli przewyższała zwykłych ludzi. Dostrzegła to również jej matka.

Jej rodzicielka była kobietą wybitną i doskonałą. Zawsze ubierała się w piękną karmazynową suknię i czarne buty na wysokim obcasie. W ogóle nie zmieniała się z wiekiem.

Drzwi się otworzyły i do środka weszli ludzie. Rozległ się odgłos ciężkich wojskowych butów uderzających o ziemię. Czuła niebezpieczeństwo, ale takie rzeczy często się ostatnio zdarzały.

Usłyszała dźwięki rozmowy prowadzonej celowo ściszonym tonem. Niejasno dobiegały do niej takie słowa jak „zmiana”, „zatrzymać się” i „skupić”. W ciągu ostatnich trzech miesięcy jej matka często rozmawiała z niektórymi osobami i choć celowo jej unikała, słowa, które przypadkiem usłyszała, zawsze były takie same.

Wiedziała, co prawdopodobnie się stało. Przez pół roku Róże walczyły z niekończącym się uciskiem, a baza próbowała zawrzeć z nimi ugodę.

Nie zgadzam się. – Jej matka podniosła głos.

Obawiam się, że musi pani pójść z nami.

Odbyłam z wami już wiele podróży.

Tym razem jest inaczej, proszę pani.

Jest jeszcze ktoś?

Tylko pani. Marszałek chcę z panią negocjować osobiście. Może pani również zabrać swoich ludzi.

Chciałam poprosić, aby generał porucznik Lin Shan towarzyszyła mi wraz ze swymi strażnikami.

Oczywiście, proszę pani – odrzekł oficer po chwili ciszy.

Funkcjonariusz wydawał się wybierać numer, podczas gdy matka podeszła do szafki na akta przy drzwiach sypialni.

Oficer się rozłączył.

Po chwili pani Lu oświadczyła:

Przygotuję materiały. Kiedy przybędzie generał porucznik Lin Shan, możemy ruszać.

Rozległ się dźwięk otwierania szafy na akta i wszyscy w salonie zamilkli. Cisza trwała tak długo, że prawie odpłynęła. Jednak wciąż zastanawiała się, dlaczego matka ją ogłuszyła.

Dlaczego?

Dlaczego?

Ponieważ…

Ponieważ…

Rozmyślała o tym dość długo, powoli tracąc przytomność.

Dopóki nie rozległ się huk wystrzału.

Zaczęła dygotać, jej dłonie pokryły się potem, złota odznaka wyślizgnęła się z palców, a po chwili z brzękiem upadła na ziemię. Jej krucha wiara przypominała ten kawałek metalu. Przez trudny do oszacowania czas usiłowała chwycić odznakę w rękę i przycisnęła rękę do piersi.

Przez długie minuty krew leniwie wypływała przez szparę pod drzwiami jak macki ośmiornicy. Odwróciła wzrok w kierunku przytulnie urządzonego pokoju. Nie wiedziała, czy w jej oczach był smutek, nienawiść, litość czy nicość.

W następnej chwili całkowicie straciła przytomność.

Trzecia róża, rok 2105

Zabrali ją do miejsca, gdzie zamieszkała z dziewczętami w tym samym wieku w kilku małych pokojach. Codziennie dostarczono jej jedzenie i wodę. Żyła tak przez trzy miesiące i wiedziała, że na zewnątrz w tym czasie wiele się wydarzyło.

Wciąż rozmyślała o tym, dlaczego matka pozbawiła ją przytomności, jeśli nie wiedziała jakie zagrożenie nadciąga. Natomiast jeśli je znała, czemu nie podjęła wcześniej środków ostrożności? Jeżeli zastrzelenie pani Lu mogło rozwiązać problem, dlaczego chaos trwał przez trzy miesiące? A jeśli spodziewano się trzymiesięcznego zamieszania, to po co ją zabijali? Czasami podejrzewała, że matka celowo się zabiła. Ponadto ogłuszyła ją wcześniej, aby utrzymać ją przy życiu.

Powiedziała jej, że z wyjątkiem kobiet ściśle powiązanych z deklaracją, pozostali członkowie bazy traktowali opozycję obojętnie. Oczywiście istniał sposób, żeby ich zainteresować. Chodziło o to, żeby dostrzegli, że gnębiący je ucisk jest tak wielki, że pewnego dnia zmiażdży ich samych.

A może nigdy nie pozna prawdy.

Bez względu na wszystko jej matka, pani Lu, oraz jej towarzyszki, poniosły klęskę. Zaprowadzono dziewczynki do dużego, białego sześciokątnego budynku, który widziała codziennie, kiedy rozsuwała zasłony. Nazywano go Ogrodem Edenu.

W holu dziwna stara kobieta wzięła ją za rękę.

Dziecko – zapytała. – Czy kochasz ludzkość?

W każdej sytuacji – odrzekła, patrząc kobiecie w oczy – ludzie są stworzeni do wzajemnej miłości.

Weszła do środka. Wiedziała, że po latach będzie znana jako pani Lu. To było tak, jakby jej matka wciąż żyła.

Czwarta róża, teraz

An Zhe przykucnął, żeby spojrzeć na ciemnozielonego potwora.

Monstrum umierało. W jego brzuchu znajdowały się trzy krwawe dziury wielkości miski, z których wypływała gęsta czarna ciecz. Skóra na jego ciele, złożona z cienkich łusek oraz sterczących cierni i wyrostków, słabo falowała. Czworo fasetkowych oczu pokrywał przerażający biały nalot. Piąte oko było mocno zamknięte. Na jego grzbiecie dało się dostrzec jeszcze kilkanaście zamglonych złożonych oczu wielkości pięści.

Ciężko ranny i umierający potwór nie był w Otchłani częstym widokiem. Oznaczało to, że przed chwilą wygrał jakąś walkę, a jego krwawy oddech nie został jeszcze odkryty przez innych myśliwych.

Nie był specjalnie duży. Długością przypominał noworodka.

Oczywiście nie oznaczało to, że przez całe życie był tej wielkości. Potwory polimorficzne żyjące w Otchłani mogły swobodnie zmieniać kształty. Polly twierdził, że w poprzednim systemie teoretycznym było to niemożliwe. Teraz pewne substancje zniknęły, a inne się pojawiły. Jeśli jednak wyjaśnić to za pomocą najnowszej teorii, zmiana formy oznaczała tylko zmianę częstotliwości. To było łatwe.

Umierając, stworzenie przybrało obecny kształt, gdyż w takim stanie chciało się rozstać z życiem. Może to była jego pierwotna postać albo oryginalna forma.

An Zhe delikatnie dotknął jego głowy grzybnią, lecz nie doczekał się żadnej reakcji.

Umiera. – Zmarszczył lekko brwi, przyglądając się bestii.

Zaczyna padać – odparł tylko stojący obok Lu Feng.

Młodzieniec podniósł głowę. Niebo pokrywały chmury. Dało się słyszeć bębnienie kropel deszczu, które uderzały w drzewa, gałęzie i liście, by następnie spłynąć na ziemię. Po sekundzie kolejna kropla spadła na ranę potwora. Drgał przez chwilę, jakby odczuwał ból.

Letni deszcz przyszedł szybko. Zaledwie kilka sekund później gęste krople waliły w listowie jak w bębny. Lu Feng okrył głowę i ramiona chłopaka swoją kurtką od munduru.

Kiedy tu przyszedłem, wydawało mi się, że jest tu jaskinia – rzekł An Zhe.

Chwycił dłoń mężczyzny i wstał, wahając się przez moment. W końcu podniósł drżącego z bólu małego potwora i udał się na pobliskie wzgórze.

Ukształtowanie terenu się nie zgadza – odparł pułkownik.

An Zhe wcale tak nie uważał. Dziwaczne formy terenu trafiały się w Otchłani na każdym kroku.

Było tam wejście do jaskini, głęboki otwór pomiędzy splątanymi winoroślami.

Stworzenie w jego ramionach wciąż dygotało. Dawno temu w podobny sposób zaciągnął do groty ciężko rannego An Ze. Wiedział, że nora przed nim na pewno nie była tą z przeszłości, ale miał jakieś dziwne uczucie, że czas i przeznaczenie nakładają się na siebie i znowu podążył tą ścieżką.

Jednak gdy stanął przed wejściem, w końcu pogodził się z opinią Lu Fenga.

Nie był to zwykły otwór, lecz nieregularny łuk. To był opuszczony budynek wciśnięty we wzniesienie terenu. W Otchłani znajdowały się ruiny ludzkich miast, a w nich budowle o rozmaitych funkcjach. Przez ostatnie sto lat zadomowiły się tam i rozmnażały stworzenia z tych okolic.

Weszli do środka i pogrążyli się w ciemności z rzadka rozświetlanej przez fluorescencyjne rośliny. An Zhe odłożył potwora i ustawił latarkę we właściwym położeniu. Krąg światła wyłonił ograniczoną przestrzeń. Znajdowali się w przestronnej sali wypełnionej gnijącymi meblami. Wyglądała na kościół o ścianach upstrzonych plamami i śladami zamieszkujących w nim stworzeń. Sprawiał wrażenie od dawna opuszczonego.

Rozległ się chrobot przesuwanego po ziemi pancerza, gdy umierający potwór przeczołgał się kilka centymetrów w ich kierunku. Młodzieniec wyciągnął rękę i dotknął puchu na jego stopach. Głowa zwierzęcia się odwróciła. Jego owadzie fasetkowe oczy nie miały źrenic jak oczy ssaków. Trudno było rozpoznać, na czym skupiał wzrok, ale An Zhe wiedział, że patrzył na niego.

Czemu go obserwował? O czym myślał? Co czuł umierający stwór z pięcioma oczami? Chłopak nie był świadomy, że biała grzybnia pełzła po ciele potwora, delikatnie pokrywając jego najgłębszą ranę.

Stopy zwierzęcia drgnęły, jakby próbowało zbliżyć się do An Zhe, ale po chwili przestało się poruszać. Umierało.

Chłopak zerknął na nie, ale nie wycofał swojej grzybni. Poczuł na sobie czyjś wzrok. Odwrócił głowę i ujrzał Lu Fenga, który stał z założonymi rękami oparty o zniszczony filar w nawie kościelnej, obserwując każdy ruch An Zhe.

Często to robiłeś? – zapytał.

Czasami – odparł młodzieniec, zakładając ręce. Wiedział, o co pytał pułkownik. Gdy spotykał w Otchłani ranną istotę, odciągał ją gdzieś. Czasami poważnie poturbowane stworzenie mogło przeżyć, ponieważ dostało się do bezpiecznej jaskini. W większości przypadków jednak umierało.

To samo dotyczyło An Ze.

Lu Feng wciąż go obserwował.

Miałeś wtedy jakąś świadomość? – zapytał.

Młodzieniec wytężył pamięć i potrząsnął głową. W tamtym czasie był tylko grzybem. Nie wiedział nawet, jak opisać stan życia grzyba w ludzkim języku. Zacisnął usta.

Jeśli moja grzybnia pęknie, będzie bolało. Boję się śmierci. Więc kiedy widzę, jak umierają, staram się pomóc.

Po długim czasie ujrzał uśmiech na twarzy Lu Fenga.

Jest coś, co możesz zrobić.

Jego płaszcz był mokry od deszczu, a miejsce, w którym się znaleźli, było wyjątkowo ciemne i wilgotne. Na szczęście w plecaku mieli brykiety z węgla drzewnego. Ustawili wspornik, rozpalili ogień i wyłączyli latarkę.

Zimno ci? – zapytał pułkownik.

Chłopak potrząsnął głową, ale przechylił się w stronę towarzysza, który położył mu rękę na barkach. Nie rozmawiali już więcej. An Zhe po prostu opierał się o ramię Lu Fenga, obserwując tańczące płomienie.

Czy mogę znaleźć An Ze? – rzucił po długim czasie.

Umówili się, że spędzą w Otchłani miesiąc, a następny – w instytucie.

Pułkownik nie czuł niechęci do tego miejsca, młodzieniec myślał nawet, że lubił je bardziej niż bazę. Wiedział o nim dużo i w ciągu miesiąca mógł zebrać sporo próbek dla instytutu. Jednak bez względu na to, jak dobrze znał to miejsce, Otchłań wciąż była ogromna.

Jeżeli jaskinia wciąż tam jest – odrzekł mężczyzna.

An Zhe przypominał sobie wszystko, co mógł.

Może być porośnięta grzybami, zalana wodą lub też zawalona z powodu walki potworów… a czasami grota ożywa, budzi się i odchodzi. Muszę ją znaleźć – oświadczył. – Obiecałem to An Ze.

Nawet jeżeli on o tym nie wie.

Obiecałem to sobie – mruknął do siebie chłopak, podczas gdy Lu Feng gładził go po dłoni.

Nie będzie miał ci za złe spóźnienia – powiedział w końcu.

Młodzieniec przytaknął. An Ze był bardzo miłym człowiekiem. Odepchnął złe myśli i dalej obserwował płomienie. Nieśpiesznie opowiadał o Otchłani, a Lu Feng tylko słuchał.

Nie wiadomo, jak długo to trwało, ale An Zhe nagle pomyślał, że zdążył już opowiedzieć pułkownikowi wszystko o swoim grzybowym życiu. Mężczyzna wiedział o porze deszczowej, trawie, An Ze i Joseyu, o wszystkich ludziach, których znał i o wszystkich rzeczach, które napotkał. W przeciwieństwie do tego on nie rozumiał przeszłości Lu Fenga.

Czy… – zastanawiał się – czy kiedykolwiek złożyłeś obietnicę, której nie mogłeś dotrzymać?

Chłopak już sam wymyślił odpowiedź. Uważał, że Sędzia nie składał lekkomyślnych obietnic ani nie miewał nierealistycznych fantazji. Jednak ku jego zaskoczeniu, po krótkiej chwili ciszy Lu Feng odpowiedział:

Tak.

Ogień z trzaskiem pochłaniał drewno. Jaskrawe płomienie zmieniły się w czerwone iskry pośród wypalonych kawałków węgla. Otoczenie pociemniało, a w powietrzu uniósł się kurz. Klatka schodowa na 22 piętrze Edenu również była mrocznym i zakurzonym miejscem.

Tego dnia – Lu Feng jak w transie usłyszał łagodny kobiecy głos – kiedy wszyscy będziemy wolni, nie będę musiała spotykać się z moimi dziećmi w takiej tajemnicy.

Ji Balan nie był synem pani Lu, ale często przychodził na 22 piętro. Tamtego dnia siedział na poręczy schodów awaryjnych, machając nogami.

Na pewno pani doczeka tego dnia.

Kobieta dotknęła jego głowy.

Oto nasz wspaniały naukowiec.

Ji Balan podniósł głowę i gwizdnął.

Ja i Lu Feng też go doczekamy.

Pani Lu przeniosła wzrok na swojego syna.

Też idziesz do Latarni?

Chłopak potrząsnął głową.

Więc jesteś jak twój ojciec. – Kobieta pocałowała go w czoło. – Chcesz chronić bazę, gdy dorośniesz.

Ujęła rękę syna i rękę Ji Balana. Złożyła je razem i nakryła je własną dłonią.

Wszyscy zobaczymy ten dzień. Wtedy… – Jej oblicze przepełniała łagodna radość. – W tym dniu będziemy razem z twoim ojcem. Obiecaj mi to.

Obiecuję.

Obiecuję pani.

Ja też wam obiecuję.

Historia Lu Fenga była krótka, lecz An Zhe obserwował go uważnie i słuchał. Tym razem to pułkownik wpatrywał się w dogasający ogień.

Chłopak wyciągnął rękę. Wyprostował się i spróbował przytulić towarzysza tak, jak on wcześniej przytulił jego. Lu Feng zdawał się rozumieć jego zamiary. Zmienił pozycję i pochylił się w kierunku An Zhe. Młodzieniec objął jego ramiona. Był do tego trochę nieprzyzwyczajony, ale to było w porządku.

Powiedziałeś mi kiedyś, że stała się pszczołą dzięki róży sprzed wielu lat – oznajmił Sędzia. – Zastanawiam się, kto jej ją dał.

An Zhe był zaskoczony. W dniu, kiedy rozpraszacz ultradźwiękowy nie został jeszcze wynaleziony albo miał chwilową awarię, do miasta przybłąkała się pszczoła. Zwabił ją kwiat i użądliła panią Lu w palec. W ciele kobiety czaiła się uśpiona częstotliwość pszczoły, która została obudzona przez wielką, nieznaną fluktuację wszechświata.

W bazie tylko pani Lu hodowała róże. Kochała takie rzeczy, a inni kochali ją. Ojciec Lu Fenga, a później on sam, przysyłali jej nasiona, kiedy Latarnia potwierdziła ich nieszkodliwość. Tylko oni dwaj.

An Zhe delikatnie trzymał dłoń towarzysza. Drewno się wypaliło, a przyćmione czerwone iskry zgasły. Nocny wiatr niósł się po kościele jękliwym echem.

Chcę, żebyś wstąpił do Centrum Zjednoczonego Frontu – powiedziała mu pani Lu.

To był ostatni raz, kiedy rozmawiał z nią przed wstąpieniem do wojska. W tym czasie przebywał w niewielkim obozie na obrzeżach bazy, w odległości, gdzie komunikacja z miasta ledwo docierała.

To dla ciebie najlepsze miejsce. Może jest w dziczy, ale jest najbezpieczniejsze – oznajmiła. – Po tylu latach służenia bazie będzie to moja jedyna egoistyczna zachcianka. Chcę, żebyś żył. Chciałabym, aby wszystkie moje dzieci żyły, ale znam tylko ciebie.

Lu Feng milczał.

Jeśli wybierzesz cokolwiek innego, nie będę cię zatrzymywała. Tylko nie idź do Sądu Procesowego. Boję się tego miejsca – wyszeptała. – W zeszłym roku miała tam miejsce kolejna strzelanina. Wiele drastycznych zmian w bazie rozpoczęło krwawą łaźnię, a Sąd Procesowy krwawi każdego dnia. To miejsce jest wypełnione cierpieniem. Słuchasz mnie? – zapytała po chwili ciszy.

Jestem tutaj – odpowiedział.

W takim razie obiecaj mi. Musisz mi obiecać…

Nagle rozległ się rzeczywisty dźwięk.

Piiiik.

Po nim usłyszeli cichą muzykę i delikatny kobiecy głos:

Przepraszamy, sygnał bazy został przerwany z powodu silnego wiatru słonecznego w jonosferze. Jest to normalne zjawisko, więc proszę nie wpadać w panikę. Wszystkie czynności będą kontynuowane jak zwykle, a sygnał komunikacyjny będzie od czasu do czasu przywracany. Poinformujemy o tym w publicznej transmisji, więc proszę jej nasłuchiwać. Proszę się nie rozłączać…

Kiedy całe drewno spaliło się na sypki biały popiół, kościół pogrążył się w ciemności i ciszy.

Wtedy pojawiły się niezliczone nikłe zielone światełka. Owadzi potwór, którego przyniósł An Zhe, umarł. Chłopak zobaczył, jak jego ciało stopniowo się rozpada, zamieniając się w maleńkie świetliki. Rój owadów przypominał szmaragdowy dym.

Początkowo otoczyły An Zhe i Lu Fenga jak sen. Potem wzniosły się w górę, oświetlając cały zniszczony kościół, poplamiony posąg Płaczącej Marii Panny pod lewą ścianą i ogromnego ukrzyżowanego Jezusa z przodu. Z ramion Maryi Dziewicy zwisały uschnięte pnącza, a jej policzki były poorane pazurami bestii. Ciało Jezusa pokrywała pleśń. Czyste były jedynie ich oczy. W milczeniu wpatrywali się w otaczający ich świat zza winorośli, pleśni i kurzu.

Świetliki odleciały.

Przeznaczenie przemierzało świat.

Tłumaczenie: Dianthus

One Comment

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

:błeee:  :płaku:  :WeiMądruś:  :zonk:  :NieNie: 
:AAAA:  :ależeco:  :blabla:  :ugh:  :cooo: 
:ekscytacja:  :facepalm:  :patriarcha:  :muahaha:  :złamaneserce: 
:szok:  :przestań:  :zachwyt:  :zachwyt2: