Little Mushroom

Rozdział 211 min. lektury

An Zhe szedł przez długi czas.

Po wielu dniach i nocach odległość, jaką pokonał na mapie, była wielkości małego paznokcia człowieka. Od Bazy Północnej dzielił go dystans długości palca. Nie posiadał ludzkiego środka transportu i nie wiedział, ile czasu zajmie mu dotarcie do niej.

W końcu poczuł, jak wilgotne i ciemne powietrze zanika, a grunt pod jego stopami zaczyna twardnieć. Wieczorem słońce osunęło się, jak powieka na wielkim, czerwonym oku, a znajdujące się w oddali czarne góry je zasłoniły.

Zmierzch i zorza polarna wspólnie płonęły na niebie. An Zhe rozłożył mapę i próbował zidentyfikować znaki i symbole.

Właśnie minął wyschniętą rzekę, która stanowiła granicę Otchłani. Za tą granicą leżało miejsce zwane Drugimi Równinami. Wskaźnik niebezpieczeństwa był tutaj na poziomie trzech gwiazdek, a wskaźnik zanieczyszczenia – na poziomie dwóch.

Nieregularny, pofałdowany teren Otchłani, usiany wszechobecnymi szczelinami w ziemi oraz splątane cienie wysokich drzew w środku nocy rzeczywiście zniknęły. To miejsce było płaskie, nieosłonięte i ukazywało panoramiczną scenerię bezkresnego zmierzchu.

Mimo to An Zhe był niespokojny. Suche powietrze Drugich Równin nie było odpowiednie dla grzyba. Nie mógł znaleźć żadnej gleby, z której dałoby się wchłonąć składniki odżywcze, mógł więc odzyskać siły fizyczne jedynie za pomocą ludzkich środków takich jak sen.

Wędrował tak długo, aż wreszcie znalazł małe zagłębienie w ziemi porośnięte zieloną i żółtą trawą. Usiadł, objął kolana rękami i przyjął odpowiednią pozę, zwijając się w kłębek.

Grzyb spędził na spaniu większość swojego życia, ale to był pierwszy raz, kiedy usnął w ludzkiej pozycji. Śpiący grzyb spokojnie pozostawał w jednym miejscu, przeczekując upływ czasu, ale sen człowieka wydawał się inny. Wkrótce po zamknięciu oczu nieskończona ciemność podniosła się jak przypływ. Ogarnęła go nieważkość, jakby stopniowo tracił ciało.

Nie wiedział dokładnie, w którym momencie do jego uszu doleciał zawodzący odgłos. Był to szum wiatru w dziczy, wcześniej jego ulubiony dźwięk.

Jednakże teraz ten odgłos nie był pozbawiony znaczenia. An Zhe stracił swój zarodnik, kiedy przebywał w dziczy. Przez dźwięki wiatru przebijały się wówczas ludzkie głosy. Nie pamiętał dokładnie sylab i był w stanie przypomnieć sobie zaledwie kilka fragmentów. W ludzkim języku istniały frazy, których nie dało się poskładać razem.

To jest… dziwne, bardzo…

Co mam zrobić?

Weź… tutaj… próbkę…

W następnej chwili niewypowiedziany ból przeszył całe jego ciało. To uczucie było delikatne, ale głębokie. W jego świadomości pojawiła się pustka, której nie dało się niczym zapełnić. Wiedział, że w tamtej chwili utracił najważniejszą rzecz.

Strach ogarnął całą jego istotę i od tamtej pory zaczął bać się wiatru i zamieszkał w jaskini. Jego serce zabiło szybciej i nagle uderzył go lęk. To była obawa przed utratą zarodnika.

Otworzył oczy i zdał sobie sprawę, że to był sen. Tylko ludzie mogli śnić. W następnej chwili jego oddech całkowicie ustał.

Znał źródło tego strachu. Stała przed nim czarna istota. Jej oczy połyskiwały intensywną, krwawą czerwienią. Całe ciało An Zhe zesztywniało. Spuścił oczy. To coś było wysokie jak człowiek i posiadało trzy pary cienkich i ostrych sierpowatych przednich kończyn, połyskujących zimno jak księżycowe światło.

Kiedy uświadomił sobie, co to było, jego ciało zadrżało. Ta atawistyczna reakcja pochodziła od jakiegoś praprzodka sprzed tysiąca lat. Grzyb nie przeżyłby pogryzienia przez termity. Bestie z Otchłani może i nie zwracały uwagi na grzyby, ale te mogły być rzadkim przysmakiem na Drugich Równinach.

W chwili, gdy ta myśl przyszła mu do głowy, An Zhe instynktownie przeturlał się na bok. Rozległ się głuchy odgłos uderzenia o ziemię. Ostre przednie kończyny monstrualnego stawonoga wbiły się w grunt obok niego. To było miejsce, w którym przed chwilą leżał.

Chłopak błyskawicznie chwycił swój plecak i podniósł się na nogi. Podbiegł do pobliskich krzaków, podczas gdy w uszach rozbrzmiewały mu dudniące kroki stwora. Kiedy dźwięk stał się odrobinę cichszy, odwrócił się i obejrzał. W świetle zorzy mógł w końcu zobaczyć całą sylwetkę tej istoty. Był to ogromny czarny potwór o wyglądzie mrówki powiększonej tysiące razy.

Na szczęście jego ciało wydawało się zbyt ciężkie, a prędkość nie pozwalała dogonić biegnącego człowieka. An Zhe wbiegł w krzewy przed sobą. Upadł. W mgnieniu oka nakrył go cień rzucany przez monstrum. Z ostrym świstem powietrza przednie kończyny potwora opadły w kierunku jego ramienia.

Rękawy An Zhe zrobiły się nagle puste. Zwisały jak miękka szmatka i nic w nich nie zostało przecięte. Napastnik wydawał się być zaskoczony tym faktem i się zatrzymał. Jednocześnie grzybnia rozprzestrzeniła się i odrosła w pofałdowanych rękawach, ponownie tworząc kompletne ludzkie ramię.

Błyskawicznie się przeturlał, aby uniknąć kolejnego ciosu owada. Podparł się ramieniem, by wstać i wpadł w niskie krzaki. Dwa gęste krzewy zablokowały mu drogę. To nie wystarczyło, aby uciec sprzed oczu prześladowcy. Złapał kilka płytkich oddechów i w tym momencie jego ciało zaczęło się zmieniać. Kontury jego ramion, palców i kończyn się rozmyły. To, co znajdowało się poniżej, zaczęło falować, zmieniając się w grzybnię, której elastyczność miała pomóc w ucieczce.

W tym momencie –

Huk!

Biała poświata przecięła powietrze i meteor uderzył w miejsce, gdzie głowa potwora łączyła się z korpusem. Rozległ się głuchy odgłos wybuchu i białe światło eksplodowało bezgłośnie, emanując czerwonawą łuną.

Ukryty w krzakach An Zhe obserwował, jak olbrzymia istota rozpada się na pół od środka, upadając na grunt. Wstrząs spowodował, że liście krzewu opadły z szelestem. Głowa poczwary znajdowała się niecałe pół metra od chłopaka. Krwistoczerwone oczy wciąż patrzyły w jego kierunku.

W Otchłani An Zhe widział istoty rozerwane nawet na trzy części, a mimo to nadal zdolne się poruszać. Właśnie pomyślał, że dobrze byłoby się znaleźć trochę dalej od tego czegoś, kiedy nagle całkiem z bliska usłyszał czyjś głos.

To była ostatnia bomba uranowa. Po zabraniu ciała wracaj do bazy. – Głos był męski i bardzo niski.

Pancerze stawonogów nie są pospolite. Nie spodziewałem się, że w końcu jakiegoś złapię – odpowiedział drugi mężczyzna o nieco ostrzejszym tonie.

Po tej krótkiej rozmowie nikt już się więcej nie odezwał. Rozległ się odgłos zbliżających się kroków. Był to dźwięk grubych skórzanych butów stąpających po zgrzytającym piasku.

To byli ludzie. An Zhe nie widział człowieka od długiego czasu, od śmierci An Ze. Cicho wysunął głowę z zarośli. Krzaki zaszeleściły.

Uważaj! – krzyknął pierwszy mężczyzna.

W następnej chwili wycelowano w niego czarne otwory trzech luf.

An Zhe po prostu na nie patrzył. Nieuchronnie wróciły do niego chaotyczne wspomnienia z tej nocy, kiedy stracił zarodnik. Jednak istnienie An Ze ukazało mu też ludzką dobroć i życzliwość. Pomyślał o swojej obecnej sytuacji.

Cze… cześć – powiedział.

W blasku zorzy widział wyraźnie scenę przed sobą. Stało tam trzech ludzi w ciemnych strojach i wszyscy byli mężczyznami. Każdy z nich nosił wokół talii szeroki pas z przymocowanym magazynkiem. Mężczyzna stojący pośrodku był wysoki, podczas gdy pozostali dwaj nieco niżsi.

Mężczyzna w środku był tym, który poprzednio odezwał się jako pierwszy, mówiąc o ostatniej bombie uranowej. Jego głos był bardzo spokojny.

Człowiek?

Chłopak zawahał się przez moment. Potem przypomniał sobie o broni, która powstrzymała potwora.

Tak – odrzekł.

Jak się nazywasz? Jaki jest twój numer identyfikacyjny? Gdzie jest twój towarzysz z zespołu?

An Zhe, 3261170514, zaginął.

Mężczyzna spochmurniał i spojrzał na niego. Brwi tego człowieka były czarne i grube, miał wydatny nos i szerokie usta. Kombinacja tych rysów twarzy nie wywoływała jednak w chłopaku poczucia niebezpieczeństwa, jakie dawały bestie z Otchłani. An Zhe zacisnął usta i się obejrzał.

Trzy sekundy później obok pierwszego mężczyzny pojawił się kolejny. Był nim niewysoki, ciemnoskóry człowiek, który w groźny sposób wycelował w chłopaka broń. Spojrzał na An Zhe.

Rozbierz się – powiedział niskim głosem.

An Zhe podniósł się z krzaków. Rozpiął pierwszy guzik szarej koszuli, potem drugi. Skóra jego dekoltu została obnażona. Była gładka, mlecznobiała, kolorem przypominając trochę jego grzybnię.

W następnej chwili usłyszał gwizdnięcie trzeciego mężczyzny. Był to osobnik o bladoróżowej skórze i żółtych włosach. Jego twarz pokrywały zmarszczki, co u ludzi było związane ze starzeniem się. Wpatrywał się w An Zhe szaroniebieskimi oczami.

Chłopak opuścił głowę, rozpiął pozostałe guziki i zdjął koszulę. Szarooki człowiek zagwizdał ponownie i podszedł bliżej, oglądając go od góry do dołu. Jego oczy były bardzo lepkie, jak śliniące się bestie z Otchłani. Po kolejnym spojrzeniu na An Zhe stanął tuż obok niego. W następnej sekundzie chwycił go za nadgarstek. Potarł go kciukiem.

Co to ma być? – zapytał ostro.

An Zhe spojrzał na grzbiet swojej dłoni i przegub. Było na nim kilka czerwonych śladów w miejscach, gdzie podrapał się o krzaki, uciekając przed atakiem potwora. Odwrócił głowę i wskazał krzewy za sobą.

Liście.

Zapadł krótki moment ciszy. Po chwili mężczyzna cmoknął.

Chcesz zdjąć resztę sam, czy mam to z ciebie ściągnąć?

Chłopak się nie poruszył. Domyślał się, co tamci zrobią. W pamięci An Ze zachowały się podobne sceny. Skażenie genetyczne występowało pomiędzy potworami i potworami, oraz pomiędzy potworami a ludźmi. Podstawowym sposobem potwierdzenia, czy nieznajomy został skażony, było sprawdzenie, czy odniósł jakieś rany.

Jednakże ten człowiek sprawiał, że czuł się nieswojo. Tak samo czuł się, kiedy jeszcze był grzybem i po jego kapeluszu pełzał wąż. An Zhe widział w Otchłani wiele dzikich bestii i potrafił ocenić stopień zagrożenia. Teraz miał wrażenie, że mężczyzna pośrodku był najmniej agresywny z całej trójki.

Horsen – po krótkim spojrzeniu mężczyzna przemówił ciężkim głosem – nie zachowuj się jak dzikus.

Horsen prychnął i spojrzał na chłopaka jeszcze bardziej wyzywająco.

Chodź ze mną – powiedział mężczyzna chwilę później.

An Zhe posłusznie podążył za nim i skryli się za łbem leżącego potwora. Na ciele chłopaka nie było żadnych ran oprócz zadrapań zostawionych przez zarośla.

Kiedy się oddzieliłeś od swoich towarzyszy z drużyny? – zapytał człowiek.

Młodzieniec zastanawiał się chwilę.

Któregoś dnia – odrzekł.

Miałeś dużo szczęścia.

Zdaje się, że nie ma tu zbyt wielu potworów.

Ale za to jest mnóstwo robali – wypowiedzi mężczyzny były lakoniczne, lecz brzmiały nader wiarygodnie.

An Zhe zapiął guziki.

Wracacie do Bazy Północnej? – szepnął.

Mhm – odparł jego towarzysz.

Więc… możecie mnie zabrać ze sobą? Mam własne jedzenie i wodę.

Ja mówię, że nie. – To był tamten niski, czarnoskóry człowiek.

Po jego słowach mężczyzna, za którym podążał An Zhe, postąpił o krok i spojrzał na dwóch pozostałych.

Nie jest ranny. Bierzemy go?

Horsen uśmiechnął się, patrząc na chłopaka i gwizdnął po raz trzeci.

Czemu by go nie wziąć? Nie zrobi nam wielkiej różnicy. – Spojrzał na ciemnoskórego. – Jak myślisz, czarnuchu?

An Zhe spojrzał w ponure oczy ciemnoskórego człowieka.

Tłumaczenie: Dianthus

2 Comments

  1. Avatar YueDream

    An Zhe miał sporo szczęścia w nieszczęściu. Uratowali go, ale zastanawiam się, czy w jakiś sposób się nie zdradzi, że mimo wszystko nie jest człowiekiem. I nie podoba mi się Horsen, oby tylko nie skrzywdził naszego grzybka :AAAA:

    Odpowiedz

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

:błeee:  :płaku:  :WeiMądruś:  :zonk:  :NieNie: 
:AAAA:  :ależeco:  :blabla:  :ugh:  :cooo: 
:ekscytacja:  :facepalm:  :patriarcha:  :muahaha:  :złamaneserce: 
:szok:  :przestań:  :zachwyt:  :zachwyt2: