Little Mushroom

Rozdział 609 min. lektury

W zeszłym miesiącu jeden z moich… wujków został ugryziony przez potwora na zewnątrz i umarł. Potem, kilka dni temu, inny wujek wyszedł po zaopatrzenie. W tamtym czasie temperatura nagle wzrosła i rozpętała się burza piaskowa. On też nie wrócił. Na końcu zginęli ci dwaj, o których wspomniałem wcześniej – mówił powoli Xi Bei, podczas gdy jego palce skubały zrolowane resztki farby pokrywające stół. – Zostaliśmy sami z dziadkiem, a jego zdrowie wciąż się pogarsza. Wcześniej cały czas mógł ze mną rozmawiać, ale ostatnio jego umysł nie jest jasny. Czasami krzyczy z bólu, a innym razem mówi rzeczy, których nie rozumiem. – Chłopiec patrzył z nadzieją na Lu Fenga. – Potrafisz go wyleczyć?

Może kiedy wrócimy do bazy, będziemy umieli znaleźć przyczynę choroby – odrzekł mężczyzna.

Nie mógł zagwarantować powrotu starca do zdrowia. An Zhe zerknął na miesięcznik bazy. Na stronie zamieszczono nekrolog mówiący, że dżentelmen współpracujący z czasopismem zmarł z powodu choroby. Jego publikowana w odcinkach powieść została przerwana.

W bazie, a przynajmniej w Mieście Zewnętrznym, niewielu dożywało wieku 50 lub 60 lat. Ludzie, którzy mieli szczęście doczekać starości, stawali w obliczu chorób. Natężenie sztucznego pola geomagnetycznego było słabsze niż naturalnego. Zapadalność na choroby genetyczne, głównie nowotwory, nadal była wysoka. Umierała na nie ponad połowa starszych osób. Życie na krawędzi przez całe lata powodowało niekończący się stres i urazy psychiczne. Do tego dochodziły nieuleczalne choroby przewlekłe.

Dziękuję… dziękuję – powtarzał Xi Bei. – Dziadek mnie wychował i nauczył mnie pisać. To on naprawiał nasz generator. Kiedy wszyscy mówili, że na świecie już nikt więcej nie przetrwał, on kazał nam czekać. Mówił, że zorza na niebie to znak, że jeszcze istnieją jakieś ludzkie organizacje.

Jest waszym inżynierem? – zapytał Lu Feng.

Tak – odrzekł chłopiec.

Sędzia lekko zmrużył oczy.

Skąd wiecie, że zorza polarna reprezentuje ludzką cywilizację?

Xi Bei zastanowił się przez chwilę.

To jest kopalnia magnetytu – wyjaśnił. – Dziadek jest inżynierem w tej dziedzinie. Mówił… że kiedyś pracował w instytucie naukowym i zajmowali się badaniem biegunów magnetycznych. Nauczyciel dziadka powiedział mu, że przyczyną katastrofy były właśnie problemy z nimi związane, a instytut próbował je zlikwidować.

Górski Instytut Badawczy – odrzekł krótko Lu Feng. – Ośrodek badań nad sztucznymi biegunami magnetycznymi.

Xi Bei przytaknął.

Tak go nazywali.

Chwilowo straciłem kontakt z bazą – Pułkownik nie kontynuował wątku, zmieniając temat. – Kiedy komunikacja zostanie przywrócona, zabiorę was tam.

Chłopiec z wdzięcznością kiwał głową.

Dziękuję.

Tak więc zostali. Nikt nie wiedział, kiedy komunikator zacznie działać. Xi Bei oprowadził ich po jaskini, aby mogli sobie wyrobić ogólne pojęcie o jej układzie.

Miejsce, w którym się obecnie znajdowali, stanowiło jej główny obszar. Przed katastrofą była to strefa wypoczynkowa dla górników i inżynierów. Wyposażono ją w pokoje dla personelu i podstawowe udogodnienia, a także pozostawiono w niej kilka maszyn górniczych, w tym generator prądu i sporo narzędzi. Ponieważ miejsce to znajdowało się głęboko pod ziemią, chronione z każdej strony kamiennymi ścianami, stanowiło bezpieczną strefę, dopóki pilnowano wejścia. Poza głównym obszarem znajdowało się wiele głębokich wykopów. Były one efektem prac górniczych prowadzonych wzdłuż żyły surowca.

Może i jest tutaj ciemno, ale nie ma żadnych potworów – oznajmił im Xi Bei. – Możecie być tego pewni.

W południe chłopiec poszedł coś ugotować. An Zhe ciekaw był tutejszej kuchni, lecz nie znał Xi Beia zbyt dobrze, więc nie odważył się wtargnąć na jego terytorium. Znalazł sobie inne zajęcie.

Grzyby lubiły wodę, lecz ludzie także potrzebowali jej do picia. Woda była szalenie istotna, czasami nawet ważniejsza niż pożywienie. Ludzie w kopalni wkładali więc mnóstwo wysiłku w utrzymywanie jej zapasów.

Czas, kiedy na zewnątrz padało, był okresem wytężonego gromadzenia deszczówki. Zawsze wtedy zbierano jej ogromne ilości, oczyszczano za pomocą sproszkowanego ałunu i przechowywano w betonowym zbiorniku. Mimo to pogoda była nieprzewidywalna i nikt nie wiedział, kiedy spadnie następny deszcz. Po wielu latach tutejsi mieszkańcy skonstruowali system zlewni. W największych i najgłębszych pomieszczeniach kopalni pokryli całe kamienne ściany siecią skomplikowanych wyżłobień. Wnętrza jaskiń były niezwykle wilgotne i na skutek różnicy temperatur w dzień i w nocy, na ścianach kondensowały się drobne kropelki wody. Gdy osiągały określony ciężar, spływały w dół i z wolna gromadziły się w sztucznych nacięciach, kropla po kropli skapując do podstawionych poniżej butelek. Po napełnieniu ponad stu plastikowych butelek otrzymywano prawie sto litrów wody.

Według Xi Beia ostatnia partia butelek była prawie pełna i gotowa do zebrania.

An Zhe i Lu Feng wzięli więc wiadra z tworzywa sztucznego oraz lampę gazową i podążyli główną drogą kopalni, aby pomóc chłopcu. Młodzieniec pierwszy podniósł plastikową butelkę stojącą przy wejściu, przelał wodę do wiadra i odstawił naczynie z powrotem. Zrobił krok naprzód, rozglądając się za następną.

Nagle zdał sobie sprawę, że pułkownik nawet się nie poruszył, więc obejrzał się za nim. Mężczyzna stał oparty o kamienną ścianę, obserwując jego poczynania. Po jakimś czasie postąpił kilka kroków przed siebie, zbierając wodę wraz z An Zhe. Chłopak był zaskoczony jego zachowaniem, lecz kolejne ruchy pułkownika wyglądały poważnie, więc ich nie kwestionował.

Szyb kopalniany biegł głęboko pod ziemią. Pośrodku ciągnęły się metalowe tory. Obaj mężczyźni szli jedną stroną, napełniając swoje wiadra.

Znajdowali się w kopalni magnetytu. Ściany były chropowate, pokryte śladami eksploatacji. Dominowały tu odcienie szarości i czerni, a mgliste i wilgotne środowisko powodowało, że światło lampy także było stłumione.

Ludziom mogło się tu nie podobać, ale wszechobecna wilgoć sprawiała, że An Zhe czuł się doskonale. Poczuł nawet, że zarodnik ułożył się wygodnie w jego ciele. Uśmiechnął się w odpowiedzi kącikiem ust, pocierając delikatnie swój brzuch. Umieszczenie zarodnika w tym miejscu dawało mu poczucie bezpieczeństwa.

Szedł przed siebie kopalnianym szybem i napełniał wiadro wodą z coraz to kolejnych butelek. Kiedy wreszcie dotarł do końca systemu skraplania, plastikowe naczynie wydawało mu się najcięższym przedmiotem na świecie.

Zawartość ostatniej butelki została przelana i młodzieniec z wielkim wysiłkiem podniósł wiadro i zawrócił. Przed nim rozciągała się długa, ciemna czeluść kopani. Wejście majaczyło na jej końcu w postaci ledwo widocznego punkcika, odległego jak Mars. Naczynie w jego ręce było okropnie ciężkie, a droga do pokonania strasznie długa. Musiał wrócić, lecz prawie nie był w stanie unieść ładunku. To niemożliwe, by doniósł wiadro z powrotem.

Nagle się zatrzymał.

W jaskini rozległy się kroki i podszedł do niego Lu Feng.

Nie idziesz? – zapytał.

Ton jego głosu wzniósł się leciutko na końcu, jakby z drwiną. An Zhe nie mógł wykrztusić słowa. Spoglądał na koniec kopalni i czuł, jak jego IQ stopniowo zamiera.

Pułkownik zerknął na niego i odezwał się od niechcenia:

Gdybyś przyszedł najpierw tutaj i zaczął je napełniać wodą…

– …

Ten człowiek nie był zbyt miły. Gdyby dotarł tu z pustym wiadrem, a potem ruszył w drogę powrotną, zbierając wodę w czasie marszu, po prostu zrobiłby sobie wycieczkę. Tymczasem nie tylko dźwigał niemiłosiernie ciężki kubeł przez całą drogę, ale jeszcze musiał zataszczyć go z powrotem.

Wreszcie zrozumiał, dlaczego Lu Feng się nie ruszył, kiedy zobaczył jego działania. Co za człowiek, co za człowiek.

Ewidentnie przewidział wszystkie konsekwencje od samego początku, ale tylko się gapił, jakby nic się nie stało.

An Zhe postanowił, że będzie wkurzony. Jak przystało na szanującego się grzyba, pomaszerował z powrotem z ciężkim wiadrem, próbując przyspieszyć kroku. Jednak pułkownik miał długie nogi i bez wysiłku za nim nadążył. Po kilkunastu krokach wyciągnął rękę i położył na ramieniu chłopaka.

Popatrz tam – wskazał.

Młodzieniec spojrzał.

Na metalowych szynach stał dwumetrowy kwadratowy wózek. Wypełniało go kilka kawałków rudy. Najwyraźniej był przeznaczony do transportu kamieni. Nagle ciężar w jego dłoni zniknął. Lu Feng chwycił jego wiadro i umieścił na wózku obok swojego.

Chłopak zdążył pomyśleć, że pułkownik chciał użyć tego środka transportu, aby nie marnować energii, gdy nagle usłyszał głos mężczyzny:

Ty też wskakuj.

Z wahaniem spojrzał na wózek. Zawsze miał wrażenie, że Sędzia lubi jakieś dziwne gierki. Ostatecznie nie posłuchał go, ale też nie odmówił, gdy został podsadzony przez mężczyznę.

Wnętrze wózka było bardzo przestronne. Chłopak odwrócił się plecami do Lu Fenga i usiadł, oplatając kolana rękami. Pułkownik zawiesił lampę z przodu pojazdu i powoli pchał go wzdłuż torów. Dźwięk jego kroków rozbrzmiewał lekkim echem.

Miejsce to otaczały górskie ściany, izolując je od świata zewnętrznego. Nie czaiło się tu żadne niebezpieczeństwo. Żółte światło lampy rozjaśniało niewielką przestrzeń z przodu. Czasami kawałek rudy rozbłyskiwał fluorescencyjną poświatą jak gwiazda, nadając scenerii bajkowy klimat.

An Zhe patrzył przed siebie zrelaksowany, opierając się plecami o wózek. Siedzenie było zgodne z jego grzybową naturą i nie lubił się ruszać. Nie czuł się urażony, że Lu Feng wiezie go jak ładunek. Wprawdzie nie widział Sędziego, lecz w jakiś sposób wyczuwał, że i on był w tej chwili bardzo szczęśliwy. Zadowolenie grzyba było w oczywisty sposób spowodowane lenistwem. Nie wiedział tylko, co było przyczyną szczęścia pułkownika.

Spojrzał prosto przed siebie i prychnął w głębi ducha.

Tłumaczenie: Dianthus

2 Comments

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

:błeee:  :płaku:  :WeiMądruś:  :zonk:  :NieNie: 
:AAAA:  :ależeco:  :blabla:  :ugh:  :cooo: 
:ekscytacja:  :facepalm:  :patriarcha:  :muahaha:  :złamaneserce: 
:szok:  :przestań:  :zachwyt:  :zachwyt2: