Little Mushroom

Rozdział 513 min. lektury

Krew Vance’a rozlała się głęboką czerwienią na oczach An Zhe. Stojący w kolejce ludzie usłyszeli zamieszanie i się odwrócili. Widząc, co się stało, wrócili do poprzednich pozycji, tak jakby nie wydarzyło się nic ważnego.

Jednak Vance umarł. Mężczyzna został zabity u bram ludzkiej bazy i nikt nawet się nie zająknął.

An Zhe nagle zrozumiał, że tą tajemniczą osobą był Sędzia, o którym jego towarzysz opowiedział mu dzień wcześniej. Naczelnik Sądu Procesowego, decydujący o tym, czy przekraczający bramy bazy byli ludźmi czy heterogenicznymi. W jego dłoniach spoczywało życie każdego bez względu na tożsamość i powód.

Teraz przyszła kolej An Zhe na osąd. Początkowo jego serce waliło jak szalone. Gdy tylko lufa została skierowana w jego stronę, to zrozumiał, że naprawdę umrze. Jednak patrząc w zimne, zielone oczy Sędziego powoli się uspokoił. Przybycie do Bazy Północnej było jego decyzją, a ten osąd także pod nią podlegał, nieważne, jaki będzie jego koniec.

Stał w milczeniu, w duszy licząc upływające sekundy.

1, 2, 3.

Dźwięk wystrzału wciąż się nie rozległ. Sędzia powoli podszedł ku niemu, nie opuszczając broni. Stojący w kolejce ludzie przyspieszyli. Spontanicznie ruszyli do przodu i po kilku chwilach An Zhe został sam.

11, 12, 13.

Sędzia zatrzymał się przy nim, kiedy chłopak doliczył do 14. Opuścił broń, a palec wskazujący mężczyzny zacisnął się wokół jej uchwytu. Potem ją odłożył.

Chodź ze mną.

Jego ton był tak samo zimny, jak jego oczy. An Zhe stał, czekając, aż ten się ruszy, ale po kilku sekundach wciąż do tego nie doszło. Chłopak spojrzał w górę z niedowierzaniem, po czym usłyszał komendę wypowiedzianą jeszcze chłodniejszym głosem:

Wyciągnij rękę.

An Zhe posłuchał.

Klik.

Chłopak zadrżał, czując na skórze lodowaty metal. Jedna z obręczy kajdanek została zapięta wokół jego przegubu, a drugi koniec znajdował się w ręce oficera. An Zhe został tak poprowadzony. Co ciekawe, ludzie stojący w kolejce nie zareagowali, kiedy Vance został zastrzelony, ale teraz gdy zabierał go ze sobą Sędzia, odwrócili głowy i szeptali między sobą.

An Zhe mógł tylko spojrzeć po raz ostatni na ciało Vance’a, będąc wprowadzanym przez bramy miasta. Odkrył, że w środku droga nie ciągnęła się wąskim korytarzykiem. Zamiast tego znaleźli się na przestronnym obszarze podzielonym na mniejsze strefy oświetlone białymi świetlikami. Ich blask odbijał się od żelaznych ścian jak szarość odzwierciedlająca łunę zimy.

W środku było nie mniej uzbrojonych żołnierzy i broni ciężkiej niż na zewnątrz. Ciasnym kordonem otaczali długi, biały stół, przy którym siedziało trzech oficerów ubranych w takie same mundury jak Sędzia. Chłopak domyślił się, że także byli sędziami. Naprzeciwko nich znajdował się normalny człowiek, który najwyraźniej był właśnie przesłuchiwany.

Jak tam układa ci się z żoną? Tym razem nie opuściła murów bazy?

Dzięki wspomnieniom An Ze wiedział, że oprócz zmian w wyglądzie i zachowaniu podczas skażenia narażone były także wspomnienia i umysł. Dlatego przesłuchanie było jednym ze sposobów na wykrycie heterogenicznego.

Mężczyzna, który go przyprowadził, spojrzał na sędziów i powiedział:

Pospieszcie się.

Siedzący pośrodku sędzia przytaknął i spojrzał na przesłuchiwanego.

Możesz iść.

Mężczyzna wyglądał, jakby właśnie przeżył katastrofę. Wstał z uśmiechem i szybko wyszedł z pomieszczenia. Dopiero teraz An Zhe otrzymał potwierdzenie, że jego towarzysz naprawdę był tym Sędzią. Nie powiedział pospieszcie się, by naprawdę ich pospieszyć, ale by pokazać, że uznał przesłuchiwanego za prawdziwego człowieka.

Następna osądzana osoba podeszła z kolejki do długiego stołu. Odległość pomiędzy nimi była dość znaczna, a na środku drogi było kilka dziwnych urządzeń. Rozstawione zostały w równych odległościach od siebie, a przechodząca tamtędy osoba musiała raz się wspinać, a raz schodzić w dół. An Zhe zrozumiał, że to miało za zadanie jak najlepiej pokazać zachowanie danej osoby sędziom.

Niestety nie mógł dłużej obserwować, bo w następnej chwili skręcili za róg i poszli długim korytarzem. Sędzia wyjął czarny komunikator i powiedział:

Lu Feng z Sądu Procesowego zgłasza potrzebę przeprowadzenia testu genetycznego.

An Zhe domyślił się, że dwa pierwsze słowa były jego imieniem i nazwiskiem. Mechaniczne drzwi otworzyły się tuż przed nimi i Lu Feng bez wahania wciągnął go do środka.

Pomieszczenie było biało-srebrne, a nieznane mu maszyny ciągnęły się od ziemi aż po sufit. Sześciu żołnierzy stało na warcie. Za stołem roboczym postawionym w jednym końcu siedział młody blondyn o niebieskich oczach ubrany w fartuch laboratoryjny. An Zhe został do niego zaciągnięty, truchtając, by nadążyć.

Pułkownik Lu naprawdę tu przyszedł. – Mężczyzna poprawił okulary i podniósł wyzywająco głos. – Czy nie załatwiasz wszystkich problemów kulami?

Współpracuj, doktorze – odparł chłodno Lu Feng.

Doktor spojrzał na Lu Fenga rozbawionym wzrokiem. Wstając, zwrócił się do An Zhe:

Chodź za mną.

Chłopak musiał położyć się na srebrzysto-białej platformie, a jego nogi i ręce przykuto mechanicznymi kajdanami do blatu.

Nie ruszaj się – rozkazał doktor.

Natychmiast poczuł ból w ramieniu. Spojrzał w tamtą stronę i zobaczył, jak mężczyzna powoli pobiera mu jasnoczerwoną krew.

Kolor twojej krwi jest zdrowy.

Dziękuję – odparł An Zhe.

Ta odpowiedź rozbawiła doktora.

Próbkę krwi wyślemy na test genetyczny, na którego wyniki trzeba poczekać godzinę. Skanowanie całego ciała potrwa 40 minut, więc się nie ruszaj.

Kiedy tylko skończył mówić, platforma zaświeciła się na jasnoniebiesko. Zewsząd dało się usłyszeć cichy pomruk, tak jakby każda cząsteczka powietrza była źródłem tego dźwięku. Przypomniało to mu noce w Otchłani i szum odległego morza. W najciemniejszym momencie nocy z tamtej strony zaczynało dobiegać wycie nieznanych mu bestii. Fale, których nie dało się opisać ludzkim językiem, uderzały w ziemię podczas sezonu deszczowego.

Dotykający jego ciało ładunek elektryczny był jak niezliczone mrówki, które po nim chodziły i go gryzły. 40 minut to nie było długo dla grzyba, jednak to mogły być ostatnie chwile jego życia, więc je doceniał, uważnie przyglądając się tworzonym przez maszynę liniom na suficie.

Nie wiedział, ile czasu minęło, kiedy usłyszał z zewnątrz głos Lu Fenga:

Seran powiedział, że ulepszyliście metodę badań.

Jesteś dobrze poinformowany – odparł doktor. – Odkryliśmy, że kiedy dochodzi do mutacji, to aktywowane są specjalne segmenty DNA. Nazwaliśmy je celem. Są dwa typy celi: mutacja odzwierzęca i odroślinna. Ulepszone wykrywanie genów przeprowadza się za pomocą dwóch procesów jednocześnie. Jeden wykrywa cel odzwierzęcy, drugi odroślinny. Całość trwa łącznie godzinę.

Gratulacje – powiedział Lu Feng.

Doktor się uśmiechnął.

Pułkowniku, jeśli znacznie zmniejszymy koszt i czas trwania testów genetycznych, to czy nie zamkną twojego Sądu Procesowego?

Nie mogę się doczekać.

Nudziarz.

To zakończyło rozmowę.

W tym samym czasie An Zhe spoglądał na srebrzysto-biały sufit i zastanawiał się, jakim jest gatunkiem. Był grzybem, a doktor powiedział, że mutacje dzielą się na odzwierzęce i odroślinne. An Zhe czuł, że grzyby na pewno nie są zwierzętami. Nie wydawały się także roślinami. Przecież nie miał liści. Strasznie go to speszyło. Próbował się sklasyfikować jako roślina, ale nie znalazł na to wystarczająco wiele dowodów.

Te rozważania zajęły mu zbyt wiele czasu. Zanim wyciągnął z nich jakieś wnioski, to niebieskie światło zniknęło jak odpływ.

Okej – usłyszał głos doktora, a metalowe pierścienie, które go trzymały, automatycznie się otworzyły. – Pułkowniku, czy mogę zapytać, dlaczego przyprowadziłeś go na test genetyczny?

Nie.

Doktor aż się zachłysnął.

Pomógł An Zhe wstać i skierował go na stojące z boku krzesło. Dotknął jego głowy.

Dobrze, odpocznij chwilę tutaj. Pójdę po wyniki badań krwi.

Chłopak usiadł. Sędzia, nazywany również „pułkownikiem”, siedział naprzeciw niego i przyglądał mu się zimnymi, zielonymi oczami. Miał młodą twarz o ostrych rysach. Kilka pasm czarnych włosów wymsknęło się spod czapki, opadając na skośne brwi. Kącik oka powlekała cienka warstwa zimnego światła, tak jakby został wycięty nożem.

An Zhe poczuł chłód od bycia obserwowanym przez taką parę oczu. Grzyby bały się zimna, więc przekręcił się na krześle obrotowym, pokazując pułkownikowi plecy. Zrobiło mu się jeszcze zimniej. Po długiej chwili dobiegł ich dźwięk kroków doktora, rozmrażając pokój.

Wyniki badań są w normie. Możesz iść.

Jesteś stuprocentowo pewny, że jest człowiekiem? – zapytał Lu Feng po kilku sekundach ciszy.

Rozczaruję cię, ale nie wykryliśmy żadnego z celi. Różni się od innych zainfekowanych ludzi i heterogenicznych – odparł doktor, po czym dodał: – Spójrz, dzieciak nawet nie chce z tobą rozmawiać.

Odwróć się – rozkazał pułkownik.

An Zhe bez słowa wykonał polecenie. Unikał wzroku Lu Fenga, bo naprawdę nie był człowiekiem. W jakiś sposób go sprowokował, ale naprawdę nie miał pojęcia jak.

Czego się boisz? – zapytał Sędzia głosem zimnym jak lodowata woda.

Chłopak milczał. Instynktownie wyczuł, że powiedzenie czegoś przy tej osobie będzie błędem i jego tożsamość może zostać odkryta.

W końcu Lu Feng uniósł brwi.

Nie idziesz?

An Zhe zerwał się na nogi i wyszedł za mężczyzną. Tym razem nie został skuty. Byli w połowie pustego korytarza, kiedy Lu Feng nagle się odezwał.

Kiedy zobaczyłem cię po raz pierwszy, intuicja mi podpowiedziała, że nie jesteś człowiekiem.

Słysząc to, chłopak prawie dostał zawału.

A przy drugim spojrzeniu? – zapytał po trzech pełnych sekundach ciszy.

Pierwszy raz poprosiłem o wykonanie testu genetycznego. – Pułkownik podał mu kartkę z wynikami badań. – Więc lepiej, byś był człowiekiem.

An Zhe wziął papier potwierdzający jego normalność. Przez chwilę w srebrzysto-białym korytarzu rozlegał się tylko dźwięk monotonnych kroków. Za następnym zakrętem już znajdowało się wyjście, gdzie wpadli na grupę prowadzoną przez sędziego w czarnym mundurze. Za nim stało dwóch uzbrojonych po zęby żołnierzy, którzy prowadzili skutego mężczyznę. Obok stała wysoka kobieta ze zmartwioną miną.

Pułkowniku – zasalutował sędzia na ich widok.

Lu Feng spojrzał na zatrzymanego. Grdyka nieznajomego mężczyzny zadrżała kilka razy, po czym krzyknął:

Nie jestem zainfekowany!

Mamy silne podejrzenie infekcji, ale nie ma ku temu jednoznacznych dowodów. Rodzina nalegała na badania genetyczne – wyjaśnił sędzia.

Lu Feng mruknął, a żołnierze pospieszyli zatrzymanego. Ledwo go wyminęli, kiedy…

Bang!

Lu Feng schował broń i odszedł, nie oglądając się za siebie.

Nie ma takiej potrzeby.

Ciało mężczyzny natychmiast poleciało na ziemię, a żołnierze zaczęli je odciągać. Towarzysząca im kobieta krzyknęła, padając na kolana.

An Zhe spojrzał na twarz Lu Fenga. Jego oczy były zimne. Chłopak naprawdę nigdy takich nie widział. An Ze był zawsze delikatny, Vance hojny, Horsen pełen żądzy, a Anthony czujny. Różnili się od pułkownika, którego oczy kryły w sobie tylko pustkę. Dla sędziego zabijanie musiało być normalniejsze od oddychania. Na pewno nie zareagował, bo był do tego przyzwyczajony.

Dotarli do wyjścia, gdzie czekało na niego dwóch żołnierzy w zwykłych ubraniach z ciałem przykrytym białym całunem. An Zhe wiedział, że to Vance. Jego oczy były zamglone, kiedy zrobił krok do przodu, chcąc odsłonić materiał, by spojrzeć na twarz swojego towarzysza. Powstrzymali go żołnierze, przekazując mu niebieski czip.

Potwierdzono, że z drużyny najemników AR1147 nikt nie przeżył. Ekwipunek i materiały przejęła baza. Zostaną spieniężone i przekazane rodzinie razem z rentą. Proszę, przyjmij resztę.

Gdzie go zabieracie? – zapytał An Zhe.

Do spalarni.

Chłopak zadrżał. Nie wziął przekazywanej mu karty identyfikacyjnej.

Nie chcesz tego? – rozległ się głos Lu Fenga.

An Zhe nie odpowiedział. Po dłuższej chwili spojrzał na mężczyznę.

On naprawdę… nie był ranny.

W zimnych, zielonych oczach zobaczył odbicie własnej miny – odrobina naiwności mieszała się ze spokojnym smutkiem. Lu Feng pozostawał niewzruszony, jakby nie miało to z nim nic wspólnego. Zrobił krok do przodu, kiedy chłopak już miał zamiar odwrócić się i odejść.

Kolba pistoletu uniosła skraj białego materiału, odsłaniając prawą dłoń Vance’a. An Zhe przykucnął, by ją lepiej widzieć. Na palcu serdecznym znajdowała się mała, czerwona kropka – naprawdę niewielka rana kłuta. Jednak na jej skraju powoli sączyła się złowroga kropla czarnej krwi.

Zakrztusił się, natychmiast przypominając sobie tamte chwile.

Ludzka krew na skorupie stawonoga. Vance powiedział mu, że niektórzy ukrywali rany, bo w miejscach o niskim poziomie skażenia infekcja nie była pewna. Zresztą wszyscy chcieli wrócić do domu.

Czyli… Czyli to nie Anthony wtedy się ukłuł, tylko Vance.

An Zhe nie mógł złapać oddechu. Trzęsącą się dłonią wziął identyfikator Vance’a i schował go do kieszeni. Odwrócił się, by spojrzeć na Lu Fenga, ale jego wzrok napotkał tylko pustą przestrzeń. Zerknął na zewnątrz, widząc czarne plecy powoli znikające pod szarym sklepieniem bram miasta.

Chwilę później z tyłu nagle dobiegł go dziwny dźwięk. Odwracając się, zobaczył kobietę, której towarzysz chwilę temu został zabity. Wyszła chwiejnym krokiem, ale zatrzymali ją żołnierze.

Lu Feng! Sędzio…! – Szarpała się, aż w końcu upadła, machając ramionami i krzycząc. – Umrzesz…!

Ten szorstki, ostry ton dobył się z jej piersi i rozniósł echem po całym budynku, ale nie otrzymała odpowiedzi. Otoczenie było ciche, a ciała mężczyzn zostały wyniesione. W pustym korytarzu słychać było tylko przerywany szloch kobiety.

Tłumaczenie: Ashi

3 Comments

  1. Avatar YueDream

    Ale An Zhe miał szczęście, że nie jest ani zwierzątkiem, ani rośliną. Dzięki temu przeżył :zachwyt2:
    Zastanawia mnie jednak, dlaczego Sędzia, pomimo przeczucia i strzelania do wszystkich bez wahania, akurat w przypadku An Zhe zdecydował się na badania genetyczne. Co go w nim tak ujęło, zaintrygowało, że nie strzelił?
    I biedny Vance… Naprawdę go polubiłam i nie spodziewałam się, że to on został ranny. Ciekawe, czy by zmutował, przecież tyle czasu spędził z An Zhe w samochadzie i nic się nie działo.

    Odpowiedz

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

:błeee:  :płaku:  :WeiMądruś:  :zonk:  :NieNie: 
:AAAA:  :ależeco:  :blabla:  :ugh:  :cooo: 
:ekscytacja:  :facepalm:  :patriarcha:  :muahaha:  :złamaneserce: 
:szok:  :przestań:  :zachwyt:  :zachwyt2: