Little Mushroom

Rozdział 747 min. lektury

An Zhe przebudził się ze spokojnego snu. Nie posiadał w nim oczu, uszu ani żadnych organów dostrzegalnych dla ludzi. Wydawało się, że powrócił do bardzo dawnych czasów, kiedy tkwił zagrzebany w miękkiej wilgotnej glebie. Tylko że to nie była ziemia, a on znajdował się w pobliżu Lu Fenga. Był tak samo blisko oddechu pułkownika, jak i śmierci.

Otworzył oczy i w otępieniu wpatrywał się w szary sufit. Próbował się powstrzymać od rozmyślania o ludziach i sprawach związanych z Bazą Północną. Czuł, że wspomnienia bledną. Prawie zapomniał wyglądu i zachowania Poety, doktora czy Colina. Wszystko, co wydarzyło się w mieście, odeszło, lecz Lu Feng coraz częściej pojawiał się w jego snach.

Czasami otwierał oczy i czuł, że mężczyzna jest przy nim. Ciemnozielone pnącza, kołyszące się na wietrze, pokrył lód, zanim jeszcze zdążyły uschnąć. Zamarzły, przybierając jasny, czysty kolor, jakim patrzyły na niego oczy Lu Fenga.

Poczuł, jak przenika go panujące na zewnątrz zimno.

Za oknem szare chmury osiadły nisko na górskich szczytach, a twardy grunt na zboczach pokryty był białym szronem. Nadeszła zima.

Mieszkańcy Górskiego Instytutu Badawczego wciąż się o niego troszczyli. Dziesięć dni temu dostał wełniany szalik i rękawiczki z króliczego futerka. Każdego dnia ciepło ubrany opuszczał główny budynek i podążał do laboratorium Polly’ego.

Klatka Simpsona zużywała mnóstwo energii, a turbiny wiatrowe miały ograniczoną moc. Urządzenie mogło pracować tylko przez dwie godziny dziennie. Resztę czasu Polly przeznaczał na inne zajęcia. Czasami uczył An Zhe fizyki i biologii. Na przykład, że wszystko składało się z cząsteczek i atomów. Atom dzielił się na elektrony, protony i neutrony. Jednak do końca wciąż było daleko i nikt nie wiedział, co stanowiło podstawę świata materialnego.

Niewidomy może badać otoczenie jedynie dotykiem, lecz to, co czuje, oczywiście nie stanowi pełnego obrazu. Nasze poznanie świata jest powierzchowne jak u ślepca. Naszym przeznaczeniem jest widzieć tylko wygląd zewnętrzny. Mamy wiele hipotez, ale nie jesteśmy w stanie zweryfikować ich słuszności – powiedział Polly.

Gdy mówił, porywisty północny wiatr wiejący od górskich szczytów otworzył okno laboratorium. Hindus o brązowej skórze wstał, by je zamknąć. Starzec pociągnął za szalik owinięty wokół szyi An Zhe. Młodzieniec wtulił się w miękkie, ciepłe ubrania i zapytał:

Nie jest ci zimno?

Z wiekiem uodporniłem się na wiele rzeczy. – Polly Joan spojrzał na niego łagodnymi szaroniebieskimi oczami. Chłopak widział w nich odbicie swojej postaci owiniętej w biel. Jednak zanim zdążył się przyjrzeć, dostał ataku kaszlu. Na dworze było tak zimno, a on czuł, jakby jego płuca płonęły żywym ogniem. To bolało.

Starzec sięgnął za siebie i podał mu gorącą wodę ze stołu.

Zostało jeszcze trochę antybiotyku? – zapytał Hindusa o imieniu Rum.

Coś tam zostało.

An Zhe skończył kaszleć, zadrżał i zażył lekarstwo. Pokój ogrzewał piec na węgiel drzewny, ale on wciąż marzł.

Nie mogę znaleźć przyczyny twojej choroby. – Polly wytarł mu palcami pot z czoła, a w jego oczach pojawił się wyraźny ból. – Nie mamy tu żadnego zaawansowanego sprzętu. Przepraszam – wyszeptał.

Chłopak potrząsnął głową.

W porządku.

Starzec powiedział, że ludzkie zrozumienie świata było zawsze powierzchowne, a młodzieniec czasami czuł, że jego zrozumienie ludzi było po prostu płytkie. Nigdy by się nie spodziewał, że po powrocie do Otchłani zostanie przez nich potraktowany w taki sposób.

Na przykład Polly nie był specjalistą w dziedzinie medycyny, lecz z powodu słabości An Zhe zaczął czytać literaturę medyczną dostępną w bazie danych, a Rum pomagał ją pobierać.

Czasami chłopak czuł wyrzuty sumienia z powodu ich dobroci. To dlatego, że nie był człowiekiem, a ich życzliwość dotyczyła ludzkiej postaci, którą ukradł. Zaczął się obawiać, że kiedy umrze, zostanie ujawniona jego pierwotna forma.

Kiedyś powiedział starcowi, że nie ma potrzeby się o niego martwić. Polly zbadał wtedy wierzchem dłoni temperaturę czoła chłopaka.

Jesteś jak moje dziecko – wyszeptał.

Pod jego nieobecność An Zhe zapytał Ruma, dlaczego pan Polly jest dla niego taki miły.

Pan kocha wszystkich tutaj – odpowiedział mężczyzna. – Kiedy przybyłem do instytutu, połowa mojego ciała była spleśniała, a świadomość jeszcze się nie przebudziła. – Rum podwinął nogawki spodni, aby pokazać swoje mocne łydki pełne blizn i wybrzuszeń jak poorana ziemia. Ten zawsze milczący człowiek zdobył się na długą wypowiedź: – Spędził pół roku, ratując mnie, niezależnie od pory dnia. Nie mogłem uwierzyć, że ktoś taki żyje na świecie. Wcześniej nie byłem dobrym człowiekiem – dodał jeszcze. – Będąc najemnikiem, zabiłem moich kolegów z drużyny. Za to teraz uratowałem trzech towarzyszy na zewnątrz, co uznaję za pokutę. Dobrze jest być porządną osobą i lepiej być człowiekiem niż potworem. Wielu ludzi tutaj jest takich jak ja. Nie ma nikogo, kto by nie kochał pana Polly.

An Zhe wyraźnie pamiętał, że w czasie tej rozmowy nie wiadomo dlaczego pomyślał o tym, co teraz robi Lu Feng. Zaraz potem potrząsnął głową, wyrzucając z niej postać tego człowieka, który był kompletnym przeciwieństwem Polly’ego.

Rum był muzykiem amatorem. Kiedy nie miał nic do roboty, grał na harmonijce ze zniszczonej książeczki z nutami i czasami uczył An Zhe. Dźwięk był przyjemny, ale mężczyzna powiedział, że ludzie mają instrumenty milion razy lepsze niż harmonijka. Razem mogliby zagrać wspaniałą symfonię.

W tamtym czasie przyszedł do nich Polly.

Gdyby Rum urodził się sto lat temu, byłby wybitnym muzykiem – zażartował.

Zawsze powściągliwy Hindus uśmiechnął się, wyciągając poobijany magnetofon. Odwrócił taśmę na drugą stronę i wcisnął guzik odtwarzania. Z zardzewiałego urządzenia wydobył się wyraźny, delikatny rytm. Był to dźwięk niezliczonych instrumentów, z których każdy wygrywał swój własny ton i melodię. Te z kolei łączyły się, tworząc kolejny wspaniały dźwięk. W opalanym węglem laboratorium rozbrzmiała muzyka. Stojący przed białym budynkiem mężczyzna o lewej ręce zamienionej w szpony bestii, skinął na nich. Rum powiesił magnetofon na zewnętrznej poręczy i podkręcił głośność.

Lekka i jedwabista muzyka przenikała przez oszronioną szybę. Przed jej rozpoczęciem pojawiła się informacja, że była to Wiosenna Sonata Beethovena. An Zhe słuchał. Wiosna w Otchłani też była piękna, ale on prawdopodobnie miał jej już nie zobaczyć.

Wtedy przyszła wiadomość z Bazy Północnej.

Milczący od długiego czasu komunikator rozbłysnął na czerwono. Na liście połączeń pojawił się nowy nienazwany kontakt. An Zhe otworzył wiadomość. Zawierała tylko dwie linijki:

Nadeszła zima.

Potwory zachowują się inaczej. Dbaj o bezpieczeństwo.

Młodzieniec obejrzał się na Polly’ego.

Proszę pana.

To wieści od doktora Ji z Bazy Północnej – oznajmił starzec. – W ciągu tych lat potajemnie kontaktował się ze mną.

Słowa „doktor Ji” wprawiły chłopaka w osłupienie.

– …Chcesz mu odpowiedzieć? – zapytał.

Sam odpowiedz. Możesz wysłać wiadomość za mnie.

***

Baza Północna

Kanał komunikacji rozbłysnął, informując, że przyszła odpowiedź z Górskiego Instytutu Badawczego.

Otrzymano.

Dziękujemy za przypomnienie. Baza również powinna dbać o bezpieczeństwo.

Doktor przeszedł obok niego i ujrzał ekran komunikacyjny.

Pułkowniku Lu – powiedział. – Trudno sobie wyobrazić, że Sędzia robi coś takiego. Jednak jesteś miłą osobą.

Twarz Lu Fenga pojaśniała, gdy czytał tekst na ekranie.

Kto jest po drugiej stronie?

Ktoś, o kim byś nawet nie pomyślał – odparł doktor Ji. – Polly Joan.

Tłumaczenie: Dianthus

2 Comments

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

:błeee:  :płaku:  :WeiMądruś:  :zonk:  :NieNie: 
:AAAA:  :ależeco:  :blabla:  :ugh:  :cooo: 
:ekscytacja:  :facepalm:  :patriarcha:  :muahaha:  :złamaneserce: 
:szok:  :przestań:  :zachwyt:  :zachwyt2: