Little Mushroom

Rozdział 656 min. lektury

W pokoju odkryli jeszcze więcej dowodów.

Ciężko było otworzyć okno, ponieważ stalowy brzeg złączył się z framugą.

Nogi szkieletu wtopiły się w kanapę. Najpaskudniejszy zdecydowanie był odwrócony żyrandol wiszący w sypialni. Jego klosz i metalowe wsporniki stopiły się razem, spływając delikatnie w dół jak roztopiona świeca. Pierwotnie biała kopuła pokryła się czarnym kurzem, którego każda drobinka była wielkości główki od igły. Zbiły się blisko siebie, sprawiając wrażenie, jakby się poruszały.

Ta dziwna rzecz, która nie powinna się w ogóle przydarzyć, była poza możliwościami poznawczymi ludzi. An Zhe miał wrażenie, że świat jest jak stopiony ogniem wosk, który powoli się mieszał.

Xi Bei wrócił do salonu, usiadł na podłodze i podniósł ciało dziadka, zabierając go z dala od krzesła, tak jakby to był jakiś przerażający potwór. Gdy wystarczająco oddalił się od mebli, położył staruszka na ziemi, jednak jego policzki drgały nerwowo. Podłoga także była potworem.

W następnej chwili jakby doznał szoku i cofnął się o kilka kroków. Jego własne istnienie także było źródłem skażenia. An Zhe zauważył jego spanikowaną i bezradną minę, podchodząc bliżej. Ledwo zrobił pierwszy krok, gdy przerażony wzrok Xi Beia skierował się na niego, a chłopak znowu szybko się cofnął. Jeśli wszystko na tym świecie na siebie oddziaływało, to mogli przeżyć tylko trzymając się od wszystkiego z daleka.

An Zhe zrozumiał obawy Xi Beia i się od niego odsunął.

Przepraszam… – Zęby chłopaka wyraźnie szczękały. – Potrzebuję… spokoju.

Lu Feng zabrał An Zhe do sypialni, jednak natychmiast się zatrzymał, gdy tylko zobaczył spływający żyrandol. Chłopak spojrzał na pułkownika, zauważając lód w jego zielonych oczach.

W następnej chwili mężczyzna wyjął z kieszeni komunikator. Ściskał go tak mocno, aż jego knykcie pobielały.

An Zhe przyglądał się wszystkiemu z boku. Xi Bei przeżywał załamanie nerwowe, a stan Lu Fenga zapewne był niewiele lepszy. Co więcej, pułkownik więcej myślał od Xi Beia. Oprócz oswajania ogromnego strachu wywołanego przez ten szalony świat zapewne zastanawiał się nad ludzką bazą, dla której musiał zachować spokój.

Jeśli silnik uległ awarii z powodu tej dziwnej kontaminacji, to samo musiało stać się z komunikatorem. W szufladzie szafki nocnej znaleźli śrubokręt, za pomocą którego Lu Feng rozkręcił urządzenie.

Pokrywa, zielona płyta ze skomplikowanymi wzorami, splątane kable i wiele drobnych elementów zostało rozłożone na łóżku. Lu Feng podnosił je jeden po drugim, dokładnie przyglądając im się w świetle.

Na komunikator składało się wiele części. Po chwili obserwacji An Zhe także wziął kilka prostych kawałków ze stosu, by sprawdzić, czy spełniają standardy ludzkich urządzeń.

Po zamknięciu drzwi sypialni można było odnieść wrażenie, że tylko oni pozostali na świecie. Żaden się nie odzywał. Pośród szumu deszczu dało się usłyszeć tylko dźwięk sprawdzanych części. Pułkownik działał sprawnie, odkładając na coraz większą stertę działające elementy.

An Zhe nagle zamarł.

Spojrzał na trzymaną w dłoni małą płytkę. Wystawały z niej dwa miedziane druty, które normalnie składały się z mnóstwa cienkich, spiralnie skręconych drucików. Powinny być względem siebie równoległe z około siedmioma milimetrami przestrzeni pomiędzy. Jednak w tej chwili wszystkie były rozdzielone i w dziwny sposób powyginane, tak, że ciężko było gołym okiem rozróżnić, gdzie się zaczynały, a gdzie kończyły. To było zdecydowanie dziwne.

Przez chwilę, jedną krótką chwilę, An Zhe miał nieodpowiednią myśl. Jeśli komunikator całkiem się zepsuje ze względu na fuzję materiałów, to Lu Feng może nigdy nie będzie w stanie powrócić do bazy.

Jednak nie był aż tak złym grzybem. Przyjrzał się trzymanej części i zagryzł wargę. Zmagał się chwilę ze sobą, po czym pociągnął za koniuszek rękawa Lu Fenga.

We wnętrzu butów pułkownika była ukryta kieszonka, w której trzymał ostry sztylet. Teraz został wyjęty. An Zhe świecił latarką na płytkę, podczas gdy Lu Feng ostrożnie rozdzielał splątane druciki. Lekko się posklejały, lecz na szczęście odkryli to w samą porę, by jeszcze dało się je rozczepić.

Gdy w końcu kable zostały naprawione, An Zhe był spięty, a oprócz tego trochę kręciło mu się w głowie, tak jakby był chory. Stawał się coraz słabszy, odkąd zarodnik okazał oznaki dojrzewania.

Lu Feng sprawdził pozostałe elementy i złożył z powrotem komunikator, a w końcu nacisnął włącznik.

Tym razem nie rozległ się głos mówiący: „Przepraszamy, sygnał został przerwany ze względu na wiatr słoneczny w jonosferze”, do którego przyzwyczaił się An Zhe.

Biiip.

Biiip.

Biiip.

Dźwięk deszczu był niezwykle głośny, gdy tysiące ogromnych kropli deszczu uderzało o szybę, powodując ciągły stukot. Tego typu opad normalnie pojawiał się tylko w sezonie letnim. Po oknie spływał szary wodospad.

Krople zdawały się uderzać w duszę An Zhe.

Jak w transie słyszał delikatny damski głos dochodzący z komunikatora, lecz jego zawroty głowy się pogłębiały. Otaczający go świat zamienił się w rozmazaną feerię barw. W następnej chwili upadł prosto na ziemię.

Zanim stracił przytomność, jego myśli zaprzątała tylko jedna rzecz – miał nadzieję, że zarodnik nie opuści tak szybko jego ciała.

Tłumaczenie: Ashi

2 Comments

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

:błeee:  :płaku:  :WeiMądruś:  :zonk:  :NieNie: 
:AAAA:  :ależeco:  :blabla:  :ugh:  :cooo: 
:ekscytacja:  :facepalm:  :patriarcha:  :muahaha:  :złamaneserce: 
:szok:  :przestań:  :zachwyt:  :zachwyt2: