Little Mushroom

Rozdział 5917 min. lektury

Po drodze napotkali kolejnego mieszanego potwora.

Różnił się od poprzedniej bestii, która padła od broni Lu Fenga. Był smukły i czarno-szary, jak powiększony dziesiątki razy patyczak. Miał ogromne, cienkie skrzydła na grzbiecie podobne do tych posiadanych przez motyle. Dwie cienkie antenki wystawały z jego czoła i nie było jasne, w którym miejscu znajdowały się jego oczy. Miał około pięciu metrów długości i poruszał się na sześciu stopach. Gdy Lu Feng i An Zhe minęli wysokie zbocze, potwór pożerał dwumetrową jaszczurkę. Jego gładki, chitynowy korpus odbijał światło zorzy, z każdym kęsem stopniowo pokrywając się łuskami.

Lekkie i zwinne ciało pozwalało mu szybko się poruszać. Gdy zjadł łeb jaszczurki, skoczył do przodu, porywając resztę jej truchła i uciekając w dal. Nie miał czasu odkryć obecności Lu Fenga i An Zhe.

Być może to właśnie jego Sędzia nazwałby mądrym mieszańcem. Potwór wyraźnie wiedział, że po zdobyciu genów należało znaleźć kryjówkę, by przejść tę najbardziej chaotyczną część przemiany.

An Zhe wpatrywał się w jego śnieżnobiałe skrzydła, szczerze mówiąc:

Ale piękne.

Sam także był biały. Podobał mu się kolor jego grzybni, choć nie był w stanie rozpostrzeć pięknych skrzydeł. Wstydził się swojego miękkiego ciała. Na samym początku sezonu deszczowego, gdy siły natury złamały jego trzon, przestał wyglądać jak grzyb i został nazwany „wariacją podstawowej formy swojego gatunku”.

Chcesz go zjeść? – rozległ się chłodny głos Lu Fenga.

Nie – zaprzeczył.

Nie jedz tego – rozkazał mężczyzna.

Nie pokonałbym go – wyszeptał An Zhe.

Usta pułkownika wygięły się w lekkim uśmiechu.

Był kontrolowany przez człowieka pomimo bycia gatunkiem heterogenicznym i nie mógł jeść do woli. Był wściekły. Powinien móc jeść to, co zechce! W tej chwili zaburczało mu w brzuchu.

Nie masz ze sobą jedzenia? – zapytał pułkownik.

Chłopak przypomniał sobie, ile zostało mu prowiantu i wywnioskował, że nie starczy nawet na jeden posiłek.

Czekaj. – Zastanowił się przez chwilę, po czym zapytał: – Jesteś głodny?

Mną się nie przejmuj.

An Zhe wiedział, że ten człowiek był niezwykle uparty. Wygrzebał z plecaka pozostałą połowę sprasowanych biszkoptów, ułamał kawałek i podsunął Lu Fengowi pod usta. Pułkownik nie odmówił, więc chłopak nie przestawał go karmić. Po trzecim kawałku przypomniał sobie, że biszkopty były bardzo suche, więc należało je popijać wodą. Wciąż miał ze sobą pół butelki, więc ją wyjął, lecz nie wiedział, jak napoić Sędziego.

Zatrzymaj się na chwilę.

I tak o świcie podzielili się zapasami za wielkim głazem. Woda uszczęśliwiała grzyby. An Zhe lizał usta, gdy Lu Feng wcisnął mu do buzi kawałek biszkoptu.

Zimne palce dotknęły jego warg, gdy chłopak chwycił biszkopt i powoli go przeżuł. W tej chwili czuł się bardzo komfortowo, choć kończyły im się zapasy i niejasne było, czy dożyją jutra.

Ty jedz. Ja nie jestem tak aktywny – powiedział Lu Fengowi.

Brak wysiłku oznaczał, że nie potrzebuje wiele energii z pożywienia.

Mężczyzna nic nie powiedział, głaskając go tylko po głowie. An Zhe spojrzał na niego. Miał wrażenie, że w nikłym świetle poranka wzrok pułkownika był odrobinę łagodniejszy.

Nagle poczuł, jakby znajdował się w jakiejś iluzji. Może i kompletnie się od siebie różnili i nic tak naprawdę ich nie łączyło, ale gdyby sygnał radiowy nigdy nie powrócił, a oni obaj byli heterogeniczni lub ludźmi, gdyby przeżyli… To pewnego dnia na pewno zostaliby bardzo dobrymi przyjaciółmi.

Sam nie był zbyt dobrym człowiekiem. Można było nawet nazwać go bezwartościowym, lecz mimo tego pułkownik był dla niego bardzo dobry. Jeśli Lu Feng kiedykolwiek stanie się istotą heterogeniczną, to An Zhe nie przestanie go lubić, o ile nie będzie zbyt paskudny.

Jednak to nie było możliwe. Sędzia był człowiekiem, a on niestety grzybem. Gdyby od początku był człowiekiem, zwykłym mieszkańcem Miasta Zewnętrznego, to nawet nie poznałby Lu Fenga. Miał farta, że był grzybem.

Szli dalej. An Zhe zauważył, że po nocnym odpoczynku noga już tak bardzo go nie bolała. Nie musiał być dłużej niesiony i mógł iść o własnych siłach. Gdy był stawiany na ziemi, zauważył, że Lu Feng spojrzał w bok i zmarszczył lekko brwi.

Nieopodal znajdowały się rozsypane resztki dwóch ludzkich szkieletów. Czaszka i połamane kręgi leżały daleko od siebie. Brakowało dłoni, a szara kość piszczelowa została wetknięta w piasek jak nagrobek.

Podeszli bliżej, a pułkownik się pochylił, by palcami zetrzeć szary pył z kości.

Są świeże, nie starsze niż dwa dni.

Chłopak poczuł się zdumiony, gdy tylko to usłyszał. W dziczy nie powinno być żadnych ludzi, więc skąd te kości?

Czy to pilot? – zastanawiał się.

Lu Feng rozejrzał się wokoło.

Nie ma szczątków samolotu.

Uważnie przyjrzeli się szkieletom. Na kościach widać było ślady ugryzień potworów, a poszarpane ubrania przykryła cienka warstwa piasku. Były szaro-czarne, całkowicie inne od odzieży produkowanej w bazie. Lu Feng wyglądał na zamyślonego – ten incydent nie był normalny.

Nie mieli jednak żadnych innych wskazówek i mogli tylko pójść dalej. Pół godziny marszu później spośród mgły w oddali wyłonił się jakiś kształt. Była to linia szarości rozciągająca się na horyzoncie jak początek ogromnego miasta.

Widzę coś – powiedział An Zhe. To musiały być ruiny, o których wspomniał wcześniej Lu Feng.

Też to widzę.

Czy w ruinach znajdziemy wodę i jedzenie?

Tak.

Naprawdę?

Często zatrzymuję się w ruinach – wytłumaczył mężczyzna.

– …Och.

Pułkownik Lu był mężczyzną, który bez problemów przemieszczał się po Otchłani. Dobrą wieścią był fakt, że jednak nie umrą z głodu. Chłopak ruszył lekkim krokiem, wymijając Lu Fenga. W tej chwili ziemia pod jego stopami nagle stała się miękka, po czym powoli zaczęła opadać. Upadł.

Jego serce biło jak szalone i był taki przerażony, że jeszcze chwila, a zamieniłby się w grzybnię. Nagle zobaczył jasny rozbłysk, a jego ramię zostało mocno chwycone przez Lu Fenga. Chłopak westchnął z ulgą, po czym został podniesiony przez towarzysza. Jego noga już się zagoiła, lecz teraz ręka zaczęła go ostro boleć. Pułkownik przesunął dłoń od jego ramienia po nadgarstek.

Nie jest złamane.

An Zhe spojrzał w dół.

Prawie wpadł do głębokiego na trzy metry dołu. Pierwotnie zdawał się być zakryty cienkimi deskami pokrytymi piaskiem, więc niczym nie różnił się od otoczenia, lecz wystarczyło nad nim stanąć, by wpaść w pułapkę.

Chłopak znowu poczuł się dziwnie i zauważył, że Lu Feng także lekko marszczy brwi.

To świeżo zastawiona pułapka – oznajmił Sędzia.

Najpierw natrafili na ludzkie kości, teraz na ten dół, wyraźnie stworzony przez człowieka. Czy ktoś mieszkał w dziczy?

Nagle Lu Feng spojrzał się w bok.

Kim jesteś?

Na ziemi widać było lekką wypukłość. Wyglądała dość płasko na tle wzgórz. Nikt nie odpowiedział Lu Fengowi, lecz ten mimo tego wyjął broń i cicho rozkazał:

Wyłaź.

Nic się nie poruszyło.

10 sekund, 20 sekund, pół minuty.

Nagle rozległ się szelest, a chwilę później ciche piśnięcie. An Zhe obserwował, jak ziemia z niewielkiego wzniesienia się zsuwa, odsłaniając żelazną pokrywę. Otworzyła się, a ze środka wyczołgała się drobna postać. Początkowo An Zhe sądził, że to kret, jednak gdy przyjrzał się dokładniej, to zauważył, że był to człowiek, żywy człowiek bez żadnych oznak mutacji. Miał na sobie poszarpane jeansowe ubrania, podobne do tych pozostawionych przy szkieletach.

Gdy tylko wstał, okazało się, że jest szczupłym chłopcem z bladą cerą ze względu na brak kontaktu ze słońcem. Na policzkach miał kilka piegów. Spojrzał na nich, wyglądając, jakby całkiem zaniemówił.

An Zhe także wpatrywał się w niego milcząco.

Minęły dwie minuty, zanim w końcu wydusił:

Wy… wy jesteście… ludźmi?

Nie był zbyt dobry w słowach, a jego wymowa była dziwna. Różniła się od tej używanej w bazie.

Najpierw nas stąd zabierz – odparł Lu Feng.

Chłopak patrzył na nich przez chwilę, a jego dłonie drżały.

Poczekajcie tam chwilę!

Podbiegł do nich naokoło, po czym zaczął ich prowadzić, często skręcając.

Tak… Wybaczcie, boimy się… Boimy się zbliżających potworów, więc wykopaliśmy… wiele pułapek. Nie przedrą się. Możemy też obserwować… Nie, nie spodziewałem się, że ktoś tu przyjdzie. Nic… Nic wam nie jest?

Widząc, że chłopak ze skruchą opuszcza głowę, An Zhe powiedział:

To w porządku.

Gdy tylko chłopak doszedł do wzniesienia, nacisnął wajchę i ciężka, żelazna pokrywa otworzyła się ze skrzypnięciem, odsłaniając czarną dziurę.

Jesteście… z zewnątrz? – Zdawał się w końcu na coś zareagować i się do nich odwrócił. W pierwszej kolejności spojrzał na Lu Fenga, lecz najwyraźniej przeraziła go pokerowa mina Sędziego, więc sztywno odwrócił się do An Zhe.

Tak – odparł młodzieniec.

Ja… – Chłopak zająknął się kilka razy, a jego twarz była czerwona z podekscytowania. Gdyby nie stał pół metra dalej, to An Zhe mógłby przysiąc, że usłyszałby jego szybkie bicie serca.

Nic ci nie jest? – zapytał.

Ja… – Chłopak wciąż wyglądał na zasapanego, lecz zdawał się w końcu zaczynać reagować na obecne wydarzenia.

Cześć – odezwał się wreszcie Lu Feng. – Jestem z Sądu Procesowego Bazy Północnej. Czy potrzebujecie pomocy?

My… Potrzebujemy! – Światło na nowo rozbłysnęło w jego oczach, gdy odwrócił się w stronę tunelu. Pobiegł w głąb, krzycząc: – Dziadku!

Lu Feng i An Zhe ruszyli za nim, także kierując się długim, wijącym się tunelem. Po zamknięciu metalowej pokrywy w środku było bardzo ciemno, ale w oddali widać było nikłe światło. Nie widząc drogi pod nogami An Zhe ostrożnie wspierał się o ścianę, lecz pułkownik szybko złapał go za przedramię i poprowadził naprzód.

Przed nimi znajdowały się strome schody, z których bardzo łatwo było spaść. Przeszli w dół około stu metrów i skręcili, wchodząc do szerszego tunelu. Zawieszona na ścianie lampa naftowa paliła się białym światłem. Ich kroki odbijały się nieskończonym echem.

Ty to wykopałeś? – zapytał Lu Feng.

Nie, nie ja – odparł chłopak. – Dawno temu znajdowała się tu kopalnia. Wielu z nas się tu ukryło.

Pułkownik kontynuował przesłuchanie:

Ile tu mieszka osób? Jak długo tu żyjecie?

Nie wiem. – Chłopak opuścił głowę. – Jestem tu od urodzenia. Od tamtej pory wielu ludzi… zmarło. Mój wuj wyszedł na powierzchnię, więc teraz zostałem tu sam z dziadkiem.

Zanim dotarli do miejsca, w którym znajdował się ten „dziadek”, o którym mówił chłopak, An Zhe usłyszał ciężkie oddechy podobne do tych wydawanych przez zwierzęta na skraju śmierci.

Chwilę później zobaczył jamę wielkości około dziesięciu metrów kwadratowych, w której stało wąskie, metalowe łóżko. Leżał na nim staruszek z siwymi włosami. Gdy podeszli, An Zhe zauważył, że jego ciało przykrywały szaro-żółte koce. Policzki mężczyzny były zapadnięte, oczy zamglone i cały się trząsł, jakby znosił ogromny ból. Nie zareagował nawet kiedy podeszli do łóżka.

Jest chory – oznajmił chłopak, a następnie usiadł na łóżku, wziął rękę dziadka i głośno oznajmił: – Dziadku! Przyszli do nas ludzie z zewnątrz. Mówią, że są z bazy. Naprawdę istnieje jakaś baza!

Staruszek nie był zbyt przytomny i euforia słyszana w słowach wnuka nie zrobiła na nim żadnego wrażenia. Zmarszczył tylko brwi i odwrócił głowę, tak jakby chciał uciec przed hałasem.

Chodźmy gdzieś, gdzie jest wielu ludzi! – Chłopak zdawał się być przyzwyczajony do negatywnego nastawienia dziadka, a jego ton stawał się coraz bardziej podekscytowany. Wtedy wyschnięte usta starca się poruszyły, wymawiając kilka niewyraźnych sylab.

Co? – zapytał jego wnuk.

An Zhe także uważnie się wsłuchał. Wargi dziadka drgnęły, gdy ponownie powtórzył swoje słowa.

Czas… – Jego głos był zachrypnięty, a jego oddech był jak świszczący wiatr. – Nadchodzi… czas.

Chłopak zwrócił się w stronę Lu Fenga i An Zhe z przepraszającą miną.

Dziadek ciągle to powtarza. Myśli, że jest poważnie chory i umrze. – Następnie znowu skierował się do staruszka: – Udamy się do miejsca, w którym są ludzie. Na pewno są tam jakieś lekarstwa.

Dziadek po prostu odwrócił się do nich plecami, więc chłopak musiał odpuścić. Gdy wychodzili, mężczyzna wciąż mamrotał:

Czas nadchodzi.

An Zhe miał wrażenie, że skądś kojarzy to określenie, ale nie mógł sobie przypomnieć skąd.

Chłopak zabrał ich w głąb do większego kwadratowego pomieszczenia, w którym znajdowały się trzy rozwidlenia, rozciągając się jak żyły. Obdarte ściany pokrywał żółty papier, na którym znajdowała się mapa kopalni i ostrzeżenia. Na środku stał mały stoliczek i dwie stare sofy. Nadmierna wilgoć zniszczyła ich skórzane obicia.

Lu Feng kontynuował wypytywanie chłopaka.

Nazywał się Xi Bei. Powiedział, że gdy doszło do bezprecedensowej katastrofy, zawaliła się kopalnia. Jednak promieniowanie kosmiczne nie było w stanie przeniknąć w głąb ziemi, więc niektórym udało się przeżyć. Niejednokrotnie wybierali się do pobliskich ruin po potrzebne przedmioty i jedzenie, co narażało ich na pożarcie przez potwory. Był jedynym dzieckiem swojej matki. Początkowo mieszkali z dziesiątkami ludzi, lecz teraz został tylko on, dziadek i dwóch starszych mężczyzn.

Byłem pewny, że nie wszyscy umarli i na pewno wybudowali gdzieś nowe domy. Po prostu nie mieliśmy jak tego sprawdzić. Dziadek powiedział, że kiedy odkryli drugie wyjście z kopalni, to świat bardzo się zmienił i nie było już żadnych ludzi. Nie dało się złapać sygnału radiowego i wszędzie grasowały potwory. Mogliśmy tylko tu zostać, lecz byliśmy pewni, że na pewno nie jesteśmy jedyni. – Głos Xi Beia drżał z podniecenia, gdy z małej szafeczki wyjął startą, cienką książeczkę. – Dwa lata temu znaleźliśmy na zewnątrz samochód. Oprócz martwego człowieka w środku było to. Dzięki temu wiedziałem, że gdzieś muszą być ludzie. Czekałem na was. My… Moi towarzysze szukali was, modląc się o ratunek. – Chłopak spojrzał na Lu Fenga z nadzieją w oczach.

Baza przyjmuje was z otwartymi ramionami – powiedział cicho Lu Feng.

W międzyczasie An Zhe sięgnął po książeczkę. Żółta lampa naftowa oświetliła okładkę i tytuł Miesięcznik Bazy stał się czytelny. Te dwa słowa rozbudziły w nim fragmenty wspomnień – to materiał rozpowszechniany przez ludzi w bazie.

Został wyprodukowany w ludzkiej bazie i przekazany żołnierzom bądź najemnikom razem z powieściami erotycznymi czy schematami budowy broni. Wzięto go ze sobą do opancerzonego pojazdu, który opuszczał bezpieczne schronienie i zostawiono w dziczy na zawsze. Ci, którzy przeżyli w kopalni, zabrali go z wraka samochodu i zapamiętali, wiedząc, że reprezentował odległą ludzką stolicę.

Strona tytułowa pożółkła. Wydrukowano na niej następujące słowa: “Obyśmy mieli świetlaną przyszłość”. An Zhe przekręcił stronę, przeglądając spis treści. Jego dłoń nagle zadrżała, a oczy zatrzymały się na linijce, w której widniały dwa proste słowa.

Zimowy dzień.

Reszta linijki była wykropkowana aż do prawego brzegu kartki, gdzie znajdowały się dwa znaki reprezentujące autora.

An Ze.

Oddech An Zhe zamarł na chwilę, gdy w następnej chwili zobaczył następną pozycję spisu treści. Pewien dzień w 2059. Rok 2059 był odległym odłamkiem historii, więc tytuł idealnie oddawał sens tego artykułu oparte gona faktach.

Jego autorem był Poeta.

Te dwa imiona widniały jeden pod drugim na stronie.

Palce An Zhe dotknęły papieru. Kiedyś dotknął nimi porośniętego bluszczem ramienia An Ze, a w ciemnym pojeździe ścisnął je Poeta. Teraz muskał nazwiska tych dwóch osób, a ich sylwetki wyraźnie pojawiły się w umyśle chłopaka. Przekręcił stronę i oba tytuły znalazły się obok siebie. Zimowy dzień był krótkim wierszem o zimie i śniegu spadającym na stację zaopatrzenia. An Ze powiedział, że śnieg jest miękki jak śnieżnobiałe skrzydła gołębicy.

An Zhe wyraźnie słyszał każdy niuans jego głosu. Zdawał się słyszeć An Ze, który mu to wszystko opisywał. W tej chwili mężczyzna na nowo żył, a Poeta stał przed nim z uśmiechem, opowiadając mu historię bazy – takie były wszystkie zapiski pozostawione przez nich światu.

Wzrok An Zhe się zamglił. Od dawna nie myślał o tej dwójce, lecz ich postacie były w jego umyśle tak wyraźne, jakby widział ich zaledwie wczoraj. Poznał ich na nowo, tak jak chłopiec imieniem Xi Bei nagle spotkał osoby z ludzkiej bazy.

Pierwotnie było z nami jeszcze dwóch mężczyzn, ale poszli poszukać czegoś do jedzenia i nie ma ich od ponad doby. Myślę… – Xi Bei opuścił głowę. – Myślę, że mogą już nie wrócić.

Przepraszam, że się spóźniłem – powiedział Lu Feng.

Nie! – Xi Bei ostro potrząsnął głową i uśmiechnął się do pułkownika, ochryple mówiąc: – Na zewnątrz są potwory i na pewno wasza sytuacja też nie jest najlepsza. Już sam fakt, że tu jesteście… Naprawdę jestem wdzięczny. Na świecie są inni ludzie i mamy dom. To… dobrze.

Światło lampy naftowej odbijało się w jego oczach, podkreślając obecny w nich błysk ekscytacji. W połączeniu z subtelną miną na twarzy Xi Bei wyraźnie było widać jego niewinną, smutną radość.

An Zhe milcząco patrzył na chłopaka i wiedział, że nigdy nie pojmie tej emocji. Opuścił wzrok, znowu patrząc na pożółkłe strony magazynu, a głos i uśmiech An Ze na nowo pojawiły się przed jego oczami.

Jego wzrok był rozmazany. Zaledwie kilka godzin temu lekceważył wysiłki ludzkości. Myślał, że nie będzie miał nic przeciwko, jeśli Lu Feng stanie się gatunkiem heterogenicznym, lecz ta myśl wywoływała w nim teraz lekki niepokój.

Ludzie to ludzie – pomyślał. Wiedział, że w bazie nie ma żadnych lekarstw i zbliżał się koniec ludzkości. Jednak mimo tego i tak byli nieśmiertelni.

Tłumaczenie: Ashi

2 Comments

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

:błeee:  :płaku:  :WeiMądruś:  :zonk:  :NieNie: 
:AAAA:  :ależeco:  :blabla:  :ugh:  :cooo: 
:ekscytacja:  :facepalm:  :patriarcha:  :muahaha:  :złamaneserce: 
:szok:  :przestań:  :zachwyt:  :zachwyt2: