Little Mushroom

Rozdział 4713 min. lektury

Podziemna Baza Miejska

Na otwartej przestrzeni można było dostrzec górną połowę generatora sztucznego pola magnetycznego, wyglądającą jak magnetyczny grobowiec zatopiony w złotym piasku.

Lokalizacja tego miejsca była znakomita. Wysokie góry otaczające go ze wszystkich stron blokowały wiatry i uderzenia zimna. Pośrodku tej dziczy płynęła rzeka. Struktura geologiczna była stabilna i wystarczająco solidna, by wesprzeć budowę wspaniałego podziemnego miasta. Jego wielkość i liczba ludności były porównywalne do Głównego Miasta w złotych czasach.

Na początku, gdy cztery ludzkie bazy dopiero się rozwijały, przewidziano, że podziemny schron przetrwa najdłużej, gdyby nadszedł kres ludzkiego oporu.

Teraz ziemia skąpana była krwią – krwią potworów, ludzi i gatunków heterogenicznych, a także ozdobiona rozczłonkowanymi ciałami i pozostałościami broni ciężkiej.

Czarny myśliwiec przemknął szybko, zrzucając kilka wielkich bomb. Dźwięki eksplozji i wycia potworów były ogłuszające, lecz wkrótce ucichły pośród wznoszących się kłębów dymu.

Myśliwiec wzniósł się wysoko, po czym znieruchomiał.

Potwory naziemne zostały wyeliminowane – powiedział Lu Feng do trzymanej w dłoni krótkofalówki.

Obok niego stał Hubbard, legendarny przywódca najemników z Miasta Zewnętrznego. Spojrzał na wejście do tunelu, mówiąc:

Ciężko będzie pozbyć się ich w środku.

Pułkownik także spojrzał w tamtą stronę, lecz nic nie powiedział, milcząco przyznając towarzyszowi rację. W ciągu ostatnich kilku dni współdowodził operacjami powietrznymi z najemnikiem, potrafiąc dojść z nim do porozumienia bez słów. W końcu obaj byli w stanie skutecznie eksplorować Otchłań, więc nikt nie znał lepiej od nich przyzwyczajeń i śmiercionośności tych istot.

Podziemna Baza Miejska była łatwa do obrony i ciężka do ataku. To bezpieczna i silna forteca, mająca naturalną ochronę przed promieniowaniem. Jednak jej struktura oznaczała również zagładę, ponieważ gdy tylko jakiś gatunek heterogeniczny dostanie się do środka, zapanuje ogromny chaos.

Właśnie do tego doszło.

Najbardziej brakuje im żołnierzy. Mieli marną liczbę urodzeń i za mało ludzi nadających się do wojska. Są w stanie tylko zwiększyć zużycie broni, z czym wyraźnie przesadzili. Teraz nie mają jak skutecznie się obronić. – Hubbard zmrużył oczy. – Mamy ze sobą wystarczająco dużo ekwipunku i jesteśmy na czas. Wciąż jest szansa na wygraną.

W tej chwili z komunikatora rozległ się drżący głos:

Podziemna Baza Miejska dziękuje za wasze hojne wsparcie. Jednak ze względu na panujące zasady humanitarne zmuszeni jesteśmy poinformować naszych towarzyszy z Bazy Północnej, że wewnątrz zaobserwowaliśmy niezliczone infekcje bezkontaktowe. Warunki są nieprzewidywalne, a do zakażenia może dojść w każdej chwili…

Przyjęliśmy – przerwał mężczyźnie Lu Feng. – Przygotujcie się na wsparcie naziemne.

Hubbard zmarszczył brwi.

Myśliwce tymczasowo zejdą niżej, a ja zabiorę ludzi na ziemię.

Ja pójdę – odparł Hubbard. – W środku jest o wiele bardziej niebezpiecznie, niż nam się wydaje, a ty nie będziesz mógł zawrócić.

Nie masz wobec nas żadnych zobowiązań.

Nie mam nikogo bliskiego.

Ja też nie. – Ton Lu Fenga był lekki.

Naprawdę? – Hubbard się uśmiechnął.

Lu Feng napotkał jego spojrzenie, lecz w jego chłodnych, zielonych oczach nie widać było żadnych emocji. Jednak tym razem się nie odezwał.

Czasami długo patrzysz przez okno – powiedział Hubbard.

Zostawiłem mężczyznę w bazie. – Lu Feng oparł się o szybę. – Nosi ze sobą łuskę z naboju, którym kogoś zabiłem.

Kogo zabiłeś?

Pułkownik nie odpowiedział.

Więc to z tobą miał romans – rozważał Hubbard, tak jakby coś sobie przypomniał. – Spotkałem chłopaka, który miał twoją łuskę. Zapytał, czy wiem, skąd pochodzi.

Lu Feng się uśmiechnął.

Wasza znajomość musi być bardzo skomplikowana.

Może. Wszystkie moje znajomości są skomplikowane. – Sędzia podszedł bliżej i chłodno rozkazał pilotowi: – Przygotuj się do lądowania.

Tym razem Hubbard go nie powstrzymał. Zamiast tego spoglądał na niego zamyślony.

Myśliwce wylądowały na tle krwistoczerwonego zachodu słońca na zachodnim niebie. Właz się otworzył i Lu Feng zszedł z PL1109 do podziemnego, wypełnionego krwią miasta.

***

Baza Północna

An Zhe już miał przyłożyć identyfikator do czytnika, gdy usłyszał za sobą kroki. Odwrócił się, zauważając patrolującego żołnierza z towarzyszącym mu znajomym sędzią, który od razu go zauważył.

Co tutaj robisz? – zapytał.

Zostałem poproszony, by przynieść coś stąd doktorowi Ji – odparł An Zhe.

Wciąż prowadzi swoje badania?

Chłopak mruknął, nic więcej nie mówiąc, a sędzia dłużej go nie wypytywał, mówiąc tylko:

Nie siedź tu długo. Wojsko ma dzisiaj coś do załatwienia.

Dziękuję.

Odeszli. An Zhe wziął głęboki oddech i przyłożył kartę do czytnika. Na szczęście system dostępów nie został jeszcze wyłączony, więc zamek nie sprawił żadnego problemu.

Chłopak otworzył drzwi, które zaskrzypiały i zamknął je od razu za sobą. W półmroku widać było tylko ciemne zarysy wielkich przyrządów. Na środku pokoju stał szklany pojemnik. Oświetlał je promień przyćmionego światła wydobywającego się z podstawki, z której także co chwila wydobywały się bąbelki i unosiły ku górze.

An Zhe wstrzymał oddech. Był przygotowany na najgorsze, zanim otworzył drzwi. Mógł zostać złapany, a jego zarodnik przeniesiony albo w laboratorium ktoś byłby obecny… W tej chwili jego serce całkiem zamarło.

Następnie jego spojrzenie przeniosło się na bladozieloną pożywkę wypełniającą zbiornik, natychmiast zauważając biały obiekt dryfujący samotnie pośrodku. An Zhe zadrżał, kąciki jego ust wygięły się mimowolnie w górę, a serce zaczęło bić szybciej. Chciał jak najszybciej podbiec bliżej, lecz nie mógł się ruszyć od natłoku emocji.

Ta mała, biała rzecz unosiła się w podświetlonym płynie, jakby wędrowała po głębokim oceanie. An Zhe wpatrywał się w nią bez mrugania. W tej samej chwili zauważył, że spokojny zarodnik nagle wyciągnął swoją grzybnię, choć może jednak lepiej było to nazwać wybuchem. Następnie popłynął szybko, zatrzymując się przy szklanej ścianie, tak jakby w nią uderzył.

Chłopak podszedł bliżej, opierając się dłońmi i całym ciałem o pojemnik. Jego zarodnik także to robił po drugiej stronie, przywierając do szkła grzybnią. Wyraźnie chciał się do niego zbliżyć.

An Zhe nie mógł powstrzymać uśmiechu. Gdy był z Lu Fengiem, to zarodnik zdawał się go nie zauważać, ale teraz go rozpoznał. Powstrzymywał się przed mruganiem, obserwując, jak wyciąga w jego kierunku delikatną grzybnię. Z powodu szklanej bariery mógł tylko mocniej do niej przylgnąć, zamieniając się w mały, biały naleśnik. Każda jego część okazywała, jak bardzo chce się do niego zbliżyć.

An Zhe opierał się o szybę, napawając się dawno utraconym komfortem, lecz jednocześnie będąc rozdzielonym przez trudną do zbicia membranę.

Musiał wydostać zarodnik z pojemnika. Siłą się od niego oderwał i podszedł do konsoli, za pomocą której obsługiwało się tutejsze urządzenia. Zgodnie z ogólnymi zasadami ludzkiej maszynerii spróbował przycisnąć największy guzik. Ekran rozbłysnął, a obok slotu na karty zapaliła się na czerwono dioda. Przeciągnął ID Lu Fenga, a światełko zmieniło kolor na zielony. Miał tak wysoki poziom autoryzacji, że prawdopodobnie posiadał wszędzie dostęp.

An Zhe zgłupiał, mając przed sobą morze identycznych przycisków oznaczonych skomplikowanymi symbolami. Jak otworzyć pojemnik?

Poruszył niezdecydowanie palcami nad konsolą, po czym w końcu przycisnął środkowy guzik. Trzy sekundy później pożywka zadrżała, a zarodnik został porwany z prądem. Obserwując, jak ta mała, biała rzecz bezradnie wiruje wokół, An Zhe poczuł zawroty głowy i nerwowo wybrał kolejny przycisk.

W następnej chwili na szczycie włączył się czerwony laser. Nawet stojący obok chłopak czuł wydzielany przez niego żar. Grzybnia lekko się wybrzuszyła, po czym opadła bezsilnie, tak jakby w następnej chwili miała wyschnąć na wiór.

An Zhe przypuszczał, że milcząco krzyczy. Zmarszczył w smutku brwi. Czy to takim torturom jego zarodnik był poddawany codziennie w ludzkim laboratorium? Nie miał jednak czasu się zastanawiać, szybko wciskając kolejny przycisk. Laser zaczął pulsować, a zarodnik poruszał się bezradnie.

Kolejny guzik został wybrany. Tym razem czerwone światło zgasło, przez co odetchnął z ulgą, lecz w pomieszczeniu szybko rozległo się buczenie, a niebieskie iskry pojawiły się w pożywce. Powierzchnia wody zaczęła delikatnie drżeć, a zarodnik dygotał jak szalony.

!

Płyn był teraz pod napięciem.

Spanikowany zaczął przyciskać guzik za guzikiem, aż w końcu usłyszał trzask, a zielona pożywka została odessana z pojemnika. Następnie wybrał przycisk obok, otwierając nim pokrywę.

Pojemnik był zbyt wysoki, więc chłopak przysunął sobie krzesło, szybko się na nie wspinając. Dzięki temu był w stanie dosięgnąć szczyt zbiornika, lecz zarodnik nie mógł podpłynąć w górę, ponieważ nie było w środku już ani kropli płynu.

An Zhe zauważył, że próbował przyczepić się do szklanej ścianki i powoli po niej wspiąć. Po chwili osunął się z powrotem na dno, zatrzymał na chwilę i spróbował ponownie. To maleństwo jeszcze nie dojrzało i nie odziedziczyło jego zdolności do poruszania się. Chłopak wyciągnął ramię, zamieniając dłoń w nitki białej grzybni, która zsunęła się na dół i dotknęła zarodnik.

W tej chwili poczuł, jakby jego ciało przeszył prąd i się odrodził. Odzyskał część siebie, wywołując dziwne fluktuacje otoczenia.

Ostrożnie wydobył cały zarodnik. Jego grzybnia zgrabnie połączyła się z białymi wiciami.

An Zhe uśmiechnął się, starannie wcielając go w siebie. Tkanka zarodnika w całości zintegrowała się z jego ciałem, wywołując euforię. W końcu powrócił do miejsca, w którym powinien zostać wyhodowany. Ludzka pożywka była bezużyteczna. Jedynie składniki odżywcze z ciała An Zhe mogły pomóc mu dojrzeć.

Tym razem nie było nikogo złego, kto by mu go zabrał, choć chłopak wciąż nie wiedział, dlaczego zarodnik z chęcią zbliżał się do tego mężczyzny. Właściwie to bardzo dobrze, że nie wszedł w interakcję z An Zhe, gdy ostatnio byli w laboratorium. Gdyby okazał ochotę podpłynięcia do niego, naukowcy natychmiast by się nim zainteresowali i zwątpili w jego tożsamość. Dlatego chłopak zdecydował, że jego zarodnik był wyjątkowo mądry i sprytny.

Dzięki jego powrotowi pusta przestrzeń w ciele An Zhe w końcu została wypełniona. Cała niepewność zniknęła. Było to uczucie nie do opisania, tak jakby zyskał nowe życie. Chłopak podszedł do okna i przycisnął guzik unoszący żelazną płytę.

Światło dostało się do środka, chwilowo go oślepiając. Na zewnątrz widać było tylko wiatr i piach. W świetle złotego poranka krwistoczerwone słońce mocno świeciło.

An Zhe powoli obrócił głowę, spoglądając na srebrno-białe laboratorium, w którym sprzęty stały jeden obok drugiego. Przewody były czyste, a próbówki równo ułożone na półkach w szafce. Na podstawie tego widoku mógł łatwo sobie wyobrazić, jak wyglądała reszta budynku.

To ludzka baza. Jej przeszłość, teraźniejszość i przyszłość nie miała z nim nic wspólnego.

Jego dłonie zacisnęły się na skraju parapetu, a knykcie zbielały, gdy otworzył przejrzyste, trzywarstwowe szklane okno.

Było otwarte tylko na szerokość kciuka, gdy gorący wiatr z drobinkami żwiru musnął jego palce. Silne podmuchy pełne były promieniowania z kosmosu. Ta ogromna fala zawierała nieskończenie wiele drobnych drgań i wydawało mu się, że słyszał w nich zew Otchłani.

Mógł pójść, opuścić to miejsce i wrócić do Otchłani. Życie tam było równie brutalnie i nie wiedział, czy przeżyje, lecz odzyskał swój zarodnik. Niczego się nie bał.

…Niczego się nie bał.

Delikatnie przycisnął lewą dłoń do brzucha, a czoło do szyby i zamknął oczy. Jego całe ciało nagle lekko zadrżało.

Prawą ręką ścisnął uchwyt okna i pociągnął w przeciwną stronę. Rozległo się ciche kliknięcie, a szyba się zamknęła. Żelazna zasłona natychmiast zasłoniła świat zewnętrzny. Wziął kilka głębokich wdechów, oparł się o metalową powierzchnię i zacisnął palce, tak jakby podjął właśnie trudną decyzję.

Gdy promieniowanie na nowo zostało odizolowane, uczucie mrowienia w jego ciele stopniowo zanikło. Czuł się jak tamtej nocy, gdy Lu Feng go objął, zasłaniając An Zhe własnym ciałem i odsunął od źródła promieniowania. Właściwie pułkownik zrobiłby to dla każdego, jednak ten moment zapadł mu głęboko w pamięci, tak jak każde odejście Lu Fenga.

Chłopak wyszedł z laboratorium, gdy dwóch żołnierzy przechodziło korytarzem. Poprzedni patrol już dawno odszedł, zamieniając się z kolejną grupą. An Zhe spotkał ich spojrzenia i uśmiechnął się w wyrazie powitania, po czym zwrócił się w stronę schodów.

Na zacienionej klatce schodowej słyszał tylko własne bicie serca. Uderzało raz za razem, szybciej niż zwykle. Ludzkie serca biły szybciej, gdy ich właściciele się czegoś bali, ale on nie wiedział, co w nim tę obawę wywoływało.

Nie uda mu się zbyt długo tego ukrywać. Gdy tylko na nowo zapanuje porządek, a badania zostaną wznowione, to natychmiast odkryją, że w ludzkim laboratorium zginęło coś ważnego. Musiał odejść. Im szybciej, tym lepiej.

Mimo wszystko nie mógł powstrzymać się przed wyjęciem czegoś z kieszeni koszuli. Była to odznaka, którą Lu Feng odczepił ze swojego munduru. Trzymał ją przez chwilę, obiecując sobie, że poczeka, aż zorza znowu rozświetli niebo i usłyszy wieści o powrocie myśliwców PL1109. Wtedy odejdzie.

W tym mieście nie było nic dobrego. No może z wyjątkiem kartoflanki.

Gdyby… gdyby jego zarodnik tak bardzo nie zbliżył się do Lu Fenga, to odszedłby bez zastanowienia.

Tłumaczenie: Ashi

One Comment

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

:błeee:  :płaku:  :WeiMądruś:  :zonk:  :NieNie: 
:AAAA:  :ależeco:  :blabla:  :ugh:  :cooo: 
:ekscytacja:  :facepalm:  :patriarcha:  :muahaha:  :złamaneserce: 
:szok:  :przestań:  :zachwyt:  :zachwyt2: