Little Mushroom

Rozdział 1711 min. lektury

Kurwa! – krzyknął Jin Sen. – Pode mną!

Miał rację. W następnej sekundzie An Zhe poczuł, jak ziemia trzęsie się pod jego stopami. To uczucie było bardzo realistyczne, tak jakby młot walił o podłogę. Na drugim końcu korytarza rozległ się głośny huk. Żelazne drzwi trzasnęły, a więźniowie krzyknęli ze strachu.

Tu też są. Podziemne istoty, może gryzonie? Żyją w stadach, a Baza Północna… – Poeta nie dokończył, zamiast tego zmieniając myśl. – Nie, gryzonie nie mają tyle siły. Pod ziemią…

Dźwięk kroków obwieścił nadejście ubranych na czarno żołnierzy. Rozbłysnęły latarki, a z megafonów rozległy się komunikaty:

Proszę nie panikować. Stacja obronna ma podwaliny wzmacniane cementem i specjalnymi żelaznymi płytami. Próbujemy odkryć, co się dzieje. Nie panikujcie.

Gdyby się nie przekrzykiwali i nie otwierali szybko drzwi, by wypuścić więźniów, to może ktoś by uwierzył ich słowom. Jednocześnie z zewnątrz dało się słyszeć ostre wycie przerywanego alarmu.

To syreny ewakuacyjne. – Jin Sen mocno uderzył pięścią w drzwi. – Bracie! Wypuść mnie!

Żołnierz w pośpiechu otworzył trzy pary drzwi po drugiej stronie i podszedł do nich. Mężczyzna szybko znalazł klucz do celi szefa Shaw i ją otworzył, rozkazując uciekającemu staruszkowi:

Na prawo, a potem w górę do wyjścia!

Szef Shaw potknął się, po czym posłuchał rozkazu. Pył opadł z sufitu. Żołnierz otarł twarz, po czym stanął przed celą Poety.

W tej chwili Jin Sen krzyknął:

Odsiaduje dożywocie! Jest niebezpieczny! Uwolnij mnie pierwszego, jestem dobrym obywatelem!

Mężczyzna się zawahał. Ziemia trzęsła się coraz mocniej, więc zdecydował się wypuścić najpierw Jin Sena. Chłopak chwycił mocno za drzwi, a jego głos drżał.

Bracie, pośpiesz się.

An Zhe zauważył, że żołnierz kilka razy próbował włożyć klucz do dziurki, gdyż jego ręka mocno się trzęsła.

Jesteś moim bratem…

Głos Jin Sena nagle się urwał. Podłoga zaskrzypiała i całe ciało chłopaka zostało uniesione, gdy ogromny, czarny obiekt wychynął spod popękanej ziemi i piachu.

Rozległ się głuchy dźwięk, gdy Jin Sen został przyszpilony przez potwora do sufitu. Gałki prawie wypadły mu z oczodołów, zamierając w permanentnym wytrzeszczu. Coś ostrego wbiło się w jego brzuch, a krew pomieszana z tkanką zaczęły skapywać na ziemię.

Ktoś krzyknął przeraźliwe, a źrenice An Zhe się rozszerzyły. Powoli odwrócił głowę. Żołnierz, który otworzył drzwi, został przez nie zgnieciony, a ostre pręty przebiły mu udo i pierś. Leżał na ziemi, trzymając się za nogę, a jego ciało drgało w konwulsjach. Nagle z jego płuc wyrwał się ostry kaszel, a razem z nim kałuża krwi. Jego płuca prawdopodobnie zostały przebite.

Rozległ się kolejny huk, a czarna istota opadła ciężko na ziemię, szybko wskakując z powrotem do utworzonej dziury. Jin Sen spadł na dół, znikając im z oczu.

Uciekajcie…! – Z oddali dało się słyszeć krzyki żołnierzy.

W następnej chwili podłoga się roztrzaskała i coś ryknęło. Żelazne drzwi upadły na ziemię, a sufit pękł. Dwa krzyki przerażenia ucichły tak szybko, jak się rozległy.

An Zhe usłyszał odgłos przeżuwania.

Najpierw słyszalne było mokre mlaśnięcie. Potem tępe tarcie, dźwięk zgniatanych razem członków, a na końcu trzaskanie kości. To wszystko dobiegało z drugiego końca korytarza i dziury znajdującej się naprzeciwko An Zhe.

Leżący przed nim żołnierz drgnął. Latarka wypadła mu z ręki i przeturlała się kilka razy, oświetlając jamę w podłodze.

W tej samej chwili przez szpary w drzwiach przecisnęła się grzybnia, chwytając leżący nieopodal pęk kluczy i powoli ciągnąc go w stronę celi. Metal skrzypiał od ciągłego tarcia o podłogę. Żołnierz spojrzał z przerażeniem w jego stronę, ale nic nie był w stanie zrobić. An Zhe także się nim nie przejmował, gdyż mężczyzna był już na skraju śmierci.

W której jestem celi? – zapytał chłopak.

W 17. Nic ci nie jest? – głos Poety drżał.

Nie – odparł An Zhe. Ustalił, że jego towarzysz znajduje się w celi tuż obok, więc nie mógł zobaczyć, jak bierze klucze.

An Zhe szybko chwycił pęk, znalazł klucz numer 17 i go odczepił. Chrupiący dźwięk przyspieszył.

Chwycił za pomocą grzybni klucz i ponownie wysunął ją za drzwi. Jej fragment przyczepił się do żelaza, by znaleźć położenie dziurki. Zaczął wsuwać klucz, jednak grzybnia była delikatna i nie miała wiele siły. Zebrało się jej coraz więcej, aż w końcu mu się udało. Drzwi otworzyły się z kliknięciem.

Wziął resztę kluczy i poszedł do celi obok. Jego ręce się trzęsły, kiedy przekręcał klucz numer 18. Otwierając drzwi, zauważył, że dźwięk żucia całkiem ucichł.

Mój boże… – Z celi chwiejnie wyszedł młodzieniec. An Zhe nawet nie miał czasu mu się przyjrzeć. Złapał go za rękę i pociągnął nad ciałem żołnierza. Pobiegli w stronę jedynego bezpiecznego korytarza. Podłoga wciąż się trzęsła, wskazując, że pod ziemią znajdowało się więcej potworów.

Światło awaryjne zamigotało i zgasło. Dalszą część przejścia spowił mrok. An Zhe słyszał, jak Poeta z trudem łapie powietrze, mówiąc:

Nie patrz w tył.

Jednak chłopak nie mógł się powstrzymać.

Robak.

Czarny robak szeroki na pół korytarza.

Jego ciało przypominało węża, ale było podzielone na wyraźne segmenty. Wychodził właśnie z ogromnej dziury w podłodze, kierując łeb w stronę An Zhe i Poety. Właściwie nie można było tego nazwać głową. Nie miało żadnej struktury poza paszczą gęsto wypełnioną zębiskami.

Za nim pojawił się kolejny. Potarły się pyskami, jednocześnie spoglądając w ich stronę, po czym ruszyły. Wcale nie były powolne. Znajdowały się zaledwie kilkanaście metrów od An Zhe i Poety. Chłopak czuł ich zapach.

Wiejemy! – krzyknął Poeta, zaciskając zęby.

Ziemia się zatrzęsła, a An Zhe z impetem uderzył o ścianę. Ostry ból rozszedł się po jego lewym ramieniu, jakby oberwał metalową rurą. Poeta pociągnął go za sobą, uciekając ślepo przez ciemny korytarz. Wszystko mogło się zdarzyć w tym mroku. Może trzeci robak wyskoczyłby spod ziemi, albo wpadliby na ścianę.

…An Zhe naprawdę na coś wpadł.

Metal obił się boleśnie o jego głowę. W następnej chwili coś owinęło się wokół talii chłopaka, próbując utrzymać go na nogach.

Ta ściana miała ręce.

Czy został jeszcze ktoś żywy? – Głos Lu Fenga rozbrzmiał bardzo blisko i wypowiadał słowa szybciej niż zwykle.

Nie – odparł An Zhe, a jego serce prawie się zatrzymało.

Wszyscy byli martwi.

Przygotujcie bombę uranową o najwyższej mocy.

Mężczyzna ledwo skończył mówić, kiedy oślepiające światło pomknęło w głąb korytarza. Zanim An Zhe mógł zareagować, Lu Feng pchnął go na ziemię i zakrył własnym ciałem.

W następnej chwili rozległ się huk eksplozji, a korytarz rozświetlił biały rozbłysk. Postać pułkownika była niewyraźnym cieniem. Chłopak zamknął oczy, prawą dłonią mocno ściskając rękaw Lu Fenga. Dyszał przez chwilę, mogąc wreszcie odsapnąć po szalonej ucieczce.

Ziemia wciąż się trzęsła. Trzy sekundy później został podniesiony z ziemi przez Lu Fenga, znajdując się w towarzystwie innych. Zapaliły się światła.

Idziemy – rozkazał pułkownik.

An Zhe wspiął się za pozostałymi po schodach. Nie miał wiele siły, ale dłoń Lu Fenga zdawała się mieć specjalne moce. Gdy nie nadążał, ciągnęła go i popychała do przodu. Nie wiedział, jak długo szli, kiedy zimne powietrze w końcu wypełniło jego płuca. Wziął głęboki oddech, prawie opierając się o Lu Fenga.

Już w porządku – powiedział mu obojętnym tonem pułkownik.

Uczniu! Uczniu! – Podbiegł do nich mężczyzna, odciągając go od Lu Fenga. To był szef Shaw. An Zhe w końcu poczuł się lepiej, a jego wzrok się wyostrzył.

Poeta…

Tu jestem. – Głos rozległ się zza pleców An Zhe. Chłopak odwrócił się, widząc młodego i przystojnego młodzieńca opierającego się o ścianę. Oddychał ciężko po ich ostatnim wysiłku. Gdy tylko się pozbierał, to dodał: – Jesteś niezły w uciekaniu z więzienia.

Zanim An Zhe mógł to skomentować, przerwał im głos Lu Fenga:

Spóźniłeś się, dyrektorze Howard.

Naprzeciwko nich stał rząd żołnierzy z wysokim mężczyzną w mundurze straży miejskiej na czele. Jego włosy były siwe, a twarz ozdobiona majestatycznym, zakrzywionym nosem. Pagony na mundurze wskazywały na ten sam stopień wojskowy co Lu Fenga. Najwyraźniej był pułkownikiem odpowiedzialnym za obronę miasta.

Byłem gotowy do zmasowanego bombardowania, więc miałem niezły problem, gdy wdarłeś się na teren poza twoją jurysdykcją, pułkowniku Lu – odparł zimnym i spokojnym tonem Howard.

Moi więźniowie wciąż byli w środku. – Głos Lu Feng także był chłodny. – To tutaj znajduje się rozpraszacz ultradźwiękowy, a ty masz odwagę zarządzać bombardowanie?

Sąd Procesowy nie musi się martwić wyposażeniem stacji obronnej miasta. Lepiej sprawdź, czy twoi więźniowie nie zostali skażeni.

Nie musisz się martwić o pracę Sądu Procesowego.

Howard wbił wzrok w An Zhe. Chłopak zerknął na niego i zdał sobie sprawę, że mężczyzna wpatruje się na jego lewe ramię. Krwawił z powodu rany odniesionej pod ziemią.

Lu Feng ścisnął go za ramię.

Zabiorę go ze sobą i będę obserwował przez wymagany okres.

Dzięki za twój wkład – powiedział Howard, po czym odwrócił się do swoich żołnierzy. – Przygotować się do bombardowania.

I tak An Zhe został zabrany przez Lu Fenga sprzed nosa szefa Shaw.

Biuro pułkownika znajdowało się w budynku pomocniczym stacji obronnej miasta. Pozbawione było jakichkolwiek dekoracji. Gdy tylko weszli, mężczyzna zamknął za nimi drzwi na klucz.

An Zhe uznał to za środek zapobiegawczy. Gdyby był skażony i zamienił się w potwora, to nie mógłby uciec na zewnątrz.

W następnej chwili Lu Feng podszedł do szarego biurka i z szuflady wyjął coś białego, rzucając to An Zhe. Chłopak złapał to odruchowo, uświadamiając sobie, że była to rolka bandaży. Pułkownik chciał, by opatrzył swoje rany.

Usiadł przy stole nieopodal okna i zaczął rozwijać gazę. Pomyślał, że choć Sędzia mógł dowolnie osądzać ludzi, to mógł być dobrą osobą.

Zranił się w lewe ramię. Była to drobna i niezbyt bolesna rana, ale i tak dość mocno krwawiła. An Zhe urwał około pół metra bandażu i prawą ręką próbował się opatrzyć. Nie udało mu się.

Owijanie się jedną ręką było trudne, a do tego nie dało się zawiązać końców. Ludzkie palce nie były tak giętkie jak grzybnia, szczególnie kiedy mógł używać tylko połowy z nich. Nie był także zbyt dobrze zaznajomiony z takim rodzajem kończyn. Jednak jednocześnie jako człowiek poczułby wstyd, gdyby się okazało, że nie potrafi nawet zabandażować ręki. Zmarszczył brwi, męcząc się z węzłem.

Poczuł na sobie spojrzenie. Lu Feng go obserwował.

Wiązał dalej. Problem w tym, że palce same mu się plątały na myśl o spojrzeniu Sędziego śledzącym każdy jego ruch. Po trzech minutach wysiłku nie tylko węzeł się rozsupłał, ale także trzęsła mu się ręka, a bandaż zsunął z ramienia. An Zhe był taki wściekły, kiedy to się stało, że aż zapragnął rozpostrzeć swoją grzybnię.

Z naprzeciwka usłyszał śmiech.

Właściwie to nie był śmiech, tylko krótkie parsknięcie, ale An Zhe wyraźnie je usłyszał.

Sędzia się z niego śmiał.

Tłumaczenie: Ashi

One Comment

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

:błeee:  :płaku:  :WeiMądruś:  :zonk:  :NieNie: 
:AAAA:  :ależeco:  :blabla:  :ugh:  :cooo: 
:ekscytacja:  :facepalm:  :patriarcha:  :muahaha:  :złamaneserce: 
:szok:  :przestań:  :zachwyt:  :zachwyt2: