Little Mushroom

Rozdział 77 min. lektury

Poczuł się lekko, jakby unosił się w powietrzu. Wpadające przez okno światło zamieniło się w szerokie morze, a leżące na stole papiery i zeszyty w jego oczach stały się ogromną przestrzenią wypełnioną bielą. An Zhe zamrugał. Nie czuł się źle, ale jego ruchy stały się wolne i przerywane. Nie mógł kontrolować własnego ciała. Miał wrażenie, jakby latał i zaraz miał spaść.

Wtedy… świat stopniowo pociemniał, aż w końcu stracił przytomność.

Obudziło go zimno. Kiedy się ocknął i otworzył oczy, odkrył, że nieprzerwana szarość znajdujących się za oknem budynków została skąpana w czerwono-złotym świetle zachodu. Był nieprzytomny przez przynajmniej siedem albo osiem godzin. Najwyraźniej jego trująca grzybnia miała działanie nasenne.

Temperatura w pokoju była o wiele niższa wieczorem, niż w ciągu dnia. An Zhe położył się na łóżku i owinął kołdrą, starając się ogrzać. Kiedy wywołane zimnem odrętwienie zniknęło, to znowu poczuł się głodny.

Wolał jako grzyb wchłaniać składniki odżywcze z ziemi, ale po drodze do mieszkania nie zauważył nawet skrawka wilgotnej ziemi. Mógł tylko posilić się jedzeniem. An Zhe zmarszczył brwi. Ludzie byli naprawdę kłopotliwymi istotami.

Na szczęście szczątkowe wspomnienia An Ze podpowiedziały mu, gdzie można zjeść. Baza podzielona była na osiem dzielnic. W dzielnicach Szóstej, Siódmej i Ósmej znajdowały się głównie bloki mieszkalne. Każdy był swoistą społecznością, a pierwsze piętro stanowiło wielka sala, w której oferowano wodę i jedzenie. Dzieci do 16 roku życia mogły korzystać za darmo, podczas gdy dorośli musieli płacić za pomocą tutejszej waluty, której jednostką była litera R.

W sali nie przebywało wiele osób, na oko było ich mniej więcej 50 na dwa okienka, w których wydawano jedzenie. Jedną z potraw było błotniste danie zrobione bulw jakiejś rośliny, a drugą zupa zrobiona z tego samego. An Zhe przeszukał wspomnienia, przypominając sobie, że tę bulwę nazywa się ziemniakiem.

Chłopak zapłacił kartą. Tłuczone ziemniaki kosztowały 0,5, a on miał na koncie 9,5. Koszt zupy wynosił zaś 0,3, i tak zostało mu na koncie tylko 9,2R.

An Zhe patrzył się na liczbę reprezentującą jego stan konta i zdał sobie sprawę, że za kilka dni będzie narażony na głodówkę. Czuł się jak grzyb zakorzeniony w suchej ziemi, na którego w każdej chwili mogła czekać śmierć.

To uczucie przybrało na sile, kiedy po posiłku wrócił na piąte piętro i wydał kolejne 0,1 w sali z wodą do pobrania. Natychmiast dodał odnalezienie źródła zarobku do swojej listy rzeczy, które musi zrobić. Zakręcił korek na metalowej butelce i już miał się odwrócić, kiedy zza swoich pleców usłyszał obcy głos.

An Ze?

Jego ton był głośny i drżący, kiedy odbijał się echem w wąskim korytarzu. An Zhe się odwrócił. Nieopodal stał wysoki i przystojny młodzieniec. W tej chwili gapił się na niego, a jego usta drżały. Ciężko było powiedzieć, czy jego mina była oznaką radości, czy zaskoczenia.

An Ze? – powtórzył. – Ty… Wróciłeś? Nie jesteś…

Znowu zamilkł, jakby nie wiedział, jak kontynuować, choć An Zhe wiedział, co miał zamiar powiedzieć. Znał go. Miał na imię Josey.

Josey był sąsiadem An Ze i przyjacielem, który z nim dorastał. Czasami się nim opiekował, choć częściej to An Ze mu pomagał. Szczątki tych wspomnień pojawiły się w myślach An Zhe.

Jednak jego zrozumienie Josey’a nie pochodziło wyłącznie ze wspomnień An Ze. Spotkał tę osobę jeszcze jako grzyb. Jego obserwacje i wspomnienia An Ze tworzyły prawdziwy obraz śmierci jego pierwszego ludzkiego przyjaciela.

An Ze utrzymywał się z pisania. Powieści, eseje, wiersze dla rozrywki innych. Co miesiąc przekazywał je bazie, która regularnie publikowała czasopismo. Jednak trzy miesiące temu zrezygnowali z tego, by oszczędzać coraz szybciej kończące się zasoby i siłę roboczą.

Wtedy–

Co czytasz, An Ze? – zapytał Josey.

Chcę się przygotować do testu rekrutacyjnego stacji zaopatrzenia bazy. – An Ze nakreślił okrąg w książce. – Myślę, że chciałbym tam pracować, a i płaca jest całkiem niezła.

Josey zmarszczył brwi.

Chcesz pozbyć się statusu cywila? – zapytał. – Test jest trudny.

To w porządku.

An Ze. – Ton Josey’a stał się ostry. – Wiesz, że zawsze chciałem pójść z tobą do dziczy.

An Ze się uśmiechnął, a gdy odpowiedział, to jego głos był bardzo lekki, jakby namawiał zbłąkanego przyjaciela do nawrócenia, choć w wypowiedź wdarło się także bezsilne westchnięcie.

Nie nadaję się do wyjścia na zewnątrz.

Ochronię cię – odparł miękko Josey, chwytając go za ramię. – Nie mogę bez ciebie żyć. Choć ze mną do dziczy, a nie pójdziemy w żadne niebezpieczne miejsce.

Wszystkie fragmenty wspomnień były podobne. W końcu w wyniku namowów Josey’a, An Ze obiecał, że wyruszy z nim po przygodę. Josey był członkiem dużej grupy najemników. Trochę nad nimi popracował, aż w końcu zgodzili się na przyjęcie nowego członka. An Ze był odpowiedzialny za rozdzielanie i liczenie materiałów.

Jednak w dziczy wszystko mogło się wydarzyć. Pewnego dnia drużyna się zgubiła i zawędrowała na skraj Otchłani. Kiedy odkryli, że tutejsze grzyby były dość niespotykane, było już za późno. Potwory z Otchłani nie odpuszczą żadnego kąska.

Dla ludzi nawet granice tego regionu były okropne. Trzy z pięciu opancerzonych pojazdów zostało uszkodzone. Znajdujący się w nich ludzie spanikowali i szybko zaczęli przesiadać się do sprawnych samochodów. Kiedy do nich biegli, An Ze pchnął Josey’a, by ochronić go przed atakiem skrzydlatego potwora, ale sam potknął się o wijące się na ziemi pnącza.

Josey zatrzymał się na sekundę, ale jego instynkt przetrwania wygrał. Zamiast pomóc przyjacielowi stanąć na nogi, wybrał ucieczkę. Popędził do przodu i został wciągnięty przez dowódcę do samochodu. An Ze mógł tylko się na nich patrzeć, a ostrogi kostne potwora przebiły jego pierś.

Najemnicy natychmiast użyli broni ciężkiej do walki z potworami, po czym się wycofali. Ich akcje były zbyt głośne, co obudziło An Zhe, który często wychodził, by rozejrzeć się za swoim zarodnikiem, ale za każdym razem wracał z pustymi rękoma. Tym razem zrobił wyjątek. Wykorzystał zamieszanie i cicho wciągnął An Ze głęboko do jaskini.

Dlatego An Zhe stojąc twarzą w twarz z Joseyem nie miał mu nic do powiedzenia. Ucieczka była pierwszym odruchem każdej istoty znajdującej się w obliczu śmierci. Mężczyzna nie zrobił nic złego, ale An Zhe i tak go nie lubił.

Jesteś… inny. – Grdyka Josey’a drgnęła. – Co z twoją raną? Uciekłeś z Otchłani?

An Zhe po prostu spokojnie na niego patrzył.

Nie, nie jesteś An Ze. Nie jesteś człowiekiem. – Josey zrobił ostry krok w tył, a jego twarz pobladła. – Jesteś czymś innym.

Przepraszam. – An Zhe go wyminął. – Przypadkiem zjadłem trującego grzyba i nie pamiętam, kim jesteś.

Tłumaczenie: Ashi

2 Comments

  1. YueDream

    Josey wciska kity An Ze, że nie może bez niego żyć, że go ochroni, chodźmy w dzicz, bedzie fajnie. A jak co do czego, ucieka gdzie pieprz rośnie. Patrząc po wyglądzie An Ze, po jego zachowaniu i reakcjach w skrawkach wspomnień, on naprawdę nie nadawał się do opuszczenia Bazy. Pytanie, czy Josey to faktycznie przyjaciel… Wcale się nie dziwię An Zhe, że go nie lubi, też bym za gościem nie przepadała. Ciekawe jednak, jak rozgryzł naszego grzybka. A może po prostu powrót śmiertelnie rannego chłopaka jest dla niego niemożliwy (co zresztą jest logiczne). Chociaż na miejscu An Zhe powiedziałabym mu, że jestem duchem i przybyłem go straszyć :zonk:

    Odpowiedz

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

:błeee:  :płaku:  :WeiMądruś:  :zonk:  :NieNie: 
:AAAA:  :ależeco:  :blabla:  :ugh:  :cooo: 
:ekscytacja:  :facepalm:  :patriarcha:  :muahaha:  :złamaneserce: 
:szok:  :przestań:  :zachwyt:  :zachwyt2: