Little Mushroom

Rozdział 6617 min. lektury

W końcu zobaczył twarz Lu Fenga. Nigdy wcześniej nie widział na niej takiego zmartwienia. Nie mógł jednak wydusić słowa. Przed oczami miał ciemność, a jego ciało było puste.

W jego wnętrzu coś delikatnie pękło.

Co za ból.

Odczucie się powtórzyło.

Próbował zrozumieć, co się stało. Wreszcie jego świadomość znalazła jasny punkt pośród pustki i zobaczył, co się dzieje. Cienka niteczka śnieżnobiałej grzybni rozciągnęła się tak, że stała się niemal przezroczysta i ekstremalnie wątła. Poczuł ostry ból, kiedy pękła.

Jego zarodnik.

Grzybnia w jego ciele była połączona z każdą strzępką spory. Teraz włókienka grzybni rozrywały się jedno po drugim. Nie on to spowodował, lecz aktywnie opuszczający go zarodnik – nie, to też nie tak.

Nadszedł czas dojrzałości i rozdzielał ich instynkt samozachowawczy.

An Zhe nie potrafił tego powstrzymać. Trudno powiedzieć, czy istniała głęboka relacja pomiędzy grzybem a jego zarodnikiem. Ich związek nie przypominał tego, co łączyło ludzkich rodziców i dzieci, ale i tak nie chciał, aby spora tak szybko go opuściła. Na zewnątrz było tak niebezpiecznie. Jeśli zarodnik odejdzie, to umrze, gdy tylko na coś natrafi – zwłaszcza na Lu Fenga.

Jednak utracił wszystkie zmysły i nie był w stanie nic powiedzieć. Mógł tylko przemawiać w duchu do spory.

Nie wychodź. Nie wychodź. To zbyt niebezpieczne.

Strach przed śmiercią osiągnął apogeum, gdy pozostały ostatnie trzy niteczki grzybni.

Nie wychodź – proszę.

Był zlany potem, gdy otworzył oczy. Zobaczył nad sobą sufit i powoli zamrugał. W następnym momencie jego duch się poruszył.

Zarodnik ciągle w nim był.

Nadal czuł jego obecność w swoim ciele i powstrzymujące go trzy ostatnie włókienka, jakby spora w ostatniej chwili postanowiła spełnić niemą prośbę. Nagle do jego uszu dobiegł głos doktora. Przez moment myślał, że z powrotem znalazł się w bazie, lecz zaraz zdał sobie sprawę, że dźwięk dochodził z komunikatora.

Po naprawieniu zniekształconego miedzianego drutu Lu Feng skontaktował się z bazą. W obecnych okolicznościach to mógł być błąd, lecz An Zhe czuł się zagubiony.

Mogę cię zapewnić, że to jest koniec ludzkości. – Pesymistyczny głos lekarza wydobywał się z głośnika. Młodzieniec się poruszył i odkrył, że leży w ramionach pułkownika, ubrany w jego płaszcz. Lu Feng zobaczył, że chłopak się obudził.

Sprawiał wrażenie, jakby chciał coś powiedzieć, ale An Zhe oczami dał mu znak, by skupił się na rozmowie. Słabo przycisnął czoło do piersi Sędziego.

To nie jest jakaś przewidywalna katastrofa. To jest masowe wymieranie. Mogę ci powiedzieć, że wszystkie żywe istoty, przedmioty nieożywione i prawa fizyki zostaną unicestwione.

Widziałem fuzję materii – odezwał się pułkownik.

To nie fuzja. Według naszej najnowszej definicji to zniekształcenie, które zachodzi powszechnie na poziomie mikro. Czy wiesz, że oglądany pod mikroskopem atom krzemu zmienił się w coś, czego nie znamy? To wcale nie jest zanieczyszczenie genetyczne. To zmiany na poziomie kwantowym. Nie możemy niczego zaobserwować. Zgodnie z zasadą nieoznaczoności nie potrafimy tego przezwyciężyć. Nie jesteśmy w stanie tego dokonać, wykorzystując zdobycze dziesięciu tysięcy lat nauki i postępu technologicznego. Możemy jedynie zaakceptować śmierć. Ja… ja… obecnie wiemy tylko tyle, że pole magnetyczne może ochronić planetę przed tą zmianą. Po tym, jak obie bazy zwiększyły siłę pola, zniekształcenia chwilowo ustały. Mimo to wiesz, że sytuacja zawsze się pogarsza. – Brzmiało to tak, jakby jego gadatliwość wynikała z podenerwowania. – W przeszłości tylko poważne obrażenia powodowały infekcje. Później również te lżejsze. Potem zakażenie następowało na skutek dotyku, aż w końcu przyszedł czas na infekcje bezkontaktowe. Myślałem, że to najgorsze, co może się zdarzyć. Efekt? Podstawowe struktury świata popadły w chaos i proces ten stopniowo się nasila. Świat staje się coraz bardziej niespójny. Teraz nasze pole magnetyczne może to czasowo zatrzymać. A co potem? Maksymalna siła naszego pola wynosi 9, a obecnie osiąga poziom 7. To już prawie koniec. Jutro, pojutrze, a najpóźniej za sześć miesięcy nasze sztuczne bieguny magnetyczne zostaną uszkodzone przez zniekształcenie. Baza chce, żebyś wrócił, ale w gruncie rzeczy, jeśli znalazłeś jakieś miejsce na spędzenie reszty życia, nie będę cię powstrzymywał – mówił doktor. – To już prawie koniec.

Wiem.

Jeśli nie znalazłeś An Zhe, nie szukaj go – dodał lekarz. – Pozwól mu odejść, pozwól sobie odejść, żyj dobrze i dobrze umrzyj. Umrzemy tak czy inaczej. Nawet gdybyś przyniósł próbkę z powrotem, nie będziemy potrafili jej zbadać. Nauka nie jest do tego zdolna, chociaż baza wciąż potrzebuje ostatniego promyka nadziei. – Mężczyzna zamilkł, po czym kontynuował: – Przepraszam, miałem chwilę słabości. Zaraziłem się pesymizmem bazy. Nie słuchaj mnie. Musisz przynieść tę próbkę z powrotem. Skoro jest obojętna wobec infekcji, może się okazać, że jest też odporna na zniekształcenie. To ostatni punkt zwrotny, ostatnia nadzieja. Albo umrzesz na zewnątrz, albo przyniesiesz ją z powrotem. Jednakże, wnioskując z tego, co zrobił An Zhe, zanim nagle zniknął, może się okazać istotą heterogeniczną o bardzo dziwnych umiejętnościach i formie. Musisz być ostrożny.

Samokrytyka lekarza i zawyżona ocena siły An Zhe sprawiły, że na ustach chłopaka pojawił się uśmiech, lecz jednocześnie zrozumiał, że baza wciąż uparcie liczy na odzyskanie jego zarodnika.

Odpocznij – odpowiedział Lu Feng. – Wysłałem współrzędne do Centrum Zjednoczonego Frontu.

Rozłączył się, po czym spojrzał na młodzieńca.

Wszystko dobrze?

Tak.

Co się przed chwilą stało?

Chłopak potrząsnął tylko głową.

Ty też nie wiesz?

Nie. Nie mogę ci powiedzieć.

Ujrzał nagle, że oczy pułkownika były tak zimne, że aż się wzdrygnął.

Cóż. – Lu Feng delikatnie pogładził jego włosy. Jego głos brzmiał lekko: – Więc nie możesz mi opowiedzieć o próbce.

An Zhe spuścił głowę. Nie miał nic do powiedzenia na temat zarodnika. Tak było wcześniej i tak było teraz.

Czas pokoju na świecie dobiegł końca. Jakby budząc się ze snu, obaj z Lu Fengiem powrócili do relacji sprzed kilku dni.

Sędzia i heterogeniczny, łowca i zbieg. On nie odda zarodnika, a pułkownik nie pozwoli mu odejść. Nie chciał patrzeć Lu Fengowi w oczy. Zmienił temat:

Czy sytuacja w bazie jest bardzo zła?

Tak.

Więc wracasz?

Wracam.

Ale doktor powiedział… że nie ma nadziei – szepnął. Natychmiast zdał sobie sprawę z głupoty tych słów. Nawet jeśli baza była o krok od zagłady, nie było możliwości, by Lu Feng nie wrócił.

Jestem człowiekiem bazy – oświadczył pułkownik po długiej chwili ciszy.

Usta młodzieńca zacisnęły się w wąską kreskę. Sędzia należał do bazy, dokładnie tak samo, jak on należał do Otchłani. Nie mogli żyć razem w pokoju. Lu Feng wysłał już współrzędne do Centrum Zjednoczonego Frontu, podczas gdy on odmówił podania lokalizacji zarodnika. Nietrudno było sobie wyobrazić, co się z nim dalej stanie.

Wpatrywał się w pułkownika. Z powodu kurtyny deszczu na zewnątrz światło było przyćmione. Nie widział wyraźnie Lu Fenga ani nie potrafił go zrozumieć.

Świat się zmieniał i stawał się coraz bardziej szalony. Nawet doktor powiedział, że to koniec ludzkości. O czym myślał Sędzia w ostatniej chwili przed zagładą rodzaju ludzkiego? An Zhe nie wiedział i tylko obserwował mężczyznę w ciszy.

Czasami czuję, że gdyby baza miała zniknąć za mojego życia… – rozległ się cichy głos Lu Fenga. – To wszystko, co zrobiłem wcześniej… – Zatrzymał się i nic już nie powiedział. Jego nastrój zmieniał się jak fala na wodzie, która zaraz ustała.

Może wydarzy się jakiś cud. – An Zhe mógł tylko łagodnie powiedzieć to zdanie. To była jedyna rzecz, którą potrafił wymyślić, aby pocieszyć mężczyznę.

Pułkownik spojrzał na niego.

Myślisz, że to możliwe?

Tak. To coś takiego, jak… świat jest taki ogromny, ale twój samolot rozbił się obok mnie. Gdyby nie to, byłbyś martwy.

Gdyby Lu Feng zginął, An Zhe nie byłby teraz bezpieczny w ludzkim mieście i wszystko potoczyłoby się inaczej.

Ujrzał jednak spojrzenie Sędziego. Młodzieniec spoczywał w jego ramionach, a mężczyzna patrzył na niego protekcjonalnie. W jego oczach był chłodny spokój pozbawiony odrobiny ciepła.

Czy wiesz, jak wielki jest świat?

An Zhe rozmyślał o tym. W jego ograniczonej pamięci nie podróżował zbyt dużo i nie wiedział wielu rzeczy. Był tylko biernym grzybem. Jednakże świat z pewnością był ogromny, więc samolot Lu Fenga spadający akurat przed nim musiał być cudem.

Dlatego powoli przytaknął. Chciał uszczęśliwić pułkownika, lecz teraz mężczyzna wyglądał wręcz przerażająco. Na widok jego miny chłopak aż skurczył się w sobie.

Nie wiesz. – Głos Sędziego był zimny. – To nie tak, że przypadkowo spadłem obok ciebie. To dlatego, że miałem cię znaleźć.

Nie. – An Zhe nie mógł znieść tego spojrzenia i chciał odejść, ale mężczyzna go zatrzymał. Wymamrotał ochrypłym głosem: – Tego dnia było wiele samolotów. Poleciałeś, aby zabić pszczoły. Przez… przez przypadek mnie spotkałeś i chciałeś mnie schwytać.

Już nie żyje – oznajmił chłodno Lu Feng.

Oczy chłopaka się rozszerzyły. Zadrżał.

Kto?

Ona…

Młodzieniec usłyszał pojedynczą sylabę. Nie był pewien, czy słowo to brzmiało: „on”, „ona”, czy „ono”, ale była tylko jedna możliwość.

Pani Lu. Osobiście zabił panią Lu.

An Zhe stracił oddech i jego klatka piersiowa poruszyła się w górę i w dół kilka razy.

Pułkownik spojrzał na niego, sięgając ręką do szyi chłopaka. Palce środkowy i wskazujący zbliżyły się do siebie, wywierając nacisk na delikatną i ciepłą tętnicę szyjną. W jego głosie nie było śladu emocjonalnego wahania.

Moim ostatnim zadaniem jest zabicie ciebie. Nie słyszałeś rozkazu z komunikatora?

An Zhe słyszał.

Jego ściśnięta szyja zaczęła trochę boleć i wyciągnął rękę, by chwycić nadgarstek Lu Fenga, ale nie mógł odepchnąć mężczyzny. Wydusił przez obolałe gardło:

Ale świat… świat jest taki wielki. Nie mogłeś wiedzieć, gdzie się znajduję.

Pułkownik wpatrywał się w młodzieńca.

An Zhe, trzymany przez niego w ramionach, był taki drobny. Doktor powiedział, że chłopak musiał być niewiarygodnie silny, skoro zdołał uciec z bazy w jednej chwili, ale Lu Feng go znał. Był tak kruchy i delikatny, że wydawało się, iż każdy był w stanie go zranić, czy to fizycznie, czy psychicznie.

Nie usłyszał dokładnie jego słów. Widział tylko, że oczy An Zhe poczerwieniały, gdy desperacko usiłował udowodnić, że to był przypadek. Wydawało się, że sam się oszukiwał, próbując uwierzyć w tę wymówkę.

Lu Feng sięgnął po coś do kieszeni munduru. Była to wąska szklana buteleczka długości kciuka, wypełniona bladozielonym płynem i opatrzona pośrodku etykietą. Na etykiecie wydrukowano kod kreskowy i serię cyfr.

Młodzieniec spojrzał na nią zaciekawiony.

Co to jest? – zapytał.

Odczynnik śledzący.

An Zhe słyszał tę nazwę. Pamiętał, jak Lily kiedyś powiedziała, że została trafiona odczynnikiem śledzącym. Ludzkie nazwy zawsze były proste. W chwili, gdy ją usłyszał, znał zastosowanie.

Latarnia odkryła, że naświetlając roztwór podstawowy odczynnika falą o specjalnej amplitudzie, można mu nadać charakterystyczną częstotliwość. Po naświetleniu lokalizator jest dzielony na dwie części. Jedną wstrzykuje się w ciało śledzonego obiektu, a drugą przechowuje. Zachowany roztwór poddany analizie może wskazać kierunek, w którym należy szukać obiektu o tej samej częstotliwości, bez względu na odległość.

An Zhe zacisnął palce na trzymanej w dłoni zimniej butelce.

Oznaczyłeś mnie lokalizatorem? – Jego głos lekko drżał. – Kiedy to zrobiłeś? Ja… nie miałem pojęcia. – Kiedy mówił, przez głowę przebiegła mu pewna myśl. Ściszył ton. Jego gardło było tak obolałe, że niemal stracił głos: – Od jak dawna podejrzewałeś, że jestem heterogeniczny?

Spełniałeś wszystkie kryteria sądu, więc cię nie zabiłem. – Głos Lu Fenga był jeszcze zimniejszy, kiedy rozwarł palce chłopaka, wyjął z nich butelkę z roztworem i umieścił ją z powrotem w swojej kieszeni. – Jednak ponoszę odpowiedzialność za bezpieczeństwo bazy.

Młodzieniec wpatrywał się w niego, a łzy spływały z kącików jego oczu. Myślał, że mężczyzna je obetrze, ale tak się nie stało. Mokre ślady ostygły na jego policzkach. Lu Feng powiedział bardzo niewiele, lecz to wystarczyło, żeby obnażyć jego osobowość. Bezlitośnie zamordował panią Lu, królową pszczół.

Od pierwszego dnia wiedział, jakim człowiekiem jest pułkownik. Być może życzliwość, jaką okazywał mu przez ostatnie kilka dni, była tylko ulotną iluzją.

Po ponownym nawiązaniu kontaktu z bazą, skąd się u niego wzięła taka pewność siebie, by myśleć, że Lu Feng traktuje go w specjalny sposób, że pozwoli mu odejść?

Mężczyzna patrzył, jak rzęsy chłopaka stopniowo opadają, a on sam w końcu opadł na jego pierś, zamykając oczy. Łzy heterogenicznej istotki również skryły się pod powiekami. Wygląda, jakby te szczere wyznania złamały mu serce, pomyślał Lu Feng.

Dokładnie tak jak wszystkim, których zabił.

An Zhe ponownie otworzył oczy i spojrzał w górę. Jego głos był tak słaby, że pułkownik musiał nachylić się bliżej niego, by go usłyszeć.

Kiedy pani Lu zmieniła się w królową pszczół, całkowicie straciła rozum. Wcześniej powiedziała mi… że nie nienawidzi bazy, po prostu chciała doświadczyć nowej formy życia. Ona nie czuje do ciebie nienawiści.

Zapadła martwa cisza. Lu Feng milczał. Czas upływał i kiedy młodzieniec miał już dotknąć policzka mężczyzny, by się upewnić, że żyje, zobaczył, jak jego chłodne usta powoli wykrzywiają się w uśmiechu.

Jego głos brzmiał bardzo lekko, ale pewnie:

Ona mnie nienawidzi.

An Zhe spojrzał mu w oczy. Pani Lu powiedziała, że jej syn nigdy nie dostanie tego, czego chce, że nie umrze dobrą śmiercią i że w końcu oszaleje.

Dlaczego? – zapytał.

Po tym, jak mnie urodziła, jej związek z moim ojcem został ujawniony i już nie mogła się z nim spotykać do woli. Zabiłem ojca i wiele z jej dzieci. Kiedy jej córeczka uciekła z jej pomocą z Ogrodu Edenu, natknęła się na mnie. Właśnie tam, gdzie ty i ja spotkaliśmy Lily, czekała po drugiej stronie ulicy, aby poznać nową przyjaciółkę.

Lu Feng raczej rzadko wypowiadał tak długie zdania. An Zhe był przyzwyczajony do wsłuchiwania się w każde słowo, które wychodziło z jego ust, więc kiedy Sędzia wreszcie skończył, niemal brakło mu tchu.

Milczenie trwało kilka sekund.

Istniało bardzo niewiele rzeczy w jej życiu, które ją uszczęśliwiały, ale wszystkie zostały zniszczone przeze mnie. Nienawidziła mnie jak każdy w bazie.

Patrząc na niego, An Zhe otworzył usta. W końcu wiedział, co chciał powiedzieć.

Ja cię nie nienawidzę – oznajmił.

Zapadła długa cisza.

Dlaczego? – W jego uszy wdarł się nagle ochrypły głos Lu Fenga.

Dlaczego… co?

Dlaczego ty… – Mężczyzna nie odrywał od niego wzroku. – Czemu zawsze mi wybaczasz?

Młodzieniec spojrzał na niego, ale nie zobaczył obojętnego Sędziego.

Głos pułkownika drżał niemal niedostrzegalnie, gdy ponowił pytanie:

Dlaczego?

An Zhe chciał to wyjaśnić, ale nie potrafił. Nie posiadał ludzkiego IQ, ani nie znał tylu języków. Musiał długo się nad tym zastanawiać.

Znam cię – oznajmił wreszcie.

Nie jesteś nawet człowiekiem. – Palce Lu Fenga wczepiły się w jego ramiona. Wzrok mężczyzny wciąż był zimny, lecz w jego głosie coś się załamało. – Skąd możesz mnie znać?

Ten człowiek musiał o to zapytać.

An Zhe nie potrafił nic powiedzieć i desperacko potrząsnął głową.

Krok po kroku został zapędzony w ślepy zaułek i znowu zachciało mu się płakać. Nie wiedział, dlaczego ta osoba była taka zła i czemu nie zawahała się, aby dokładnie wszystko przeanalizować. Młodzieniec był jak sędzia chcący uniewinnić więźnia tylko po to, by oskarżony na procesie sam przyznał się do swoich zbrodni. Ten człowiek musiał być osądzony albo skazany na śmierć. Chciał, żeby An Zhe go znienawidził.

Chłopak nie miał pojęcia, w jaki sposób sprawy zaszły aż tak daleko. Przecież na początku rozmawiali tylko o tym, czy baza zdoła przetrwać. Świat był tak duży. Czyż to nie cud, że Lu Feng spadł akurat przed nim?

Pułkownik powiedział, że nie, że wszystkie te rzeczy były celowe i nieuniknione. Jednak to nie była prawda.

Tylko że… – Wyciągnął rękę do Lu Fenga i jego ludzkie palce powoli się zmieniły. Śnieżnobiała grzybnia wspinała się po czarnym mundurze, epoletach i srebrnych kolcach. Łzy nieprzerwanie płynęły z oczu młodzieńca. Nie widział twarzy mężczyzny i czuł tylko, że drżały mu ręce, kiedy objął go mocniej.

Wiedział, że pułkownik musiał rozpoznać w nim grzyba rosnącego w Otchłani.

Tylko że ja cię spotkałem… – wydusił zdławionym głosem.

W tym rozległym świecie Lu Feng musiał udać się do Otchłani. W tej ogromnej krainie An Zhe musiał zamieszkiwać puste równiny. Nie powinni się spotkać. Nigdy nie skrzywdził żadnego człowieka ani zwierzęcia. Pragnął tylko spokojnie wyhodować zarodnik i nie chciał doświadczać takiej złości i smutku. Dlaczego na świecie istniał ktoś taki jak Lu Feng?

Ten człowiek trzymał go tak mocno, jakby chciał go zabić. Chłopak oparł się o wezgłowie łóżka, walcząc zaciekle, ale ta szarpanina nie przyniosła żadnego efektu. Mimo to nie chciał uciekać w postaci grzybni, aby nie okazywać słabości.

Zdesperowany z całej siły ugryzł Sędziego w szyję. W chwili, gdy krew zalała mu usta, znieruchomiał.

Co ja robię? – pomyślał.

Jednak nie miał już szans. Chwila wahania z jego strony wystarczyła, aby pułkownik odzyskał przewagę. Jego ramiona zostały mocno przytrzymane, a plecy uderzyły o wezgłowie łóżka. Podbródek An Zhe został siłą uniesiony do góry.

Lu Feng go pocałował.

Tłumaczenie: Dianthus

4 Comments

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

:błeee:  :płaku:  :WeiMądruś:  :zonk:  :NieNie: 
:AAAA:  :ależeco:  :blabla:  :ugh:  :cooo: 
:ekscytacja:  :facepalm:  :patriarcha:  :muahaha:  :złamaneserce: 
:szok:  :przestań:  :zachwyt:  :zachwyt2: