Little Mushroom

Rozdział 7010 min. lektury

Możesz mnie nazywać Polly albo Joan, jak ci wygodniej – oznajmił mężczyzna. Był uprzejmy i miły, a jego szaroniebieskie oczy przypominały łagodny ocean. Wyglądał jak uosobienie dobrotliwego starca z ludzkich historii.

An Zhe również mu się przedstawił.

Jesteś młody. Pochodzisz z Bazy Północnej?

Chłopak przytaknął.

Jak się taki stałeś? – Zadając pytania, Polly Joan powoli wprowadził młodzieńca do wnętrza białego budynku. Podłoga była bardzo gładka. Niewątpliwie ktoś starannie o nią dbał. Tang Lan zrobił krok naprzód i wyciągnął dłoń, aby pomóc Polly’emu, ale starzec tylko machnął ręką.

Ja… – W polu widzenia An Zhe pojawiły się fluktuacje, gdy wolno rozejrzał się dookoła.

Wnętrze budynku stanowiła ogromna sala. Miała dwa piętra, choć środkowa część nie była podzielona na kondygnacje i pozostała otwarta. Spiralne schody prowadziły do góry, a spoglądając z holu, można było dostrzec przezroczystą kopułę. Na pierwszym i drugim piętrze zgromadziły się jakieś stwory, spoglądając na niego z wysoka ciekawskimi oczami.

Było ich około czterdziestu. Większość z nich wykazywała ludzkie cechy lub mogła być uznana za humanoida. Jedna trzecia stworzeń wyglądała zupełnie jak ludzie, a tyle samo posiadało jakieś cechy biologiczne człowieka. Na przykład dżentelmen na pierwszym piętrze, którego twarz pokrywały siwo-czarne włosy. Na drugim piętrze stała osoba o włosach jak skręcone pnącza, które delikatnie się poruszały. Pozostałe istoty wyglądały jak potwory lub jakieś dziwadła. Na przykład kupka gnijącego mięsa zwisająca z balustrady.

Nie skrzywdzą cię – powiedział starzec do An Zhe. – Jeśli któreś z nich utraci wolę i przestanie nad sobą panować, pozostali przejmą nad nim kontrolę.

Słuchając jego słów, młodzieniec czuł, że oczy tych zdeformowanych ludzi nie były zimnymi oczami bestii. Potrafił zrozumieć ich wyraz: były przenikliwe i ciekawe, lecz zupełnie pozbawione złośliwości.

Wszyscy zostaliśmy zarażeni i każdy z nas jest gatunkiem heterogenicznym. Na szczęście częściowo zachowaliśmy wolę, a pan Polly nas tu zebrał. – Tang Lan poklepał go po ramieniu. – Staramy się kontrolować i nie zabijać wzajemnie, walcząc tylko z potworami na zewnątrz. Nie ma tu Sądu Procesowego. Możesz być tego pewien.

Polly Joan odkaszlnął kilka razy, zanim zabrał głos:

Wśród członków instytutu nie ma hierarchii. Troszczymy się o siebie nawzajem, silniejsi chronią słabszych. Witaj w naszym domu.

An Zhe powoli odwrócił wzrok.

Dziękuję – wyszeptał.

Tang Lan zapytał go, w jaki sposób stał się heterogeniczny. Po chwili wahania chłopak odrzekł:

Wyszedłem na zewnątrz z przyjacielem…

Wiedział, że w tym miejscu gatunki heterogeniczne żyły razem, ale wciąż różnił się od zgromadzonych tu osób. Byli ludźmi zainfekowanymi przez potwory, a on był grzybem, więc wciąż musiał ukrywać swoją prawdziwą tożsamość. Opowiedział więc historię An Ze, który poszedł do dziczy, został ranny, a potem…

Kiedy się przebudziłem, byłem taki jak teraz. – Połączył opowieść z historią Tang Lana i stworzył to kłamstwo.

Masz na ciele jakieś miejsca, w których różnisz się od człowieka?

Nie.

Więc musisz być jakąś odmianą polimorficzną. – Polly spojrzał na niego łagodnie i zapytał: – Czy wiesz, z czym się połączyłeś? Możesz kontrolować swoją przemianę?

Młodzieniec zastanowił się nad tym i potrząsnął głową.

To nietypowe – zamyślił się starzec. – Jak przeżyłeś w Otchłani?

Nic mnie nie zaatakowało – rzekł chłopak zgodnie z prawdą.

Mężczyzna popadł w zadumę. An Zhe zdążył właśnie pomyśleć, że zostanie poddany okrutnym torturom, kiedy jego rozmówca znów się odezwał:

To można wyjaśnić.

Jak? – zdziwił się młodzieniec.

Stworzenia w Otchłani, podobnie jak inne potężne gatunki, wydają się mieć dodatkowy zmysł. Czasami nie oceniają przynależności gatunkowej innych istot wyłącznie na podstawie wyglądu. Wielki polimorficzny potwór może zmienić się w mysz, ale inne wciąż będą wyczuwać jego ogromną siłę i unikać go. – Starzec urwał na chwilę, po czym kontynuował: – Jeśli naprawdę nie były tobą zainteresowane, to oznacza, że masz włączone jakieś potężne geny lub że nie jesteś składnikiem ich diety. Jesteś wyjątkowy – stwierdził.

Nie wiedziałem – szepnął chłopak.

Naprawdę nie wiedział. Grzyby w Otchłani były tak samo niebezpieczne jak zwierzęta. Były albo wysoce toksyczne, albo wypełnione halucynogenną mgłą, która powodowała, że zwierzęta popadały w szaleństwo. Już samo to, że wyrósł tak mały i nieszkodliwy w dżungli pełnej trujących grzybów, zakrawało na cud. W dodatku miał własną świadomość.

Wszyscy członkowie instytutu są różni – rzekł Polly. – Nie gwarantuję, że moje badania okażą się owocne, lecz jeśli chcesz, mogę zrobić rozeznanie na twój temat. Pozwól, że będę cię obserwował. Obiecuję, że mój eksperyment przebiegnie w sposób, który cię nie skrzywdzi.

An Zhe się zgodził. Nie miał powodu odmówić.

Mężczyzna zadał mu kilka pytań. Nie nagabywał go więcej o proces mutacji. Chciał się raczej dowiedzieć, jak było w dziczy, czy chłopak cierpiał, czy bał się zwierząt i czy nabrał jakichś nowych nawyków po przemianie genetycznej. Zdawał się być po prostu seniorem, który jedynie się o niego troszczył. Jednakże, pomimo ujawnienia jego nieludzkiej tożsamości, An Zhe wciąż obawiał się naukowców. Nie odważył się całkowicie otworzyć przed Pollym, odpowiadając zgodnie z prawdą po kolei na jego pytania.

Zrobił też wstępne rozeznanie na temat sytuacji w instytucie. Na parterze znajdował się hol, laboratorium i sala z przyrządami naukowymi. Pierwsze piętro zamieszkiwali ludzie z mutacjami odzwierzęcymi, a drugie – z roślinnymi. Pan Polly prowadził badania i notował ich wyniki, podczas gdy inni byli odpowiedzialni za wyposażenie, kolejni uprawiali ziemniaki na tyłach budynku, a pozostali polowali. Polowanie należało do obowiązków osób zarażonych wyjątkowo drapieżnymi potworami, takich jak Tang Lan. Przy okazji rozmieszczali wszędzie znaki ze wskazówkami. Nikt nie mógł ich zrozumieć poza ludźmi. Znaki wskazywały drogę do domu wszystkim gatunkom heterogenicznym, a ich rozmieszczenie nie ograniczało się do Otchłani.

Tang Lan powiedział, że to miejsce było związane ze zwolennikami fuzji, lecz mieszkający tu ludzie nie poddali się mutacji celowo. Raczej stali się czyimiś ofiarami, będąc w dziczy i szczęśliwie zachowali trochę ludzkiej świadomości, podążając za znakami do instytutu. Doktor mówił, że szansa na to była jak 1 do 10000.

Przyjęcie nowego współmieszkańca było okazją do świętowania. Urządzono specjalną powitalną imprezę dla An Zhe. Daniem głównym była zupa ziemniaczana z bekonem przygotowana przez małe heterogeniczne drzewo.

Lubisz kartofle? – Mężczyzna wlał zupę do miski i podał chłopakowi. Miał lekko ochrypły głos, szorstki jak kora.

Młodzieniec przyjął naczynie. Podmuchał i gorąca biała para owiała jego twarz.

Lubię. Dziękuję – odparł.

Więc jutro też ją ugotuję. – Rozmówca spojrzał na niego. – Ile masz lat?

Dziewiętnaście.

To możesz mówić do mnie wujku. Jesteś mniej więcej w wieku mojego syna. Mieszka w Dzielnicy Siódmej. A ty gdzie mieszkasz?

W Dzielnicy Szóstej.

Nie wiedziałem go od pięciu lat – rzekł mężczyzna. – Nazywa się Bai Ye. Znasz go?

Młodzieniec delikatnie pokręcił głową.

Mam nadzieję, że ma się dobrze.

Na tym rozmowa się skończyła.

Podczas posiłku mieszkańcy instytutu siedzieli w okręgu, niezależnie od stanowiska. Polly Joan usiadł między nimi i każdy znajdował się blisko niego.

Byli równie blisko An Zhe. W trakcie jedzenia co najmniej dziesięć osób próbowało do niego zagadać. Niektórzy z nich byli najemnikami z Miasta Zewnętrznego, a inni żołnierzami z bazy. Byli ciekawi przebiegu jego mutacji. Wypytywali również, co się działo w bazie albo czy chłopak widział ich krewnych lub przyjaciół. Nie powiedział im, że Miasto Zewnętrzne zostało porzucone. Odpowiadał po prostu „Nie widziałem ich” albo „Nie wiem”. Czuł pewną melancholię, ale prawdziwe wiadomości nie wlałyby pociechy w ludzkie serca.

Po posiłku Tang Lan zaprowadził go do pustego pokoju. Młody mężczyzna o ciele pokrytym piórami przyniósł mu kołdrę.

Akurat wczoraj wyschła. – Zaoferował swoją pomoc przy ścieleniu łóżka. – W nocy jest zimno, więc nie zapomnij zamknąć okna.

Dziękuję – odrzekł An Zhe. Podobnie jak w przypadku wujka, który dał mu zupę, życzliwość młodego chłopaka sprawiła, że poczuł się wdzięczny i lekko zbity z tropu.

Po posłaniu łóżka chłopiec wyciągnął z kieszeni czerwony owoc i się uśmiechnął.

Dam ci coś do jedzenia.

Wyjął jeszcze zapakowany kawałek suszonego mięsa.

A to jest od wszystkich.

Młodzieniec przyjął podarunek. Porcja była bardzo ciężka. Nie wiedział, jaki był standard życia w instytucie, ale w tych czasach suszone mięso było szalenie cenne bez względu na miejsce.

Dziękuję. To za dużo dla mnie.

Jedz powoli. – Stojący za nim Tang Lan uśmiechnął się i wyciągnął rękę, aby poprawić mu kołnierz.

Wszystkim nowo przybyłym dajemy prezenty. Znalazłem to miejsce rok temu i każdy był dla mnie bardzo miły – dodał chłopiec. – Trudno być heterogenicznym w dziczy, gdzie trzeba ukrywać się przed potworami i samemu znaleźć coś do jedzenia, pamiętając, że wciąż jest się człowiekiem i nie mogąc wrócić do bazy, kiedy się tęskni za domem. Wtedy po prostu idzie się do instytutu – powiedział, uśmiechając się do An Zhe. Ten uśmiechnął się w odpowiedzi.

W pokoju nie wiało. Było bardzo ciepło, a lampy na suficie świeciły jasno. Młodzieniec trzymał suszone mięso i wspominał miesiąc spędzony na przemierzaniu lasów i bagien Otchłani. To było jak sen.

Nie płacz – rzekł chłopiec. – Kiedyś będziemy mieli dom.

Jego głos był stanowczy i ciepły, jakby przepełniony bezgraniczną wiarą. To było coś, czego An Zhe nigdy nie widział w ludzkiej bazie.

Czy tutaj zawsze tak jest? – zapytał.

Hm? – Chłopiec najpierw zamarł, a potem się roześmiał. – Wkrótce się do tego przyzwyczaisz.

Kończył mówić, gdy nagle urwał. Z korytarza dobiegł ostry, przenikliwy krzyk.

Tłumaczenie: Dianthus

One Comment

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

:błeee:  :płaku:  :WeiMądruś:  :zonk:  :NieNie: 
:AAAA:  :ależeco:  :blabla:  :ugh:  :cooo: 
:ekscytacja:  :facepalm:  :patriarcha:  :muahaha:  :złamaneserce: 
:szok:  :przestań:  :zachwyt:  :zachwyt2: