Little Mushroom

Rozdział 378 min. lektury

Nawet grzyb wiedział, że to nie było miłe określenie. Jednak An Zhe nie mógł zaprzeczyć.

Przeszedł przez drzwi. Strażnik wszystko widział, ale był onieśmielony i bał się odezwać. Chłopak wcale mu się nie dziwił. Sędzia może i nie był najwyższy rangą w mieście, ale w kwestii zabijania nie miał sobie równych. Nikt nie chciał go urazić.

Łącznie z An Zhe.

Dziękuję, pułkowniku.

Nie musisz mi dziękować. Poproś o wolne popołudnie.

…Ech?

Lu Feng zmrużył oczy i lekko powiedział:

Zabiorę cię do Latarni.

Po co?

Doktor Ji chciałby cię o coś zapytać.

An Zhe wątpił, by było to prawdą. Niby dlaczego doktor Ji by coś od niego chciał?

Przez chwilę podejrzewał, że Lu Feng chciał go zaaresztować za wdarcie się do Edenu. Jednak czuł, że jego poranne kłamstwo było nienaganne i nawet Seraing stanął w jego obronie.

– …

Nagle zrozumiał, że nie wypadł przy Seraingu na zbyt bystrego. Cóż, choć nie był człowiekiem, to uważał się za rozsądnego grzyba i naprawdę chciał udać się do Latarni.

Okej – powiedział, a Lu Feng mruknął i odszedł.

***

An Zhe siedział na ławce, podczas gdy dzieci trenował instruktor wojskowy. Co jakiś czas był proszony do pomocy, gdy trzeba było poddać je ocenie lub zmierzyć czas. Nie było nic innego do roboty, a w biurze nie znalazł żadnych interesujących książek. Mógł tylko zapoznać się z poradnikiem obsługi różnych typów broni.

Zamiast usiąść obok niego, Colin wybrał całkiem inną ławkę. Najwyraźniej zapoznał się z mężczyzną po dwudziestce, który uczył w sąsiedniej klasie literatury i języka.

An Zhe właśnie czytał o wielkim myśliwcu PL1109, który uważany był za arcydzieło ludzkiej technologii z czasów chaosu pola magnetycznego. Wykorzystywał niezależny system nawigacyjny bazy, aby dokładnie określić drogę pomimo braku pola magnetycznego. Brzmiało świetnie, ale An Zhe to nie interesowało. Nie spał całą noc, więc zaczął lekko przysypiać.

Colin skończył się przedstawiać nowemu koledze. Zaczęli rozmawiać na inne tematy, a An Zhe wyraźnie słyszał ich rozmowę.

Lubisz Główne Miasto? – zapytał Colin. An Zhe doskonale zdawał sobie sprawę, że chłopak znowu zacznie pleść swoje brednie.

A dlaczego miałbym go nie lubić? Zapewnia nam bezpieczne życie – odparł nauczyciel. Wydawał się być bardzo gadatliwy, bo natychmiast dodał: – Spędziliśmy tu już miesiąc. Co o nim sądzisz?

Nie lubię go – zadeklarował Colin.

Dlaczego? – zaciekawił się jego rozmówca. – Nie musimy być najemnikami i ryzykować własnym życiem. Wcześniej nigdy o tym nie myślałem, ale teraz codziennie dziękuję matce za zmuszenie mnie do ukończenia trzech kursów. Choć prawdę mówiąc, chciała, bym zrobił kurs z języka i ekonomii, po czym zaczął pracę w stacji zaopatrzenia. Dzięki temu nie musiałaby opuszczać miasta, by nas utrzymać.

Colin milczał przez chwilę, po czym zapytał:

Gdzie jest twoja matka?

Zmarła w dziczy kilka lat po tym, jak mnie adoptowali. Najpierw nie wrócił ojciec, a potem ona.

Przykro mi.

To w porządku. – Chłopak się uśmiechnął. – Przyzwyczaiłem się. A ty?

Moją matkę zabił Sędzia. Ojciec… Został w Dzielnicy Szóstej, gdy zabrali nas do Głównego Miasta.

Przykro mi.

Wymiana doświadczeń szybko ich do siebie zbliżyła. Zapadła krótka cisza, a nauczyciel spojrzał na biegające wokół dzieci. Podłożył ramiona pod głowę i westchnął.

Tak długo mieszkałem w Mieście Zewnętrznym, że aż całkiem zapomniałem, że wszyscy tak naprawdę pochodzimy stąd.

Dość dobrze to pamiętam – oznajmił Colin. – Jak miałem pięć czy sześć lat to bardzo chciałem zostać biologiem. Całkiem nieźle mi szło, ale nie pozwolono mi zostać.

Chciałem zostać oficerem – wymamrotał chłopak. – Przewróciłem się podczas egzaminu i wojsko mnie odrzuciło.

Los jest kapryśny.

Brakowało nam odpowiednich kwalifikacji. Byłoby ciężko, nawet gdybyśmy tu zostali. Możliwe, że wcale nie bylibyśmy szczęśliwi. Słyszałem, że niektórzy pragnęli studiować ludzkie archiwa, lecz los obdarował ich wspaniałym talentem matematycznym, więc mogli tylko spędzić resztę życia w Latarni na obliczaniu trajektorii. Ty chciałeś być biologiem, ale baza uznała, że lepiej sprawdzisz się jako językoznawca. Tłumaczenie dokumentów to dla ciebie pikuś, a ja bym się przy tym zapłakał na śmierć.

Dlatego nie lubię bazy – oznajmił Colin. – Jest jak pozbawiona uczuć maszyna.

Musisz myśleć o sobie jako o jej drobnej części. Twoje geny są podstawą i to one decydują, gdzie będziesz pracował.

Colin się uśmiechnął.

Jesteś zabawny.

Podczas nauki języka opanowujemy także sztukę tworzenia metafor.

Jednak ludzie nie są częściami. Baza robi wszystko pod przykrywką dbania o dobro ludzkości, ale powoli tracimy człowieczeństwo.

Co innego możemy zrobić? Nie możemy za darmo jeść ryżu należącego do bazy i musimy mieć jakąś wartość. – Nauczyciel wstał, przyglądając się dzieciom. Nagle uśmiechnął się radośnie. – Naprawdę lubię dzieci i kocham tę pracę. Może kiedyś będę uczył dziecko, które jest geniuszem i uratuje świat.

Po chwili ciszy mruknął do siebie:

Muszę przygotować się do lekcji.

An Zhe zerknął na niego z ciekawością, po czym spojrzał na Colina. Ten już nic więcej nie powiedział. An Zhe miał przeczucie, że już nie będzie próbował zagadywać swojego nowego kolegi.

W Mieście Zewnętrznym Colin protestował przeciwko sędziom. Jaki transparent uniesie w Głównym Mieście? Pewnie coś takiego jak „jesteśmy przeciwko klasyfikacji ludzi” albo „pragniemy wolności”.

Chłopak stopniowo robił się coraz bardziej zdezorientowany i senny. Próbował się skupić na wojskowych ilustracjach. Szybko minął sekcję myśliwców i wczytał się w broń. Istniało wiele różnych rodzajów bomb, na przykład uranowa albo wodorowa, które bez problemu rozwaliłyby grzyba na kawałki. Jednak się nie bał. Ludzie różnili się od potworów z Otchłani. Byli normalnymi istotami. Mógł żyć, o ile będzie przestrzegał ich zasad.

W ten sposób spędził poranek. W południe dzieci skończyły trening, a niektóre narzekały, że jest zbyt ciężki. Nie chciały iść jeść, więc otoczyły go na ławce.

An Zhe delikatnie nakleił plasterek na ranę chłopca, jednocześnie pocieszając zmęczoną dziewczynkę.

Wytrzymaj. Po skończonym treningu możesz zostać oficerem.

A nie mogę po prostu dać się wyeliminować? – zastanawiała się.

Nie – powiedział jej An Zhe.

Pomyślał, że powinna dać z siebie wszystko, nawet jeśli nie zostanie w Głównym Mieście. W innym przypadku, gdy dorośnie i Miasto Zewnętrzne znowu będzie się nadawało do zamieszkania, to słabe fizycznie dzieci nie zostaną adoptowane i nie będzie ich chciała żadna drużyna najemników. Gdyby nie dostały pracy w urzędzie albo stacji zaopatrzenia, to mogłyby tylko udać się na trzecie podziemne piętro bez względu na swoją płeć.
Spędził tam miesiąc i wiedział, że tamtejszym pracownikom nie układało się najlepiej. Dlatego powiedział:

Wszyscy musicie ciężko trenować.

Ale jak zostanę oficerem, to i tak będę musiała codziennie trenować – narzekała dziewczynka, trzymając go za ramię.

An Zhe pogłaskał ją po głowie i chwilę się nad tym zastanowił.

Przynajmniej mają ładny mundur.

Jeden z chłopców spojrzał na trenujących żołnierzy i oznajmił:

Są paskudne.

Mają niską rangę – powiedział mu poważnie An Zhe. – Poczekaj, aż zostaniesz… pułkownikiem. Oni są bardzo przystojni.

Naprawdę?

Czy tamten mężczyzna jest jednym z tych, którzy są przystojni? – zastanawiało się inne dziecko.

Który?

Dziewczynka wskazała palcem.

An Zhe się odwrócił. Jakieś dwa albo trzy metry od nich pułkownik w czarnym mundurze opierał się o słup telegraficzny. Stał dość blisko, lecz żadne z dzieci się go nie bało. Może dlatego, że tym razem Lu Feng spoglądał na An Zhe z lekko uniesionymi brwiami i odrobiną szczęścia wymalowaną na twarzy.

– …

An Zhe był pewny, że jego słowa na pewno zostały usłyszane.

Tłumaczenie: Ashi

One Comment

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

:błeee:  :płaku:  :WeiMądruś:  :zonk:  :NieNie: 
:AAAA:  :ależeco:  :blabla:  :ugh:  :cooo: 
:ekscytacja:  :facepalm:  :patriarcha:  :muahaha:  :złamaneserce: 
:szok:  :przestań:  :zachwyt:  :zachwyt2: