Living to Suffer

Rozdział 2010 min. lektury

Shen Liangsheng poczuł zapach osmantusa. Do jesieni pozostało wiele tygodni, ale całoroczny osmantus w kącie ogrodu już wypuścił pąki i emanował subtelną słodyczą.

Pośród aromatu, leniwie przećwiczył zestaw technik walki mieczem, schował broń do pochwy i natychmiast dostrzegł mężczyznę przy oknie, wpatrującego się w niego znad książki. Ich oczy się spotkały, a mężczyzna nonszalancko pochylił głowę i kontynuował czytanie słów świętych.

– Qin-taifu. – Shen Liangsheng podszedł do okna, założył ręce za plecami i zapytał swobodnie: – Ile stron przeczytałeś w ciągu ostatnich dwóch godzin?

– Oczywiście dość dużo – odpowiedział szybko Qin Jing, nie odrywając wzroku od kartki. Daleki od okazywania zażenowania, zadał nawet pytanie: – Shen-hufa, czy kąpałeś się dziś w leczniczym źródle?

– Czy to nie Qin-taifu zasugerował, żebym poszedł wieczorem? – Shen Liangsheng uniósł brwi. – A może to zaproszenie do wspólnej kąpieli?

– Shen-hufa, za dużo myślisz – odpowiedział lekarz niemal natychmiast, ale jego wyraz twarzy nie był do końca normalny. Choć głowę wciąż miał pochyloną nad książką, uszy powoli, ale nieubłaganie czerwieniały.

– Qin Jing. – Wyższy mężczyzna sięgnął przez parapet i zamknął książkę. – Nie ma sensu czytać, jeśli nie wkładasz w to serca.

– A skąd Shen-hufa miałby wiedzieć, że tak nie jest? – W końcu podniósł wzrok, a jego usta wygięły się w delikatny łuk.

– Skąd miałbym wiedzieć? – Shen Liangsheng spojrzał na niego. – Przez ostatnie dwie godziny patrzyłeś na książkę czy na mnie?

– Ha… – Jeszcze niedawno byłby zdenerwowany słowami mężczyzny, ale teraz był jak pieczona świnia, na którą wrzątek już nie miał wpływu, więc pochylił się nad biurkiem i lekko klepnął Shen Liangshenga w twarz. – Hej, piękny, jesteś zbyt skromny.

Powinien wiedzieć, że nigdy nie należy sprzeczać się słownie z tym człowiekiem, który odważył się poprowadzić farbiarnię po tym, jak poznał nazwy trzech podstawowych kolorów.

Shen Liangsheng złapał lekarza za rękę i pociągnął go w swoją stronę, by uciszyć jego bezczelny język.

Słodki zapach osmantusa niepostrzeżenie wniknął między ich wargi i pozostał na czubku języka, pobudzając kubki smakowe.

Przez chwilę był zagubiony. Poczuł przytłaczające poczucie zadowolenia, ale to wciąż nie wystarczyło. Wtedy wpadł mu do głowy najbardziej absurdalny pomysł – chciał sfermentować tego mężczyznę, którego całował, w butelkę wina ze słodkim osmantusem i popijać je do końca życia.

Qin Jing został przyciągnięty do biurka i po chwili krawędź mebla wbiła mu się boleśnie w talię, a on sam zaczął się wiercić z dyskomfortu.

Shen Liangsheng odsunął się od niego i wskoczył przez okno. Wziął mężczyznę w ramiona i obsypał go pocałunkami po twarzy.

– Masz do dyspozycji drzwi, ale wskoczyłeś przez okno! Musisz być złodziejem! – zażartował Qin Jing, chichocząc.

– Co w twojej chacie jest warte kradzieży? – Shen Liangsheng zaczął powoli zbliżać się do łóżka, a jego intencje były aż nazbyt oczywiste.

– No cóż, jest tu żywy człowiek. – Qin Jing po prostu nie wiedział, kiedy przestać. Leżał przyciśnięty do łóżka i wciąż droczył się prosto do ucha partnera. – Więc oczywiście, że go kradniesz.

Shen Liangsheng wsunął rękę pod ubranie doktora i zaczął go badać.

Letnie ubrania były cienkie. Ścisnął sutki mężczyzny przez warstwę bawełny i wkrótce urocze guzki stwardniały i się nastroszyły.

– Dobrze ci tu? – Shen Liangsheng zdjął wierzchnią szatę lekarza i ssał guzki przez jego bieliznę. Ślina zwilżyła materiał, pozostawiając dwa lubieżne ślady.

– Tak… – Wyglądało na to, że Qin Jing został skutecznie podniecony, więc pociągnął za własny kołnierz, odsłaniając sutki. – Więc pocałuj je jeszcze raz.

Shen Liangsheng pochylił się i chwycił te dwie urocze rzeczy, bawiąc się nimi. Jego dłoń powędrowała w dół, do krocza mężczyzny i, jak można się było spodziewać, wyczuł twardniejącą erekcję.

– Nnh… – Z ust Qin Jinga wyrwało się słabe kwiknięcie. Być może stymulacja ciepłą dłonią wokół jego członka była naprawdę fenomenalna, bo wymruczał: – Kocham cię, Shen Liangsheng.

– …

– Co się stało? – Qin Jing otworzył oczy i spojrzał na mężczyznę z ciekawością, zastanawiając się, dlaczego ten przestał mówić.

– Nic. Chcesz więcej? – odpowiedział płynnie, ale tak naprawdę był zaskoczony. Doskonale wiedział, że ten mężczyzna powie wszystko, byleby tylko sprawić mu przyjemność w łóżku, i słyszał to „kocham cię” już wystarczająco wiele razy. Tym razem jednak, z jakiegoś dziwnego powodu, jego serce przyspieszyło.

– Więcej… – Oczywiście, to była jedyna sensowna odpowiedź, ponieważ jego męskość właśnie stanęła na baczność pod opieką wyższego mężczyzny. Potem, jakby przypominając sobie ich dawne intymności i radość, jaką czuł w tyłku, dodał cicho: – …i nie zapomnij o tyle.

– Nawet jeśli ktoś nie jest pięknością, powinien mieć też odrobinę skromności. – Shen Liangsheng, uspokoiwszy się, wznowił słowną wymianę zdań, choć jego dłonie nie spoczywały na laurach. Szybko rozebrał ich obu do naga i zaczął macać pośladki Qin Jing i drobne wejście.

– Z taką twarzą, nic dziwnego, że nie uważasz nikogo innego za pięknego. – Qin Jing przybrał przygnębioną minę, kurczowo trzymając się ramienia Shen Liangshenga i mruknął: – W każdym razie, jestem mężczyzną, nie kobietą. Powinnaś być zadowolony, że mam wszystkie części na właściwym miejscu, a nie źle oceniać mój wygląd.

– Kto powiedział, że źle o tobie myślę? – Zachowanie doktora sprawiło, że miał ochotę się roześmiać, ale oczywiście tego nie zrobił. Zamiast tego nachylił się do jego ucha i wyszeptał: – Poza tym, Qin-taifu, czy nie słyszałeś powiedzenia: „Kochanek zawsze widzi legendarne piękno”?

Doktor natychmiast się uspokoił, a jego twarz pokrył kolejny rumieniec. Z jakiegoś powodu, w tym momencie, Shen Liangsheng uznał go za całkiem przystojnego, nie tylko z twarzy, ale i z całego ciała. Nie pragnął niczego bardziej niż kochać każdą jego część, od jedwabistych kosmyków po palce u stóp.

Myśląc o tym, powoli obsypywał go pocałunkami, zaczynając od brwi. Odwiedził te czułe oczy, te wilgotne usta i to drżące jabłko Adama. Powitał jego prosty obojczyk, nagą klatkę piersiową i czujne sutki. Przesunął się wzdłuż płaskiego brzucha i musnął językiem pępek, po czym zsunął się niżej, oblizując włosy łonowe. Pieścił członek gładki jak u dziewicy i ssał uważnie jego główkę. Muskał miękką wewnętrzną stronę ud i spuchnięty woreczek, delikatnie zwilżając mrugającą dziurkę. Przesunął się w dół po smukłych nogach, mijając kościste kostki, aż do palców u stóp, już podkurczonych z podniecenia.

– Mmnn…Shen Liangsheng… – Pocałunki sprawiły, że Qin Jing stracił kontrolę i zaczął jęczeć imię mężczyzny, powtarzając nieskładnie: – Kocham cię…

Nie. To nie była halucynacja. Coś tu było nie tak.

Kiedy Shen Liangsheng ponownie usłyszał „kocham cię”, jego serce podskoczyło i zaczęło bić jeszcze szybciej, czemu towarzyszyło dziwne poczucie frustracji.

Wszedł głęboko w mężczyznę i obdarzył go długim pocałunkiem. Kołysał się w nim w zawrotnym tempie, ale frustracja nie ustępowała.

– Ach! – Nagle Qin Jing został podniesiony do pozycji siedzącej. Penis wszedł w niego bardzo głęboko, aż krzyknął.

Shen Liangsheng siedział teraz twarzą w twarz z lekarzem w ramionach, wbijając się w niego. Nie wiedział, jak inaczej złagodzić to uczucie, a jego brwi ściągały się coraz mocniej.

– Kocham cię… Ah-Liang… Kocham cię…

Być może Qin Jing wyczuł nastrój wyższego mężczyzny i chciał powiedzieć coś pocieszającego, zupełnie nie zdając sobie sprawy, że w ten sposób tylko dolał oliwy do ognia.

– Naprawdę?

Wszystko zamarło, gdy usłyszał własne pytanie. Poczucie frustracji rozwiało się wraz z jego słowami i zostało zastąpione przez nieokreślony strach.

W końcu sobie przypomniał. To był tylko sen.

We śnie trwało lato. Dopiero co się poznali, a już zbliżali się do siebie w szczerości. Czas się cofnął. Przestrzeń uległa zmianie. To było tylko złudzenie. A w jego umyśle pojawiło się jedynie pytanie: „Czy naprawdę mnie kochasz?”.

– Kocham cię, Shen Liangsheng. – Mężczyzna oczywiście udzielił mu jedynej odpowiedzi, jakiej oczekiwał.

W ten sposób czarny jedwab zmienił się w białe włókna, a jego twarz została pozbawiona ciała i krwi, pozostała jedynie wysuszona warstwa skóry rozciągnięta na kościach.

– Naprawdę cię kocham.

Choć jego twarz była przerażająca, te oczy były szczere i czułe jak zawsze, gdy wyznawał mu miłość.

– To dobrze… To samo w sobie wystarczy.

Teraz strach również zniknął. Bez strachu, bez lęku, trzymał mocno wysuszone zwłoki i kontynuował ich intymną znajomość we śnie, jakby od tego zależało jego życie.

Być może noce przed wojną były wyjątkowo długie. Kiedy Shen Liangsheng otworzył oczy, niebo było wciąż ciemne, a świat spokojny. Leżał więc nieruchomo i cicho, po czym wyjął meng cao z kieszeni na piersi, a następnie saszetkę.

Jedyną rzeczą w środku była garść popiołu, którą Miao Jan udało się zdobyć tego dnia. Ilość była tak żałośnie mała, że dna saszetki nie dało się w pełni wypełnić.

Shen Liangsheng włożył palec do środka, aby zebrać kilka cząsteczek, przyłożył go do wargi i oblizał do czysta.

Oczywiście, że nie miało smaku.

„Naprawdę cię kocham” – te słowa były namacalne w jego śnie, ale stały się niczym, gdy się obudził.

Powoli, ale nieubłaganie, świtało. Shen Liangsheng wstał, ubrał się, uczesał i otworzył drzwi do ostatniej bitwy swojego życia.

– Wybacz mi, Qin Jing, bo nie mogę dotrzymać obietnicy, którą złożyłem.

Pod koniec bitwy sekta Xing w większości zginęła lub się poddała. Być może kilku udało się uciec, ale nie stanowili zagrożenia.

Dwóch starszych i czterech tangchu zginęli, pozostawiając tylko Shen Liangshenga. Być może mógłby jeszcze uciec, ale nie miał na to ochoty.

– Nie dlatego, że cię nienawidzę, ale dlatego, że po próbach zrozumiałem, że nie potrafię.

Promienne słońce wisiało wysoko na niebie, rzucając promienie niebiańskiej zasady. Narastający dług krwi musiał zostać spłacony.

Pokryty ranami Shen Liangsheng ścisnął mocno swój miecz, gdy doświadczeni wojownicy otoczyli go w chwilowym impasie.

Jakby wyczuwając intencje właściciela, miecz wydał długi, wysoki dźwięk. Nie w ramach protestu, ale ze złamanego serca.

Miecz wciąż płakał ze smutku, ale jego właściciel się uśmiechał.

– Zostawiasz mi trzy słowa dwuznaczności, ale ja w zamian odpowiem trzema słowami szczerości.

Letni deszcz dawno ustał. Parasol z namalowaną trzciną dawno zniszczył się w błocie. Wszystko, tak naprawdę, od początku było z góry przesądzone.

Ale gdyby miał moc cofnięcia czasu, powrotu do tego maleńkiego kosmosu, spojrzenia raz jeszcze w te oczy i usłyszenia, jak mężczyzna zadaje mu to pytanie…

Na pewno by się uśmiechnął i powiedział mu:

– Zadaj mi śmierć.

Tłumaczenie: Ashi

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

:błeee:  :płaku:  :WeiMądruś:  :zonk:  :NieNie: 
:AAAA:  :ależeco:  :blabla:  :ugh:  :cooo: 
:ekscytacja:  :facepalm:  :patriarcha:  :muahaha:  :złamaneserce: 
:szok:  :przestań:  :zachwyt:  :zachwyt2: